Hrabia Monte Christo tom ITekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Przekład

Tamara Michałowska

Ilustracje

Pierre Gustave Egène Stall

LEKTURA DLA SZKÓŁ ŚREDNICH

© Copyright by Siedmioróg

ISBN 978-83-66251-28-1

Wydawnictwo Siedmioróg

ul. Krakowska 90, 50-427 Wrocław

Księgarnia wysyłkowa Wydawnictwa Siedmioróg

www.siedmiorog.pl

Wrocław 2018

Przygotowanie wydania elektronicznego: Michał Nakoneczny, hachi.media

Spis treści

Tom I

Część I. W szponach nikczemników

Rozdział 1. Przybycie „Faraona”

Rozdział 2. Ojciec i syn

Rozdział 3. Rodzina katalońska

Rozdział 4. Zmowa

Rozdział 5. Zaręczyny

Rozdział 6. Zastępca prokuratora królewskiego

Rozdział 7. Przesłuchanie

Rozdział 8. Zamek IF

Rozdział 9. Wieczór zaręczynowy

Rozdział 10. Gabinet w Tuileries

Rozdział 11. Potwór korsykański

Rozdział 12. Ojciec i syn

Rozdział 13. Sto dni

Część II. Zapomniany przez Boga i ludzi

Rozdział 14. Więzień wściekły i więzień szalony

Rozdział 15. Numer 34 i numer 27

Rozdział 16. Uczony Włoch

Rozdział 17. Cela opata

Rozdział 18. Skarb

Rozdział 19. Trzeci atak

Rozdział 20. Cmentarz zamku If

Część III. Na wolności

Rozdział 21. Wyspa Tiboulen

Rozdział 22. Przemytnicy

Rozdział 23. Wyspa Monte Christo

Część IV. Anioł miłosierdzia

Rozdział 24. Olśnienie

Rozdział 25. Nieznajomy

Rozdział 26. Oberża w Pont du Gard

Rozdział 27. Relacja

Rozdział 28. Rejestry więzienne

Rozdział 29. Firma „Morrel i Syn”

Rozdział 30. 5 września

Część V. Karnawał w Rzymie

Rozdział 31. Włochy — Sindbad Żeglarz

Rozdział 32. Przebudzenie

Rozdział 33. Bandyci rzymscy

Rozdział 34. Zjawiska

Rozdział 35. Egzekucja

Rozdział 36. Karnawał w Rzymie

Rozdział 37. Katakumby św. Sebastiana

Rozdział 38. Odwiedziny

Część VI. W Paryżu

Rozdział 39. Śniadanie

Rozdział 40. Prezentacja

Rozdział 41. Bertuccio

Rozdział 42. Dom w Auteuil

Rozdział 43. Wendetta

Rozdział 44. Krwawy deszcz

Rozdział 45. Nieograniczony kredyt

Rozdział 46. Zaprzęg siwojabłkowity

Część VII. Wielkoświatowe rozrywki

Rozdział 47. Ideologia

Rozdział 48. Hayde

Rozdział 49. Rodzina Morrelów

Rozdział 50. Pyram i Tysbe

Rozdział 51. Nauka o truciznach

Rozdział 52. Robert Diabeł

Rozdział 53. Gra giełdowa

1  Strona tytułowa

2  Strona redakcyjna

3  Spis treści

4  Tom I

5  Część I. W szponach nikczemników Rozdział 1. Przybycie „Faraona” Rozdział 2. Ojciec i syn Rozdział 3. Rodzina katalońska Rozdział 4. Zmowa Rozdział 5. Zaręczyny Rozdział 6. Zastępca prokuratora królewskiego Rozdział 7. Przesłuchanie Rozdział 8. Zamek IF Rozdział 9. Wieczór zaręczynowy Rozdział 10. Gabinet w Tuileries Rozdział 11. Potwór korsykański Rozdział 12. Ojciec i syn Rozdział 13. Sto dni

6  Część II. Zapomniany przez Boga i ludzi Rozdział 14. Więzień wściekły i więzień szalony Rozdział 15. Numer 34 i numer 27 Rozdział 16. Uczony Włoch Rozdział 17. Cela opata Rozdział 18. Skarb Rozdział 19. Trzeci atak Rozdział 20. Cmentarz zamku If

7  Część III. Na wolności Rozdział 21. Wyspa Tiboulen Rozdział 22. Przemytnicy Rozdział 23. Wyspa Monte Christo

 

8  Część IV. Anioł miłosierdzia Rozdział 24. Olśnienie Rozdział 25. Nieznajomy Rozdział 26. Oberża w Pont du Gard Rozdział 27. Relacja Rozdział 28. Rejestry więzienne Rozdział 29. Firma „Morrel i Syn” Rozdział 30. 5 września

9  Część V. Karnawał w Rzymie Rozdział 31. Włochy — Sindbad Żeglarz Rozdział 32. Przebudzenie Rozdział 33. Bandyci rzymscy Rozdział 34. Zjawiska Rozdział 35. Egzekucja Rozdział 36. Karnawał w Rzymie Rozdział 37. Katakumby św. Sebastiana Rozdział 38. Odwiedziny

10  Część VI. W Paryżu Rozdział 39. Śniadanie Rozdział 40. Prezentacja Rozdział 41. Bertuccio Rozdział 42. Dom w Auteuil Rozdział 43. Wendetta Rozdział 44. Krwawy deszcz Rozdział 45. Nieograniczony kredyt Rozdział 46. Zaprzęg siwojabłkowity

11  Część VII. Wielkoświatowe rozrywki Rozdział 47. Ideologia Rozdział 48. Hayde Rozdział 49. Rodzina Morrelów Rozdział 50. Pyram i Tysbe Rozdział 51. Nauka o truciznach Rozdział 52. Robert Diabeł Rozdział 53. Gra giełdowa

Tom I
Część I W szponach nikczemników

Rozdział 1

Przybycie „Faraona”

W słonecznym i bardzo ciepłym dniu 24 lutego 1815 r. dano z wieży kościoła Notre Dame de la Garde w Marsylii hasło, zapowiadające powrót z podróży do Smyrny, Triestu i Neapolu trójmasztowca „Faraon”. Pilot portwy, jak mu to nakazywał obowiązek, wyruszył natychmiast na spotkanie przybysza, opływając mury zamku If pomiędzy przylądkiem Morgion a wyspą Rion.

Jak zwykle, gdy sygnały oznajmiają przybycie statku, wały fortu św. Jana zaległy natychmiast tłumy ciekawskich. Dla miasta portowego przybycie każdego statku, a cóż dopiero takiego jak „Faraon”, jest wielką uroczystością. „Faraon” bowiem był jakby dzieckiem Marsylii — zbudowany w miejskich zakładach, w Marsylii ekwipowany i ładowany, wreszcie jego właścicielem był człowiek ogólnie lubiany i szanowany.

Statek zbliżał się do portu. Już przebył cieśninę pomiędzy wyspami Calasareigne i Jaros, następnie minął Pomègue, a płynął wszakże tak powoli i w takiej zupełnej ciszy nieruchomej załogi, iż szedł od niego jakiś posępny i mroczny powiew.

Tak posuwać może się jedynie nieszczęście.

Doświadczeni żeglarze wywnioskowali, że jeżeli statek istotnie spotkało jakieś nieszczęście, to na pewno przytrafiło się ono nie statkowi samemu — jakkolwiek płynął on bardzo wolno, to jednak posuwał się w największym porządku, jak statek znajdujący się w najlepszym stanie, kierowany biegłą i umiejętną ręką. Kotwicę miał spuszczoną, żagle zwinięte, obok pilota zaś widać było stojącego młodego, pełnego życia mężczyznę, który bacznym okiem czuwał nad każdym ruchem okrętu i każdy rozkaz przewodnika polecał załodze do wykonania.

Los „Faraona” był tak bliski marsylczykom, że na twarzach zebranego tłumu widać było to szczególne zaniepokojenie; szczególnie poruszony był zaś jeden z wyczekujących, który, nie mogąc wreszcie stłumić wzruszenia, wsiadł do małej łódki i popłynął na spotkanie statku.

Na widok przybijającego młody marynarz, który do tej chwili stał przy pilocie, opuścił go i, z kapeluszem w ręku, wyszedł naprzeciw przybyłego.

Marynarz ten był młodym zaledwie osiemnastoletnim bądź dwudziestoletnim mężczyzną, smukłym, wysokim, o pięknych czarnych oczach i hebanowych włosach. Jego postawa emanowała spokojem, właściwym tym, którzy nawykli do walki z niebezpiecznym żywiołem morskiej otchłani.

— To ty, Dantèsie?! — zawołał na jego widok przybyły. — Cóż to się stało? Cóż jest przyczyną tego smutku na pokładzie?

— Nieszczęście, wielkie nieszczęście, panie Morrel! — odrzekł młodzieniec. — Nieszczęście szczególnie dla mnie. Na wysokości Civitavecchia straciliśmy naszego dzielnego kapitana!

— A ładunek? — zapytał żywo armator.

— Przybył bezpiecznie do portu, panie Morrel, i wierzę, że będzie pan z tego zadowolony, ale biedny kapitan Leclère…

— Cóż mu się więc przytrafiło? — zapytał z ulgą armator. — Cóż się stało temu dzielnemu kapitanowi?

— Nie żyje.

— Utonął w morzu?

— Nie, panie. Zmarł na gorączkę mózgową, w strasznych cierpieniach — odpowiedział zapytany, a potem, zwracając się do załogi: — Zakotwiczyć okręt! — zawołał.

Rozkaz natychmiast i w największym porządku został wykonany.

Wtedy młody marynarz, rzuciwszy bacznym okiem na wszystko, zwrócił się znów do pana Morrela.

— Opowiedz, mój drogi, jak to się stało? — zapytał teraz ten ostatni.

— Mój Boże! Nieszczęście to spadło na nas nagle, jak grom — po długiej rozmowie z komendantem portu, kapitan Leclère opuścił Neapol wielce poruszony; w ciągu dwudziestu czterech godzin dostał silnej gorączki, a trzy dni potem już nie żył. Z wielkim żalem musieliśmy mu oddać ostatnią posługę i nasz drogi kapitan spoczywa teraz z 26 funtową kulą u nóg na dnie morskim, w pobliżu wyspy del Giglio. Odwozimy wdowie po nim jego Krzyż Legii Honorowej i szpadę. Okropne to, naprawdę, przez dziesięć lat walczyć z Anglikami i umrzeć potem w łóżku, jak pierwszy lepszy szczur lądowy.

— Ha! wszyscy jesteśmy śmiertelni. Szkoda, wielka szkoda kapitana, lecz zdarzyć się mogło coś o wiele gorszego — wraz z nim zginąć mógł i okręt, i ładunek…

— Co do tego ostatniego, to znajduje się on w jak najlepszym stanie — odpowiedział młodzieniec i zwracając się do załogi, krzyknął: — Zwijać żagle!

Rozkaz został spełniony z taką precyzją i szybkością, jak na wojennym statku i okręt posuwał się dalej jedynie już samą siłą rozpędu.

— Teraz, panie Morrel — powiedział Dantès — może zechce pan porozmawiać z buchalterem, panem Danglarsem, który udzieli panu wszelkich wyjaśnień, ja bowiem jestem zmuszony pana opuścić, by zlustrować okręt i wywiesić żałobną flagę.

W tejże chwili Danglars wyszedł pospiesznie na spotkanie właściciela. Był to człowiek liczący sobie około dwadzieściu pięciu lat, o ponurej twarzy. Z tejże zapewne przyczyny cała załoga, o ile kochała Edmunda Dantèsa, o tyle była usposobiona niechętnie do Danglarsa.

— Już wiesz zapewne, panie Morrel, o nieszczęściu?

— Wiem, biedny Leclère. Dzielny i zacny był to człowiek.

— A nade wszystko — był to marynarz doskonały, jak przystało człowiekowi, w którego ręku spoczywały interesy tak znakomitego domu jak „Morrel i Syn”— odrzekł uniżenie Danglars.

— Zdaje mi się jednak — odpowiedział właściciel, obrzucając Danglarsa bystrym spojrzeniem — że niekoniecznie trzeba być starym marynarzem, aby dobrze znać swoje rzemiosło. Przykładem tego jest choćby nasz Edmund Dantès. Ten na pewno zawsze i w każdej potrzebie da sobie radę.

— Zapewne — odparł Danglars, spoglądając na Dantèsa wzrokiem, w którym czaiła się zawiść. — Niewątpliwie jest to młodzieniec bardzo energiczny i przedsiębiorczy. Ledwo kapitan zamknął oczy, natychmiast samowładnie objął po nim dowództwo i, zamiast udać się prostą drogą do Marsylii, stracił całą dobę na Elbie.

— Że objął dowództwo — pochwalam w całości, a nawet jego obowiązkiem było tak właśnie uczynić; że stracił dobę na Elbie — jest sprawą nieco gorszą, lecz może okręt potrzebował naprawy?

— Okręt był w jak najlepszym stanie. Jemu po prostu zachciało się być na Elbie przez dobę, nic ponad to.

— Dantès, proszę tu pana na moment! — zawołał właściciel, zwracając się ku młodzieńcowi.

— Będę służył za chwilę — odrzekł Dantès. — Zarzucić kotwicę! — zwrócił się do załogi.

Kotwica opadła w moment po daniu rozkazu. Dantès krzyknął wtedy:

— Spuścić flagę do połowy masztu, zwinąć żagle na znak żałoby i skrzyżować reje!

— Czy pan widzi — podszepnął Danglars — ten Dantès ma się najzupełniej za kapitana. Słowo daję!

— Jest nim przecież w tej chwili bezspornie — odparł właściciel.

— Brak mu tylko patentu z pana podpisem, panie Morrel, i twoich wspólników.

— A dlaczegóż byśmy nie mieli zaofiarować mu tego stanowiska? Młody jest, to prawda, ale zdolny, sprężysty i wyrobiony.

Danglars nachmurzył się po takiej odpowiedzi i zmarszczył brwi.

W tejże chwili do rozmawiających zbliżył się Dantès ze słowami:

— Najmocniej przepraszam pana, panie Morrel, że nie przybyłem natychmiast, lecz byłem zajęty. Teraz, gdy okręt jest już na kotwicy, służę panu.

Danglars cofnął się nieco, Morrel zaś zapytał:

— Dlaczego zatrzymałeś się na Elbie?

— Dlaczego? Nie wiem dokładnie. Czyniąc to, spełniłem tylko rozkaz umierającego kapitana, który na godzinę przed śmiercią polecił mi oddać depeszę marszałkowi Bertrandowi.

— I widziałeś go?

— Kogo? Marszałka? Widziałem.

Morrel rozejrzał się wokoło i odprowadził Dantèsa na bok.

— Jakże się ma cesarz?

— O ile mogę sądzić, z tego, co widziałem, to dobrze.

— Widziałeś więc także i cesarza?

— Kiedy byłem u marszałka, cesarz wszedł tam właśnie.

— Mówiłeś z nim?

— Tak, to jest… cesarz raczej mówił ze mną — odpowiedział Dantès, uśmiechając się.

— I o czym z tobą mówił?

— Zapytał mnie, kiedy statek wypłynął z Marsylii, jaką płynął drogą i jaki ma ładunek. Zdaje się, iż kupiłby go, gdyby był bez ładunku i gdyby był mój. Odpowiedziałem, że jestem tylko porucznikiem okrętu i że on sam należy do domu „Morrel i Syn”.

— O! — zawołał wtedy cesarz — dobrze znam ten dom. Morrelowie od wieków są właścicielami okrętów handlowych. Jeden z tych Morrelów służył w tym samym pułku co i ja, kiedym stał garnizonem w Walencji.

— Prawda! — wykrzyknął radośnie właściciel statku. — Cesarz mówił o Polikarpie Morrelu, moim rodzonym stryju. Dantèsie, mój drogi, sam powiesz stryjowi, że cesarz go pamięta, a zobaczysz, że stary rozpłacze się z radości. No, chodźmy! — rzekł następnie, uderzając młodzieńca po ramieniu. — Chodźmy, Dantèsie. Dobrze zrobiłeś, że spełniłeś rozkazy Leclère’a, dobrze zrobiłeś, żeś się zatrzymał na Elbie, chociaż, gdyby wiedziano, że miałeś depeszę do marszałka i że mówiłeś z cesarzem, mógłbyś sobie diabelnie zaszkodzić.

— A to z jakiej racji? — rzekł Dantès. — Czyż ja wiem, co odwoziłem? Spełniłem jedynie rozkaz. Lecz przepraszam pana raz jeszcze, że zmuszony jestem znów odejść. Obowiązek mnie woła, załatwić muszę formalności celne i pokazać się służbie sanitarnej.

 

— Wybacz, że ci przeszkadzam, mój drogi Dantèsie. Rób co trzeba i jak trzeba.

Gdy młodzieniec oddalił się, do Morrela natychmiast podbiegł Danglars.

— I cóż? — zapytał. — Dantès usprawiedliwił się panu ze swego pobytu w Porto Ferraio?

— Najzupełniej, kochany panie Danglars.

— Tym lepiej. Przykro bowiem mieć towarzysza pracy niespełniającego swych obowiązków.

— Dantès jest dzielnym chłopcem i przewybornym marynarzem — odparł właściciel. — To nie ulega najmniejszej wątpliwości. Na Elbie zaś zatrzymał się z tej przyczyny, iż taki miał rozkaz od zmarłego kapitana.

— Od Leclère’a? To przypomina mi jeden szczegół. Czy Dantès oddał panu listu od kapitana?

— Nie. A czy miał jakiś list?

— Zdawało mi się, że prócz pakietu, kapitan Leclère wręczył mu również jakiś list.

— O jakim pakiecie pan mówi, panie Danglars?

— O tym, który Dantès miał oddać w Porto Ferraio.

— Skądże wiesz, iż miał tam jakiś pakiet do oddania?

Danglars zaczerwienił się gwałtownie.

— Przechodziłem przypadkiem koło na wpół przymkniętych drzwi kapitana, gdy ten oddawał właśnie Dantèsowi jakiś list i pakiet.

— O liście nic nie wiem. Jeżeli go dla mnie ma, odda mi go niewątpliwie.

— Panie Morrel — Danglars odpowiedział po chwili namysłu — nie wspominaj nic Dantèsowi o tym wszystkim, proszę cię o to bardzo, mogłem się pomylić…

W tejże chwili Dantès powrócił, a Danglars powtórnie usunął się chyłkiem.

— Cóż, skończyłeś już wszystko? — zapytał właściciel.

— Tak jest.

— Szybko się uwinąłeś.

— Niewiele miałem do roboty. Oddałem spis towarów, a wszelkie inne papiery posłałem również tam, gdzie należy.

Mówiąc to, rozejrzał się dookoła.

— Tak jest, już wszystko zrobione i wszystko jest w należytym porządku.

— W takim razie zabieram cię na obiad.

— Zechce pan mi wybaczyć, lecz mam starego ojca; jego pierwszego muszę powitać. Dziękuję za zaszczyt z całego serca.

— Nie mam ci tego wcale za złe. Wiem, że byłeś zawsze dobrym synem.

— A czy pan nie wie przypadkiem — nieśmiało zapytał Dantès — jak się miewa moje ojczysko?

— Myślę, że dobrze, chociaż przyznam ci się, mój Edmundzie, że go już dosyć dawno nie widziałem.

— Starowina nie wychodzi prawie ze swego pokoiku.

— Co dowodzi, że w czasie twej nieobecności niczego mu nie brakowało.

— Mój ojciec — odparł młody człowiek — jest tak dumnym człowiekiem, że gdyby nic nawet nie miał, to i wtedy nigdy by nikogo o nic nie poprosił. Boga chyba tylko jednego!

— W takim razie mam nadzieję, że przyjdziesz do nas przed wieczorem?

— Proszę mi wybaczyć raz jeszcze, panie Morrel. Gdy się nacieszę ojcem, czekają mnie jeszcze inne odwiedziny…

— Ach, prawda! Zapomniałem na śmierć, że jest jeszcze ktoś drugi, kto oczekuje cię z nie mniejszą niecierpliwością. Piękna Mercedes, nieprawdaż?

Dantès oblał się rumieńcem aż po czoło.

— Nic dziwnego więc, że trzykrotnie przychodziła się pytać, czy nie ma jakichś wiadomości o „Faraonie”. Do diabła! Szczęśliwy jesteś, Edmundzie, bo naprawdę śliczną kochasz dziewczynę.

— To moja narzeczona — odparł poważnie Dantès.

— Toż to przecież wszystko jedno — odparł, śmiejąc się właściciel statku.

— U nas — to nie jest to samo — z naciskiem i jeszcze poważniej rzekł Dantès.

— A więc idź już, idź, kochany Dantèsie. Nie zatrzymuję cię dłużej. Dosyć się napracowałeś dla mnie i masz teraz prawo do odpoczynku i swobody. A może potrzebujesz pieniędzy?

— Dziękuję bardzo. W czasie podróży udało mi się trochę zaoszczędzić...

— Porządny z ciebie człowiek, Edmundzie.

— Mam biednego ojca, pan wie przecież o tym.

— O! wiem, wiem, że jesteś wprost wyjątkowym synem. Spiesz więc powitać ojca. Ja również mam syna i nie byłbym bynajmniej wdzięczny, gdyby go ktoś po trzymiesięcznej podróży zatrzymał zbyt długo przy sobie.

— A więc żegnam pana — rzekł Dantès, składając ukłon głęboki i uśmiechając się z wdzięcznością.

— Bywaj więc zdrów, jeżeli nie masz mi już więcej nic do powiedzenia.

— Nic już, szanowny panie.

— A czy czasem kapitan Leclère nie polecił ci przed śmiercią, żebyś mi oddał jakiś list?

— Kapitan przed śmiercią był bezwładny i nie był w stanie pisać. Dobrze jednak, że sobie przypomniałem. Chciałbym prosić pana o parodniowy urlop.

— Zapewne chcesz się ożenić?

— I to również. Lecz wcześniej muszę pojechać do Paryża.

— Dobrze. Daję ci swobodę na tak długo, jak ci to będzie potrzebne. Na wyładowanie statku potrzeba co najmniej sześciu tygodni. „Faraon” więc najwcześniej za trzy miesiące będzie gotów pod żagle. Na ten termin musisz więc się stawić. „Faraon” bowiem — rzekł w końcu właściciel statku, podnosząc głos — nie mógłby się przecież obejść bez swego kapitana!

— Kapitana?! — zawołał Dantès, a oczy rozbłysły mu radością. — Zastanów się dobrze, drogi panie Morrel, nad tym, coś powiedział. Czy ma pan istotnie ma zamiar mianować mnie kapitanem „Faraona”?

— Gdyby to zależało wyłącznie ode mnie, już teraz podałbym ci rękę, mój drogi Dantèsie i powiedział: „Jesteś kapitanem”. Ale mam wspólnika, a znasz włoskie przysłowie: „Kto ma wspólnika — jest niewolnikiem”. W połowie jednak sprawa jest załatwiona, albowiem z dwóch głosów, jednego możesz być pewnym. Polegaj zresztą na mnie, że i drugi pozyskasz.

— O, zacny panie Morrel! — zawołał młody marynarz, ze łzami w oczach ściskając ręce pryncypała. — Dziękuję ci, szlachetny panie Morrel, w imieniu ojca mojego i mojej Mercedes.

— Bądź spokojny, drogi Edmundzie! Cóż u diabła! Jest przecież Bóg na niebie, co się opiekuje poczciwymi. Idź, idź do ojca, idź do swej Mercedes, a potem przychodź do mnie.

— Pozwoli pan, że odwiozę go do brzegu?

— Nie potrzeba, dziękuję ci. Zostanę tutaj jeszcze chwilę dla rozliczenia się z Danglarsem. Czy byłeś z niego zadowolony w czasie podróży?

— Zależy, co pan przez to rozumie. Jako z towarzysza — nie mogłem być zadowolony. Wiem bowiem, że mnie nie lubi. Zwłaszcza od tej chwili gdy popełniłem wielką niedorzeczność i wyzwałem go na pojedynek z powodu błahej sprzeczki, jaka zaszła między nami. Zażądałem, abyśmy zatrzymali się na dziesięć minut na wyspie Monte Christo, żeby ostatecznie zakończyć ten spór. Głupstwo zrobiłem, że go wyzwałem i jestem mu wdzięczny, gdyż rację miał, odrzucając spotkanie. Jeżeli jednak pan zapyta mnie o niego jako o buchaltera, to odpowiem, iż spełnia swe obowiązki z całą gorliwością.

— Więc jako kapitan nie masz nic przeciwko temu, by Danglars nadal pozostał na stanowisku buchaltera?

— Czy jako kapitan, czy jako porucznik, potrafię zawsze uszanować każdego, kto będzie obdarzony zaufaniem mych chlebodawców.

— Widzę, że pod każdym względem jesteś prawym człowiekiem. Lecz idźże już sobie, bo widzę, że stoisz jak na szpilkach.

— Do widzenia, panie Morrel, racz pan raz jeszcze przyjąć moje podziękowanie.

— Do widzenia, Edmundzie. Życzę ci powodzenia.

Młody marynarz wskoczył do łodzi i dał rozkaz skierowania jej do Canebière. Dwaj majtkowie zanurzyli wiosła w wodę i poprzez wąski przesmyk pomiędzy statkami wydostali się szybko na wolną toń, płynąc do wybrzeża portu Orleans.

Morrel z uśmiechem na ustach odprowadził wzrokiem płynącego Edmunda, by po chwili zobaczyć, jak wyskakuje on na ląd i znika natychmiast w różnobarwnym tłumie, co od wczesnego rana aż do późnego wieczora zalega najwspanialszą w Marsylii ulicę Canebière, z której są tak dumni dzisiejsi Fokajczycy. Z najzimniejszą krwią i z największą pewnością, tak bardzo dla nich charakterystyczną, powiadają oni: „Gdyby Paryż miał Canebière, mógłby się wtedy nazwać małą Marsylią”.

Gdy Morrel w końcu stracił z oczu Dantèsa i odwrócił się, ujrzał przed sobą Danglarsa, który, wydawać by się mogło, oczekiwał na jego rozkazy, a w gruncie rzeczy również śledził wzrokiem młodego marynarza.

Wielka była różnica w wyrazie oczu tych dwóch ludzi śledzących jednego i tego samego człowieka.