Towarzysze JehudyTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Aleksander Dumas ojciec

Towarzysze Jehudy

Sprzysiężeni

Warszawa 2016

Spis treści

Rozdział I. Table d’hôte

Rozdział II. Przysłowie włoskie

Rozdział III. Anglik

Rozdział IV. Pojedynek

Rozdział V. Roland

Rozdział VI. Morgan

Rozdział VII. Klasztor Kartuzów w Seillon

Rozdział VIII. Romeo i Julia

Rozdział IX. Rodzina Rolanda

Rozdział X. Zamek Des Noires-Fontaines

Rozdział XI. Przyjemności prowincji

Rozdział XI. Dzik

Rozdział XII. Niemiłe zlecenie

Rozdział XIII. Niedowiarek

Rozdział XIV. Widmo

Rozdział XV. Poszukiwania

Rozdział XVI. Sąd

Rozdział XVII. Domek przy ulicy De La Victoire

Rozdział XVIII. Goście Bonapartego

Rozdział XIX. Ważna wiadomość

Rozdział XX. Bal ofiar

Rozdział XXI. Skóra niedźwiedzia

Rozdział XXII. W rodzinie

Rozdział XXIII. Dyliżans genewski

Rozdział XXIV. Raport obywatela Fouchégo

Rozdział XXV. Syn młynarza

Rozdział XXVI. Biały i błękitny

Rozdział XXVII. Oko za oko

Rozdział XXVIII. Dyplomacja Jerzego Cadoudala

Rozdział XXIX. Oświadczyny

Rozdział XXX. Rzeźba i malarstwo

Rozdział XXXI. Poseł

Rozdział XXXII. Dwa sygnały

Rozdział XXXIII. Jaskinia w Ceyzeriat

Rozdział XXXIV. Punkt obserwacyjny

Rozdział XXXV. W oberży

Rozdział XXXVI. Karetka z Chambéry

Rozdział XXXVII. Odpowiedź lorda Grenville’a

Rozdział XXXVIII. Przeprowadzka

Rozdział XXXIX. Na tropie

Rozdział XL. Natchnienie

Rozdział XLI. Na zwiady

Rozdział XLII. Odwet Rolanda

Rozdział XLIII. Cadoudal w Tuileries

Rozdział XLIV. Armia rezerwowa

Rozdział XLV. Sąd

Rozdział XLVI. Amelia dotrzymuje słowa

Rozdział XLVII. Wyznanie

Rozdział XLVIII. Pojedynek

Zakończenie

Rozdział I

Table d’hôte

Dnia 9 października 1799 r. w piękny dzień jesieni południowej, dzięki której na dwóch krańcach Prowansji dojrzewają pomarańcze w Hyeres i winogrona w Paint-Péray, zaprzężona w trzy konie pocztowe kolasa przejeżdżała przez most na Durancji, między Cavailhonem a Château-Renard, kierując się ku Awinionowi, dawnemu miastu papieskiemu, przyłączonemu do Francji przed ośmiu laty mocą dekretu z 25 maja 1791 r. Przyłączenie to potwierdzone zostało przez traktat między generałem Bonaparte i papieżem Piusem VI, podpisany w 1797 r. w Tolentino.

Kolasa wtoczyła się przez bramę od strony Aix, przejechała nie zwalniając biegu przez całe miasto o ulicach wąskich i krętych, zbudowane tak, że było jednocześnie osłonięte od wichru i słońca, i zatrzymała się o pięćdziesiąt kroków od bramy, prowadzącej do Oulle, przed hotelem Palais-Egalité, który zaczynano powoli nazywać ponownie Palais-Royal. Tych kilka prawie nic nie znaczących słów z powodu nazwy hotelu, przed którym zatrzymała się ekstrapoczta, zajmująca naszą uwagę – wskazuje dostatecznie położenie, w jakim była Francja pod rządem reakcji termidorowej, ochrzczonym nazwą Dyrektoriatu. Po walce rewolucyjnej, która trwała od 14 lipca 1789 r. do 9 termidora 1794 r. po dniach 5 i 6 października, 21 czerwca, 10 sierpnia, 2 i 3 września, 21 maja, 29 termidora i 1 preryala, po przyjrzeniu się spadającym głowom króla i jego sędziów, królowej i jej oskarżyciela, Żyrondystów i Franciszkanów, umiarkowanych i Jakobinów, Francję ogarnął najstraszliwszy ze wszystkich przesytów, przesyt krwi!

Odczuła jeśli nie potrzebę króla, to przynajmniej pragnienie silnego rządu, któremu mogłaby zaufać, na którym mogłaby się oprzeć, który działałby za nią i pozwolił jej odpocząć. W miejsce takiego niewyraźnie pożądanego rządu posiadała słaby i niezdecydowany Dyrektoriat, złożony z lubieżnego Barrasa, intryganta Sieyesa, dzielnego Moulina, bezbarwnego Rogera Ducosa i uczciwego, lecz zbyt naiwnego Gohiera. Stąd wynikła mierna powaga na zewnątrz i bardzo wątpliwy spokój wewnątrz. Dwaj podróżni, którzy wysiedli z ekstrapoczty przed bramą hotelu Palais-Royal, mieli niewątpliwie pewne powody do obawiania się nastroju ustawicznie wzburzonej ludności miasta papieskiego, albowiem nieco powyżej Orgonu, w miejscu, gdzie podróżny ma trzy drogi do wyboru – jedną do Nimes, drugą do Carpentras, trzecią do Awinionu – pocztylion zatrzymał konie, obrócił się i zapytał:

– Czy obywatele jadą przez Awinion, czy przez Carpentras?

– Która z dwóch dróg jest krótsza? – zapytał krótko ostrym głosem starszy podróżny, który mógł mieć zaledwie lat trzydzieści.

– Droga na Awinion, obywatelu, o dobre półtorej mili przynajmniej.

– W takim razie – odparł podróżny – jedźmy drogą na Awinion.

I kareta potoczyła się galopem, który świadczył, że obywatele podróżni, jak nazywał ich pocztylion, jakkolwiek nazwa pan zaczynała wracać do rozmowy, płacili co najmniej trzydzieści sous napiwku.

Ta sama chęć unikania straty czasu objawiła się gdy tylko weszli do hotelu. Głos zabrał znów, podobnie jak w drodze, starszy podróżny. Zapytał, czy można niezwłocznie zjeść obiad, a sposób, w jaki zadane było pytanie, wykazywał, że podróżny gotów był pominąć niejedno wymaganie gastronomiczne, byleby podano jedzenie jak najśpieszniej.

– Obywatelu – odparł gospodarz, który na odgłos turkotu kół wybiegł z serwetą w ręce na powitanie podróżnych – będziecie szybko i przyzwoicie obsłużeni w waszym pokoju; ale gdybym się ośmielił dać wam radę...

Zawahał się.

– O, proszę o radę, bardzo proszę! – odezwał się młodszy podróżny, zabierając głos po raz pierwszy.

– A więc najlepiej byłoby zjeść po prostu table d’hôte, jak podróżny, na którego czeka zaprzężony powóz. Obiad jest doskonały i już podany.

Gospodarz jednocześnie wskazywał powóz, urządzony w niesłychanie wygodny sposób i zaprzężony w dwa konie, które grzebały ziemię kopytami, gdy pocztylion czekał cierpliwie, siedząc na brzegu okna i wychylając butelkę wina z Cahors. Pierwszy ruch tego, któremu gospodarz uczynił tę propozycję, był przeczący. Wszelako po chwili namysłu starszy podróżny, jak gdyby zaniechał pierwotnego postanowienia, zwrócił się ruchem pytającym do towarzysza. Ten zaś odpowiedział spojrzeniem, które znaczyło:

 

„Wszak pan wie, że jestem na pańskie rozkazy”.

– Niech i tak będzie – rzekł ten, który widocznie obowiązany był podejmować inicjatywę – zjemy obiad przy table d’hôte.

Zwracając się do pocztyliona, który z kapeluszem w ręku czekał na jego rozkazy, dodał:

– Niech najpóźniej za pół godziny konie będą zaprzężone.

Prowadzeni przez gospodarza weszli obaj do jadalni, starszy idąc naprzód, młodszy zaś za nim.

Wiadomo, jakie wrażenie wywierają nowi przybysze przy table d’hôte. Wszystkie spojrzenia skierowały się na wchodzących; dosyć ożywiona rozmowa urwała się. Biesiadnicy składali się ze zwykłych gości hotelu. Był podróżny, którego powóz czekał zaprzężony przed domem, handlarz win z Bordeaux, przebywający w Awinionie z przyczyn, o których później, i grono osób, jadących z Marsylii do Lugdunu dyliżansem. Przybysze powitali towarzystwo lekkim skinieniem głowy i zasiedli na krańcu stołu tak, że kilka nakryć dzieliło ich od innych biesiadników.

To arystokratyczne odosobnienie podwoiło ciekawość, której byli przedmiotem. Zresztą każdy widział, że są to ludzie niezaprzeczalnej dystynkcji, jakkolwiek strój ich był bardzo skromny, taki jaki nosiła cała ówczesna młodzież. Od wytwornisiów paryskich a nawet i prowincjonalnych odróżniały ich długie, gładko przyczesane włosy i czarny krawat owiązany dokoła szyi, taki, jakie nosili wojskowi.

Powierzchowność młodzieńców przedstawiała dwa najzupełniej różne typy.

Starszy, którego głos nawet w najpoufniejszych intonacjach wykazywał przyzwyczajenie do rozkazywania, był, jak wspomnieliśmy, mężczyzną jakich trzydziestu lat, włosy miał czarne, rozdzielone na środku, gładko przyczesane i spadające wzdłuż skroni na ramiona. Twarz jego była ogorzała, jak u człowieka, który podróżował po krajach południowych. Wargi miał wąskie, nos prosty, zęby białe i oczy sokole, jakie Dante przypisuje Cezarowi. Wzrostu był raczej małego, rękę miał delikatną, stopę wąską, kształtną. W jego obejściu nie było swobody, wydawał się skrępowany, co wskazywało, że nosił ubranie, do którego nie przywykł. Gdyby zaś przemówił a był nad brzegami Loary, zamiast Rodanu, jego interlokutor mógłby zauważyć, że miał w wymowie akcent włoski.

Towarzysz jego mógł być o jakieś trzy lub cztery lata młodszy.

Był to piękny młodzieniec o cerze różowej, włosach jasnych, oczy miał błękitne, nos prosty, podbródek wydatny, prawie bez zarostu. Mógł być o dwa cale wyższy od towarzysza, a jakkolwiek wzrostu był mniej niż średniego, całą postać miał tak kształtną, taki był swobodny we wszystkich ruchach, że nietrudno było odgadnąć, iż posiadał, jeśli nie siłę, to przynajmniej niepospolitą zwinność i zręczność.

Jednakowo ubrany, wydawał się być pozornie na równej stopie z towarzyszem, niemniej okazywał młodemu brunetowi wybitny szacunek, który nie mógł wynikać z wieku, lecz pochodził niewątpliwie z niższego stanowiska społecznego. Poza tym nazywał towarzysza obywatelem, gdy ten nazywał go po prostu Rolandem.

Te uwagi, które czynimy, by wtajemniczyć głębiej czytelnika w nasze opowiadanie, nie przyszły prawdopodobnie wcale na myśl współbiesiadnikom przy table d’hôte, albowiem po kilku sekundach przyglądania się przybyszom oderwano od nich spojrzenia i na chwilę przerwaną rozmowę ponownie podjęto. Przyznać trzeba, że temat rozmowy był dla podróżnych niesłychanie interesujący; mówiono o zatrzymaniu dyliżansu wiozącego sześćdziesiąt tysięcy franków pieniędzy rządowych. Stało się to poprzedniego dnia na drodze z Marsylii do Awinionu, między Lambesc i Pont-Royal.

Po pierwszych słowach o tym wypadku, dwaj młodzieńcy wytężyli słuch ze szczerym zainteresowaniem.

Wydarzyło się to na tej samej drodze, którą jechali, a opowiadający był jednym z głównych aktorów sceny z gościńca.

Był to handlarz win z Bordeaux.

Najchciwsi szczegółów okazali się podróżni, którzy przybyli dyliżansem i mieli wnet odjechać. Inni współbiesiadnicy, ludzie miejscowi, obeznani byli widocznie z takimi katastrofami, gdyż sami przytaczali szczegóły, zamiast ich słuchać.

– A więc, obywatelu – mówił gruby jegomość, do którego tuliła się w trwodze kobieta wielka, sucha i chuda – mówicie, że to na tej właśnie drodze, którą jechaliśmy, dokonano kradzieży?

– Tak jest, obywatelu, między Lambesc i Pont-Royal. Czy zauważyliście miejsce, gdzie droga idzie pod górę i zwęża się między dwoma wzgórzami? Jest tam mnóstwo skał.

– Tak, tak, mój drogi – rzekła kobieta, ściskając ramię męża – zauważyłam; powiedziałam nawet, chyba pamiętasz: „To niedobre miejsce, wolę przejeżdżać tędy dniem, niż nocą”.

– Ależ pani – odezwał się młodzieniec, który w zwykłych czasach wodził rej w rozmowie przy table d’hôte – dla panów towarzyszy Jehudy nie ma dnia ani nocy.

– Jak to! Obywatelu – zapytała dama, bardziej jeszcze przerażona – zatrzymano was w biały dzień?

– W biały dzień, obywatelko, o dziesiątej rano.

– I iluż ich było? – pytał gruby jegomość.

– Czterech, obywatelu.

– Ukrytych na drodze?

– Nie. Przyjechali konno, zamaskowani i uzbrojeni od stóp do głów.

– Taki ich zwyczaj – wtrącił młodzieniec, stały gość table d’hôte’u – powiedzieli: „Nie brońcie się, nie stanie się wam nic złego, chcemy tylko pieniędzy rządowych”, nieprawda?

– Słowo w słowo, obywatelu.

– Następnie – mówił dalej ten, który się wydawał tak doskonale poinformowany – dwaj zsiedli z konia, rzucili cugle towarzyszom i zażądali od konduktora, żeby im wręczył pieniądze.

– Obywatelu – rzekł gruby jegomość, zachwycony – opowiadacie zajście tak, jak byście je widzieli.

– Może też pan był przy tym – odezwał się jeden z podróżnych, na wpół żartobliwie, na poły z powątpiewaniem.

– Nie wiem, obywatelu, czy mówiąc to, macie zamiar powiedzieć mi niegrzeczność – rzekł lekkim tonem młodzieniec, który tak uprzejmie i tak właściwie przyszedł w sukurs opowiadającemu – ale moje zapatrywania polityczne sprawiają, że nie uważam waszego podejrzenia za obelgę. Gdybym miał nieszczęście należeć do napadniętych albo honor zaliczania się do tych, którzy napadali, przyznałbym się szczerze, zarówno w jednym jak i w drugim wypadku; ale wczoraj rano, o godzinie dziesiątej, właśnie w chwili, gdy zatrzymywano dyliżans o cztery mile stąd, jadłem najspokojniej śniadanie na tym samym miejscu i nawet z tymi samymi dwoma obywatelami, którzy w tej chwili raczą siedzieć po mojej prawej i lewej stronie.

– A – zapytał młodszy z dwóch podróżnych, którego towarzysz nazywał Rolandem – ilu było mężczyzn w dyliżansie?

– Zaraz; zdaje mi się, że było... tak, tak jest, było nas siedmiu mężczyzn i trzy kobiety.

– Siedmiu mężczyzn, nie licząc konduktora? – powtórzył Roland.

– Ma się rozumieć.

– I siedmiu mężczyzn pozwoliło się ograbić czterem bandytom? Winszuję panom.

– Wiedzieliśmy z kim mamy do czynienia – odparł handlarz wina – i nie myśleliśmy się bronić.

– Jak to! – zawołał młodzieniec. – Z kim mieliście do czynienia? Ależ, zdaje mi się, mieliście do czynienia ze złodziejami, bandytami!

– Bynajmniej; przedstawili się.

– Przedstawili się?

– Powiedzieli: „Panowie, obrona wasza jest zbyteczna; panie, nie obawiajcie się, nie jesteśmy bandytami, jesteśmy towarzyszami Jehudy”.

– Tak – rzekł młodzieniec, stały gość table d’hôte’u – uprzedzają, żeby nie było pomyłki; taki ich zwyczaj.

– Kim jest ów Jehuda, który ma takich grzecznych towarzyszy? Czy to ich kapitan?

– Panie – odezwał się mężczyzna w stroju podobnym do ubioru świeckiego księdza i który również wydawał się nie tylko stałym gościem table d’hôte’u ale nadto człowiekiem świadomym tajemnic czcigodnej korporacji, o jakiej mówiono – gdyby pan znał lepiej Pismo Święte, wiedziałby pan, że mniej więcej dwa tysiące sześćset lat temu Jehuda umarł i stąd nie może obecnie zatrzymywać dyliżansów na gościńcach.

– Księże dobrodzieju – odparł Roland, który poznał duchownego – ponieważ pomimo cierpkiego tonu, jakim przemawiasz, wydajesz się wielce wykształcony, przeto pozwól biednemu nieświadomemu człowiekowi, żeby cię zapytał o niektóre szczegóły o tym Jehudzie, który umarł dwa tysiące sześćset lat temu, a jednakże ma zaszczyt posiadania towarzyszy, noszących jego imię.

– Jehuda – odparł człowiek duchowny tym samym cierpkim tonem – był królem Izraela, namaszczonym przez Eliasza pod warunkiem, że ukarze zbrodnie rodu Achaba i Jezabeli i wyda wyrok śmierci na wszystkich kapłanów Baala.

– Księże dobrodzieju – rzekł młodzieniec, śmiejąc się – dziękuję za wyjaśnienie. Nie wątpię, że jest dokładne a bardzo uczone, tylko, wyznaję, niewiele mnie nauczyło.

– Jak to, obywatelu, nie rozumiecie, że Jehuda to Jego Królewska Mość Ludwik XVIII, namaszczony pod warunkiem, że ukarze zbrodnie rewolucji i wyda wyrok śmierci na kapłanów Baala, to jest na tych wszystkich, którzy mieli jakikolwiek udział w wytworzeniu wstrętnego stanu rzeczy, nazwanego od lat siedmiu rzecząpospolitą?

– Owszem, rozumiem – odpowiedział młodzieniec. – Ale czy do tych, których towarzysze Jehudy mają obowiązek zwalczać, zaliczacie też walecznych żołnierzy, którzy odparli cudzoziemców od granic Francji i znakomitych generałów, którzy dowodzili armiami Tyrolu, Sambre-et-Meuse i włoską?

– Ależ naturalnie, ci przede wszystkim.

Oczy młodzieńca rzuciły błyskawicę, nozdrza wydęły się, wargi zacisnęły, uniósł się na krześle; ale towarzysz pociągnął go za surdut i spojrzeniem nakazał mu milczenie. Następnie ten, który dał dowód swojej władzy, zabrał głos po raz pierwszy. – Obywatelu – rzekł, zwracając się do stałego gościa table d’hôte’u – wybaczcie dwom podróżnym, którzy opuścili Francję przed dwoma laty i przybywają z krańca świata, jakby z Ameryki albo z Indii. Nie wiemy zupełnie co się dzieje w kraju, pragnęlibyśmy się dowiedzieć.

– A jakże – odparł ten, do którego słowa były skierowane – żądanie jest aż nadto słuszne, obywatelu; pytajcie a otrzymacie odpowiedź.

– A więc – ciągnął dalej młody brunet o oku orlim, włosach kruczych i gładko przyczesanych, cerze granitowej – teraz kiedy wiem, kim jest Jehuda i w jakim celu została utworzona jego kompania, pragnąłbym dowiedzieć się, na co jego towarzysze przeznaczają zabierane pieniądze.

– Ach, Boże! To bardzo proste, obywatelu, wszak wiecie, że powstał zamiar przywrócenia monarchii burbońskiej?

– Nie, nie wiedziałem – odparł młody brunet tonem, któremu na próżno usiłował nadać brzmienie naiwne – przybywam, jak rzekłem, z krańca świata.

– Jak to! Nie wiedzieliście o tym? Oznajmiam wam tedy, że za sześć miesięcy będzie to fakt dokonany.

Dwaj młodzieńcy o postawie wojskowej wymienili spojrzenia i uśmiechy, chociaż blondyn wyraźnie tłumił żywą niecierpliwość.

Ich rozmówca ciągnął dalej:

– Lugdun jest główną kwaterą konspiracji, jeżeli konspiracją można nazwać spisek, który organizuje się w pełnym świetle dziennym; lepiej odpowiadałaby tutaj nazwa rządu tymczasowego.

– A więc, obywatelu – rzekł młody brunet z grzecznością nie pozbawioną szyderstwa – powiedzmy rząd tymczasowy.

– Ten rząd tymczasowy ma swój sztab główny i własne armie.

– Ba! sztab główny, może... ale armie...

– Własne armie, powtarzam.

– Gdzież są?

– Jedna tworzy się w górach Owernii, pod wodzą pana de Chardona. Druga w górach Jury, pod wodzą pana Teyssonneta. Trzecia wreszcie, która w tej chwili jest czynna, nawet z niemałym powodzeniem, w Wandei, słucha rozkazów d’Escarboville’a, Achillesa Leblonda i Cadoudala.

– Doprawdy, obywatelu, oddajecie mi istotną przysługę, opowiadając te wszystkie nowiny. Mniemałem, że Burbonowie pogodzili się już zupełnie z wygnaniem; zdawało mi się, że organizacja policji jest tego rodzaju, iż nie istnieją ani tymczasowe komitety rojalistyczne w wielkich miastach, ani bandyci na gościńcach. Wreszcie zdawało mi się, że Wandea jest zupełnie uśmierzona przez generała Hoche’a.

Młodzieniec, do którego skierowana była ta odpowiedź, wybuchnął śmiechem.

– Skąd przyjeżdżacie? – zawołał.

– Już wam powiedziałem, obywatelu – z krańca świata.

– Widać.

Po czym, kontynuując.

– Otóż, widzicie – mówił – Burbonowie nie są bogaci; emigranci, których dobra sprzedano, są zrujnowani. Niepodobna organizować dwóch armii i utrzymywać trzeciej bez pieniędzy. Powstały kłopoty; jedynie rzeczpospolita mogła wypłacać żołd swoim wrogom; niepodobna było jednak przypuszczać, że zdecyduje się na to z dobrej woli. Nie próbując zatem wchodzić z nią w niepewne a niebezpieczne układy, postanowiono, iż prościej będzie zabierać jej pieniądze, niż ją o nie prosić.

 

– A! Rozumiem nareszcie.

– To bardzo szczęśliwie.

– Towarzysze Jehudy są pośrednikami między rzecząpospolitą a kontrrewolucją, poborcami generałów rojalistycznych.

– Tak, to już nie kradzież, to operacja wojskowa, czyn wojenny, jak każdy inny. – Właśnie, obywatelu, odgadliście i jesteście obecnie pod tym względem równie mądrzy, jak my.

– Ale wtrącił nieśmiało handlarz wina z Bordeaux – jeśli panowie towarzysze Jehudy – zwracam uwagę, że nie mówię o nich nic złego – jeśli panowie towarzysze Jehudy zagięli parol tylko na pieniądze rządowe...

– Jedynie na pieniądze rządowe. Nie zdarzyło się, żeby zabrali pieniądze osobie prywatnej.

– Nie zdarzyło się?

– Nie zdarzyło się.

– Jak więc się stało, że wczoraj, wraz z pieniędzmi rządowymi, zabrali dwieście ludwików, które były moją własnością?

– Kochany panie – odparł młodzieniec, stały gość table d’hôte’u – powiedziałem już, że zaszła niewątpliwie pomyłka i zaręczam panu, jak nazywam się Alfred de Barjols, że te pieniądze prędzej czy później będą panu zwrócone.

Handlarz win westchnął głęboko i potrząsnął głową jak człowiek, który mimo danego zapewnienia, zachowuje jeszcze pewne wątpliwości.

Ale w tejże chwili, jak gdyby zobowiązanie podjęte przez młodego szlachcica, który wymieniając nazwisko odsłonił swoje stanowisko społeczne, obudziło poczucie delikatności w tych, za których ręczył, koń zatrzymał się przed bramą, z korytarza dobiegł odgłos kroków, drzwi jadalni otworzyły się i w progu stanął zamaskowany mężczyzna, uzbrojony od stóp do głowy.

– Panowie – rzekł, wśród głębokiej ciszy wywołanej jego ukazaniem się – czy jest między wami podróżny, nazwiskiem Jan Picot, który był wczoraj w dyliżansie, zatrzymanym między Lambesc i Pont-Royal?

– Jest – odparł handlarz win, zdumiony.

– To pan? – spytał mężczyzna.

– To ja!

– Czy panu nic nie zabrano?

– Owszem, zabrano mi dwieście ludwików, które powierzyłem konduktorowi.

– Muszę nadmienić – dodał młody szlachcic – że przed chwilą pan mówił właśnie o tym i uważał pieniądze za stracone.

– Pan się mylił – rzekł nieznajomy – prowadzimy wojnę z rządem, nie z ludźmi prywatnymi; jesteśmy partyzantami politycznymi, nie zaś złodziejami. Oto pańskie dwieście ludwików, a gdyby podobna pomyłka zdarzyła się w przyszłości, niech się pan upomni i powoła na nazwisko Morgana.

Po tych słowach zamaskowany człowiek złożył worek złota po prawej ręce handlarza win, wytwornie ukłonił się obecnym i wyszedł, pozostawiając jednych w trwodze a innych w zdumieniu, z powodu tak zuchwałej odwagi.