3 książki za 34.99 oszczędź od 50%

Wicehrabia de Bragelonne

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Wicehrabia de Bragelonne
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Aleksander Dumas

Wicehrabia de Bragelonne

POWIEŚĆ

Tłumaczenie Anonymous

Saga

Wicehrabia de Bragelonne

Tłumaczenie Anonymous

Tytuł oryginału Le Vicomte de Bragelonne

Język oryginału francuski

Język, postacie i poglądy zawarte w tej publikacji nie odzwierciedlają poglądów ani opinii wydawcy. Utwór ma charakter publikacji historycznej, ukazującej postawy i tendencje charakterystyczne dla czasów, z których pochodzi.

Copyright © 1860, 2021 SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788728109830

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

www.sagaegmont.com

Saga jest częścią Grupy Egmont. Egmont to największa duńska grupa medialna, należąca do Fundacji Egmont, która każdego roku wspiera dzieci z trudnych środowisk kwotą prawie 13,4 miliona euro.

TOM I

ROZDZIAŁ I.
LIST.

W połowie miesiąca maja, roku 1660, o godzinie dziewiątej z rana, gdy słońce osuszyło już rosę na trawnikach, otaczających zamek Blois, mały orszak, złożony z trzech osób i dwóch paziów, wjeżdżał przez most do miasta.

Nieliczni przechodnie nie zwracali nań uwagi, każdy tylko skłaniał lekko głowę na znak powitania i szeptał zcicha:

— Acha!... to książę pan wraca z polowania.

I nic więcej.

Dopiero gdy konie weszły na drogę, prowadzącą po stromym pagórku od rzeki do zamku, kilku krępych sklepikarzy zbliżyło się do ostatniego z jeźdźców i przyglądało się różnego rodzaju ptakom, zawieszonym za dzioby u łęku siodła.

Zaspokoiwszy ciekawość, wzruszali ramionami, objawiając w sposób szczery, prawdziwie wieśniaczy, lekceważenie dla tak nędznego rezultatu łowów i powracali do swych zajęć.

Książę tymczasem jechał dalej z miną melancholijną, a zarazem tak majestatyczną, że byłby stanowczo wzbudził podziw wśród widzów, gdyby ich miał tylko.

Lecz mieszczanie Blois nie mogli nigdy wybaczyć księciu, że wybrał sobie ich wesołe miasto, aby tu nudzić się dowoli, i za każdym razem, gdy tylko go ujrzeli, umykali, poziewając, lub wsuwali głowy w okna swych pomieszczeń, aby uniknąć wpływu usypiającego, jaki wywierała ta twarz długa, blada, te oczy zamglone i wogóle cała ta postać omdlała.

Co prawda, widoczny ów brak uszanowania ze strony mieszkańców Blois, był karygodnym, bo ten, kogo mieszkańcy Blois zwali Księciem Panem, był po królu, a może nawet i przed królem, największym magnatem królestwa. Jeżeli bowiem Ludwik XIV-ty, podówczas panujący, miał szczęście być synem Ludwika XIII-go, to „Książę Pan“ miał za to zaszczyt być synem Henryka IV-go.

To też mieszkańcy Blois byli, a właściwie powinni byli być dumnymi z tego odznaczenia, jakie ich spotkało. Książę Gaston Orleański wybrał to miasto na swą siedzibę i otoczył się dworem na starodawnym zamku.

Widocznie jednak było przeznaczeniem tego wielkiego księcia, że nigdzie i nigdy nie wzbudzał większego zainteresowania ani podziwu, występując publicznie. Zdaje się, że nawet przyzwyczajony był do tego.

Niewesoło też upływało mu życie.

Po małem polowaniu na brzegach rzeczki Beuvron, albo w lasach Chiverny, książę pan przebywał Loarę, siadał do śniadania w Chambord z apetytem, lub bez apetytu, i znów miasto Blois nie słyszało aż do przyszłego polowania o swym panu i władcy.

Tak się przedstawiała nuda extra muros. Jeśli zaś czytelnik chce poznać, w jaki sposób nudzono się wewnątrz, to może osiągnąć o tem niejakie pojęcie, gdy zechce pofatygować się za orszakiem aż do samych przedsionków wspaniałego zamku.

Książe pan dosiadł konia płowego, niezbyt wysokiej miary, przybranego w siodło z czerwonego aksamitu flandryjskiego ze strzemionami, mającemi kształt sabotów. Kaftan szkarłatny niknął pod płaszczem tejże samej barwy, co uprząż konia, i jedynie po tym kolorze czerwonym odróżnić można było księcia od dwóch jego towarzyszy, z których jeden ubrany był fjoletowo a drugi zielono. Towarzysz z prawej strony, ubrany fjoletowo, był koniuszym; z lewej, zielony, to wielki łowczy.

Jeden z paziów trzymał dwa sokoły na dużem kółku, drugi miał w ręku róg myśliwski, na którym właśnie zatrąbił niedbale, gdy orszak zbliżył się na dwadzieścia kroków do zamku. Całe otoczenie zaniedbanego księcia robiło wszystko, co miało do roboty, niedbale.

Na odgłos rogu myśliwskiego, ośmiu strażników, spacerujących niedbale w blasku słonecznym po kwadratowym dziedzińcu, pochwyciło prędko za halabardy i uszykowało się w przedsionku, a książę pan odbył uroczysty wjazd do zamku.

Książę pan zsiadł z konia, nie mówiąc ani słowa, przeszedł do pokoi, gdzie służący czekał nań ze świeżem ubraniem, a ponieważ księżna pani nie przysłała jeszcze wezwania na śniadanie, wyciągnął się w fotelu i zasnął w najlepsze, jak gdyby to była jedenasta w nocy.

Ośmiu strażników, wiedząc, że służba ich na cały dzień już się skończyła, porozkładało się w słońcu na kamiennych ławkach; masztalerze poznikali wraz z końmi w stajniach. Gdyby nie kilka ptaków, wesoło szczebioczących w krzaczkach lewkonij, możnaby sądzić, iż wszystko, co żyło, zasnęło w zamku za przykładem pańskim.

Nagle wśród tej słodkiej ciszy rozległ się śmiech głośny, nerwowy i zbudził kilku halabardników, pogrążonych w spoczynku.

Śmiech ten pochodził z okienka, umieszczonego na drugiem piętrze a oświetlonego w tej chwili promieniami słońca, które rzucało na ścianę długi cień od komina, łączący się z oknem i niknący aż przy samej ziemi.

Dokoła okienka biegł balkonik wąziuchny, otoczony żelazną barjerą. Na balkoniku tym stało kilka wazoników z lewkonją, pierwiosnkiem i wczesną różą, co nie zdążyła jeszcze rozwinąć kwiatów, lecz już była pokryta mnóstwem pączków.

W pokoju, oświetlonym promieniami słońca, wpadającemi przez okno, skromnie umeblowanym, przy stole, pokrytym serwetą, w kwiaty haftowaną, siedziały dwie dziewczęta.

Obie wyglądały na pensjonarki, które dopiero co zdołały wymknąć się z klasztoru. Jedna z nich, oparłszy łokcie na stole, trzymała pióro w ręce i kreśliła litery na pięknym papierze holenderskim. Druga, ukląkłszy na krześle z przeciwnej strony stołu, przyglądała się z góry temu, co pisała, a właściwie, co zamierzała pisać, jej towarzyszka.

Skoro jesteśmy już w pokoju, musimy przyjrzeć się bliżej dziewczętom. Pierwsza, ta, co klęczała na krześle, wesoła, śmiejąca się, była dziewczyna piękną, mogącą mieć lat dziewiętnaście do dwudziestu, smagła, brunetka, odznaczająca się cudownie pięknemi, żywemi oczyma, błyskającemi z pod brwi, śmiało zarysowanych, oraz zębami białemi jak perły, kryjącemi się pod wargami, jakby utoczonemi z koralu.

W każdym jej ruchu zdradzało się usposobienie ruchliwe; mówiąc, śmiejąc się, nie siedziała, a właściwie nie klęczała spokojnie, lecz wiła się, wyginała, jakby przy grze w piłkę.

Druga, zajęta pasaniem, spoglądała na swą burzliwą towarzyszkę oczyma niebieskiemi, czystemi, jasnemi jak niebo. Włosy jej koloru blond popielatego spadały w jedwabistych splotach na ramiona i na policzki, zabarwione jak wnętrze muszli perłowej. Ręka jej, spoczywająca na papierze, delikatna, lecz drobna, zdradzała wiek młody. Za każdym wybuchem śmiechu swej przyjaciółki wzruszała, niby nieco zagniewana, ramionami białemi, kształtnemi, którym jednak brakowało jeszcze owej siły, owego wykończenia, jakieby chętnie chciało ujrzeć oko znawcy.

— Montalais, Montalais — odezwała się nareszcie głosem dźwięcznym, śpiewnym — śmiejesz się za głośno... i nie dosłyszysz dzwonka księżnej pani, gdy wezwie cię do siebie.

Młoda dziewczyna, którą nazwano Montalais, nie wzięła sobie widocznie do serca owej admonicji, bo wybuchnęła jeszcze głośniejszym śmiechem i jeszcze żywiej się poruszała i wyginała. Uspokoiwszy się nareszcie, odrzekła:

— Ludwiko... nie mówisz, moja droga, tego, co myślisz... a właściwie myślisz inaczej, niż mówisz. Wiesz dobrze, że dzwonek księżnej pani słychać doskonale nawet na moście w Blois, a więc tembardziej usłyszę go tu, w tym pokoju, gdy mnie księżna pani przywoła. Nie trudno to jednak zgadnąć, o co ci idzie... Gniewasz się, że ja śmiechem moim przeszkadzam ci w pisaniu... Boisz się, aby tu nie przybiegła pani de Saint-Remy, matka twoja... aby nas nie przyłapała na gorącym uczynku, aby nie ujrzała tego olbrzymiego arkusza papieru, na którym od kwadransa zdążyłaś zaledwie napisać: „Panie Raulu!“. I aby nie wystąpiła natychmiast z całym za pasem swych gromów i błyskawic. No?... powiedz sama... czy nie mam racji?...

I Montalais rozpoczęła na nowo, a nawet bardziej jeszcze śmiać się i swawolić.

Blondynka nadąsała się na dobre. Schwyciła arkusz papieru, na którym istotnie wypisane były tylko pięknemi literami wyrazy „Panie Raulu!“, rozdarła go i wyrzuciła przez okno.

— No! no!... patrzcie... — odezwała się Montalais — nasz baranek, nasz jezusek, nasza gołąbka, rozgniewała się naprawdę!... Nie bój się, Ludwiko, pani de Saint-Remy nie przyjdzie tutaj, a gdyby zresztą szła, uprzedziłabym cię o tem, wiesz bowiem, że mam słuch dobry. Zresztą przecież to nic złego pisać do starego przyjaciela, do znajomego od lat dwunastu, zwłaszcza, gdy list zaczyna się od słów „Drogi Raulu!...“

— Mniejsza o to, i tak już pisać nie będę — odrzekła druga.

 

— A!... patrzajże!... toś dopiero ukarała tę biedną Montalais — wykrzyknęła, śmiejąc się ciągle, wesoła brunetka. — Cóż znowu... to niema sensu!... prędzej... bierz drugi arkusz papieru i pisz dalej ten list nieszczęsny... Na!... masz!... teraz znowu księżna pani dzwoni... doskonałą sobie porę wybrała!... Ha!... tem gorzej dla niej... Księżna pani albo poczeka, albo też zmuszoną będzie wyrzec się na dziś widoku swej pierwszej panny honorowej.

W istocie głośny dźwięk dzwonu rozlegał się po całym zamku. Oznaczało to, iż księżna jest już ubrana i oczekuje małżonka, który na znak ten przychodził do salonu, podawał jej ramię i prowadził do jadalni.

Po dokonaniu tej formalności zasiadali do śniadania, po spożyciu którego rozchodzili się i nie spotykali się już, aż przy obiedzie, którego pora raz na zawsze naznaczoną była na drugą godzinę.

Na odgłos dzwonu otwarły się drzwi oficyny, stojącej po prawej stronie podwórza, i ukazali się w nich paź i dwóch marszałków, za którymi szło ośmiu kuchcików, niosących na dużych tacach potrawy, przykryte srebrnemi pokrywami. Orszak ten przeszedł przez całe podwórze, a strażnicy wstawali i przed jedzeniem broń prezentowali.

Panna Montalais i jej towarzyszka zajęły się znów zaczętym listem.

— No, dalej, zabieraj się do roboty... wolała wesoło Montalais. Pisz jeszcze raz owe piękne „Panie Raulu“, co już raz błyszczało na nagłówku podartego listu.

I, śmiejąc się, włożyła jej pióro w rękę.

— A teraz?... — zapytała młodsza.

— Teraz, Ludwiko, pisz, co myślisz — odrzekła Montalais.

— Czyś pewną, że myślę o czemś?

— Myślisz o kimś, a to na jedno wyjdzie... a nawet to podobno gorzej.

— A wiec skoro umiesz czytać w mych myślach, powiedz mi, co ja myślę, Montalais?...

— Przedewszystkiem nie myślisz wcale: „Panie Raulu!“, ale masz na myśli: „Kochany Raulu!“

— O!...

— Nie potrzebujesz się rumienić o taka drobnostkę... A zatem dalej: „kochany Raulu!... Prosisz mnie, abym pisała do Paryża, do ciebie, któremu służba nie pozwala ruszyć się z miejsca. Musisz się bardzo nudzić, jeśli rozrywki szukasz we wspomnieniach wieśniaczki...

Ludwika podniosła się nagle.

— Nie, Montalais — rzekła — nie!... ani jednego słowa nie myślę z tego, coś powiedziała... Chcesz wiedzieć, co naprawdę myślę?... patrz!

I, ująwszy śmiało za pióro, wprawną ręką nakreśliła następujące słowa.

„Czułabym się bardzo nieszczęśliwą, gdyby prośba pańska o jakąkolwiek pamiątkę chwil minionych znalazła mniejszy oddźwięk w mem sercu, niż go znalazła istotnie. Wszystko tutaj szepcze mi o pierwszych latach naszych, co tak szybko upłynęły, tak słodko minęły, zostawiając jednak ślad czarowny, którego nic zetrzeć nie zdoła“.

Montalais śledziła szybkie poruszenia pióra i czytała z odwrotnej strony to, co pisała Ludwika. Naraz przerwała jej, klasnąwszy w dłonie.

— O!... to rozumiem!... to się nazywa prawdziwa szczerość... to serce... to styl... Tak... tak!.. pokażmy tym paryżanom, że tu, w Blois, umiemy się wyrażać jak należy... niech nie myślą, że Blois to niby nic..

— O!... wie on dobrze — odrzekła młodsza — że Blois było dla mnie rajem.

— To... to... to!.... Właśnie to chciałam powiedzieć... Ah!... moja złota... jak ty to ładnie umiesz nazwać... wyrażasz się jak anioł.

— Pozwól Montalais... niech skończę.

I pisała dalej:

— „Piszesz, panie Raulu, iż myślisz ciągle o mnie!.. Dziękuję za te pamięć, lecz nie dziwi ona mnie wcale... mnie, która wiem, ile razy serca nasze biły jedno obok drugiego...“

— O!., o!.. — zauważyła Montalais — uważaj, moja kochana... czy to nie za śmiało...

Ludwika już miała odpowiedzieć, gdy nagle do uszu ich doleciał odgłos kopyt końskich, rozlegających się pod sklepieniem przedsieni.

— A to kto?... — zapytała Montalais, podbiegłszy do okna — śliczny kawaler, słowo daje!...

— Raul!... — wykrzyknęła Ludwika, która także zaciekawiona przybyciem nieoczekiwanego gościa, spojrzała przez okno. Ujrzawszy jeźdźca zbladła, i drżąca, bezsilna, usiadła na krześle tuż obok niedokończonego listu.

— To kochanek jak należy — zawołała Montalais — w najodpowiedniejszej chwili przybywa.

— Odejdź... odejdź... od okna... proszę cię — błagała Ludwika głosem stłumionym.

— Dlaczego?... przecież on mnie nie zna!... Pozwól, moja drogo, niech się dowiem, po co on tu przyjechał!...

ROZDZIAŁ II.
POSŁANIEC .

Panna de Motalais miała zupełna słuszność. Warto było popatrzeć na młodego kawalera.

Mógł on liczyć lat dwadzieścia cztery do pięciu, smukły, dobrze zbudowany, ubrany zgrabnie w mundur wojskowy ówczesnej mody.

Jedną ręką powstrzymał zgrabnie konia na środku podwórza, a druga zdjął kapelusz, przybrany długiemi piórami, odsłaniając w ten sposób twarz poważna i równocześnie prawie dziecięcą.

Strażnicy, zbudzeni hałasem, zerwali się na nogi.

Jeden z nich podszedł ku jeźdźcowi, a młodzieniec, przechylając się, rzekł głosem dźwięcznym, wyraźnie dolatującym do okna, gdzie ukryte były dziewczęta:

— Posłaniec do Jego królewskiej wysokości!...

— Przepraszam... jak godność pańska?...

— Wicehrabia de Bragelonne, wysłany od Jego wysokości księcia Kondeusza.

Żołnierz oddał ukłon głęboki, i, jak gdyby nazwisko zwycięzcy z pod Rocroy i Lens skrzydeł mu dodało, pomknął żywo przez trawnik, aby jak najprędzej dostać się na przedpokoje.

Pan de Bragelonne nie zdążył jeszcze przywiązać konia swego do sztachet, okalających trawnik, gdy nadbiegł marszałek dworu, pan de Saint-Remy, zadyszany, podtrzymując jedną ręką tłusty brzuch, a drugą przecinając powietrze, tak, jak rybak przecina wiosłem fale wody.

— Pan wiechrabia!... w Blois!... — zawołał — ależ to cud prawdziwy!... Dzień dobry, panie Raulu, dzień dobry!...

— Moje uszanowanie, panie de Saint-Remy.

— Jakże się ucieszy pani de la Vall... to jest, chciałem powiedziec pani de Saint-Remy, gdy pana ujrzy. Ale chodź pan. Jego królewska wysokość siedzi właśnie przy śniadaniu... Może należy go zaraz zawiadomić; czy sprawa bardzo ważna?...

— Tak i nie, panie de Saint-Remy; w każdym razie opóźnienie sprawiłoby, jak sadze, przykrość Jego królewskiej wysokości.

— W takim razie chodźmy prędko, bardzo prędko — zawołał poczciwiec i puścił się przodem.

Raul szedł za nim z kapeluszem w reku, przestraszony nieco odgłosem, jaki wydawały jego ostrogi na posadzkach tych olbrzymich sal.

Odgłos kroków przyśpieszonych, zapach wina i mięsa, dźwięk kryształów i talerzy uprzedził go, iż wkrótce znajdzie się u celu swej podróży.

Paziowie, lokaje i oficerowie, zgromadzeni w pokoju, poprzedzającym jadalnie, przyjęli nowoprzybyłego z grzecznością, przysłowiową w tym kraju. Niektórzy znali Raula osobiście, wszyscy zaś wiedzieli, iż przybywa z Paryża. Zdawałoby się, że przybycie jego powstrzymało na chwile zwykły bieg służby.

Jeden z paziów, który właśnie napełniał winem kielich Jego królewskiej wysokości, z dziecięcą ciekawością odwrócił się, nie przestając jednak wcale nalewać dalej wina, nie do kielicha wprawdzie, lecz na obrus.

Księżna pani, nie będąc tak zajętą, jak jej dostojny małżonek, dostrzegła roztargnienie pazia.

— Co tam?... — spytała.

— Co tam?... — powtórzył książę — co się stało?...

Pan de Saint-Remy, wsunąwszy głowę przez drzwi, uważał za stosowne skorzystać z tej chwili.

— Ośmielam się niepokoić Waszą wysokość.

— Dlaczego?... — zapytał książę Gaston, nakładając sobie na talerz kawałek łososia.

— Przybył posłaniec z Paryża; ale może poczekać, aż Wasza wysokość skończy śniadanie.

— Z Paryża — wykrzyknął książę, a widelec wypadł mu z ręki. — Posłaniec z Paryża, powiadasz, a od kogo przybywa?

— Od księcia Kondeusza — pośpieszył z odpowiedzią Marszałek.

— Od księcia?... — powtórzył Gaston, z zaniepokojeniem zbyt widocznem, aby ujść miało uwagi obecnych. Zdwoiło ono jeszcze ogólną ciekawość.

Książe Gaston odsunął żywo talerz z przed siebie.

— Czy ma zaczekać?... — zapytał pan de Saint-Remy.

— Nie... nie!... niech wejdzie natychmiast. A kto to taki?

— Szlachcic z tych okolic, pan wicehrabia de Bragelonne.

— Tak?... doskonale... Wprowadź go zaraz, de Saint-Remy, wprowadź go natychmiast.

Wyrzekłszy te słowa z powagą mu właściwą, książę przypatrywał się, jak cała służba, paziowie, oficerowie, koniuszy i wszyscy inni, odsunąwszy talerze, noże i kubki, wynosili się do drugiej izby szybko i bezładnie.

Mała ta armja ustawiło się w dwa szeregi, w chwili, gdy Raul de Bragelonne, wszedł do jadalni, poprzedzony przez pana de Saint-Remy.

Książę Gaston skorzystał z krótkiej chwili i przybrał minę dyplomaty. Nie odwracał się wcale, aż marszałek dworu przyprowadził posłańca przed jego oblicze.

Raul zatrzymał się przy końcu stołu, tak, aby mógł się znaleźć pomiędzy księciem i księżną. Stąd złożył głęboki ukłon Ich wysokościom i czekał, aż książę raczy się odezwać.

Książę zaś czekał, aż drzwi zostaną szczelnie zamknięte. Nie chciał się obrócić, aby się o tem przekonać, bo to ubliżałoby jego godności, ale słuchał zatrzaśnięcia klamki, oo obiecywało przynajmniej utrzymać pozór tajemnicy.

Gdy drzwi się zamknęły, książę podniósł oczy na wicehrabiego i rzekł:

— Zdaje się, że pan przybyłeś z Paryża?

— Przed chwilą, Wasza wysokość.

— Jakże się król miewa?

— Jego królewska mość cieszy się najlepszem zdrowiem.

— A moja bratowa?

— Jej królewska mość królowa matka skarży się ciągle na ból w piersiach. W każdym razie od miesiąca znacznie się jej polepszyło.

— Mówiono mi, że pan przebywasz od księcia Kondeusza. Zapewne się omylono?

— Nie omylono się wcale. Książę polecił mi doręczyć Waszej wysokości ten oto list, na który mam oczekiwać odpowiedzi.

Raula wzruszyło cokolwiek to przyjęcie zimne, prawie bojaźliwe. Głos jego pomimowoli spadł do diapazonu niespokojnej mowy księcia, tak, że obaj prawie szeptem mówili.

Książę nie zwrócił uwagi na to, iż sam wywołał ten tajemniczy chód i zaczął się nie na żarty trwożyć.

Spojrzał ponuro na list księcia Kondeusza, odpieczętował go w sposób, w jaki zwykle rozpieczętowuje się listy podejrzane i, aby nikt nie mógł dostrzec wyrazu jego twarzy w czasie czytania, odwrócił się.

Księżna pani, strwożona równie jak i książę, ścigała wzrokiem każdy ruch dostojnego swego małżonka.

Raul, stropiony podobnem przyjęciem, spoglądał, nie ruszając się z miejsca w okno, poza którem widać było ogród, przyozdobiony licznemi posągami.

— Ależ!... — zawołał nagle książę, uśmiechając się rozkosz nie — ależ to przyjemna niespodzianka... Bardzo miły... bardzo miły jest ten list księcia Kondeusza. Służę ci, księżno.

Stół był za szeroki, aby książę mógł sięgnąć aż do wyciągniętej ręki swej małżonki.

Raul pośpieszył z pomocą i podał list księżnej tak zręcznie, iż zjednał sobie jako podziękowanie skinienie głową i łaskawy uśmiech.

— Treść listu jest panu znaną zapewne — rzekł Gaston do Raula.

— Istotnie. Książę pierwotnie chciał, ażebym ustnie załatwił me posłannictwo, dopiero później uznał za właściwe list ten napisać.

— Śliczne pismo, ale nie mogę odczytać — odezwała się księżna.

— Czy nie byłbyś łaskaw odczytać tego listu księżnej pani, panie wicehrabio de Bragelonne?

— O tak, przeczytaj pan, proszę.

Raul zabrał się do czytania, a książę jeszcze raz skupił całą swa uwagę.

List zawierał następujące słowa:

„Wasza Wysokość!

Król wyjeżdża zagranicę. Zapewne wiadomo Waszej wysokości, iż małżeństwo Jego królewskiej mości jest już postanowione. Król zrobił mi zaszczyt, mianując mnie marszałkiem-kwatermistrzem w czasie tej podróży; ponieważ zaś jestem przekonany, iż Jego królewska mość spędziłby z przyjemnością dzień jeden w Blois, udaję się więc do Waszej wysokości z prośba o pozwolenie wyznaczenia tej miejscowości, jako punktu wypoczynku w drodze. Gdyby propozycja moja narażać miała Waszą wysokość na jakiekolwiek trudy lub przykrości, natenczas proszę udzielić odpowiedzi oddawcy niniejszego listu, panu wicehrabiemu de Bragelonne, należącemu do mojego orszaku. Oznaczenie dalszego kierunku podróży zależy od woli Waszej wysokości i zamiast zwrócić się na Blois, wskazałbym Vendome lub Romorantin. Ośmielam się cieszyć nadzieją, iż Wasza wysokość przyjmie propozycję moją, jako wyraz bezgranicznego przywiązania, i usłużności“.

 

— A! jakie to dla nas przyjemne — odezwała się księżna, która w ciągu odczytywania listu kilkakrotnie porozumiewała się wzrokiem z dostojnym swym małżonkiem. — Król tutaj!.. — zawołała głośniej nieco, niżby tego wymagało utrzymanie tajemnicy.

— Wicehrabio,.. — zabrał głos książę Gaston — podziękujesz księciu Kondeuszowi i wyrazisz mu słowa wdzięczności za przyjemność, jaką mi sprawia.

Raul skłonił się głową.

— Którego dnia Jego królewska mość ma zamiar przybyć?... — mówił dalej książę.

— Według wszelkiego prawdopodobieństwa, król stanie tu dziś wieczorem.

— W jakiż więc sposób otrzymanoby moja odpowiedź, gdyby ta była odmowną?

— Miałem polecenie powrócić jak najśpieszniej do Beaugency i doręczyć tam rozkaz kurjerowi, któryby zawiózł go lotem strzały do księcia.

— Więc Jego królewska mość znajduje się w Orleanie?

— Bliżej... Wasza wysokość!... Jego królewska mość powinienby przybyć w tej chwili do Meung.

— Czy dwór mu towarzyszy?

— Tak.

— A!., a propos... Zapomniałem zapytać się o pana kardynała.

— Jego Eminencja wygląda doskonale.

— Siostrzenice pewno mu towarzyszą?...

— Nie, Wasza wysokość, Jego Eminencja rozkazał pannom Mancini wyjechać do Brouage. Jadą lewym brzegiem Loary, gdy tymczasem dwór posuwa się prawym.

— Co?... I panna Marja Mancini także dwór opuszcza?... — zapytał książę, pozbywając się powoli ospałości i powagi.

— Panna Marja Mancini przedewszytkiem — odparł Raul dyskretnie.

Przelotny uśmiech, zaledwie dostrzegalny ślad chętki do zawikłanych intryg, jakie książę Gaston dawniej z zamiłowaniem uprawiał, przemknął się po jego ustach.

— Dziękuję; panie de Bragelonne!... — odrzekł książę — nie przyjąłbyś zapewne polecenia, jakiembym cię chętnie obdarzył, a mianowicie, abyś wyraził księciu Kondeuszowi, iż posłaniec jego bardzo mi się podoba... ale ja mu to powiem osobiście.

Raul podziękował głębokim ukłonem za zaszczyt, jaki go spotkał.

Książę dał znak księżnej, a ta ujęła za dzwonek, stojący obok na stole.

W tej chwili pojawił się pan de Saint-Remy, a za nim wkrótce cały pokój zapełnił się mieszkańcami zamku.

— Panowie!... — rzekł książę — Jego królewska mość uczynił mi ten zaszczyt, iż raczy spędzić dzień jeden w Blois. Mam nadzieję, iż król, mój bratanek, nie będzie żałował łaski, która mi wyświadcza.

— Niech żyje król!.... — zawołał z frenetycznym entuzjazmem cały tłum z panem de Saint Remy na czele.

Księżna pierwsza pomyślała o zajęciu się niezbędnemi przygotowaniami i wezwała pana de Saint-Remy.

— Nie czas na gawędy, ale na robotę — odezwała się tonem zagniewanej gospodyni.

— Spodziewam się, że szlachcic ten nie poskarży się na niewygodę — dodała, zwracając się do pana Saint-Remy.

Poczciwiec pobiegł natychmiast za Raulem.

— Księżna pani włożyła na nas obowiązek starania się, aby pan wicehrabia odpoczął u nas jak należy. Apartament dla pana jest przygotowany w zamku.

— Dziękuję, panie Saint-Remy — odrzekł Bragelonne. — Pojmujesz zapewne jak mi śpieszno zobaczyć czemprędzej ojca mego.

— To prawda... to prawda... panie Raulu... proszę mu złożyć przy tej sposobności wyrazy mego uszanowania.

Raul pozbył się nareszcie starego szlachcica i, ująwszy konia za uzdę, wyszedł z zamku.

Właśnie przechodził pod sklepieniem przedsionka, gdy naraz do uszu jego dobiegi z głębi ciemnej alei głosik dźwięczny.

— Panie Raulu!...

Raul odwrócił się zdumiony i ujrzał młodą brunetkę, która, palec przyłożywszy do ust, nakazywała mu milczenie, a równocześnie wyciągnęła drugą rękę na powitanie.

Nie znał jej wcale.