Wybór komedii. Aleksander Fredro

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ALEKSANDER FREDRO

Wybór komedii

Wstęp i opracowanie

MARIAN URSEL

Wydanie pierwsze


Zakład Narodowy im. Ossolińskich

Wrocław 2016

.

BIBLIOTEKA NARODOWA

Wydawnictwo Biblioteki Narodowej pragnie zaspokoić pełną potrzebę kulturalną i przynieść zarówno każdemu inteligentnemu Polakowi, jak i kształcącej się młodzieży

WZOROWE WYDANIA NAJCELNIEJSZYCH

UTWORÓW LITERATURY POLSKIEJ I OBCEJ

w opracowaniu podającym wyniki najnowszej o nich wiedzy.

Każdy tomik Biblioteki Narodowej stanowi dla siebie całość i zawiera bądź to jedno z arcydzieł literatury, bądź też wybór twórczości poszczególnych pisarzy.

Każdy tomik poprzedzony jest rozprawą wstępną, omawiającą na szerokim tle porównawczym, w sposób naukowy, ale jasny i przystępny, utwór danego pisarza. Śladem najlepszych wydawnictw obcych wprowadziła Biblioteka Narodowa gruntowne objaśnienia tekstu, stanowiące ciągły komentarz, dzięki któremu każdy czytelnik może należycie zrozumieć tekst utworu.

Biblioteka Narodowa zamierza w wydawnictwach swych, na daleką metę obliczonych, przynieść ogółowi miłośników literatury i myśli ojczystej wszystkie celniejsze utwory poezji i prozy polskiej od wieku XVI aż po dobę współczesną, uwzględniając nie tylko poetów i beletrystów, ale także mówców, historyków, filozofów i pisarzy pedagogicznych. Utwory pisane w językach obcych ogłaszane będą w poprawnych przekładach polskich.

Z literatury światowej Biblioteka Narodowa wydaje wszystkie te arcydzieła, których znajomość niezbędna jest dla zrozumienia dziejów piękna i myśli ogólnoludzkiej.

Do współpracy zaprosiła redakcja Biblioteki Narodowej najwybitniejszych badaczy naszej i obcej twórczości literackiej i kulturalnej, powierzając wydanie poszczególnych utworów najlepszym każdego znawcom.

Kładąc nacisk na staranność opracowań wstępnych i objaśnień utworów, Biblioteka Narodowa równocześnie poczytuje sobie za obowiązek podawać najdoskonalsze teksty samych utworów, opierając się na autografach, pierwodrukach i wydaniach krytycznych.

Fragment deklaracji z pierwszych tomów Biblioteki Narodowej

Spis treści

Karta redakcyjna

Wstęp

I. Aleksander Fredro – życie i zarys twórczości

II. Fredro-komediopisarz

Fredro i teatr – początki

„Z rejterującym Napoleonem”

W poszukiwaniu komediowej formy

Motta

„Komedyja Moliera koniec wzięła”

Ludzie dwoiści

Komedia obrazem świata

„Nieśmieszna śmieszność”

„Powziąłem przekonanie, wzmocnione z czasem”

Lwowski fenomen

Aktor i jego osobowość jako wartość kreacyjna

Fredrowskie didaskalia

Komunikacja niewerbalna

Czas akcji

Miejsce akcji

Karczma, dworek, salon

Iluzja głębi przestrzennej

Fredro na scenie – wybitne kreacje

Fredro na scenie – rys statystyczny

Ranking najpopularniejszych komedii

Teatr Telewizji i Teatr Polskiego Radia

Fredro na filmowym ekranie

III. Aleksander Fredro – wybór komedii

Metryczki

Geneza

Cenzura

W kręgu folkloru i kultury popularnej

Język

Charakterystyka językowa bohaterów

Gucia i Ludmira „magnetyzm językowy”

Gest foniczny

Komizm językowy

Aforyzmy, sentencje, przysłowia

Fredro – klasyk czy romantyk?

Nota edytorska

Informacja o autorze opracowania

Bibliografia ważniejszych i nowszych opracowań

WYBÓR KOMEDII

MĄŻ I ŻONA

Akt pierwszy

Akt drugi

Akt trzeci

DAMY I HUZARY

Akt pierwszy

Akt drugi

Akt trzeci

ŚLUBY PANIEŃSKIE, CZYLI MAGNETYZM SERCA

Akt pierwszy

Akt drugi

Akt trzeci

Akt czwarty

Akt piąty

PAN JOWIALSKI

Akt pierwszy

Akt drugi

Akt trzeci

Akt czwarty

ZEMSTA

Akt pierwszy

Akt drugi

Akt trzeci

Akt czwarty

WIELKI CZŁOWIEK DO MAŁYCH INTERESÓW

Akt pierwszy

Akt drugi

Akt trzeci

Akt czwarty

Akt piąty

ŚWIECZKA ZGASŁA

TERAZ

 

Przypisy

Ostatnie wydanie Pana Jowialskiego ukazało się w „Bibliotece Narodowej” w roku 1968 (BN I 36), Ślubów panieńskich – w roku 1983 (BN I 22), Zemsty zaś w roku 1986 (BN I 32)

Seria „Biblioteka Narodowa” ukazuje się pod patronatem

Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Rada Naukowa „Biblioteki Narodowej”:

JÓZEF BACHÓRZ, TOMASZ CHACHULSKI, JERZY JARZĘBSKI, ALINA KOWALCZYKOWA (przewodnicząca), RYSZARD NYCZ

Redaktor „Biblioteki Narodowej”: STANISŁAW BEREŚ

Zastępca Redaktora „Biblioteki Narodowej”: PAWEŁ PLUTA

Nr 325, Biblioteka Narodowa, Seria I

Redakcja: KATARZYNA BATOROWICZ-WOŁOWIEC

Korekta: MICHAŁ KUNIK, URSZULA WŁODARSKA

Redakcja techniczna: STANISŁAWA TRELA

Skład: JAROSŁAW FURMANIAK

Copyright © 2016 by Zakład Narodowy im. Ossolińskich

Nieupoważnione powielanie lub wykorzystywanie utworu stanowi naruszenie praw autorskich.

Wydanie I

Wrocław 2016

ISBN 978-83-65588-42-5

Wydawnictwo Ossolineum

ul. Szewska 37, 50–139 Wrocław

e-mail: wydawnictwo@ossolineum.pl www.wydawnictwo.ossolineum.pl Kontakt z „Biblioteką Narodową”: bn@ossolineum.pl

Konwersja: eLitera s.c.

WSTĘP

I. ALEKSANDER FREDRO – ŻYCIE I ZARYS TWÓRCZOŚCI

Aleksander Fredro herbu Bończa urodził się – jak sam pisał – „w Surochowie w ziemi przemyskiej, z Jacka z Pleszowic i Marii z Dembińskich”[1], ziemi będącej „z dawien dawna gniazdową siedzibą rodziny Fredrów” (PW, t. 14, s. 184). Stało się to zaś prawdopodobnie 20 kwietnia 1793 lub... dwa lata wcześniej – jak sugerował Eugeniusz Kucharski, zastanawiając się nad niektórymi faktami biograficznymi[2]. Pełną świadomość niejednoznaczności tej ważnej daty miał sam pisarz. Wyjaśniając meandryczność swego znakomitego pamiętnika Trzy po trzy, nieco sarkastycznie konstatował, że powinien memuarową opowieść zacząć zgodnie z zasadami biografistyki, od początku. Jednak już właśnie na wstępie pojawiał się zasadniczy znak zapytania: urodził się, ale... kiedy? Nie wiedział, dlatego że „w onym czasie proboszcze na mokro oficjowali [tj. urzędowali przy winie], a na sucho pisali”. Może też i z tego powodu, że najprawdopodobniej metryka – tak jak plebania w Jarosławiu – „zgorzała” (PW, t. 13, cz. 1, s. 150).

Ojciec Fredry, Jacek, urodził się w 1760 roku w Hoczwi i pochodził z niezamożnej szlachty. W roku 1782 poślubił Mariannę z Dembińskich, wywodzącą się z bogatej rodziny ziemiańskiej, która w tym samym roku uzyskała od cesarza Józefa II tytuł hrabiowski. Wśród przodków Marianny można wymienić znaną barokową poetkę Elżbietę Drużbacką. Fredrowie mieli dziewięcioro dzieci – sześciu synów: Jana Maksymiliana (ur. 1783), Seweryna (ur. 1787), Aleksandra (ur. 1793), Juliana (ur. ok. 1797), Henryka (ur. 1799), Edwarda (ur. 1803), oraz trzy córki: Ludwikę (ur. 1784), Konstancję (ur. 1785), Cecylię (ur. 1795). Za sprawą pracowitości i zapobiegliwości Jacka majątek rodziny i jej znaczenie systematycznie wzrastały. Pod koniec 1795 roku wystawione zostało na sprzedaż poważnie zadłużone miasteczko Rudki wraz z okolicznymi wsiami i majątkiem Beńkowa Wisznia. Całość nabył Jacek Fredro, dzięki temu że prolongowano mu spłatę zasadniczej sumy w zamian za spłatę procentów od długu. Dopiero w 1816 roku zapłacił ostatnią ratę wartości całego majątku. Ukoronowaniem działań Jacka było otrzymanie w 1822 roku przez Fredrów tytułu hrabiowskiego. Przechodząc z tzw. dobrej szlachty do arystokracji, stali się oni przykładem – jak pisał Kazimierz Wyka – spóźnionego awansu w obrębie klasy społecznej[3].

W roku 1829 w almanachu „Melitele”, redagowanym przez Antoniego Edwarda Odyńca, pojawiła się legenda herbowa Mierżb herbu Bończa. Tłumaczyła ona m.in. pochodzenie nazwiska rodziny. Za czasów Kazimierza Wielkiego rycerz Dobiesław Mierżb walczył z Niemcem, który wyczerpany walką prosił w ojczystym języku: „Friede – Herr” (Pokój, panie), i od tego wzięło się nazwisko rodowe familii. Tekst, wydany „z rękopismu” i „gockim charakterem napisany”, wyszedł rzekomo spod pióra „Aleksandra grabi z Wściekli”. W rzeczywistości była to mistyfikacja dokonana przez braci Maksymiliana i Aleksandra, swoista zabawa literacka wykorzystująca popularny wtedy chwyt starego rękopisu[4].

Wracając do wątku Beńkowej Wiszni – dzięki staraniom matki stała się ona dla całej familii oazą domowego, rodzinnego szczęścia w owych niespokojnych, coraz bardziej wojennych czasach. Marianna posadziła przy dróżce prowadzącej do studni dziewięć świerków na cześć swoich dzieci. W niedziele jeżdżono zawsze z Beńkowej Wiszni do Rudek na mszę. W sprawach religii panowała jednak, jak poświadcza Fredro, libertyńska atmosfera. Idylla rodzinna trwała do stycznia 1806 roku, kiedy zmarła matka. Ojciec przeprowadził się wtedy z dziećmi do Lwowa. Ich edukacją, tak jak wcześniej, zajmowali się wyłącznie guwernerzy. Fredro, według własnego świadectwa, „uczył się krótko i nietęgo”, a opiekowali się nim i jego braćmi domowi nauczyciele, edukując z różnym skutkiem w zakresie tańca (Daniel Kurc), muzyki (Mikołaj Matłowski), fechtunku (Frik von Lindenfeld) czy jazdy konnej. Nie otrzymał więc Fredro – w odróżnieniu od większości polskich romantyków – regularnego, szkolnego wykształcenia. Jednym z domowych nauczycieli był major Łukasz Biegański, o którym czytamy: „adiutant Kościuszki, potem jenerał; od upadku aż do wskrzeszenia Ojczyzny bawił w naszym domu. Człowiek rzadkiej poczciwości i do śmierci prawdziwy i gorliwy nasz przyjaciel” (PW, t. 13, cz. 1, s. 180). Szczególnie jednak zapadł w pamięć przyszłemu komediopisarzowi najdłużej będący guwernerem Józef Płachetko. Przy całej sympatii do niego Fredro krytycznie konstatował:

O Płachetko! niech ci Bóg, przed którym już stoisz, przebaczy, ale ja nie mogę, żeś mój czas najpiękniejszy, od 807 do 809, zabił, zamordował bez litości. Książki w rękę nie wziąłem. Jeżelim czytał, to romanse. [...] Pan Płachetko nic nie robił, nie robiłem i ja nic. [PW, t. 13, cz. 1, s. 172]

Wiódł przeto Aleksander Fredro żywot ziemiańskiego syna, na podobieństwo choćby Mikołaja Reja. Dopiero później przyszedł czas na poszerzanie wiedzy[5]. Upodobania lekturowe Fredry w sposób oczywisty łączą go z Adamem Mickiewiczem czy Juliuszem Słowackim. Twórcy ci także byli admiratorami literatury i kultury popularnej, co niejednokrotnie poświadczali w korespondencji i twórczości – by przywołać dzieła tej rangi, co Pan Tadeusz czy Beniowski (o czym jednak nie wszyscy historycy literatury chcą pamiętać, uznając owe koneksje za niegodne wieszczów, a nawet ich dyskredytujące). Umiejętności zaś taneczne i takież upodobania, wraz z bywaniem na balach (począwszy od karnawału 1808 roku), każą porównywać pod tym względem Fredrę z młodym Słowackim, bez którego udziału, jak mówiono, żaden bal udać się nie mógł.

Podobnie też obaj, już we wczesnej młodości, nader chętnie chodzili do teatru – Fredro we Lwowie, gdzie często przyjeżdżano z Beńkowej Wiszni, Słowacki zaś w Wilnie. To upodobanie do różnorodnego repertuaru, od plebejskiego po wysokoartystyczny – tak nietypowe dla romantyków – zmieniło ich obu w największych teatromanów polskich, dla których pasja stała się również sposobem życia. Słowacki w listach wielokrotnie daje wyraz głębokiemu zainteresowaniu współczesnym sobie teatrem – wysokim i popularnym[6]. Przed okresem mistycznym równie chętnie oglądał opery, tragedie, farsy, wodewile, dramy, pantomimy, co popisy linoskoczków czy występy słynnej trupy cyrkowej Chiarinich. Podobnie Fredro. Jak pisał jego syn Jan Aleksander: „Nie był [on] łatwym do rozśmieszenia, a jednak błazeństwa dobrych pajaców do ostatnich lat go bawiły”. Komentujący te słowa Adam Grzymała-Siedlecki celnie konstatował: „Autor Zemsty zawsze lubił patrzeć na produkcje błaznów w cyrku. Jakby wiedząc, że początki teatru i początki cyrku z jednego korzenia wyrastają, nie krępował się wprowadzaniem scen i epizodów przesadnych, asekurujących na galerii sukces śmiechu”[7]. Bogate doświadczenia teatralne, także w zakresie repertuarowym, były niewyczerpanym zasobem inspiracji artystyczno-ideowych, które w takiej obfitości odnajdujemy w twórczości dramatycznej obu pisarzy.

Skłonność Fredry do „smętnych dumań” zyskała mu w rodzinie już w dzieciństwie miano „młodego staruszka” (PW, t. 14, s. 185). Nie oznacza to bynajmniej, że stronił on od wesołości, zabaw czy rozrywek, choć z biegiem lat owa melancholijność się nasilała, by przeobrazić się w mizantropię, uczynić zeń przedwcześnie postarzałego autora, który swą często kostyczną wizję ludzi i świata utrwalał w sporządzanych przez dziesięciolecia Zapiskach starucha.

W maju 1809 roku, czyli w szesnastym roku życia „podług rachuby [...] piastunki” (PW, t. 13, cz. 1, s. 150), wzorem starszych braci – Maksymiliana i Seweryna, wstąpił Aleksander do wojska pod wodzą księcia Józefa Poniatowskiego. Był m.in. w sztabie przy Napoleonie, ale wyraźnie nie służyło mu „sąsiedztwo wielkiego człowieka” (PW, t. 13, cz. 1, s. 96). Parokrotnie uszedł kulom mającym trafić cesarza; jedna z nich zabiła nawet konia, na którym Fredro siedział. Odbył kampanie wojenne lat 1812, 1813 i 1814, na pół roku trafił do rosyjskiej niewoli, walczył pod Dreznem, w bitwie narodów pod Lipskiem i Hanau. „Z rejterującym Napoleonem” (PW, t. 14, s. 186) dotarł do Paryża, gdzie zachwycił się teatrami bulwarowymi, ich repertuarem oraz grą aktorów. Wcześniej zadebiutował autobiograficznym wierszem Żale Jakuba nad utratą g..i. Zyskał poklask kolegów, ale dowiedział się też, że brak w jego utworze średniówki, o której istnieniu i funkcji dotąd nie miał pojęcia. Uzbrojony w tę wiedzę, rzucił w świat „parę kawałków”, których tytułów powtórzyć nie można, a których „sława przeszła krańce nawet pułku” (PW, t. 13, cz. 1, s. 176). Już wtedy ujawniła się u niego specyficzna – właściwa sarmatyzmowi – kultura oglądania i słuchania, od otaczających go ludzi zaczął czerpać wiedzę i wzorce. Zasłyszane opowieści czy zaobserwowane sytuacje i postawy będzie odnotowywać w pamięci: „«Do naśladowania», «Do powtórzenia», «Do przerobienia»” (PW, t. 13, cz. 1, s. 147).

Nie uległ Fredro – jak większość ówczesnych Polaków – legendzie czy wręcz kultowi Napoleona[8]. W pamiętniku Trzy po trzy gorzko zauważył, że cesarz „najłatwiej zawsze przyjmował warunek wrócenia jej [tj. Polski] w potrójne jarżmo [!] niewoli”. Budził w Polakach nadzieje, których „nie myśli się spełnić. [...] Biada człowiekowi, którego los zawisł od drugiego, ale dwakroć biada narodowi, co zawisł od interesu innego narodu! Narody sumienia nie mają” (PW, t. 13, cz. 1, s. 79). Na szlaku bojowym mógł Fredro – hipotetycznie – zetknąć się i z Jackiem Soplicą, i z Tadeuszem, i z pułkownikiem Horeszką, tak samo jak w 1812 roku z młodym Mickiewiczem w Nowogródku[9]. O całej epopei napoleońskiej napisał, że pozostawiła mu „trochę wspomnień, dwa krzyżyki [tj. złoty krzyż Virtuti Militari oraz francuską Legię Honorową] i pedogrę” (PW, t. 13, cz. 1, s. 83), chorobę, która stanie się przyczyną jego wieloletnich cierpień i wreszcie śmierci.

W roku 1815 kapitan Fredro podał się do dymisji i wrócił do domu, gdzie zaczął gospodarować w oddanym mu przez ojca folwarku Jatwięgi. Żył bardzo skromnie, mając według Jabłonowskiego „na śniadanie kieliszek kopciuchy, na obiad drugi, a na kolację trzeci”[10]. Polował na lisy, wyprawiał i sprzedawał ich skóry, by uskładane pieniądze przehulać potem do cna w okresie karnawału. Ale przecież także tam, w folwarczku, formował się jego warsztat literacki i rodziły się pierwsze utwory[11]. Zakupiwszy od wędrownego żydowskiego handlarza Igla dziesięć tomów komedii Moliera, drogą samouctwa zdobywał Fredro umiejętność komediopisarstwa, a bodaj jedynym jego mentorem literackim był niezwykle mu przyjazny, dobrze wykształcony starszy brat Maksymilian, późniejszy generał w służbie cara rosyjskiego. W Jatwięgach w 1815 roku powstała pierwsza komedia – Intryga naprędce – której lwowskie wystawienie 10 marca 1817 stanowiło debiut teatralny Fredry. W czasie karnawału 1817 roku poznał on dziewiętnastoletnią Zofię z Jabłonowskich Skarbkową. Rozpoczęła się pogmatwana i zawęźlona love story[12]. Początkowo młodzieniec traktował Skarbkową jako jedną z wielu łatwych do zdobycia mężatek. Jak wspominał Ludwik Jabłonowski, jego przyszły szwagier, „założył się, że do sześciu miesięcy Skarbkowi czoło uwieńczy [tj. przyprawi mu rogi]”[13]. Lekkie podejście do spraw miłości, tak charakterystyczne dla młodego Fredry i jego kompanów, znakomicie odzwierciedlał już fragment listu z 17 marca 1815, adresowanego do Józefa Grabowskiego. Fredro bez żenady wyznawał, że jeśli mu czegoś brakowało podczas mijającego karnawału, to „dupeczki jakiej okrąglutkiej”, a ponieważ „damy nie gaszą żądze cielesne, [...] my, biedni grzesznicy, albo za pięć ryńskich ryzykujem francy dostać, albo też pod murem nabój wypstrykać musiemy” (PW, t. 14, s. 39).

 

Warto tu kilka słów poświęcić osobowości Fredry, jej ewoluowaniu i związkom z jego pisarstwem. Czas młodości, zarówno przypadającej na burzliwy okres wojen napoleońskich, jak i tej nieco późniejszej, z końca drugiego oraz trzeciego dziesięciolecia XIX wieku, upływa mu pod znakiem swawoli i swobody obyczajowej. Wyniesiony jeszcze z domu rodzinnego libertynizm, połączony z doświadczeniami żołnierskimi, sprzyjał prowadzeniu życia frywolnego, w dużej mierze nacechowanego biologizmem. Wiadomo wszak, że Fredro w okresie służby wojskowej nie tylko pisał utwory obsceniczne, ale i wespół z kolegami oraz kobietami raczej lekkich obyczajów, chętnie towarzyszącymi wojsku, aktywnie teatralizował. Jednym z głównych tematów rozmów, opowieści i korespondencji młodych napoleończyków, później zaś weteranów, były przygody miłosne własne i przyjaciół, rozumiane skrajnie erotycznie, przynoszące niekiedy opłakane skutki zdrowotne w postaci chorób wenerycznych, leczonych następnie w europejskich uzdrowiskach[14]. Jak poświadcza Fredro w autobiografii, spisanej na życzenie Lucjana Siemieńskiego w 1860 roku (PW, t. 14, s. 183), komedia Mąż i żona była utworem, który odzwierciedlał niezawodnie swobodę obyczajową panującą we Lwowie, a zarazem bulwersował warszawską publiczność teatralną (podczas premiery sztuki w 1823 roku na deskach Teatru Narodowego[15]). Ani Fredro, ani jego koledzy nie znali jeszcze uczucia prawdziwej miłości: dążyli przede wszystkim do zaspokojenia swych potrzeb seksualnych, a młode mężatki, zaniedbywane często przez starszych od siebie mężów, stawały się wdzięcznym i łatwym łupem. Ten wizerunek pokolenia birbantów i lekkoduchów, byłych i aktualnych wojskowych, należy jednak wzbogacić. To oni przecież w latach dwudziestych XIX wieku witali w warszawskich teatrach z niebywałym entuzjazmem premiery sztuk Fredry. Jak było wówczas w zwyczaju, po spektaklu „żądali znać autora”, wiedząc dobrze, że jest nim „ich Rudzio”. Franciszek Kisieliński, który po okresie napoleońskim pełnił służbę wojskową w szeregach armii Królestwa Polskiego, doprowadził w latach 1821–1828 do wystawienia w Warszawie jedenastu Fredrowskich komedii spośród trzynastu istniejących. Aż cztery z nich (Pan Geldhab, Zrzędność i przekora, Pierwsza lepsza, Przyjaciele) miały wtedy premierę ogólnopolską.

Początkowe – głównie erotyczne – podejście Fredry do Skarbkowej w zasadzie nie dziwi. Przyszły autor Ślubów panieńskich nie przewidział jednak, że to on zostanie usidlony, że zakocha się w swej ofierze romantycznie i na zabój, a niedole Mickiewiczowskiego Gustawa będą też jego niedolami. Przez jedenaście lat rozwijała się historia miłosna Aleksandra i Zofii i niewiele wskazywało na to, by mieli się kiedykolwiek ze sobą połączyć, gdyż starania o rozwód kościelny były skomplikowane i kosztowne. Trzeba przyznać, że Skarbek, zorientowawszy się w uczuciach Zofii, zaczął wspomagać te zabiegi. Rodzina Zofii, zwłaszcza zadowolona z majętnego zięcia matka, niechętnie odnosiła się do Fredry jako tego, który zburzył szczęście familijne Jabłonowskich, i skutecznie utrudniała zakochanym kontakty. Wielce pomocny stał się jednak serdeczny przyjaciel Fredry – Dominik Netrebski – który służył za posłańca. Kochankowie posługiwali się bogatym zasobem szyfrów miłosnych, zarówno werbalnych, jak i niewerbalnych. Brak postępu w prowadzeniu sprawy rozwodowej i liczne przeciwności losu rodziły w Aleksandrze nastroje depresyjne, skłaniając go do myśli samobójczych i przerażając jego najbliższych.

Ostatecznie po wielu latach historia miłosna doczekała się szczęśliwego finału: 9 listopada 1828 w kościele – według słów Jabłonowskiego, niechętnego Fredrze szwagra – Aleksander i Zofia „zimnego, słotnego, ciemnego jesiennego poranka klękli w Korczynie przed ołtarzem, po mszy więcej do żałobnej niż do ślubnej mającej podobieństwa. Ani matka, ani nikt z naszej rodziny na ten dla nas boleśny obrząd nie przyjechał”[16]. W dniu ślubu Aleksander liczył lat trzydzieści sześć, a Zofia trzydzieści. Przeżyli ze sobą bez mała pięć dekad, początkowo w pałacu w Beńkowej Wiszni, potem w dworku na Chorążczyźnie we Lwowie. Mieli czworo dzieci: Jana Aleksandra, Gustawa, Jana i Zofię, ale dwóch ostatnich synów zmarło krótko po urodzeniu. Warto tu podkreślić, że jednemu z potomków nadano imię Gustaw. Ważne to i znamienne, gdy feruje się pochopne sądy o antyromantycznym charakterze Ślubów panieńskich i o postaci Gucia jako rzekomej parodii Mickiewiczowskiego bohatera. Małżeństwo otworzyło nowy etap w biografii Fredry, o czym pisał on w korespondencji i twórczości pozakomediowej. Niegdysiejszy swobodnie żyjący napoleończyk schronił się w zaciszu domowym, wyznając inwersyjną względem Mickiewicza zasadę: „szczęście domowe Polaka jest teraz oazą kwiecistą śród puszczy Sahary” (PW, t. 13, cz. 1, s. 210). Koło się zamyka: tak jak kiedyś, za życia matki i za jej sprawą, Beńkowa Wisznia była oazą spokoju i szczęśliwego dzieciństwa, tak obecnie ma się nią stać każdy polski dom, również Fredrowski.

Szczęście, jakiego zaznał pisarz, wywarło wpływ na wszystkie sfery jego życia. Odcisnęło się na twórczości, np. na kształcie Ślubów panieńskich. Z woli autora przeszły one znaczną ewolucję i w rezultacie przeobraziły się w radosną komedię o narodzinach i tryumfie miłości, która nie napotyka żadnych dramatycznych przeszkód, odseparowana od przyziemnych uwarunkowań. Choć pojawiły się też kłopoty artystyczne. W roku 1835 Seweryn Goszczyński w rozprawie Nowa epoka poezji polskiej zaatakował Fredrę, zarzucając jego twórczości nienarodowy charakter. Głos ten wywołał serię krytycznych wobec komediopisarza uwag, m.in. ze strony Wincentego Pola i Leszka Dunin-Borkowskiego, co sprawiło, że autor na kilkanaście lat zamilkł, a gdy powrócił do pisania, zaczął tworzyć tylko do szuflady, do tego z zastrzeżeniem, że nowe utwory mogą ujrzeć światło dzienne dopiero po jego śmierci.

Pod wpływem miłości dokonała się u Fredry głęboka przemiana psychiczna. Ze zwolennika łatwych i przygodnych romansów przeobraził się w dojrzałego mężczyznę, kierującego się takimi wartościami, jak miłość, wierność, odpowiedzialność, szczęście rodzinne i domowe. Ten dawny bywalec salonów, szalony w młodości, otoczył się bliskimi, schronił w zaciszu domowym, zazdrośnie strzegąc familijnego szczęścia. Dostęp do niego mieli już tylko najbliżsi przyjaciele, zwłaszcza ci, z którymi związały go wspólne przeżycia z napoleońskiej epopei, m.in. Feliks Boznański, Józef Grabowski, Franciszek Kisieliński, Józef Załuski i Dominik Netrebski. Z biegiem lat do elitarnego kręgu dołączyli lwowscy aktorzy: Witalis Smochowski, Jan Nepomucen Kamiński, Bogumił Dawison czy Jan Nepomucen Nowakowski.

W tym okresie życia stał się Fredro – dosłownie i w przenośni – człowiekiem domowym. Dał się poznać jako niezwykle troskliwy mąż i ojciec, który dobrze gospodarzy, pomnaża majątek, zapewnia stabilny oraz dostatni poziom życia. Ówczesna korespondencja Fredry roi się od fachowych uwag na temat zarządzania majątkiem, a prowadzone przez niego księgi gospodarcze zdradzają skrupulatność, biegłą znajomość praw ekonomicznych, a także umiejętność lokowania pieniędzy w papierach wartościowych. Był on wrogiem ekonomii kapitalistycznej, którą oskarżał o zgubne oddziaływanie na warstwę szlachecką, choć sam w nowej rzeczywistości nie tylko świetnie się orientował, ale i potrafił się z powodzeniem w niej odnaleźć – podobnie jak choćby Juliusz Słowacki – np. udatnie grając na giełdzie[17].

Bez wątpienia Fredro gwarantował rodzinie szczęśliwą i bezpieczną ekonomicznie egzystencję. Z czasem stał się człowiekiem oszczędnym, coraz bardziej liczącym wydawane pieniądze. Jak notował jego szwagier: „Sknerą nigdy nie był, oszczędnym zawsze, do mamony fredrowskie miał szczęście”[18]. W pewnym momencie ogarnęła go nawet swoista mania oszczędzania: często chował znaczne sumy po różnych kryjówkach w domu, m.in. w książkach – o czym zapominał – i odnajdował je niekiedy dopiero po latach. Sporządzony w 1861 roku spis jego garderoby pokazuje, że miał Fredro skromne wymagania w tym zakresie (PW, t. 13, cz. 1, s. 330–331). Kwestie ekonomiczne, majątkowe – podejmowane omal od początków twórczości, od czasów Pana Geldhaba – pojawiać się będą w coraz większym zakresie w jego utworach z drugiego okresu. Ulubionym strojem stał się domowy szlafrok, którym zastąpił frak niegdysiejszego salonowca[19]. Gnębiła go jedynie – z biegiem lat nasilająca się – myśl, którą wyrazi w późnym wierszu Ironia szczęścia (1863), odzwierciedlającym złożoność psychiki autora:

Ach, kiedym nie znał szczęścia, jakżem był szczęśliwy!

Oklep na szkapie losu trzymałem się grzywy.

Dzień mijał jako tako – jutro się nie śniło,

A przyszło jutro – fraszka! – to jak wczoraj było.

Nikt nigdy nie zazdrościł, bo zazdrościć czego?

Nikt nigdy nie oszukał – wziąłby nic z niczego.

Kochanka mnie nie zwiodła – przyjaciel nie zdradził,

Bo kochanki nie miałem – przyjaciel nie radził.

Żyłem bez troski, trwogi, biedny a poczciwy,

Ach, kiedym nie znał szczęścia, jakżem był szczęśliwy!!

Teraz przybyło szczęście: mam żonę, mam dzieci,

Jeden i drugi dukat w sakiewce się świeci,

Mam dom piękny, wygodny, dobrego kucharza,

Pomyślność co godzina przyjaciół pomnaża.

Ale... o żonę, dzieci co chwila truchleję,

Na mój majątek różni czyhają złodzieje;

Boję się ognia w domu, a za domem szkody,

Mam wszystko, czego trzeba. Lecz pośród swobody

Lękam się ciągle strzały z nieznanej cięciwy,

O Boże!... Jakżem biedny, że jestem szczęśliwy!

(PW, t. 12, s. 131–132)

Trudno postrzegać to jako upodobanie do zatruwania sobie życia. Los dał pisarzowi sporo szczęścia, ale i sporo zabrał.

Jak już wspomnieliśmy, był Fredro ojcem czworga dzieci: Jana Aleksandra (2 IX 1829 – 15 V 1891), który po latach kontynuował literackie zainteresowania ojca[20], Gustawa (19 XI 1830 – 7 III 1831), Jana (16 V 1832 – zmarł niebawem) i Zofii (21 V 1837 – 7 IV 1904). W Zapiskach w książkach gospodarskich z 1831 roku zanotował: „marzec 5 zachorował Gucio, 7 o pół do piątej umarł. Uciekł z kajdan niemieckich. Mniej jednego Polaka cierpiącego. Oleś [tj. Jan Aleksander] chorował po śmierci Gucia” (PW, t. 13, cz. 1, s. 298). Z kolei w liście z początków stycznia 1832 roku pisarz wyznawał:

W jak krótkim czasie jakie długie, długie pasmo nieszczęść! Dzieci nasze końca jeszcze nie zobaczą. [...]

Autorstwo moje diabli wzięli, nie podlecę już w ołowianych botach, które los nam wszystkim sprawił. Mam dobrą żonę, mam małego bębna [tj. Jana Aleksandra], mam książki, domek spokojny – słowem, byłbym szczęśliwy, gdybym nie był Polakiem. [PW, t. 14, s. 76–77]

Z tragedią osobistą połączyła się tragedia narodowa: klęska powstania listopadowego.

Na początku lat czterdziestych XIX wieku ujawniła się u Fredry ciężka choroba – podagra[21]. Na kilka dekad stała się ona nieodłączną towarzyszką jego życia, powalając pisarza coraz dłuższymi atakami na łoże boleści. Jak pisał Jabłonowski: „Ostatnich kilkanaście lat życia cierpiał niewymowne męczarnie artretyczne i żył pod groźbą śmierci, miesiącami długo rękami i nogami rozkrzyżowany na pościeli”[22]. Choroba czasowo skazywała na poruszanie się o kulach lub bycie wożonym na fotelu, zmuszała też do rezygnacji z ulubionej jazdy konnej. Z wiekiem zapadał Fredro w stany letargiczne, miał kłopoty z mową i pamięcią, a od 1873 roku tracił słuch, co utrudniało kontakt z bliskimi. Mniej więcej od 1860 roku podawano mu morfinę i silne środki nasenne, by uśmierzyć ból podczas ataków choroby. Wielokrotnie sądzono, że są to jego ostatnie chwile. W Zapiskach starucha odnajdziemy znamienne wyznanie: „Już teraz nie śmierci – ale lękam się życia” (PW, t. 13, cz. 1, s. 259). Z czasem zaczął mieć również problemy z przewodem pokarmowym i ekspansywnie rozwijała się u niego miażdżyca. Pogłębiające się gwałtownie zmiany artretyczne w dłoniach uniemożliwiały mu okresowo pisanie. Kiedy nie mógł utrzymać pióra ani ołówka, dyktował swe teksty i uwagi najbliższym. Warto tu powiedzieć, że Fredro nigdy nie pisał siedząc na fotelu (tak jak to utrwalił Leonard Marconi na swym lwowsko-wrocławskim pomniku). Kiedy był zdrowy, tworzył stojąc przy pulpicie, podobnie jak np. Johann Wolfgang von Goethe czy Honoré de Balzac, kiedy zaś chorował, a zdarzało się to coraz częściej, pisał – o ile mógł – leżąc.