Korytarz podziemny „B”Tekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Aleksander Błażejowski

Korytarz podziemny „B”

Warszawa 2015

Spis treści

Rozdział I

Rozdział II

Rozdział III

Rozdział IV

Rozdział V

Rozdział VI

Rozdział VII

Rozdział VIII

Rozdział IX

Rozdział X

Zakończenie

Rozdział I

Czarna zasłona nocy utrudniała orientację w ogrodzie.

Podświadomie wcisnąłem się znowu w ten sam ciemny kąt między drewnianą budą a jakąś ceglaną przybudówką, w którym ukrywałem się przed kilku minutami. Czułem silne i nierówne uderzanie serca tudzież przykry szum w uszach. Byłem ogłuszony hukiem wystrzałów rewolwerowych w zamkniętym lokalu i odgłosem tego piekielnego wybuchu, który nie wiem skąd pochodził.

Wyjść w tej chwili z ukrycia, było niemal szaleństwem. Apasze mogli krwawo odpłacić mi za swoją porażkę. Stałem więc dalej zanurzony po kostki w lepkim i zimnym błocie. Od strony ulicy dochodziły mnie słabnące odgłosy likwidującej się powoli awantury. Najważniejsze było to, że nikt dotychczas mnie nie atakował. Dla pewności zmieniłem w pistolecie magazynek i czekałem spokojnie na dalszy bieg wypadków. Ogłuszenie zmuszało jednak moje oczy do większej czujności. Starałem się przebić czarną ścianę nocy.

Nagle wzrok mój podrażnił jakiś ruch w prawym kącie ogrodu. Wytężyłem nerwy oczne. Ktoś lekko i zwinnie przesadził walący się parkan i wpadł do ogrodu, stąpając ostrożnie po oślizgłej ziemi. Znów sprężyłem się w sobie gotów do dalszej walki. Tajemniczy cień zatrzymał się wreszcie na kilka kroków przede mną i widziałem wyraźnie, że zawzięcie szukał czegoś po kieszeniach. Poczucie niebezpieczeństwa usunęło natychmiast przykry szum w uszach. Słyszałem już wyraźnie, jak palce nieznajomego manipulowały nerwowo koło blaszanego przedmiotu. Skrobał paznokciem powłokę jakiejś puszki.

Nie miałem oczywiście żadnej gwarancji, czy tajemniczy człowiek mnie widzi, czy też kryjówka zabezpiecza mnie dostatecznie przed jego oczami. Nagle przez mózg przebiegła mi szybka myśl: – Napastnik manipuluje koło puszki wypełnionej materią wybuchową. Widocznie zamierza rzucić ją w moim kierunku. Uciekać nie mogłem, bo dwie ściany za moimi plecami tworzyły ostry i zamknięty kąt.

Byłem zgubiony...

Jedynym ratunkiem mógł być tylko celny strzał, który śmiertelnie raniłby przybysza, zanim zdążyłby rzucić swój śmiercionośny pocisk. Ścisnąłem rękojeść pistoletu.

I nagle stało się coś, czego zupełnie nie przewidywałem. Przeciwnikowi udało się naprawić blaszany przedmiot, bo ostry jaskrawy język latarki elektrycznej oślepił mnie zupełnie. Po raz pierwszy dreszcz przerażenia ścisnął mi krtań. Apasz miał teraz wyraźną przewagę nad oślepionym przeciwnikiem. Postanowiłem jednak drogo sprzedać życie. Wyciągnąłem przed siebie pistolet, aby rozpocząć strzelaninę. Odwiodłem już sprężynkę bezpieczeństwa, gdy cichy szept dotarł do moich uszu.

– Panie inżynierze...

– Walczak?? – spytałem zdumiony, sądząc, iż uległem radosnej halucynacji.

Latarka zgasła. Zielone i czerwone koła zaczęły mi teraz tańczyć przed oczyma. Nie opuściłem jednak rewolweru, nie wiedząc jaką rolę odgrywa Walczak. Może znowu zamierza wciągnąć mnie w nową zasadzkę... Zielone i czerwone kręgi wirowały dalej nieznośnie. Straciłem możność śledzenia ruchów Walczaka. Po chwili uczułem już jego rękę na ramieniu.

– Tędy, panie inżynierze – szeptał, szarpiąc mnie za rękaw.

Wydobyłem zmarznięte nogi z błota i posłusznie szedłem za przewodnikiem.

Gdy pstre koła przestały drażnić moje gałki oczne, przekonałem się, że Walczak prowadzi mnie w głąb ogrodu. Doszliśmy do jakiegoś zmurszałego płotu. Walczak puścił moje ramię i zaczął naciskać na napęczniałe od wilgoci deski. Jedna z nich przybita tylko u góry gwoździem, odchyliła się w bok, tworząc przed nami ciasne przejście. Wtedy pchnął mnie w kierunku otworu.

– Tędy – szepnął cicho.

Weszliśmy na sąsiedni ogród. Mój przewodnik przystawał co chwila i kontrolował oczami ciemność. Usłyszałem wreszcie jego śmiech, w końcu powiedział głośno:

– A teraz prędko za mną!!

Biegliśmy przez mokrą ziemię, zapadając się co chwila w śliskie doły. Walczak biegł naprzód, oglądając się, czy podążam za nim. W ten sposób dobiegliśmy przed obejście jakiegoś rozdętego od starości domu. Drogę oświetlał nam migot odległej latarni ulicznej. Wreszcie pod nogami uczułem twardą ścieżkę ułożoną z nierównych cegieł.

Walczak zwolnił kroku, oddychał ciężko. Po kilku minutach wydostaliśmy się na ulicę. Mimo, iż doskonale znam Warszawę, nie mogłem się zorientować, jak ta opustoszała ulica się nazywa. Na razie było mi to jednak obojętne. Szliśmy wolno, oddychając ciężko po forsownej ucieczce.

– Dokąd mnie pan prowadzi? – spytałem.

Walczak wyszczerzył radośnie zęby, potem wydobył z kieszeni zapałki i zapalił papierosa. Widziałem, że miał rękę silnie opuchniętą, jakby poparzoną. Gdy podeszliśmy do latarni, przystanął i bacznie zaczął mnie oglądać. Głaskał mnie ręką po piersiach i ramionach, klepał po plecach, zastanowiła go w końcu klapa mojego surduta.

– Jezus Mario!! – wykrztusił zdumiony.

– Co się stało?

– Klapa przy bluzie rozcięta... nawet krew...

– To ten w ogrodzie tak mnie oporządził... – mruknąłem obojętnie.

– Oj, rany Boga – lamentował Walczak dalej – przecież mógł pana od razu zakatrupić... Taki ostry nóż... Psiakrew, jak brzytwą, odciął klapę. Gdzie pana ugodził?

– Nie czuję, abym był ranny...

– Bo nóż był ostry – tłumaczył mi tonem wyższości. – Szczęście, że nie dźgnął... Ale krwi to chyba z litr wyciekło...

Teraz dopiero czułem na ramieniu i plecach przykry świąd, który przechodził w monotonne pieczenie.

– Chyba do apteki trzeba nam wstąpić – rozmyślał Walczak – chociaż w aptece tak pokazać się nie możemy. Zatrzymają nas i odstawią karetką na pogotowie, a potem jazda do „paki”... – ogarniały go coraz większe wątpliwości.

– Masz rację, ale co robić? Przez miasto też tak brnąć nie można.

– A nie można – przyznał Walczak i co chwila dmuchał w swoją czerwoną i obrzękłą rękę.

Grubo ciosana sylwetka młodego chłopca w obszernym robotniczym ubraniu przypominała mi młodego niedźwiedzia, który ssie pokąsaną przez pszczoły łapę.

– A mnie to pan nawet nie pyta – mówił dalej Walczak, kierując się w ciemną ulicę – dlaczego ja sparzyłem sobie ten gnat. – W głosie jego brzmiał głęboki żal.

Rzeczywiście okazałem zbyt mało ciekawości dla przyczyn jego cierpienia.

– No, mów, co się stało...

– Ano, jak pan wszedł do kawiarni, rozstawiłem swoich kolegów na posterunku, tak aby w razie czegoś mogli przyjść nam z pomocą. Potem chciałem wejść do lokalu. Patrzę, ale już coś zwęszyli... Kilku drabów stoi koło Okopiska i mierzy mnie oczami. Jestem cwany, udaję, że nie widzę i walę prosto w drzwi. Nagle jeden, gdy chciałem nacisnąć klamkę, bije mnie kijem po ręce i pyta: – A ty tu po co? Już jeden pies policyjny jest w środku, zaraz go wyniesiemy na glinianki. – Chłopy były mocne i sam byłbym im nie uradził, odwaliłem więc od drzwi i wracam z towarzyszami. A tu słyszę w szynku wybuchł już młyn: światło zgasło, rewolwery w robocie. – Źle – myślę... W ciemność i w strzelaninę nie ma po co włazić, a tu pomoc dla pana musi przyjść... I nagle stał się jakby cud... Patrzę, przed kawiarnią w ciemnym kącie jakiś złodziej ukrył koło rynny śtamajzę. Co tu długo myśleć? Złapałem śtamajzę i jazda z nią do samochodu. Patrzę: w tyle wozu nie ma zbiornika z benzyną. – Ano to będzie na przodzie... – myślę. Biorę maskę do góry i widzę jest bak z benzyną. Walę po nim śtamajzą raz, drugi i trzeci, aż kawałek zbiornika odprysł i benzyna zaczyna sączyć się do motoru. Chcę załączyć magnet, ale drzwiczki samochodu zamknięte. Zapaliłem cztery zapałki naraz i buch do benzyny. Ogień chwycił jak piorun, zanim usunąłem łapę... A potem to już chyba pan wie, co się stało. Był taki słup ognia, że sięgał do chmur... Myślałem, że ta rudera poleci wam wszystkim na kapelusze. Jeszcze mi w uszach dudni jak w kuźni...

– Więc ten czekoladowy, piękny samochód?...

– Nie poznałby go pan teraz...

– Wyobrażam sobie... A co potem? – pytałem gorączkowo.

– Ano słyszałem, że straciliście dech do dalszej zabawy – mówił wesoło Walczak. – Bandyci i złodzieje zaczęli wyskakiwać przez okna i drzwi. Ani jednej szyby w szynku już nie było. Wyglądali jak lisy, które umykają przed ogniem do nory. Ale, co prawda to prawda, umieją między sobą trzymać śtamę. Dwóch towarzyszy migiem wynieśli gdzieś poza cmentarz.

– Byli ranni?

– Jakiś bandyta w skórzanej kurtce miał tylko łeb otwarty i z rany wyciekała mu posoka, ale z drugim było trochę gorzej. Słyszałem, że dostał kulą w brzuch. A auto paliło się ciągle. Benzyna rozlała się szeroko i utworzyła na ziemi kałużę ognia. Dopiero wtedy pani Lidia wyszła z ogrodu... Była biała jak papierek.

 

– Jak to? O własnych siłach wyszła?

– Mówię przecież... Kazała natychmiast sypać ziemię na palącą się benzynę. Sypali ziemię i ugasili pożar. Potem pani Lidia zemdlała, chwycili ją na ręce i biegiem ponieśli na cmentarz.

– Więc Marta żyje? Na pewno żyje? Widział pan ją, jak szła o własnych siłach? – pytałem nerwowo Walczaka i mimo woli zacząłem potrząsać nim z całej siły.

– Pewnie, że żyje. Ale co u licha zależy panu na tym, aby taka drań żyła? – pytał Walczak, nie rozumiejąc mojej emocji. – Ja tę pańską Lidię byłbym chętnie wrzucił do tego benzynowego ognia, aby się spaliła jak czarownica.

– Proszę tak nie mówić...

– Dlaczego? Przez nią wybuchł ten śmiertelny młyn, gdyby nie ona...

– Ależ nie wtrącała się do niczego. Nie był pan wewnątrz mordowni, więc trudno panu o tym sądzić. Awanturę wywołał jakiś stary drab, który na mój widok zaczął ujadać i poszczekiwał jak pies...

– A wie pan, co znaczy szczekanie?

– Skądże? Nie mam pojęcia.

– To znaczy, że uważał pana za wywiadowcę policyjnego. Szczekanie między bandytami, to przestroga: Uważaj bo pies policyjny blisko!

– Rzeczywiście posiada pan wielkie doświadczenie.

– Wiadomo. W fabryce ma się różnych kolegów. A teraz do rzeczy. Początkowo bałem się, czy pana w kawiarni nie uszlachcili. Wpadłem więc do wnętrza, szukam latarką po pokojach, ale nikt nie leży na podłodze. Myślę sobie: już dobrze... Wypadłem znowu na ulicę, potem wróciłem do ogrodu, wreszcie znalazłem pana pod tą budą. Wielkie szczęście...

Objąłem Walczaka ramieniem i przycisnąłem go mocno jak brata do siebie. Szedł dumny i zadowolony, przestał nawet dmuchać w obolałą rękę. A ja chciałem w tej chwili wynagrodzić mu tę krzywdę, jaką mu wyrządziłem, podejrzewając go o zdradę. Chwilę szliśmy, milcząc. Wreszcie gęściej ustawione latarnie ostrzegły nas o bliskości miasta. Walczak rzucił jeszcze pytanie, jakby w ciemnej ulicy chciał zakończyć omówienie całej batalii:

– Ale z tym samochodem to był majstersztyk?

– Rzeczywiście był to kulminacyjny punkt naszej dzisiejszej głupiej zabawy...

Usłyszeliśmy wolne człapanie dorożki. Walczak ruchem ręki zatrzymał brudny wehikuł. Dorożkarz niezbyt uprzejmie odpiął skórzany fartuch. Ruszyliśmy w kierunku mojego mieszkania.

Przemocą wciągnąłem Walczaka do siebie i zaproponowałem mu, by spędził noc w moim mieszkaniu.

Pola otworzyła drzwi, a równocześnie i usta. Była niesłychanie zdziwiona moim wyglądem i zewnętrzną prezencją mojego gościa. Kazałem szybko przygotować kąpiel dla siebie i Walczaka, a potem kolację.

Już po kilku minutach mój gość czuł się w mieszkaniu dobrze i swobodnie. Sam odszukał spiżarnię i garnek z jakimś tłuszczem, który zaczął wcierać w obolałą rękę. A ja zająłem się dezynfekcją swojej rany. Na szczęście okazała się tylko powierzchowna dzięki ubraniu z gęstego amerykańskiego płótna, które nóż łotra z trudnością przeciął. Swoboda mojego gościa i jego szuranie w spiżarni doprowadziło Polę do białej wściekłości, jej oczy szukały ciągle moich, aby dać mi do zrozumienia, że do jutra odkłada walną rozprawę. Wobec tego umyślnie uciekałem przed jej wymownym spojrzeniem.

Późną nocą, gdy Walczak ułożył się wygodnie do snu na otomanie, zagadnąłem go jeszcze raz na temat dzisiejszych przeżyć:

– Panie Walczak, czy nie byłoby wskazane zawiadomić policję o wypadku? – spytałem.

– Oczywiście można to zrobić, ale nic się nie stanie, jeśli uczynimy to jutro po przespanej nocy – odparł spokojnie.

– A jest pan pewny, że Lidia nie została ranna? – rzuciłem jeszcze na odchodnym, gdy spostrzegłem, że młodość i zmęczenie mocno kołyszą Walczaka do snu.

– Pewny nie jestem. Dlaczegóżby zemdlała? Chyba nie ze strachu, ani z żalu po straconym samochodzie... Zresztą, prawda, przypominam sobie dokładnie: – Cały czas miała rękę utkwioną w kieszeni płaszcza, jakby bezwładną... Naturalnie, że musiała oberwać jakiegoś guza w tej strzelaninie...

Oczy Walczaka były coraz mniej przytomne, a powieki jego dochodziły wagi ołowiu. Zgasiłem więc lampę i usunąłem się do sypialni.

Nie miałem jednak lat Walczaka, więc wygodne łóżko i spokój nie gwarantowały mi jeszcze snu. Zacząłem bezmyślnie wertować książkę. Treść jej była jednak daleko mniej ciekawa od tych emocji, jakie dzisiaj przeszedłem. Zniechęcony odłożyłem książkę na nocny stolik, a w myślach przechodziłem kolejno wszystkie wypadki i szczegóły zajścia w kawiarni Pod Okopiskiem. Dokuczliwą myślą, która odganiała mi sen z powiek było pytanie, w jakim celu Marta weszła w porozumienie z szajką zwykłych bandytów i złodziejów warszawskich. Rozmaite przypuszczenia i możliwości przesuwały się po moim zmęczonym mózgu.

Nagle targnął moimi nerwami ostry głos dzwonka telefonicznego. Byłem zanadto leniwy i zmęczony, aby opuścić teraz ciepłe łóżko i wyjść do przedpokoju. Czekałem cierpliwie, aż interesant zniechęci się i przestanie alarmować po nocy.

Ale dzwonek warczał z coraz większą zaciętością. Nie było rady. Wyszedłem do przedpokoju, zdjąłem słuchawkę. Dreszcz wzruszenia przebiegł mi po plecach. W słuchawce rozległ się głos Marty:

– Stefan? – pytała szybko i niecierpliwie. Głos jej brzmiał słabo, przerywał się co chwila, jakby przeszkadzał jej ból lub śmiertelne znużenie. – Proszę cię, abyś ani słowem nie pisnął przed policją o dzisiejszym wypadku... Jeśli nie zastosujesz się do mojej prośby i dalej będziesz wtykał nos w nieswoje sprawy to...

– To co? – spytałem, starając się nadać swojemu głosowi obojętne brzmienie.

– To zostaniesz zastrzelony na ulicy, jak bezpański pies!

– Miła perspektywa...

– Nie żartuj! – syknęła głosem nabrzmiałym od tłumionej pasji. – Będziesz milczał?

– Zastanowię się nad tym... Wiele zależeć będzie od tego, czy ty na moje pytanie odpowiesz...

– Pytaj!

– Jesteś ranna?

– Jestem. Po co pytasz, skoro sam strzelałeś do mnie...

– To kłamstwo! Podbiłaś mi rękę! – przerwałem oburzony.

– Nie irytuj się... Postrzeliłeś mnie i prawdopodobnie ręką nie będę już więcej władała...

– Marto, na miły Bóg, nie żartuj! – krzyczałem przerażony.

I w tej chwili gniew i żal, jaki żywiłem do tej kobiety, stopniały za jednym zamachem. Chciałem biec jej na pomoc, zwołać na ratunek wszystkich chirurgów Warszawy, błagać u jej nóg o przebaczenie. Duszę i serce włożyłem w ostatnią prośbę:

– Marto, w imię tych chwil, które przeżyliśmy razem, powiedz, skąd w tej chwili mówisz... – bełkotałem nieprzytomnie.

Zamiast odpowiedzi usłyszałem z jej ust rynsztokowe przekleństwo. W końcu rzuciła słuchawkę.

Stukałem nerwowo w widełki aparatu, aby nawiązać z powrotem rozmowę. Telefon mój milczał jednak jak grób. Połączyłem się z centralą i żądałem informacji, z jakim numerem przed chwilą rozmawiałem. Nie umiano mnie objaśnić.

Jak oszalały zacząłem biegać po sypialni. Dopiero nad ranem bezwład i znużenie wpędziły mnie z powrotem do łóżka.

Zbudziłem się późno. W jadalni zastałem już Walczaka. Siedział ubrany i czekał cierpliwie, aż się obudzę. Przed nim na stole stała szklanka niedopitej herbaty i leżał stos gazet porannych, które wertował uważnie, wodząc niezgrabnie palcem po tytułach.

– Ani słowa o nas... – mruczał zdumiony. – Dwóch albo trzech ludzi rannych, auto zniszczone i nic... Ani słowa...

– Przerzucał dalej strony dzienników i szeptał do siebie:

– O, musiało ptaszkom bardzo zależeć na tym, aby policja nie dowiedziała się o ich sprawkach... Zawsze mówiłem, że to niebezpieczna banda i nie wiedzieć, co planują.

W świetle białego dnia przedstawiała mi się wczorajsza awantura nieco mniej fantastycznie. Dziś ogarnęło mnie uczucie wielkiego niesmaku. Podcinała mnie troska o zdrowie Marty. – Po co tam lazłem? – zadawałem sobie ustawicznie pytanie. – Po co wojowałem tym przeklętym mauzerem, aby postrzelić dziewczynę i uczynić z niej na całe życie kalekę?

Byłbym w tej chwili szczęśliwy, gdyby wczorajsze zajście wyjaśniło się jako gorączkowy sen. Oczywiście konsekwencji sądowych nie obawiałem się, przerażała mnie jednak myśl, co zrobi Bieniarz, gdy dowie się, że jego narzeczona została ranna w podmiejskim szynku. Przecież nie uda mi się zataić, że to właśnie ja strzeliłem do Lidii... Oczywiście, że Bieniarz zasklepi się w swoim nieszczęściu, wewnątrz jednak siebie będzie się rwał, łamał i zagryzał. Nie należał do tej kategorii ludzi, po których nieszczęścia spływają jak krople deszczu po szybie... Sprawił już meble, z dumą pokazywał mi je, mówił o swoim bliskim małżeństwie... I nagle, nad głową tego przezacnego, o gołębiem sercu Jaśka ma zawalić się cały gmach jego planów... – Straszne – pomyślałem. – Ale cóż ja na to poradzę? Muszę przed nim utaić, że jego narzeczona była moją kochanką, ale wczorajsza awantura wylezie jak ostre szydło z worka.

Biegałem w rannym szlafroku po wszystkich kątach mieszkania, nie mogąc znaleźć dla siebie zacisznego kąta. Przypuszczenia tłukły mi mózg, jak werbel bębnów wojskowych.

– Co mam robić? Co mam robić?

Chwytałem rękami głowę, nie znajdując żadnej rady. Nie mogłem przecież unikać przyjaciela jak smarkacz, który nabroił i boi się konsekwencji swojej winy...

– Co robić? Co robić? – stawiałem sobie w kółko pytanie. Byłem bliski obłędu.

Przeklęte kolisko myśli przedarł nagle Walczak. Stanął w progu z pokorną, jak zawsze, miną:

– Panie inżynierze, dziękuję serdecznie za nocleg. Czy będę jeszcze potrzebny?

– Przyjacielu, teraz dopiero nie mogę rezygnować z twojej pomocy... Daję panu natychmiast polecenie. Niech pan dyskretnie przejdzie przez Piękną i zobaczy, co w willi robią. Czy przywieźli Lidię i czy wielki panuje tam zamęt po wczorajszej awanturze? Ale ostrożnie przyjacielu, aby nie odpłacili ci wczorajszego długu...

Walczak roześmiał się i po raz pierwszy sam, jak stary przyjaciel, wyciągnął do mnie rękę na pożegnanie i obiecał:

– Jak tylko co zachwycę, przybiegnę.

Po wyjściu Walczaka myśli moje zaczęły raźniej pracować, tak jakby jego obecność w mieszkaniu stanowiła jakiś zator dla pracy moich komórek mózgowych. Podszedłem do telefonu, znalazłem w książce numer aparatu Grzegorza Burowa. Połączyłem się z willą przy ulicy Pięknej. Odpowiedział mi mocno nieuprzejmie głos o silnie rosyjskim akcencie. Spytałem o panią Lidię Burową.

– Zobaczę, czy jest w domu... – burknął ochrypły bas. – Po chwili słyszałem tępy odgłos kroków. Widocznie odszedł w głąb willi po informacje.

Czekałem cierpliwie przy telefonie. Nieuprzejmy człowiek nie wracał jednak długo. Niejednokrotnie ulegałem sugestii, że w słuchawce rozlega się głos Marty. Wreszcie usłyszałem nową falę kroków. Ten sam męski głos informował mnie:

– Pani Lidia wyjechała wczoraj do Konstancina. Wraca dziś wieczorem.

Podziękowałem i odłożyłem słuchawkę.

Byłem zanadto bystry, aby nie połapać się, co ta informacja znaczy. Przez noc wyszukano pozory nieszczęśliwego wypadku. Teraz sprawa będzie się przedstawiać następująco: Lidia wyjechała rzekomo samochodem do Konstancina; w czasie dzisiejszej jazdy powrotnej samochód zahaczy niby o jakieś drzewo i Lidia złamie rękę...

Jasne.

W ten sposób postawiona sprawa otwierała i przede mną nową drogę. Nie musiałem szukać żadnych wykrętów przed Bieniarzem. Za jednym zamachem uniknąłem konieczności tłumaczenia mu tylu zawiłych spraw, których przede wszystkim sam jeszcze nie rozumiałem.

Ulga pomieszana z radością wypełniła mi duszę. Byłbym teraz chętnie śpiewał i tańczył w ciemnym przedpokoju. Nagle uderzyła we mnie fala wstydu. Cieszę się, bo unikam trudnej rozmowy z Bieniarzem. Ciężar wyjaśnienia wczorajszego zajścia wzięła Marta-Lidia na siebie. Mam więc wolne ręce... Niemniej dziś wieczorem jak grom uderzy w Bieniarza wiadomość, że jego narzeczona padła ofiarą katastrofy samochodowej, z której wyjdzie z pogruchotaną i nieruchomą ręką.

Refleksje moje zaczęły być coraz bardziej przykre i coraz gorsze rzucały światło na moją duszę... Jestem tchórzem. Najpierw łamałem ręce nad tym, jak wybrnąć z sytuacji wobec przyjaciela, potem ogarnęła mnie radość, bo moja kochanka pozwoliła mi ukryć się w cieniu... Było to podłe i niegodne.

Niezadowolony z siebie, chciałem wejść do łazienki, gdy ostry głos dzwonka zawrócił mnie w połowie drogi. Otworzyłem zatrzask. Wpadł zadyszany Walczak. Po oczach jego poznałem, że musiało wydarzyć się coś niezwykłego.

 

– Pan wie, pan wie... – mówił, tłumiąc oddech – że ten samochód, co tu wczoraj spłonął, ten czekoladowy mercedes... numer 2760...

– Cóż się z nim stało?

– Ten sam samochód stoi nieuszkodzony przed willą Burowa... Oczom nie wierzyłem, dotykałem go ręką, aby się przekonać, iż nie śnię.

– Nic nadzwyczajnego – urwałem niezadowolony.

– Jak to nic nadzwyczajnego? Przecież wczoraj samochód ten podpaliłem...

– A dziś mają drugi.

– I ten sam numer?

– Kombinuje pan jak dziecko. Z pewnością mieli tabliczkę w rezerwie.

Oczy Walczaka nie mogły ochłonąć ze zdumienia.