BalladynaTekst

Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tego wieczoru bankiet wylał się z hotelowego parteru na parking, park i plażę, a jakbyście stanęli z boku, dostrzeglibyście kometę, pięknie jaśniejący punkt z ogonem z tłumu. To Ala tak błyszczała. Nie chciała mnie z ramion wypuścić. Powiedziała, że ma to wszystko dzięki nam, naszej miłości i teraz wreszcie kupi nam dobre życia. Zarabiałem swoje i nie chciałem, żeby cokolwiek mi fundowano. Poza tym, tak naprawdę nic dla niej nie zrobiliśmy. Byliśmy i tyle. Kto wie, może Alina należała do ludzi, którzy doceniają samo bycie? Są i tacy. Biedni oni. Nie zostaliśmy długo. Bala, pozostawiona sama sobie, chciała wracać do hotelu. Wściekła się, bo nikt nie zwracał na nią uwagi.

* * *

Co pół roku robię sobie badanie krwi, na markery. Kosztuje trzydzieści pięć złotych. Kiedyś wydałbym te pieniądze na piwo, ale głupoty już wyleciały mi z głowy. Badanie wykrywa osiem rodzajów raka, w tym tego najstraszniejszego, od trzustki. Lekarz, co mi te badania zalecił, ostrzegł, że to nic pewnego. Niekiedy raka nie da się zobaczyć. Rak bywa nieuchwytny, ale moim zdaniem należy robić wszystko, aby nas nie dopadł. Alina nie robiła.

Dowiedzieliśmy się wczesną jesienią, co oznacza, że choroba kiełkowała już w Gdyni, kiedy Alinka odbierała nagrodę, a potem jaśniała na bankiecie, przyjmowała gratulacje i propozycje, taka onieśmielona, jakby znalazła się tam przez przypadek. Jakby ktoś inny powinien znaleźć się na jej miejscu. Jest tyle wykształconych aktorek, powtarzała. Choroba znalazła już miejsce pod sercem. Niechciane dziecko, morderczy płód. Takie właśnie jest życie: każdy lot zawiera w sobie zapowiedź upadku.

Na początku nie wierzyła, że choroba wybrała właśnie ją. Przecież rak trafia starych ludzi, pijaków, nałogowych palaczy. Nieoczekiwanie zgasło słońce. Jeszcze niedawno reklamowała szminki i chrzciła promy na Bałtyku. Daję słowo, przez moment naprawdę sądziła, że rak po prostu minie. Stanie się nieaktualny, jak zagrożenie oceną niedostateczną. Znalazła wspaniały sposób na walkę z chorobą: zadba o siebie, będzie zdrowo jadła, spała i nacierała się olejkiem konopnym. Doprawdy, paradny pomysł. Bala zaraz na nią wsiadła. Poradziła, żeby od razu najlepiej palnęła sobie w głupi łeb, a jeśli jednak tego nie zrobi, ruszamy do walki o życie. Teraz, natychmiast.

Bardzo długo nie powiedzieliśmy mamie. To znaczy mojej teściowej. W sumie myślę o niej jak o matce. Bala uznała, że wiadomość o chorobie ją zabije, choć przecież sama choroba mordowała właśnie kogoś innego. W ogóle, trudno jest umrzeć od wiadomości. Więc Aluś zaczęła jeździć po lekarzach, wzięła pierwszą chemię i na wszelki wypadek kupiła sobie mnóstwo czapek z daszkiem, tymczasem jej matka nie miała pojęcia, co się dzieje. Bala tłumaczyła jej, że Alina przemęczyła się, ciągnąc jednocześnie serial i film, potem kłamała na temat przygotowań do jakiejś wyjątkowo trudnej roli. Wyczerpująca sprawa, to aktorstwo, no. Teściowa moja kochana chodziła coraz bardziej ogłupiała. Pytała, co tak naprawdę się dzieje, czemu nie mówimy jej prawdy. Ja bym powiedział. Bala wiedziała lepiej, zresztą w tamte czarne dni wyszło, że zna się dokumentnie na wszystkim.

Bala codziennie przychodziła na Salwator, przed pracą albo po. Ze swojej Cracovii miała niedaleko. Wynajdywała coraz to nowych lekarzy, znosiła informacje o różnych fantastycznych klinikach w Europie. Skołowany i bezradny Kornel zauważył, że i tak nie można się leczyć w dwóch klinikach naraz. Bala zaraz go ofuknęła. Naznosiła warzyw i owoców. Robiła z nich soki w mikserze. Pilnowała, żeby Ala dużo piła między posiłkami. Skoro już przy jedzeniu, gotowała jej ulubione potrawy, dbając, by każdego dnia jadła coś innego. Jak we wtorek był makaron, to w środę bitki, w czwartek zaś ryba. Ryb w ogóle znosiła mnóstwo, nieraz półżywe, w reklamówkach napełnionych wodą. Alinkę niezbyt ciągnęło do stołu, więc Bala dzieliła każdy obiad na dwie porcje podawane co godzinę i dosłownie wmuszała w siostrę. Wszystko tłuste, oblane olejem. Na przekąski dawała wiejskie sery i wędliny z placu. Robiła koktajle mleczne. Ciągle mówiła, że chory na raka musi dużo jeść i pić. W końcu zwolniła się z pracy i już tylko siedziała na Salwatorze.

Po prawdzie, nikt poza nią nie nadawał się do tej roboty. Ja miałem własną. Zresztą co ze mnie za dietetyk? Kurczaka jadam, bez przypraw. I białkowe odżywki. Teściową trzymaliśmy w nieświadomości, natomiast Kornel posunął się okropnie, jakby uszła z niego wola życia. Można było pomyśleć, że on umiera, nie piękna Alina. Dłubał w nosie i przy swojej muzyce. Popijał trochę. Znów widywano go na mieście. Zagadnięty o wiadomą sprawę, robił zamyśloną minę i zastanawiał się głośno, kiedy ta choroba wreszcie przejdzie. Chciał, żeby Alina w nowym roku wróciła do grania. Zastanawiał się, kiedy wreszcie pojadą na wakacje.

Przed świętami zdarzyły się dwie straszne rzeczy. Alince wypadły włosy. Nie było mnie przy tym, była Bala. Opowiedziała, że Alka wyszła przerażona spod prysznica. Wyglądała jak głodomór. Ściskała garść jasnych włosów. A włosy miała piękne, akurat do splatania w warkocz. Tych już nie splotła, tylko stała na progu łazienki, bezbronna, jak na rozstrzelaniu. Chyba przestała rozumieć, co się z nią dzieje. Albo zaczęła, nie wiadomo. Odzyskała rezon i sięgnęła po którąś z tych swoich czapek. Bo ona w kółko czapki kupowała, mówiłem wam? Czapka za czapką, odkąd zachorowała.

Jakoś na tydzień przed wigilią Alinka zadzwoniła do mnie. Do matki nie mogła, Bala siedziała jej cały czas na głowie, Kornel się snuł, więc niby do kogo miała dzwonić.

– Tak strasznie boli mnie brzuch, a zjadłam tylko trochę dorsza i połowę ziemniaka. – Można było pomyśleć, że to dziecko gada. – Wszystko ze mnie wyleciało, do tego bardzo boli. Ja się boję, Grabek. Bo niedługo wigilia. Będzie tyle dobrych potraw i chciałabym móc je spróbować chociaż troszeczkę. Posiedziałabym z wami jak zawsze. Chciałabym posiedzieć i żeby tak nie bolało.

Do wigilii jeszcze dojdziemy. Co gorsza, sprawa dotarła do mediów. Nie wiem już, wyciekła z gazet, z telewizora czy internetu. Nagle wszyscy gadali tylko o chorobie pięknej Aliny. Jakby brzydcy mogli chorować, piękni już nie. Ludziom najwyraźniej nie mieściło się to w głowie. Dziennikarze zaczęli dzwonić. Przyjeżdżali na Salwator i wysiadywali na klatce schodowej. Bardzo chcieli zrobić zdjęcie. O tym, jak Bala poradziła sobie z tym ambarasem, i czemu w ogóle musiała sobie z nim radzić akurat Bala, zaraz wam opowiem. Ważniejsze, że o chorobie dowiedziała się mama dziewczyn, moja kochana teściowa. Myśmy jej nie mówili. Powiedział telewizor.

Zareagowała po swojemu. Zrozumiała, czemu tak długo nie widziała córki. Zapytała, czy zaprosilibyśmy ją chociaż na pogrzeb, wybuchła płaczem i nie odzywała się do mnie przez święta. Bolało, nie powiem. W takich chwilach rodzina powinna być razem, no ale nie była. Teściowa dała do zrozumienia, że sama zaopiekuje się córką. Opiekowała się od dnia narodzin, więc potrafi najlepiej. Zabrała się na Salwator, z mnóstwem lekarstw, jedzenia i dobrych pomysłów. Pocałowała klamkę, bo u Kornela i Aliny zainstalowała się Bala.

* * *

Bala wylądowała na Salwatorze trochę przez Kornela. Może już wtedy wpadła mu w oko? W każdym razie Kornel, jak wielu facetów postawionych w nieprzyjemnej sytuacji, znalazł wytchnienie w robocie. Utrzymywał, że praca trzyma go przy życiu, no i musimy mieć forsę na leczenie. Problem leżał w piekielnej agresji tego raka, nie w szmalu. Tego, dzięki fundacji, mieliśmy dosyć. Moim zdaniem dla Kornela wszystko przebiegało zbyt szybko: opiekunka od psa zmieniła się w aktorkę, aktorka w wyłysiały szkielet. Nie ogarniał tego. Brał zlecenia i nawiewał z domu.

Kornel rozważał najęcie profesjonalnej opieki. Bala szybko wybiła mu to z głowy. Przypomniała, że jej praca nie jest wiele warta. Kto lepiej ogarnie siostrę niż właśnie siostra? Czym prędzej wypisała się ze zdychającej Cracovii. Na Salwatorze początkowo spędzała całe dnie. Później również noce. Zapomnieliście, że byliśmy małżeństwem? No, ona też chyba zapomniała. Wtedy jeszcze bardzo mi zależało. Przecież pół dzieciństwa i całą głupią dorosłość spędziłem z Balą. Nie wyobrażałem sobie innego życia niż z nią, więc Bala zrobiła mnie na szaro, grając właśnie na tym braku wyobraźni.

– Będę zostawała tylko wtedy, gdy Kornel pojedzie. Chyba nie chcesz, żeby była tam całkiem sama albo z kimś obcym. Wiesz, jak kradną ci niby profesjonalni opiekunowie? – tłumaczyła.

– Wiesz, jaki on jest – powiedziała, gdy wyszło, że będzie zostawała także z Kornelem. – Dobry chłop, ale nie nadaje się do tej roboty. Nie dopilnuje. Popije. Przyśnie, a ona będzie czegoś potrzebować. Zróbmy tak, że jedną noc spędzę w domu, drugą u nich, tak na zmianę. Daj spokój, nie bocz się, przecież to nie potrwa długo.

Wkrótce po prostu wyniosła się z Obopólnej.

– Nawet w takiej chwili myślisz tylko o sobie – mówiła. – Czy nie rozumiesz, że walczymy o jej życie? Za miesiąc, najdalej dwa pokona chorobę i wszystko wróci do normy. A jeśli nie wróci… – Tu załamał się jej głos. – Zrozum, proszę, to mogą być moje ostatnie chwile z siostrą!

W ten sposób wylądowałem w pokoju bez żony, ze śmiertelnie obrażoną teściową za ścianą. Aż zacząłem rozmyślać o tym, jak ma się mój wspaniały stary. Za to Bala radziła sobie całkiem nieźle. Na przykład z tymi dziennikarzami, co tłoczyli się na klatce, a nawet próbowali robić zdjęcia przez okna. Tego, co wylazł na drzewo, postraszyła procą i piłą tarczową. Reszta dowiedziała się, że Alina jest chora, nikogo nie przyjmie, nie życzy sobie żadnych zdjęć, porozmawiamy po rekonwalescencji. Dziennikarze jakoś nie mogli się rozejść. Zastanawiam się, jak ci ludzie chcą walczyć o żywych, skoro interesują ich głównie umierający.

Pod wieczór z mieszkania wyłoniła się Bala, w ogrodniczkach, poplamionej koszuli i klapkach na bose stopy. Lakier odchodził od połamanych paznokci. Znać, że zajęta chorą, sama traci urodę i zdrowie. Alinka spała, a oni poszli całym towarzystwem do knajpy na Felicjanek. Dziennikarze obsiedli ją jak ścierwo. Bala opowiadała o tym, jaka jej siostra jest dzielna, ile opieki wymaga, jak wszyscy wierzymy w szczęśliwy los. Ciągle pytali, a Bala piła wino i odpowiadała. Na koniec wyznała, że nie chce niczego dla siebie, że chciałaby, aby te wywiady pomogły siostrze, bo życia bez niej jakoś nie widzi. Przypomniała o fundacji, prosiła o wpłaty. Pojawiła się w kolorowych gazetach. Puścili z nią wywiad w telewizji śniadaniowej.

 

Powiem wam, że niechętnie chodziłem na Salwator. Na Alinę przykro się patrzyło. Mam jakiś niezdrowy opór co do chorujących ludzi. Jakbym mógł przez dotyk, przez powitalny pocałunek też dostać tego raka. Zwierzęta też tak mają i jedynie koty lgną do umierających. Nie chodziło jednak tylko o to, w ich mieszkaniu naprawdę szło oszaleć ze smutku. Wchodziłem po tych wysokich schodach. W kuchni siedział blady Kornel z papierosem i koniakówką. Zawsze dziękował, że przyszedłem, i to takim tonem, jakbym zjawił się z ostatnim namaszczeniem. Potem opowiadał o niezgranym przedstawieniu albo o tym, jak fatalnie udźwiękowili mu film w Czechach.

Alinkę znajdowałem raz taką, raz inną. Czasem po prostu leżała w tym gigantycznym łóżku, obłożona przez talerze, talerzyki, szklanki, kubeczki, butelki wody, owoce i książki poplamione mlekiem. Kiedy indziej zastałem ją na macie. Rozciągała się, normalnie, jak Katarina Witt. Gdyby nie czapka na łysej głowie, można by sądzić, że nic jej nie jest. Powiedziała wtedy, że czuje się lepiej, dosłownie wraca do życia. Albo życie wraca do niej, nie wiadomo. Prosiłem Boga, aby nie karał jej tak strasznie i przywrócił zdrowie.

Raz zastałem ją w kuchni. Tak myślałem. Kornel wyjechał, przyszedłem i zobaczyłem Alinkę, jak stoi tyłem do mnie, nad zlewem. Miała na sobie obcisłe dżinsy i różowy podkoszulek. Widywałem ją w tych ubraniach i wiedziałem, że bardzo je lubi. Czapkę założyła daszkiem do tyłu. Wściekłem się trochę, bo kto to widział, żeby chora zmywała? Alinka odwróciła się i wyszło, że to nie ona, tylko Bala. Zapytałem zaraz, dlaczego chodzi w ubraniach siostry. Bala prasnęła łyżką o zlew.

– W czym mam niby chodzić? Ubrań z domu nie wzięłam! Komu to szkodzi, tak w ogóle? Co ci się w tym nie podoba?

Z Balą było tak, że gdy krzyczała, zapominałem języka w gębie. Chciałem tylko, coby zamilkł ten krzyk. Naszykowane odpowiedzi schły na języku. Teraz, jak o tym myślę, wiem, o co mógłbym ją zapytać. Ubrania, zgoda, wzięła, bo były pod ręką. Ale dlaczego nałożyła czapkę?

* * *

Powiem wam, nasza wigilia nie należała do najweselszych. Miałem urwanie głowy, bo teściowa, wciąż naindyczona, uparła się, żeby wszystko było jak dawniej. Domagała się prawdziwej choinki, takiej z naturalnym czubem pod sam sufit. Na placach sprzedawali same krótkie, z gałązką wciśniętą w obcięty pień. W końcu postawiliśmy taką na Salwatorze, a matka kazała obu siostrom lepić łańcuchy z kolorowego papieru. Wygrzebała też stare bombki, takie ręcznie malowane, z gwiazdą i bałwanem. Z Obopólnej zabrałem karpia w panierce i galarecie, barszcz z uszkami, krokiety, kompot ze śliwek. Musiałem się wracać, bo kochana teściowa ciągle o czymś zapominała. No i prezenty. Cała ich masa znalazła się pod choinką.

Opłatkiem połamaliśmy się w pięcioro. Alinie życzyłem zdrowia, Bali, żeby między nami było lepiej. Wyraziła pewność, że będzie. Z kolei mama życzyła sobie, żebyśmy co roku spotykali się na tak wspaniałej wigilii. Cóż, nic na to nie wskazywało. Alina ledwo trzymała się krzesła. Próbowała kolejnych potraw, odkładała sztućce i obiecywała, że doje potem. Przecież musi skosztować wszystkiego. Z prezentami było jeszcze gorzej, bo teściowa kupiła jej rolki. W swoim stanie Alinka niezbyt nadawała się do sportu, ale teściowa uparła się i już: nadadzą się akurat na odzyskiwanie sił po pokonaniu choroby. Myśmy z Balą byli bardziej praktyczni. Dostała czytnik ebooków, żeby nie nudziła się, kiedy wyjedzie na leczenie protonowe do Szwajcarii.

Kornel odkorkował wino i Bali rozwiązał się język. Opowiadała życie siostry, trzymając ją za rękę.

– Pamiętacie, jak Alinka ćwiczyła dykcję z korkiem w ustach? Jeszcze chodziła do ogólniaka. I całe popołudnia siedziała z korkiem między zębami, na sztorc. Ja bym chyba nie dała rady tak korka zmieścić. Pytałeś ją o coś, czy ma lekcje do odrobienia, gdzie leży to czy tamto, a ona mamrotała odpowiedź z tym korkiem w ustach. Pamiętasz to, Aluś? Pamiętasz, jak było? – pytała. – Albo jak kręciliście we Władysławowie i ukradli ci buty? Za moment zdjęcia, a ty dzwonisz na plan, że nie masz jak wyjść z hotelu, bo zabrali te buty. Jak to w ogóle możliwe, powiedz mi? Nasza Aluś zawsze była bardzo roztrzepana. Która dziewczyna wyjeżdża tylko z jedną parą butów? W końcu dotarłaś na zdjęcia w klapkach hotelowych. Co za historia! Tyle miałaś w życiu przebojów!

Na Nowy Rok Kornel, Alina i Bala wyjechali do tej Lozanny. Modliłem się o wyzdrowienie, lecz sami wiecie, na co zdało się to jeżdżenie. Przynajmniej czytnik się przydał. Alinka zawsze lubiła książki. Mówię o tym tak, bo inaczej nie umiem. Co jeszcze miałbym powiedzieć? Po Lozannie przesiedziała parę tygodni w domu, skąd przewieźli ją na onkologię, na Kopernika, a stamtąd znowu na Salwator. Tak rzucali dziewczyną. Wiadomo, że jak z rakiem wypisują do domu, to raczej nie będzie jeżdżenia na rolkach. Wszyscyśmy to rozumieli, jedna mama nie. Mówiła o cudotwórcach, o świętych miejscach w całej Europie, i chciała tam jeździć. No ale nie pojeździła, bo Bala ogłosiła, że Alina jest bardzo słaba i nie powinna nikogo widywać. Znaczy, wyraziła się nieco subtelniej: może jutro, jak będzie lepszy dzień?

Teraz muszę się do czegoś przyznać. Zrobiłem w życiu wiele złych rzeczy. Tej jednej żałuję i często proszę Boga o wybaczenie. Może tak właśnie powinno być, że każdy z nas ma tę jedną rzecz do żałowania? Może dzięki temu ciągle się modlę? Bala spławiła własną matkę. Ze mną nie poszło tak prosto i pewnego wieczoru zostałem sam z Aliną. Bala zeszła na Felicjanek, do dziennikarzy. Wieczory spędzała właśnie z nimi. Alka dosłownie wrastała w fotel. Poprosiła, żebym zabrał ją na Obopólną, bo nie może tutaj wytrzymać. Kornel się nią brzydzi, powiedziała, jego wzrok tak trudno znieść. Bala zamęcza ją opieką, torturą troski. Użyła właśnie tych słów. Uklęknąłem przed nią i obiecałem, że zrobię wszystko, co w mojej mocy. Tymczasem nie zrobiłem nic. Chodziłem wokół tematu, układałem słowa i gubiłem je, kiedy przychodziło co do czego. W ogóle nie wyobrażałem sobie rozmowy z Balą na ten temat. Dlatego tej rozmowy nie było.

Na trzy dni przed śmiercią Alinka umieściła nagranie w sieci. Dotąd tego nie robiła. Mówiła, że miała wspaniałe życie, że odchodzi pogodzona ze światem i ze sobą. Pierdolenie o Szopenie, z tymi dwiema sprawami nie sposób się pogodzić. Zresztą żeście wszyscy ten film widzieli, więc powiem tylko, że jeden jego kawałek ma dla mnie szczególne znaczenie. Alinka dziękuje Kornelowi za miłość i życzy sobie, żeby kochał dalej. Niech sobie kogoś znajdzie, mówi. Nich będzie szczęśliwy.

Alinka zmarła w nocy z piątku na sobotę. Była przy niej tylko Bala.

* * *

Pogrzebu niejeden żywy by jej pozazdrościł. Na miejskich latarniach zawisły białe flagi z podobizną Alinki i napisem, że pozostanie na zawsze w naszych sercach. W moim jest na pewno i dlatego opowiadam tę historię. Z budek przycmentarnych zeszły wszystkie kwiaty i znicze, ludzie zalali pół cmentarza i zablokowali tramwaje na Rakowickiej. Niósł się bek starych bab, pochlipywały chłopy, a i mnie łezka poszła. Toż złota dziewczyna była z tej Aliny. Nie wiem, czemu Bóg zabrał ją do siebie. Kto wie, czy nie przysnął? Może całe zło na świecie dzieje się, bo Bóg przycina komara?

Nie wiem, czyście widzieli, co wyrabiało się w drodze z kaplicy i nad samym grobem. Za trumną poszli Bala i Kornel, oparci o siebie, krzywi jak domek z dwóch kart. Wspierali się nawzajem, że tak powiem. Bala uprosiła mnie, żebym zadbał o dystans. Prowadziłem teściową jakieś trzy metry za nimi, z kolei za nami szła rodzina, filmowcy i reszta hołoty. Przy kondolencjach Bala wysunęła się do przodu. Nie wiem, jak dokładnie wam to wyjaśnić, no, stanęła tak między łapiduchami i trumną, że nikt już się nie zmieścił, a już na pewno nie ja z jej matką. Bala przyjmowała wyrazy współczucia. Myśmy przebierali nogami w tylnym szeregu.

Powiadają, że w śmierci spoczywa jakaś mądrość. Ktoś, kogo kochamy, umiera, życie zaś biegnie dokładnie tak samo. Wszyscy jesteśmy nieważni. Otóż nieprawda. Alinka była bardzo ważna. Inaczej tylu ludzi nie zjawiłoby się na pogrzebie. A moje życie, życie nas wszystkich pobiegło inaczej od dnia pogrzebu. Byłem pewien, że Bala wróci do mnie, na Obopólną. Jakoś nie wracała. Najpierw chciała uporządkować rzeczy po siostrze. Tak mówiła. Później ogłosiła się strażniczką pamięci czy też kimś podobnym. Dziwna sprawa. Czy pamięć to portfel, że można ją ukraść? Z Kornelem wyjechali do Warszawy, niby zlikwidować tamto mieszkanie. Likwidowanie szło tak opornie, że Bala zdołała obskoczyć wszystkie redakcje. Gadała z Kammelem i tą grubą, fajną, Wellmanową. Wlazła do każdej dziury w internecie. O tym, co mówiła potem, o jej wywiadach jeszcze opowiem, tylko za chwilę, bo już mi ciśnienie skacze. Jakby nie było, wróciła z tej Warszawy, a ja głupi liczyłem, że znowu będziemy małżeństwem.

– Jeszcze nie teraz, Grabek – powiedziała Bala. – Nie mogę teraz zostawić Kornela. Jest w całkowitej rozsypce…

Jakbym chujowi walnął w cymbał, rozsypałby się dokumentnie. Kumpel, który widział Kornela nad Wisłą, powiedział, że ten szedł z moją żoną za rękę i wyglądał na całkiem pozbieranego.

– Chcieliśmy wam sami powiedzieć. Niepotrzebnie czekałam na właściwy moment – tłumaczyła mnie i własnej matce, cała zapłakana. – Mnie samą to uczucie zaskoczyło. Nie chciałam go, broniłam się przed nim. Kornel jeszcze bardziej. Przynajmniej na niego się nie złośćcie. Nie proszę o wybaczenie teraz. Mam nadzieję, że kiedyś, za wiele lat, nam wybaczycie. Z miłością nie sposób wygrać. Miłość zawsze zwycięży. Wiem tylko jedno. Alinka nie miałaby nic przeciwko. Przecież właśnie o naszą miłość się upomniała w ostatnim życzeniu…

Wysłuchałem tego, jak zawsze, w milczeniu. Gotowało się we mnie, jednak nie powiedziałem nic. Chyba chciałem, żeby rozmowa po prostu się skończyła. Zresztą, co niby miałbym powiedzieć? Co w ogóle mówi się na coś takiego? Przecież myśmy mieli ślub kościelny. Co ja mam zrobić, jak poznam dobrą dziewczynę, w grzechu żyć? W grzechu to można trochę, Bóg machnie na to ręką. Lepiej jednak nie przeciągać struny. Jak poszła, zapytałem teściowej, czy mam się wyprowadzić. Przecież właśnie przestaliśmy być rodziną. Ta od śmierci córki w kółko sprzątała mieszkanie. Zastanawiała się nad malowaniem i wybierała kafelki do łazienki.

– Nie mów tak – odpowiedziała. – Mam w tym roku stracić wszystkie dzieci?

Powoli przywykłem do nowego życia i tylko dziewczyny, z którymi się umawiałem, dziwiły się, że mieszkam z byłą teściową. Jakoś nie potrafiłem jej porzucić. Twardniała, zasklepiała się w swoim smutku. Bala ciągle opowiadała o siostrze. Pilnowałem, żeby żadna gazeta nie znalazła się w domu. Rzadko oglądaliśmy telewizję i w końcu wreszcie poczułem, że znów żyję. Coś się skończyło, ruszyłem naprzód. Zostałem szefem ochrony Pod Jaszczurami. Wyniosłem się ze starej siłowni do sieciówki na Lea. Brałem stówkę za trening. W sumie, niewiele mi brakowało.

Rok po śmierci Aliny Bala udzieliła wywiadu, w którym opowiadała o swoim potwornym dzieciństwie, jak matka ją biła, a ona, dobroduszna, ratowała siostrę przed tym biciem. Matkę, przeczytałem, interesowały tylko rauty w Sopocie, Zakopanem i dancingi w Feniksie. Nieraz przyprowadzała kochanków do domu. Oni też pili i bili. Żeby było jeszcze lepiej, opowiedziała w tej gazecie, jak kiedyś pijana matka natłukła Alinie, a potem, kompletnie narąbana, wsiadła do samochodu i spróbowała pojechać. Bala odważnie wywlokła ją z auta. Jeszcze ta stara pijaczka zabiłaby siebie, lub co gorsza, kogoś innego. Więc, jak sama powiedziała, wywlokła ją i uderzyła. Alina była wrażliwsza, powiedziała jeszcze, nie poradziłaby sobie z wiecznie narąbaną matką, a już na pewno nici by wyszły z aktorskiej kariery.

Cóż, w tym wywiadzie było także o mnie. Tego naprawdę się nie spodziewałem. Bala podzieliła się z czytelnikami myślą, że ludzie bici w dzieciństwie lgną do okrutnych partnerów. Jakby stęsknili się za pięścią. Z nią, z biedną Balą, rzeczywiście tak było. Powiedziała, że lałem ją regularnie i nawet wrzuciłem suszarkę do wanny. Chciałem zabić własną żonę: tego właśnie dowiedziałem się z gazety. Dlatego wcześniej tak tłumaczyłem się z tego bicia i chętnie powtórzę: nigdy, aż do dzisiaj, nie uderzyłem żadnej kobiety.

Mogę gadać do woli, prawda? Nie uwierzycie mi teraz, wtedy też nikt nie wierzył. Kumple poznikali. Sąsiedzi przestali się kłaniać. Co odważniejsi zagadywali tylko, czemu słyszą o mnie takie straszne rzeczy. Treningów zrobiło się nagle mniej, a dziewczyny odwoływały randki. Trudno, myślałem sobie. Jakoś przetrwam, komu żona uciekła ze szwagrem, ten wszystko przeżyje. Gorzej, że wywiad uderzył w mamę, to znaczy w moją byłą teściową. Potraciła koleżanki. Przegonili ją z warzywniaka. Listonosz spuszczał wzrok, kiedy z nią rozmawiał. Pytała, czemu Bala opowiada takie kłamstwa. Nie mogła tego zrozumieć. Ja zrozumiałem. Trochę napatrzyłem się na ten wielki świat, więc wiem. Bala powiedziałaby cokolwiek, byleby ktoś z nią pogadał. Tęskniła do kolorowych tygodników, do telewizji.

 

Miało miejsce jeszcze jedno przykre zdarzenie. Drobne, lecz utkwiło mi w pamięci. Poszliśmy z teściową na Rakowice. Chodziliśmy co tydzień. Dbała o grób, no bo tylko to zostało jej do dbania. Zawsze braliśmy jedną świeczkę. Taki wkład do znicza. Tym razem kupiła dwa i zapaliła na grobie Aliny. Zapytałem dlaczego.

– Wiesz, Grabku – odpowiedziała. – Ja już straciłam obie córki.

* * *

Ja wiele zniosę, bo cierpliwy człowiek jestem. Tego nauczyłem się w ochronie, na treningach i przy różańcu. Do wszystkiego należy podchodzić na spokojnie. Po tym wywiadzie wytrzymałem dwadzieścia innych, sesję fotograficzną na Rakowicach i książkę o Alinie, podpisaną przez Balę. Nawet jej nie otworzyłem. Przypuszczam, że nagadała tam tych samych bzdur co wcześniej. Nawet na pewno, bo ludzie, którzy już zaczęli się do nas odzywać, znów przestali. Pod Jaszczurami poproszono mnie, żebym się nie wychylał. Szef wyraźnie się bał, że mogę kogoś uderzyć.

No, ale gdy dowiedziałem się o filmie, szlag mnie trafił, po prostu. Chciałem polecieć na Salwator, natłuc byłej i temu skurwysynowi. Oczywiście, tego nie zrobiłem, jak to ja. Zachodziłem w głowę, co teraz się podzieje. Myśmy i bez tego mieli życia poniszczone. Co gorsza, jak wiecie, nad tak zwanym scenariuszem pracowała też Bala. Powierzono jej rolę główną, miała zagrać Alinę, że niby taka podobna. Kto wie, może odziedziczyła też jej talent?

Nie wiadomo, co gorsze, ten scenariusz czy ta rola. Na moje, pieniek drewna lepiej nadawał się do aktorstwa niż Bala. Filmowcy są bardzo mądrzy i na pewno wiedzą lepiej. Poza tym – martwiłem się – jeśli kręcą film o Alinie, to także o mnie, o mamie dziewczyn, o Bali. Pewno wszystko będzie podług tych bzdur wygadywanych w gazetach. Matkę pokażą z butelką. Ja pobiję wszystkich. Bala żyła w swoim wymyślonym świecie, my wśród ludzi. A ludzie wciąż mieli na nas złość. Bałem się, że któreś z nas, ja albo teściowa, oberwie kamieniem przez to wszystko. Poza tym, jeśli Bala gra Alę, to kto zagra samą Balę, Piotr Zelt, do kurwy nędzy?

Oszaleć szło od tego myślenia. Poprosiłbym Balę, żeby darowała sobie ten film, tylko po co? Zawsze działała po swojemu. Jeszcze zrobiłaby na odwrót, z czystej złośliwości. W każdym razie prace ruszyły, film nazywa się Nasza Balladyna i właśnie go grają. Obejrzycie, jeśli czasu wam nie szkoda. Wiem, kto mnie zagrał. Wiem, kto mamę. Nie interesuje mnie, co tam się wyrabia. Bo znam prawdę, a teraz i wy ją poznajecie.

Bala stawała się Aliną. W końcu kto lepiej zagra siostrę niż siostra? Ponoć chodziła już tylko w jej ubraniach. Trenowała miny przed lustrem, zerkając na zdjęcia w telefonie. Aktorka wielka, no. Ja rozumiem, że można wcielić się w Matę Hari albo Marię Curie, kogoś znanego tak historycznie. Ale żeby zmienić się we własną siostrę, kogoś, kogo się znało przez całe życie? Nie wyobrażam sobie niczego podobnego. Ale Bali chyba właśnie o to chodziło: chciała skraść życie.

Jakoś tak przed końcem zdjęć Kornel się powiesił. O tej śmierci krąży kilka historii. Opowiem tę, którą według mnie jest prawdziwa. Rzecz miała miejsce wieczorem, po zdjęciach. Kornel i paru kumpli waliło wódkę w barze hotelowym. Bala gdzieś poszła. Nie wiadomo dokąd. Kornel, zdaniem kolegów, był żółty jak Chińczyk. Wlewał w siebie wódkę. Karta dobrze mu szła. Nagle wstał od stołu i powiedział:

– Byłoby na tyle. Zrobię teraz porządek ze sobą.

Znaleźli go rano. Podarł ręcznik hotelowy, namoczył i przywiązał do klamki w drzwiach od łazienki. I po facecie. Ludzie zastanawiali się dlaczego to zrobił. Przecież w życiu mu się wiodło. Nie wiem jak wy, ja mam swoje zdanie. Gdy na chłopa w domu czeka dobra kobieta, raczej nie ciągnie go do sznurka. Nie życzę mu źle. Mam nadzieję, że jest już w lepszym miejscu.

Ta śmierć nie zatrzymała Bali. Zresztą, skończyłaby swój film nawet w okopie, podczas nalotu dywanowego. W wywiadach powtarzała, że zależy jej wyłącznie na uczczeniu pamięci siostry. Chciała też, aby wszyscy poznali prawdę o jej trudnym życiu, o jej rodzinie. Dosłownie, z lodówki wyskakiwała mi Bala. Premierę Naszej Balladyny zrobiono w Gdyni, na tym samym festiwalu, gdzie Alka odebrała swoją nagrodę.

* * *

Nie wiem, dlaczego pojechałem do tej Gdyni. Wiele rzeczy rozumiem, tego jednego nie. Tłumaczyłem sobie, że chciałbym po prostu porozmawiać z Balą. W tym celu wystarczyło podskoczyć na Salwator. Zresztą, o co bym zapytał? Dlaczego kłamie? Czemu ukradła życie siostrze? Znałem odpowiedzi. Myśmy nigdy tak naprawdę nie pogadali o tym, co zaszło. O zdradzie, rozwodzie, kłamliwych wywiadach. O śmierci Aliny.

Żeby było jeszcze lepiej, wmówiłem sobie, że nie chodzi mi o żadną Balę. Po prostu jadę na wakacje. Dawno nie byłem nad morzem. A że gdzieś obok odbywa się jakiś festiwal, że pokażą tam film o Alinie z byłą żoną w roli głównej? Bez znaczenia przecież. Tak sobie wmawiałem. Wykupiłem kwaterę w Rumii. Znów piłem specjala nad morzem. Przejechałem się karuzelą niedaleko portu. Wieczorem poszedłem na Monciak. Ludzi tłum. Dużo pięknych kobiet. Do żadnej nie podszedłem. Bałem się, że ktoś do mnie zagada, bo czułem, wiecie, jak coś rozsadza mnie od środka. Diabeł wie, co mógłbym zrobić. Skubałem sobie skórę, jakbym próbował zdrapać piorun wytatuowany na przedramieniu.

Myślę, że za dużo dusiłem w sobie. Trochę myślę, niewiele mówię. No dobrze, teraz się rozgadałem. Jak Bala krzyczała, wolałem siedzieć cicho. Bardzo nie lubię awantur. Do niczego nie prowadzą. Potem stałem na bramce i układałem sobie odpowiedzi. Co mnie boli. Co chciałbym zmienić. Czego żałuję. Dopiero teraz, jak mnie zamknęli, mogę zrzucić ten ciężar z wątroby.

Nie zobaczyłem filmu, poszedłem jednak na ten festiwal filmowy. Dobrze o tym wiecie. Wiecie też, że ostatniego dnia między hotelem a kinem ustawiają barierki, kładą czerwony dywan, którym wieczorem maszerują gwiazdy. Stanąłem przy barierce, czekałem. Szły te Torbickie i Lubosy. Lubos aktor fest. W końcu pojawiła się i Bala. Na początku jej nie poznałem. Myślałem, że to Alinka wstała z grobu. Bala przefarbowała włosy na blond. Miała dokładnie taką samą fryzurę jak siostra. Głowę byś sobie, kurwo, ogoliła. Do tego założyła tę samą białą sukienkę, którą Alina nosiła tu, w Gdyni, gdy odbierała nagrodę dla najlepszej aktorki. Przysięgam, patrzyłem i nie mogłem uwierzyć. Myślałem, że widzę przed sobą ducha.

I ona jeszcze się śmiała, wiecie? Przystawała z tym uśmiechem, żeby robili jej zdjęcia. Lekka i szczęśliwa. Pomyślałem sobie o Ali, o teściowej, o pogrzebie, wywiadzie i durnym Kornelu, co jeszcze nie ostygł. Właściwie, coś we mnie pomyślało i jak przeskakiwałem przez barierkę, naprawdę chciałem ją tylko zapytać, czemu zrobiła to wszystko. Nie dało się inaczej? Ochroniarze zaraz puścili się za mną. Składałem znajome słowa. Wyrosłem przed Balą. Błyskały flesze. W jej zimnych oczach mignęło zdziwienie. Uśmiechnęła się jeszcze szerzej i chciała mnie objąć, jakbyśmy byli dobrymi przyjaciółmi. Taka okrutna i piękna.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?