Miasteczko MordercówTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Miasteczko Morderców
Miasteczko Morderców
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 79,80  63,84 
Miasteczko Morderców
Miasteczko Morderców
Audiobook
Czyta Paulina Holtz
39,90  29,53 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ III

POGRĄŻONA W ŻAŁOBIE

Izabella Kopczyńska zapięła ostatni guzik swojej czarnej bluzki i przejechała ręką po nogach, obciągając i wygładzając spódnicę w tym samym kolorze.

– Przygotowania do pogrzebu są tak stresujące, że musiałam się jakoś zrelaksować... – rzekła, kierując wzrok w stronę wiszącego na ścianie ogromnego lustra i poprawiając zwichrzone nieco włosy. – Wizyta u ciebie była najlepszym na to sposobem.

Komisarz Marek Grad, który kończył właśnie zapinanie spodni, pomyślał z lekkim przekąsem, że choć niewątpliwie usłyszał właśnie jeden z największych komplementów pod swoim adresem, to sam umiałby wymyślić kilka innych, o wiele bardziej stosownych i pasujących do sytuacji, form odprężenia. Usiłował nawet zaprotestować, gdy Izabella pojawiła się w jego gabinecie, a następnie wyjęła klucz z drzwi, włożyła go do zamka od wewnętrznej strony, przekręciła, po czym pozbywszy się w ekspresowym tempie najpierw futra, a potem reszty garderoby, dała niedwuznacznie do zrozumienia, jaki jest cel jej wizyty. Dokonywane przez komisarza nieśmiałe próby stawiania oporu zostały szybko przełamane, co było o tyle banalnie prostym zadaniem, że poczucie taktu Grada nijak nie miało wpływu na działanie rozmaitych organów jego ciała. A już zwłaszcza jednego z nich, w tej sytuacji najistotniejszego. Po kilkunastu minutach komisarz czuł się więc nieco schizofrenicznie – z jednej strony błogo, z drugiej trochę niekomfortowo, zważywszy na dręczące go poczucie winy.

– Jesteś pewna, że nikt cię nie zauważył? – zapytał z niepokojem. – Nie śledził?

Izabella popatrzyła na niego ze zdziwieniem, po czym parsknęła śmiechem.

– Praca rzuca ci się na głowę – rzekła z politowaniem. – Po co ktoś miałby mnie śledzić?

– Z powodu śmierci twojego męża...

– Daj spokój! – Izabella sięgnęła po futro. – Przecież wszystko już zostało wyjaśnione, a morderca siedzi za kratkami.

– Ale...

Kopczyńska rzuciła mu gniewne spojrzenie.

– Nie ma żadnego ale! – podniosła głos. – Ten gnojek przyznał się do winy, a ja zeznałam, jakie miał powody, aby sprzątnąć Kazia z tego świata.

– Tak, tak, oczywiście – przytaknął skrzętnie komisarz, poszukując wzrokiem paska, który Izabella ściągnęła z niego na samym początku zabawy i z rozmachem gdzieś odrzuciła. – Tylko że ten motyw nie wydaje się zbyt poważny.

– Niepoważny? – zdziwiła się Izabella. – Ten sukinsyn był zakochany na zabój w Marzenie. Nawet się jej oświadczył. A tu nagle Kazik dowiedział się pewnego dnia, że jego przyszły zięciulek zamieszany jest w handel narkotykami. Jestem pewna, że sam też od nich nie stronił. Mówiłam ci przecież, że kiedyś przyłapałam go z Marzeną na paleniu marychy. Próbowali mi wmówić, że to papierosy, ale przecież tego smrodu nie da się pomylić z żadnym innym! Błagali mnie, żebym nic nie mówiła Kazikowi. Dałam im szansę, ale jej nie wykorzystali. Kiedy Kazik się o wszystkim dowiedział, zrobił piekło. Zakazał Marzenie jakichkolwiek kontaktów z Alanem. Co to była za awantura! Sam zdjął jej pierścionek zaręczynowy z palca i zapowiedział, że go odda temu ćpunowi. Prosiłam go, ba, nawet błagałam, żeby rozmówił się z nim w obecności kogoś z ochrony, bo nie wiadomo, jak taki psychol zareaguje i co mu wpadnie do głowy, ale Kazik nigdy mnie nie słuchał. No i skończyło się tak, jak się skończyło. Nie wiem, czemu masz jeszcze jakieś wątpliwości.

Bazyliszkowe spojrzenie, jakie mu posłała, sprawiło, że komisarz trochę się opamiętał. Faktycznie, ta sprawa wydawała się banalnie prosta. Wszystko podane jak na tacy: morderca ujęty na gorącym uczynku, w dodatku od razu przyznający się do winy i mający powód do zabójstwa – tak idealny zestaw zdarzał się rzadko. Prokurator nie miał najmniejszych wątpliwości, kiedy wystąpił z wnioskiem o aresztowanie. Sędzia też nie znalazł żadnych powodów, by tego aresztowania nie zastosować. I właściwie tylko Grad, wiedziony szóstym zmysłem, czuł, że coś w tym wszystkim nie gra...

Komisarz znał Alana od dziecka, tak jak wszystkich młodych ludzi w Kocierzynie. Patrzył, jak dorastają, umiał im pogrozić, kiedy dostrzegał, że rozrabiają, albo dać ostrzeżenie, gdy widział, że kusi ich, aby zejść na złą drogę. Jasne, że nie miał ich na oku przez cały czas, bo po ukończeniu podstawówki większość z nich kontynuowała naukę w Siemiatyczach albo Ciechanowcu, ale interesował się nimi, śledził ich poczynania, rozmawiał, kiedy tylko się dało, i z nimi, i z ich rodzinami. I zawsze miał o Alanie jak najlepsze zdanie. Uśmiechnięty, komunikatywny, skłonny do bezinteresownej pomocy, starszy z braci Rudzkich wydawał się chodzącym ideałem. Grad nie zdziwiłby się, gdyby usłyszał, że w konflikt z prawem popadł jego młodszy brat. Mrukliwy, ponury i wycofany, stroniący od ludzi Tristan stanowił dokładne przeciwieństwo Alana i jako taki budził w komisarzu jedynie antypatię. Teraz jednak okazało się, że Grad mylił się w swoich odczuciach co do braci i ciężko było mu to zaakceptować. Tym bardziej że zawsze ufał swojej intuicji i rzadko źle na tym wychodził. Być może jednak w tym przypadku rację miał artykuł, który niedawno wpadł mu w ręce, a w którym to przytoczono wyniki badań, udowadniające, że ładnym i uśmiechniętym osobom przypisujemy częściej pozytywne cechy charakteru, a brzydkim i ponurym – negatywne.

– Nie, nie mam wątpliwości... – zapewnił wbrew temu, co czuł, sięgając pod jedną z szafek po zauważony tam pasek. – Szkoda mi tylko tego chłopaka. I twojej pasierbicy też...

– Och, już nie bądź taki Konrad!

– Jaki znowu Konrad?

– Bohater Dziadów. Też cierpiał za miliony! – Izabella spojrzała na niego kpiąco. – Możesz mi wierzyć, Marzenka też ma swoje za uszami. Jeśli uważasz, że jest aniołem, to pomyśl raz jeszcze.

Marek szczerze się zdziwił, bo podobnie jak jej narzeczonego, miał młodą Kopczyńską za ideał. Czyżby i w tym przypadku się mylił?

– Ta mała wiedźma od samego początku starała się mnie pozbyć – wyjaśniła Izabella, obserwująca z wyraźnym potępieniem jego zdumioną minę. – Odkąd tylko Kazik zaprosił mnie do siebie na pierwszą kolację, żebyśmy się lepiej poznały, od razu mnie znienawidziła. Pewnie liczyła na to, że tata zostanie z nią sam albo przyprowadzi jakąś babinę, która będzie się litowała nad jej losem sierotki Marysi. A u mnie, no cóż... Wiedziała, że nie będzie taryfy ulgowej. Zresztą... – zamyśliła się na chwilę – ...początkowo próbowałam się z nią zaprzyjaźnić. W końcu dzieliło nas ledwie czternaście lat. Zresztą ja i tak czuję się o wiele młodsza. Ale z nią nie dało się nic poukładać na zasadach partnerstwa. Kopała pode mną dołki, jak tylko umiała. Na szczęście, robiła to z dużą naiwnością i wszystko obracało się przeciw niej samej. W sumie to nawet zabawne... Bo widzisz, ona była przekonana, że nie byłam wierna jej ojcu...

„I miała rację”, przemknęło przez głowę Gradowi.

– Węszyła i węszyła – dokończyła Izabella. – Usiłowała się nawet włamać do mojego telefonu i laptopa. Naiwna, głupia dziewucha. Wykorzystywała każdą okazję, żeby mnie oczernić przez Kazikiem. Na szczęście on był na to ślepy i głuchy. Jak większość zakochanych facetów...

Ostatnie zdanie wypowiedziała z taką pogardą, że komisarz poczuł się urażony. Po chwili jednak pomyślał, że ta opinia w żaden sposób nie dotyczy go osobiście. Nie był zakochany w Izabelli. Owszem, coś go do niej ciągnęło, ale z pewnością nie było to uczucie, które można byłoby nazwać miłością. Choć wychowali się w jednym, niewielkim miasteczku, to z racji dziewięciu lat różnicy przez bardzo długi czas nie zwracali na siebie uwagi. Po skończeniu podstawówki i liceum Marek wyruszył do Szczytna, aby studiować w tamtejszej szkole policyjnej, a kiedy stał się absolwentem wydziału kryminologii, wrócił do rodzinnego miasteczka. Piętnaście lat temu nagle zaczął błyskawicznie awansować. Trafił wtedy do komendy wojewódzkiej w Białymstoku. Do Kocierzyna wrócił na własne życzenie i od razu jako komendant komisariatu. Od razu w pierwszym tygodniu został zaproszony na ślub i wesele miejscowego burmistrza. Przystojny, wysportowany, a w dodatku świeżo co rozwiedziony, Marek doskonale zdawał sobie sprawę, że szybko stanie się przedmiotem zakusów co poniektórych przedstawicielek kocierzyńskiej płci pięknej i w sumie nawet go ta perspektywa trochę cieszyła, bo nigdy nie stronił od żeńskiego towarzystwa. Był jednak pewny, że wzbudzi zainteresowanie głównie singielek i dlatego sporym szokiem był dla niego przebieg uroczystości, w której wziął udział, a konkretnie fakt, że w środku nocy, kiedy większość weselników z gospodarzem na czele znajdowała się już w stanie pomroczności, został wciągnięty do jakiegoś dziwacznego pomieszczenia, które później okazało się składem narzędzi ogrodowych, i tam zbałamucony przez... pannę młodą! W taki oto oryginalny sposób rozpoczął się jego romans z Izabellą. I choć spotykali się już dwa lata, to nadal nie czuł do niej nic poza pożądaniem. Mało tego! Im dłużej ją obserwował, tym większej nabierał do niej niechęci. Mimo to nie potrafił zerwać tego dziwacznego układu, i to nawet wbrew poczuciu, że trwając w nim, z dnia na dzień coraz bardziej tracił do siebie szacunek. Kopczyńska nie była dobrym człowiekiem i gdyby nie fakt, że miała alibi, Grad skłonny byłby uznać ją za główną podejrzaną w sprawie śmierci jej męża.

– No dobrze – rozlegający się już od drzwi głos kochanki przerwał jego rozmyślania. – Lecę walczyć dalej z zakładem pogrzebowym. Nie można im w niczym zaufać. Gdy przysłali mi wstępny kosztorys pogrzebu, to zaczęłam się zastanawiać, czy nie byłam aby żoną prezydenta i czy w związku z tym uroczystości pogrzebowe nie odbywają się na Wawelu. Już samą trumnę wybrali mu wielkości królewskiego sarkofagu, a przynajmniej w tej cenie. Do tego jeszcze chcieli zakontraktować jakiś pieprzony kwartet smyczkowy, który miałby rzępolić na cmentarzu przez pół godziny, a ja zapłacić za to jak za występ Filharmoników Wiedeńskich. Tłumaczyli się, że takie wskazówki zostawił im mój świętej pamięci mąż na wypadek swojego zejścia. Wolne żarty! Już się dość Kazio narządził za życia, żeby jeszcze po śmierci uszczuplać mój spadek. Musiałam wszystko pozmieniać. Nie zamierzam tracić ani grosza na takie idiotyzmy!

 

Komisarz znał burmistrza na tyle dobrze, aby wiedzieć, że nawet występ Wielkiej Orkiestry Symfonicznej pod dyrekcją sir Simona Rattle’a z Sarah Brightman w roli gwiazdy oraz pochówek w bazylice Mariackiej, do której trumnę odprowadzałaby kompania honorowa Wojska Polskiego, a mowę pogrzebową wygłaszaliby wespół w zespół premier z prymasem, wydałyby mu się zbyt skromne. Nie dziwił się też, że Izabella nie zamierza się stosować do wskazówek męża. Zawsze robiła to, co chciała.

– Powodzenia – rzekł, podchodząc do niej i odruchowo usiłując ją objąć i pocałować na pożegnanie. Kopczyńska jednak się przed tym uchyliła.

– Nie żartuj! – parsknęła z politowaniem i przekręciła klucz.

Komisarz został sam w gabinecie. Przez moment wpatrywał się w drzwi, za którymi zniknęła jego kochanka, po czym, wiedziony całkiem nową myślą, podszedł do szafy i wyciągnął z niej teczkę, w której znajdowały się dokumenty związane z jedynym przypadkiem morderstwa, jakie wydarzyło się w całej historii Kocierzyna. Usiadał i zagłębił się w lekturze. Po kilku minutach na jego twarzy pojawił się złośliwy uśmieszek. Ci, którzy znali Marka, byliby pewni, że grymas ten bynajmniej nie oznaczał rozbawienia.

* * *

Manuela Konopka postawiła ostatnią kropkę w pisanym przez siebie artykule i z zadowoleniem prześledziła wzrokiem tekst, który wyświetlał się na jej komputerze. To będzie prawdziwa bomba! Wszyscy po prostu padną z wrażenia! W przededniu swoich trzydziestych ósmych urodzin jedyna kocierzyńska dziennikarka czuła się po prostu fenomenalnie. A jeszcze do niedawna była tak bardzo sfrustrowana! Po wielu latach nauki, wysiadywania na piekielnie nudnych kursach dziennikarstwa, potem ciągnących się jak flaki z olejem szkoleniach z technik pisania w Internecie, godzinach wkuwania dyrdymałów o jakichś tam piekielnych SEO i innych bezsensach typu Google Analytics, wylądowała w portaliku, w którym największą klikalnością cieszyły się artykuły o podwyżkach cen paszy dla trzody chlewnej albo przerwach w dostawie wody. Dno. Po prostu dno! I jeszcze ta nazwa! „KocieNewsy”. Co za żenada! Jak zastępca burmistrza mógł wymyślić tak idiotyczny tytuł dla portalu?! Przecież to nie brzmi jak nazwa poważnej strony internetowej, tylko jakiejś cholernej witryny weterynaryjnej! Jak ona ma niby zwrócić uwagę szefów któregoś z wielkich mediów, przekonać ich, że jest talentem na miarę co najmniej Moniki Olejnik, i tym samym otworzyć sobie drogę do ogólnopolskiej kariery, skoro poza mieszkańcami jej miasteczka na „KocichNewsach” logowali się tylko poszukiwacze karmy albo środka na odpchlenie swoich pupili? A i oni tylko przez przypadek! Z każdym dniem wymarzona wizja Manueli, że oto wchodzi do studia TVN24, siada za stołem i krzyczy „Czemu to jest tak upierdolone?! Niech natychmiast ktoś to posprząta!”, potem zaś przeprowadza bijący rekordy wywiad z premierem albo prezydentem, a kto wie, czy nawet nie z samym prezesem, stawała się coraz bledsza i bledsza. Kiedy już wydawało się, że całkowicie rozpłynie się we mgle, nagle Manueli trafiła się prawdziwa sensacja. Jej forpocztą stał się SMS o treści „Przyjedź do ratusza jak szybko możesz! Ktoś wykończył naszego burmistrza!”. Kiedy Konopka upewniła się, że wiadomość nie jest żartem, poczuła, jak w jej żagle zaczyna wiać już nawet nie wiatr, ale prawdziwy huragan! Morderstwo to najlepsze, co mogło się jej przytrafić!

Przez ostatnie dni Manuela pracowała po kilkanaście godzin dziennie, stając się błyskawicznie sennym koszmarem dla prowadzącego sprawę prokuratora, stróżów prawa, swoich krajan i... kolegów po fachu. Dla tych ostatnich nie miała żadnej litości. Kręcącego się po Kocierzynie reportera jednego z ogólnopolskich brukowców poszczuła psem. Innego skierowała z czarującym uśmiechem na niedokończony i do kompletu fatalnie oznakowany most, w wyniku czego jego auto trzeba było wyławiać z lokalnej rzeczki za pomocą dźwigu. Dwóch kolejnych spiła do nieprzytomności swojskim bimberkiem, po czym nieco roznegliżowała, zrobiła kilka kompromitujących fotek, które od razu przesłała im na smartfony, a na koniec odstawiła na najbliższą izbę wytrzeźwień do Brzozowa Kolonii. Ostatniego przedstawiciela mediów wysłała zaś na spytki do sąsiada nieboszczyka, zarazem jego najbardziej zajadłego wroga, zapewniając, że byli ze sobą bardzo zaprzyjaźnieni, a potem z satysfakcją obserwowała, jak starszy pan gania go z widłami po całym miasteczku.

Wykończywszy w ten sposób konkurencję, Manuela przynajmniej na jakiś czas zapewniła sobie monopol na nowe wiadomości o morderstwie. Problem w tym, że takowych nie było. Od kiedy prokurator już na sam jej widok zaczął dawać długą w przeciwną stronę, miejscowi policjanci, wypatrzywszy ją przez okno, usiłowali w panice zabarykadować się na komisariacie, a nawet i życzliwi dotąd sąsiedzi przestali jej odpowiadać na „dzień dobry”, Manuela poczuła, że nie wie, o czym ma dalej pisać. Ewidentnie brakowało jej świeżego paliwa do rozpędzonej już medialnej machiny, którą puściła w ruch w dniu morderstwa. Widać to było niestety po statystykach, które nieubłaganie wskazywały, że po początkowej lawinie liczba osób czytających „KocieNewsy” z dnia na dzień stawała się coraz bardziej mizerna. Trzeba było coś z tym zrobić...

Dokładnie w chwili kiedy Manuela zaczęła się poważnie zastanawiać nad tym, czy aby nie zacząć zmyślać kolejnych sensacji, narażając się na to, że w ramach podziękowania komisarz Grad urwie jej łeb albo każe ją zakuć w dyby i wystawić na rynku ku uciesze gawiedzi, dotarła do niej elektryzująca wieść o tym, że oto do ich miasteczka przybędzie lada moment Róża Krull. Konopka co prawda nie przeczytała ani jednej jej książki, ale za to doskonale znała ją z plotkarskich portali, które rozpisywały się o udziale pisarki w kilku głośnych na całą Polskę sprawach kryminalnych i o jej domniemanym romansie z seksownym Misterem Polski, Rafałem Maślakiem. Zdaniem Manueli termin wizyty Róży w Kocierzynie nie mógł być dziełem przypadku i dlatego czym prędzej wysmażyła na swoim portalu równie sensacyjny, co mocno rozjeżdżający się z prawdą artykuł pod tytułem Czy znana pisarka znów zakasuje policję?. Zrobiła w nim z Róży Sherlocka Holmesa w spódnicy, a z miejscowych policjantów kompletne niemoty i niedojdy. Dodała też, że „według sprawdzonych źródeł” gwiazda pióra przyjechała do miasteczka, aby pomóc ślamazarnym funkcjonariuszom w śledztwie, bo „ma wrażenie, że nie wszystkie jego aspekty są tak oczywiste, jak mogłoby się zdawać”, a poza tym „przyjaciółka pisarki twierdzi, że Róża jest w posiadaniu wiadomości, które mogą rzucić nowe światło na sprawę morderstwa burmistrza”. Wymyśliwszy i spisawszy wszystkie te bujdy, Konopka, dumna tak, jakby co najmniej ujawniała drugą aferę Watergate, najechała kursorem na napis „opublikuj” i z zadowoleniem popatrzyła na ekran, na którym pojawił się jej tekst. Po czym otworzyła butelkę wina, nalała sobie trochę trunku do kieliszka i odpaliła statystki, oczekując, że już za chwilę zobaczy tam imponujące liczby czytających jej artykuł. Oczywiście, gdyby tylko mogła przewidzieć, jakie efekty wywoła jej pisanina, to niewątpliwie zawahałaby się przed jej opublikowaniem. Choć wątpliwe, czy ostatecznie by z tego zrezygnowała. W końcu zawsze była fanką zasady głoszącej, że cel uświęca środki.

ROZDZIAŁ IV

SEANS

Domek, w którym mieszkała córka Cecylii, można było zdaniem Róży najtrafniej określić słowem „uroczy”. Niewielki, piętrowy, zatopiony w otaczającej go zieleni biały budyneczek ze spadzistym, pomarańczowym dachem i stanowiącymi z nim kolorystyczny komplet zabawnymi elementami wykończeń drzwi i okien, posiadał od frontu niewielki ganek, a z tyłu całkiem pokaźną, zadaszoną werandę. Głównym akcentem w tej ostatniej była kobylasta kanapa w kształcie litery L, mogąca tak na oko pomieścić bez problemu całą drużynę piłki nożnej, łącznie z trenerem. Pisarka z miejsca poczuła się w tym pomieszczeniu jak u siebie w domu, bo panował tu równie radosny nieład. Dokoła głównego mebla walały się dziesiątki poduszek, pstrokatych kocyków, orientalnych narzut, świec i egzotycznych bibelotów, a na samym środku tego pandemonium wylegiwał się cudownej piękności perski kot o imieniu Rodriguez.

– Trzeba będzie tu zrobić porządek. – Pełna potępienia mina Cecylii nie wskazywała, żeby gosposia pisarki podzielała zachwyt swojej pracodawczyni. – Przecież to wygląda jak melina!

– Oj, mamo... – szepnęła Barbara Jodełka, filigranowa blondynka o uroczym, ujmującym od pierwszego spojrzenia uśmiechu, stanowiąca idealną, acz rzecz jasna młodszą kopię swojej rodzicielki. – Przecież wszystko tu posprzątałam i wyczyściłam!

– Kiedy?! – Cecylia popatrzyła na nią z wyraźną naganą. – Bo chyba nie w ostatnim dziesięcioleciu. I coś ty tu naustawiała?!

Podeszła do stojącej w rogu, fantastycznie obdrapanej, leciwej komody, stanowiącej zdaniem Róży równie urodziwy, co bezcenny zabytek. Sama szukała takiej od lat i koniecznie chciała się dowiedzieć, gdzie też Barbarze udało się znaleźć takie cudo.

– Co to jest?! – spytała zszokowana Cecylia, wskazując palcem na stojącą tam niewielką figurkę kobiety w orientalnym stroju, obdarzonej czterema rękami.

– Bogini Lakszmi – odpowiedziała Barbara.

– Że co?! – huknęła Cecylia, marszcząc brwi. – Jaka znowu bogini?!

– Hinduska – wyjaśniła niepewnie Barbara, nieco spłoszona jej groźną miną. – Symbolizuje w Indiach szczęście, dobrobyt i piękno. Jej figurka zapewnia domowi wszelki dostatek, na czele z materialnym.

Cecylia patrzyła na nią takim wzrokiem, jakby znienacka Barbara zamieniła się w siostrę E.T. z filmu Spielberga.

– Gdyby nie to, że masz garbaty nos po swoim ojcu – rzekła po chwili – to pomyślałabym, że cię podmienili w szpitalu zaraz po urodzeniu. Żeby moja córka kłaniała się bałwanom, to już naprawdę świat się kończy!

– Komu? – zdziwiła się Róża półgębkiem.

– Bałwanom – odszepnął stojący obok niej Pepe. – W Biblii tak się nazywało pogańskich bożków. Dziwię się, że tak elokwentna literatka jak ty nie zna tego określenia.

– Zejdź ze mnie, dobrze? – zezłościła się Róża. – Wolno mi nie znać, skoro jedyny bałwan, z jakim miałam do czynienia, to ty!

– Mamo! – Barbara patrzyła na Cecylię z wyraźną rozpaczą. – To jest tylko pamiątka z wakacji w Goa. Zapewniam cię, że nie przychodzę tu co wieczór, aby się do niej pomodlić.

– Tego by jeszcze brakowało! – Cecylia poprawiła okulary na nosie, po czym aż zachłysnęła się z przerażenia. – A to co?!

Tym razem jej palec powędrował w stronę znajdującej się obok o wiele bardziej okazałej złotej figurki, prezentującej pół człowieka, pół kozła trzymającego za zadek zwierzę, które Róża w pierwszym odruchu zidentyfikowała jako jelenia.

– To jest satyr z kozą – rzekła spłoszona już do granic możliwości Barbara. – Figurka zapewniająca kobietom płodność, a mężczyznom... no ten... tego...

– Wzwód – mruknął pod nosem Pepe. – To się nazywa wzwód. Albo erekcja. Nie wiem, po co się tak certolić.

– Sprawność – dopowiedziała z rezygnacją Barbara, po czym ciszej dodała: – intymną.

– Intymna to jest higiena – pouczyła ją Cecylia. – To musi stąd natychmiast zniknąć! I to bez żadnej dyskusji! Nie mogę przebywać w miejscu, gdzie łamie się przykazanie. I to od razu pierwsze! Sprawność intymna! Widziane rzeczy! Jakiś kocmołuch napastujący kozę! Toż to gorsze zboczenie od tych, co to teraz we wszystkich serialach pokazują! Nie chcę żadnej dyskusji. Trzeba się tego jak najszybciej pozbyć! A jeśli już koniecznie chcesz tu coś postawić, to podjedziemy jutro albo pojutrze do Białegostoku i zobaczymy, czy nie da się gdzieś kupić figurki Świętej Anny, matki Maryi i babki Jezusa. To ona jest odpowiedzialna za płodność, a nie jakiś tam pastuch z kozą! Przez dwadzieścia lat próbowała urodzić potomstwo i nie mogła, choć starali się z mężem, Joachimem, jak tylko mogli. Ale pewnego dnia odwiedził ją anioł, podziałał i od razu dziewięć miesięcy później wydała na świat dziewczynkę.

Całe szczęście, że wypowiadając te słowa, Cecylia miała skierowany wzrok na widoczny za werandą ogród. Wątpliwie bowiem, aby spodobały jej się miny pozostałej trójki, trawiącej nieco frywolne w jej opisie połączenie wizyty wysłannika niebios z faktem zajścia w ciążę przez nawiedzoną przez niego niewiastę.

 

– I ta wieloręka kaleka też musi stąd wyfrunąć! – rozkazała stanowczo starsza pani. – Jeśli chcesz dostatku, to kupimy figurkę Świętego Franciszka z owieczkami. No i oczywiście, trzeba będzie zaprosić tu księdza...

– Po kiego czorta? – zdumiała się Barbara, po czym trochę się zreflektowała. – To znaczy, w jakim celu?

– Żeby poświęcił to miejsce – odrzekła Cecylia takim tonem, jakby mówiła o czymś oczywistym. – Przecież nie może pozostać skalane bałwochwalstwem. Przenigdy do tego nie dopuszczę! Osobiście pójdę zaprosić tu proboszcza. I to jak najszybciej! Tylko będę musiała najpierw skoczyć do bankomatu po pieniążki, bo nie mam żadnych przy sobie. Chyba że ty masz?

– Nie mam. Ale to nie problem – mruknęła Barbara. – Ksiądz ma terminal.

– Co ma?! – zdziwiła się Cecylia.

– Czytnik kart – wytłumaczyła grzecznie Barbara. – Chodził z nim po kolędzie. Jak ktoś się chciał wymigać, że nie ma w domu większej gotówki, to mógł zapłacić kartą. Nasz ksiądz jest bardzo nowoczesny. Założył sobie ostatnio Netfliksa. Pół kolędy opowiadał mi, co warto tam obejrzeć. Gdy przyszło do płacenia, znaczy się składania ofiary, to sama już nie wiedziałam, czy płacę mu za posługę duszpasterską czy recenzje filmowe.

Jej mamę najwyraźniej zamurowało. Róża postanowiła to szybko wykorzystać i wskazała ręką leżący na stoliku obok kanapy dziwaczny pozłacany przyrząd.

– Przepraszam, co to jest? – zapytała z ciekawością. – Bo jestem pewna, że kiedyś to już widziałam, ale nie mogę sobie skojarzyć ani gdzie, ani do czego to służyło.

– To jest ouija – wyjaśniła Barbara – Służy do kontaktów z zaświatami.

– Wywoływania duchów! – w mig przypomniało się Róży.

– Okultyzm?! – rzekła ze zgrozą Cecylia, łapiąc się za głowę. – Jeszcze tego tu brakowało!

Róża wyjątkowo postanowiła nie zwracać na nią uwagi.

– To tylko ozdoba? – popatrzyła pytająco na Barbarę. – Czy też wykorzystuje to pani praktycznie?

Po minie młodszej z pań Jodełek wywnioskowała, że raczej nie ma co spodziewać się jakiejkolwiek odpowiedzi. Po chwili jednak dotarło do niej, że nie jest to do końca prawdą. Wyłapała bowiem porozumiewawcze spojrzenie Barbary, która delikatnie przechyliła głowę w stronę mamy. Róża mrugnęła oczami, dając znać, że wie, co jej chodzi.

– Pani Cecylio – zwróciła się do swojej gosposi. – Nie zmęczyła pani podróż? Może by pani trochę odpoczęła? W końcu dzień przed nami jeszcze długi...

– A to dlaczego? – zdziwiła się starsza pani. – Przecież pani sobie pójdzie na spotkanie, a ja tu trochę ogarnę tej bajzel i położę się wcześniej spać...

– Jak to?! Nie pójdzie pani na moje spotkanie?! – Róża zrobiła oburzoną minę, a następnie ściągnęła usta w ciup i zmarszczyła brwi, co zawsze oznaczało u niej skrajne poirytowanie. Doskonale wiedziała, że czego jak czego, ale akurat tego grymasu jej gosposia powinna się wystraszyć, bo widziała go u swojej pracodawczyni ledwie kilka razy i za każdym zapowiadało to awanturę. Ostatnio Krull miała taki wyraz twarzy, kiedy odkryła, że w przeddzień Święta Niepodległości Cecylia zamieniła jej mieszkanie w coś w rodzaju połączenia Muzeum Narodowego ze Świątynią Opatrzności Bożej, wywieszając w oknach flagi polskie i nie wiedzieć czemu papieskie wielkości porównywalnej z żaglami Daru Pomorza, a salon upiększając pokaźnym ołtarzykiem poświęconym marszałkowi Piłsudskiemu i przyozdobionym kilkoma obrazkami papieży, trzema gromnicami i krucyfiksem. Różę, która wracając wieczorem od znajomych, o mało co nie padła trupem już na sam widok płacht powiewających radośnie z jej balkonu i przy okazji zasłaniających dwa sąsiednie, powitał w progu jej mieszkania chóralny ryk „Witaj maj! Trzeci maj! Dla Polaków błogi raj!” w takim natężeniu, jakby wewnątrz odbywała się właśnie próba Reprezentacyjnego Chóru Artystycznego Wojska Polskiego. Na zdumioną uwagę Róży, czy naprawdę uważa, że listopad to najlepsza okazja, aby słuchać utworów o wiośnie, Cecylia odparła, że przez cały wieczór odtwarza sobie pieśni legionowe, aby „wczuć się w klimat święta”, bo przecież dzieła te „są ponadczasowe” i „zostają z człowiekiem na zawsze”. Na wściekłe pytanie Róży, czy miniaturowe mauzoleum Piłsudskiego, które w wątpliwy sposób ozdabia jej salon, też ma tam zostać na zawsze, gosposia wyjaśniła, że jedynie do następnego wieczora i że jak tylko wróci z Marszu Niepodległości, to weźmie się za jego demontaż. Kiedy jednak chwilę potem Krull odkryła na parapecie w swoim pokoju wystawę ptactwa w postaci gipsowych figurek, które zdaniem jej gosposi prezentowały „różne wizje orła białego”, a jej własnym sroki, jastrzębie, wróble oraz smoka z Gry o Tron, żarty się skończyły. Choć zazwyczaj dla świętego spokoju ulegała swojej gospodyni we wszystkim, pozwalając jej na takie ekstrawagancje jak choćby udekorowanie kuchni obrazkami dwóch świętych patronek gotowania, bo Cecylia nie mogła się zdecydować, która będzie lepiej czuwała nad jej kulinarnymi wyczynami, to tym razem Róża poczuła, że pora na bunt. Zrobiła więc swój nadęty dzióbek i tonem nieznoszącym sprzeciwu oświadczyła, że nie życzy sobie więcej podobnych dekoracji w swoim miejscu zamieszkania i że jeśli pani Cecylia koniecznie chce się modlić do Piłsudskiego, to niech to robi we własnym domu, a ona da jej na to chętnie dwa dni wolnego. Na koniec zaś mściwie uraczyła ją informacją, że świętej pamięci naczelnik nie był katolikiem, a należał do kościoła ewangelicko-augsburskiego i gdyby zobaczył, że ustawiła go pod krucyfiksem razem z papieżami, toby kazał swojej Kasztance kopnąć ją w zadek tak mocno, że wylądowałaby w Watykanie. Starsza pani miała taką minę, jakby nagle runął jej cały świat, ale grzecznie zlikwidowała dekoracje, a zdjęcie Piłsudskiego włożyła w stertę starych gazet przeznaczonych na makulaturę, mamrocząc pod nosem, że „te koszmarne wąsy mogłaby mu jeszcze darować, ale pogaństwa nigdy z życiu”.

– Naprawdę chce pani, żebym poszła? – gosposia zrobiła zdziwioną minę.

– Oczywiście! – warknęła Róża. – Nie była pani jeszcze na żadnym moim wieczorze autorskim!

– Kiedy mnie takie spotkania trochę nudzą... – wyjaśniła usprawiedliwiającym tonem Cecylia.

– Na moich nuda pani nie grozi! – Krull popatrzyła na nią z politowaniem. – Sama pani zobaczy! Tylko teraz niech pani chwilę odpocznie. Pawełku, bądź tak miły i zrób pani Cecylii herbatkę, a potem odprowadź ją do pokoju...

Pepe lekko uniósł brwi, ale widząc błysk w oczach pisarki, wolał nie stawiać oporu. Westchnął, po czym szarmanckim gestem zaprosił Cecylię do środka domu.

– Jakbym była jakąś kaleką i sama nie mogła się oporządzić... – mruknęła gosposia, ale grzecznie podążyła we wskazanym przez Kwiatka kierunku. Po chwili oboje zniknęli w kuchni.

– A więc...? – Róża klapnęła na kanapę i popatrzyła pytająco na Barbarę. – Co z tą ouiją? Bawi się pani w wywoływanie duchów i boi się do tego przyznać przy mamie? Dobrze wyczułam?

– Niezupełnie. – Barbara też przysiadła na kanapie, ale po chwili wstała, podeszła do komody i wyciągnęła z niej wino i dwa kieliszki. – Napije się pani?

Róża wiedziała, że nie powinna teraz wlewać w siebie żadnych wyskokowych trunków. Nie miała bowiem zbyt mocarnej głowy i gdy kiedyś przed spotkaniem w jednej z bibliotek dała się namówić czytelniczce na „małego rozchodniaczka leciuchną naleweczką własnej roboty”, która okazała się mocniejsza nawet od dziewięćdziesięciopięcioprocentowej wódki Everclear, to potem wpadła w tak szampański humor, że do prowadzącego spotkanie zwracała się na zmianę „dziubdziusiu” i „dzióbasku”. Nie mówiąc już o tym, że na pytanie, czego najbardziej brakuje jej w życiu, beztrosko odpowiedziała, że seksu, po czym wyjaśniła, że ostatni raz miała go tak dawno temu, iż pewnie z powrotem stała się dziewicą. Na koniec zaś zamiast wpisywać w książkach dedykacje, zaczęła z mozołem tworzyć w nich jakieś skomplikowane malunki, co zostało podsumowane z niezadowoleniem przez jedną z czytelniczek słowami „Myślałam, że z autografem pchnę to drożej na Allegro, a ta wariatka pomazała mi pół książki jakimś bo-ho-ma-zem! I kto to teraz kupi?!”.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?