BalladynaTekst

Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Po wszystkim? – dopytuję, nie przenosząc spojrzenia. – Miałeś być precyzyjny.

Gnój drży jak osika. Na dworze jest dwadzieścia, może dwadzieścia jeden stopni, a w piwnicy co najwyżej trzy mniej. Prawdziwą różnicę czuć dopiero w ciągu dnia.

– Zabawiliśmy się trochę. Nie miała nic przeciwko, a ja byłem bardzo delikatny. Użyłem lubrykantów i choć… Proszę, przestań tak patrzeć na…

– Na co?

Uśmiecham się i spoglądam mu prosto w oczy. Głęboko zaciągam się odorem rzygowin, krwi i odchodów. W ustach czuję posmak taniego cygara. Myślę, że właśnie tak smakuje ropa wyciśnięta z zakażonej, ślimaczącej się rany. Żółty wysięk, który przecież też jest mieszaniną ubocznych produktów życia.

Jestem sobie w stanie wyobrazić jej smak. Ty też, prawda? Choć nigdy jej nie próbowaliśmy, oceniamy ją po wyglądzie. Nieładnie. Na którym etapie życia zostaliśmy tak zbydlęceni? Jakim prawem tylko po wyglądzie oceniamy smak ropy wyciśniętej z zakażonej rany? Przecież to cholerna dyskryminacja być może smakowitego półproduktu.

Ale wróćmy do sedna.

Źrenice gnoja się rozszerzają, mimo że w pomieszczeniu nie zrobiło się ani odrobinę jaśniej. Ten mały grajdołek szczerości niezmiennie oświetla jedna, jedyna żarówka. Jedna, jedyna żarówka rzuca światło na świadectwo prawdzie.

– Boże… – Twarz sukinkota staje się upiorną, pośmiertną maską. Na kilka sekund zastyga w całkowitym bezruchu. Nagle bydlę odzywa się drżącym głosem: – O tym wszystkim mogłem wiedzieć tylko ja, a…

Kiwam przytakująco głową.

– Przyznałeś się. – Nachylam się nad nim i przebieram w rzygach obklejających włosy na jego piersi. Sięgam po niestrawione ziarnko kukurydzy. Biorę je w dwa palce, przez chwilę obracam, wreszcie wkładam do ust. Ma kwaśny posmak. Właściwie w ogóle nie smakuje jak kukurydza. – Wyrzuciłeś to z siebie, a ja muszę teraz ten syf przyswoić. Ale faktycznie całkowicie nie o te historie mi chodziło. Prawdę mówiąc, takie obrzydlistwo nawet nie przyszłoby mi do głowy.

– Więc?

– Będziesz chyba musiał się naprawdę wysilić. Widzę, że masz do opowiedzenia mnóstwo klawych historii. Ale wrócimy do nich za chwilę.

* * *

Jan Korky obudził się o świcie. Przeciągnął się, zwlókł z łóżka, po czym boso wyszedł na balkon. Zapowiadał się kolejny piękny dzień. Osiadła na hiszpańskiej terakocie rosa pobudzała krążenie. Rześkie powietrze niosło woń mułu i gnijącego drewna. Ostatnie upały nie zdołały osuszyć zwalonych pni składowanych po drugiej stronie jeziora.

Wierzby.

Na cóż komu były wierzby?

Drzewne kłusownictwo miało sens, gdy polowało się na mahoniowiec, heban lub agar. No, ewentualnie na palisander.

Ale wierzby?

Korky od wielu dni zastanawiał się, kto w środku lata ściął, a potem porąbał cztery drzewa gnące się dotąd nad taflą jeziora. Wierzby, których ponurego zamyślenia nie byłby w stanie odtworzyć nawet najlepszy i najbardziej pijany kopista.

I jak, do diabła, ktoś powalił je niemal zupełnie bezgłośnie?

Chyba, że tafla jeziora magicznym sposobem wsysała dźwięki rozpaczy. Może nikomu nie chciała zdradzić płaczu odbicia tego, czym sama była.

Korky energicznie poklepał się po policzkach i wrócił do sypialni. Założył atłasowy szlafrok (precyzyjnie: z nierozgałęzionego biopolimeru), po czym jeszcze raz się przeciągnął.

To była dobra noc.

A czekał go jeszcze lepszy dzień. Sobota. Wolne. Mnóstwo czasu na przyjemności.

O szóstej Korky zasiadł przed talerzem pełnym sterylizowanego mleka i płatków śniadaniowych. Pyszna mieszanka. Ilekroć zasiadał do takiego posiłku, myślał o milionach drobnoustrojów, które zginęły w czasie wyparzania UHT. Prawdziwa rzeź niewiniątek. Gdy płatki śniadaniowe trzeszczały mu w zębach, patrzył na te nurzające się wciąż w talerzu. Piękny kolor zawdzięczały nie jaskrawości zboża, a żółcieni pomarańczowej, uroczemu barwnikowi zabronionemu w krajach Północy.

Życie jest przecież szkodliwe.

Życie jest przecież niesprawiedliwe.

Na północy od dziesiątek lat nie było czynszówek podobnych do tych, do których rezydencja Korkiego od wieków stała wypięta zadkiem. Przebudowano je w uroczym stylu, obito drewnem, opróżniono z pieców na miał węglowy, ocieplono dodatkowym drewnem (w końcu styl Północy nie mógł się obejść bez drewna), a przede wszystkim odarto z zacieków powstałych przez okropne działanie smogu. Wielopierścieniowe węglowodory aromatyczne znajdujące się w spalinach stanowiły składnik wielu produktów spożywczych. Ale żółcieni pomarańczowej na Północy pozbyto się z bezwzględnością godną ich bogów.

Korky dojadł płatki, oblizał łyżkę i włożył ją razem z talerzem do zmywarki. Dalszy ciąg porannych czynności stanowił rytuał. Opróżnienie kiszek, szybki prysznic, szorowanie zębów, spryskanie się wymiocinami kaszalota, ubranie się. Polo? Nie. Wybrał luźną, lnianą koszulę z guzikami ze startych bawolich rogów.

W momencie gdy Korky poprawiał skórzany pasek, zabrzęczał dzwonek do drzwi. Mimo że rezydencja była otoczona murem, żeliwna furtka nie miała zamka. Każdy mógł ją pchnąć i wejść na teren posiadłości.

Korky błyskawicznie zbiegł po schodach. Nie spodziewał się żadnych gości, ale gdy otworzył drzwi, jego twarz się rozpogodziła.

– Kogo ja widzę!

Cofnął się i wpuścił do środka wysokiego, chudego mężczyznę. Na jego twarzy były smugi białego kremu. Korky pomyślał o szpiku kostnym kurcząt i końskim moczu. Obie substancje doskonale sprawdzały się jako nawilżacze.

Pięć minut później mężczyźni siedzieli w widnym saloniku we wschodnim skrzydle rezydencji. Na hebanowym stoliku stały dwie filiżanki czarnej jak smoła kawy.

– Przejeżdżałem w pobliżu…

Korky machnął od niechcenia dłonią.

– Wracałeś – sprecyzował.

– To prawda. Wracałem. Nie ukryły tego nawet smugi kremu?

– Nie przede mną. Mam węch wyczulony na zapach lafirynd.

W rzeczywistości Korky doskonale wiedział, że prokurator Adam Gralon w pierwsze piątki miesiąca noc spędza poza domem. Od dwóch lat regularnie odwiedzał wtedy lupanar. Zresztą niespecjalnie ukrywał się z porannymi powrotami.

– Słyszałem o wczorajszym uniewinnieniu – odezwał się gość, słodząc kawę. – Dobrze zrobiłeś.

Korky wzruszył ramionami.

– Dowody nie były wystarczające. Włożyłeś w tę sprawę za mało serca.

– Skupiłem się na przesłuchaniach. Co ja poradzę, że najprzyjemniej słuchało się tej dziewczyny? Jej opowieści były najciekawsze, prawda?

– Kiedy czytałem akta po raz pierwszy…

– Przyznaj, że gdy zobaczyłeś jej zdjęcie, coś w tobie drgnęło. Cokolwiek.

Korky wypił duszkiem kawę i zachichotał.

– No, dobrze. Przyznaję. Nie wierzyłem, że nie wie, co to jest seks oralny. Kiedy czytałem o tym, że robi to tylko dopochwowo, zrozumiałem, że kłamie. To przecież po prostu niemożliwe.

– Niemożliwe.

– A kiedy ją dopytywałem, nie potrafiła się nawet poprawnie wysłowić. – Korky wczuł się w rolę zaskoczonego samczyka. W rzeczywistości chciał się jak najszybciej pozbyć Gralona z domu. – Widziałeś, że zrobiła się cała czerwona? Mówiła, że robi TO normalnie, po Bożemu, a raz rzuciła coś o przedniej dziurce. Matko Święta!

– I dlatego uznałeś, że kłamie? – Prokurator zagwizdał. – Po prostu nie wierzyłeś, że na świecie są jeszcze takie dziewczyny?

Korky zacisnął usta i sapnął. Przez chwilę mierzył prokuratora lodowatym spojrzeniem. Wreszcie nachylił się nad stołem i klepnął go mocno w ramię.

Obaj mężczyźni wybuchnęli niepohamowanym śmiechem.

Rechocąc, starali się utrzymywać doklejone do twarzy maski.

* * *

Nie myśl, że ci się upiekło. Że już wszystko wiesz i rozpracowałeś sprawę. Miałeś porzucić wszelką nadzieję i jeśli wciąż się w tobie tli chociaż jej żar, chociaż pojedyncza iskierka wśród zgliszczy, mówię ci, dogaś ją. Zalej ją natywistycznym szambem. Wysikaj się na nią i po prostu zapomnij.

Zapach rzygowin, kału i krwi nieco się rozwiał. W tym przypadku nieco, to naprawdę niewiele. Tyci, tyci. Galowie, najwięksi perfumiarscy specjaliści, mówią w takich chwilach: O, défaut de flaveur! Co brzmi piękniej niż pachnie.

Wymiociny przyschły. Na piersi mężczyzny były nieco mniej widoczne niż na blacie stołu. Żaden zagubiony ptaszek nie wydziobał spomiędzy czarnych, kręconych włosów ziaren kukurydzy. Nie pojawiła się żadna spragniona przetrawionego pokarmu mysz.

– Zacznijmy od początku – mówię.

Żarówka milczy i ten sukinkot też milczy. Jego strach wydziela nie tylko odór, ale też dźwięk. Kiszki skręcają mu się w rytmie uwodzicielskiego kankana. A potem smród znów się wzmaga. Zerkam w stronę jego rozłożonych na boki nóg.

– Znowu zesrałeś się na mój widok – oznajmiam beznamiętnie. – No ładnie…

– Przepraszam.

– Ależ proszę bardzo. Nie ma za co.

Patrzy na mnie wzrokiem upokorzonego bydlęcia. Cielęcym spojrzeniem przekrwionych oczu.

– Zacznijmy od początku – nakazuję. – Zawsze interesowały mnie łańcuchy przyczynowo-skutkowe. Rozumiem, kim jesteś, choć mam wrażenie, że ty nie masz o tym pojęcia.

– Co chcesz wiedzieć? Powiem, co tylko chcesz…

Uderzam pięścią w stół tuż obok głowy bydlęcia. Krew na jego czole zaschła. Kółko jest nierówne, ale blizna zostanie na zawsze.

– Ja wiem wszystko – syczę. – To ty musisz coś z siebie wyrzucić.

– Co takiego? Proszę…

– Zdaje się, że Freud jest passé, ale opowiedz mi o swojej matce.

Wyginam usta w uśmiechu.

* * *

Ta historia jest naprawdę popieprzona. Chłopiec ma dwanaście, a dziewczynka pięć lat. Wyobraź sobie tę uroczą dwójkę dzieciaków, które baraszkują w kuchni. Chłopiec, rzecz jasna, jest prowodyrem. Energicznie przetrząsa kolejne szafki.

To nie tylko popieprzona historia, ale też smutna przypowieść. Ojciec rodzeństwa zginął przed jedenastoma miesiącami na słupie wysokiego napięcia. Nie, to nie było samobójstwo. Pracował jako elektryk i do późnej nocy usuwał skomplikowaną usterkę. Sam, na dwudziestometrowym słupie, w jednej ręce z latarką, a w drugiej ze złączem diagnostycznym. Nie zwracał uwagi ani na wiatr, ani na krople deszczu. Robił swoje. Skupiony jak diabli, chciał tylko odwalić robotę i przed północą wrócić do nagrzanego przez żonę łóżka. Skromne męskie marzenia. Jak na złość pierwszy grom rozpoczynającej się burzy przywalił właśnie w niego. Ludzie mówili, że do trumny trafił jako zapakowany w garnitur skwarek.

 

Od tamtego czasu prysło rodzinne szczęście. Matka zaczęła pić, w czym pomogły jej rządowe programy wsparcia dla niepełnych rodzin. Matka zaczęła ćpać, w czym pomogły jej rządowe programy wsparcia dla samotnych matek. Skoro była samotna, przestała też zwracać uwagę na dzieci. W tym nic nie musiało już jej pomagać. Gdy między zaciągnięciem się skrętem a przełknięciem wódki odzyskiwała świadomość, wpadała w furię. Ciosy pasem monterskim (jedną z nielicznych niesprzedanych pamiątek po mężu) dostawało się bez względu na wiek i płeć. W tym domu nigdy nie było dyskryminacji. Dlatego też chłopiec nigdy nie stanął w obronie siostrzyczki, a gdy ta dostała mniej razów od matki, dorzucał jej te kilka od siebie.

Mówię ci. To smutna i popieprzona historia.

– Mam! – krzyczy radośnie młokos. – Znalazłem!

– Braciszku, jak się cieszę!

Dwunastolatek wspina się po blacie i sięga po niebieską butelkę. Nie schodząc na podłogę, otwiera kolejną szafkę. Wyciąga szklankę, a potem przelewa do niej przezroczystą substancję.

– To uspokoi mamę – wyjaśnia. – Nie będzie się jej tak bardzo chciało pić.

O tej metodzie uspokajania złych mam przeczytał w książce. Jest rzadkim przypadkiem nastolatka, który przed problemami ucieka w świat literackiej fikcji. A tam co rusz trafia na wyśmienite pomysły.

– Zanieś mamie. Tylko nie rozlej!

Dziewczynka beztrosko pędzi do sąsiedniego pokoju, a chwilę później podaje szklankę wyniszczonej przez umieranie kobiecie. Wypity chyłkiem płyn rozmrażający zamki (druga z niesprzedanych pamiątek po nieodżałowanym elektryku) odbiera samotnej matce dech. Chwilę później kobieta zaczyna dyszeć jak pies, który przeciągnął przez Alaskę sanie pełne nafaszerowanych hamburgerami Amerykanów. Jej twarz na przemian blednie i pąsowieje. Oczy zachodzą mgłą. Chce się podnieść z zasikanego, cuchnącego materaca, ale upada twarzą do dywanu. Podkula nogi, a jej koszula podciąga się. Nie ma spodni ani bielizny, więc w tym ostatnim geście wypina swój goły, blady tyłek w stronę potomstwa. Chłopiec, który właśnie wpadł do pomieszczenia, gapi się na niego jak zaczarowany.

Dziś będzie gentlemanem.

Dziś obronił siostrę.

* * *

– Gówno prawda – cedzę. – Nie chciałeś być żadnym gentlemanem. Po prostu nie miałeś jaj, żeby własnoręcznie zamordować matkę. Siostra ci dyndała i powiewała.

– Nie możesz tego wiedzieć. Nikt nie wie, na czym mi zależało.

– Wystarczy popatrzeć na twoją parszywą, podłą gębę.

Chwytam bydlę za podbródek i wykręcam w stronę światła. Muszę się wyprostować, żeby nie rzucać cienia. Jedna żarówka to zbyt mało na oględziny. Jedna żarówka to zbyt mało, aby w pełnej krasie nieść swoje przesłanie.

Wbijam paznokieć w rozognioną, kilkucentymetrową bliznę pod prawym okiem sukinkota i wzdycham.

– To wtedy dorobiłeś się tej szramy? – pytam gniewnie.

– Boże. Skąd o tym wiesz?

– Wiem wszystko. A ty znów pominąłeś ważne szczegóły.

– Ja naprawdę nie chciałem. Nie pamiętałem już, że…

Przerywam mu, unosząc dłoń. Poza Pantokratora ucisza każdego sukinsyna.

– Nie pamiętałeś, kiedy się dorobiłeś znamienia wielkości palca i czerwonego jak żarówka w burdelu?

Kręci głową.

– Naprawdę. Przysięgam, że nie zwracam już na nie uwagi. Proszę, tylko nie rób mi krzywdy!

– Opowiedz, jak powstało.

– Słucham?

– Opowiadaj, jak powstała ta blizna.

Sukinkot wyraźnie się uspokaja. Wie, że zyskał kolejne cenne minuty albo godziny. Może nawet liczy, że wyjdzie z tej piwnicy zupełnie bez szwanku. Uboższy o półtora litra krwi, godność i pewność siebie. Bogatszy o nierówne koło wycięte na czole.

– Matka leżała już zupełnie nieruchomo – opowiada cicho. – Byłem pewny, że nie oddycha. Moja siostra wpadła w histerię i zanosząc się płaczem, rzuciła się na podłogę. Pilnowała martwego ciała jak wierny pies.

– Nie widzę związku z blizną.

Drań wysuszonym na wiór językiem oblizuje spierzchnięte usta.

– Nagle matka drgnęła – szepcze. – Zatelepała się w swoim ostatnim, agonalnym delirium. Nie zorientowałem się, że chwyta szklankę, i chwilę później szkło poharatało mi twarz. Została tylko ta jedna blizna. To taki pas monterski, który dała mi w spuściźnie.

Sukinsyn uśmiecha się blado. Chce mi się podlizać albo liczy na współczucie. Zamiast niego pokazuję mu coś zupełnie innego. Ostry jak brzytwa ogrodowy sekator.

– Freud zastanawiał się nad zmianą psychiki po kastracji – mruczę, zmazując z twarzy gnoja cień uśmiechu. – Nie bój się. Skuteczność obcinania jaj wystarczająco przetestowano na psach. Mam pomysł na znacznie ciekawszy eksperyment.

Obchodzę stół, brzęcząc ostrzem sekatora o jego blat. Dopiero po chwili uświadamiam sobie, że pogwizduję w rytmie Lascia ch’io pianga. Zabawne. To była jedna z ulubionych arii Farinellego.

– Co robisz? Boże, co chcesz mi zrobić?!

Nie zamierzam odpowiadać. Chwytam podkuloną jak psi ogon męskość drania i z odrazą unoszę ją w górę. Swoją drogą, czy to nie ironia, że męskość ma rodzaj żeński?

Sukinkot zaczyna się drzeć wniebogłosy, a przecież jeszcze nic mu się nie stało. To nie był zły dotyk. Za podobne macanie nieraz sowicie płacił. W burdelu przecież za darmo dostaje się tylko w gębę.

Śmieszna jest umiejętność kurczenia się męskości. Po raz pierwszy widzę, jak dosłownie zapada się w sobie. Implozja penisa. Może tak właśnie powstał świat, gwiazdy i galaktyki? A może właśnie tak powstało życie? Nigdy nie podobała mi się historia o żebrze Adama.

Tak więc lewą ręką trzymam kurczącego się ptaszka, a prawą staram się zacisnąć sekator. To zbyt trudne. W akompaniamencie najżałośniejszego szlochu daję sobie spokój. Chwytam sekator oburącz i tnę, nie zważając na nic. Ostrze wżyna się w gumowatą tkankę. Martwa końcówka męskości z plaśnięciem pada na stół.

Darcie się.

Ryk.

Krzyk.

Szloch.

Skowyt.

Tryskająca wokół krew.

Dwieście, czterysta, pięćset mililitrów! Kto da więcej?

Fontanna? A co tam fontanny. Gejzer krwi!

Wyobraź sobie zakrwawioną, obciągniętą skórą strzykawkę, do której cylindra wessano krwiste mięso. Nie ma w niej wypustki do przykręcenia igły, ale jest dziurka. Niewidzialna siła naciska tłok znajdujący się w podbrzuszu skrępowanego sukinsyna. Z dziurki oprócz krwi tryskają czarne skrzepy. Płonący mahoń miesza się z żałobnym hebanem.

Głęboko nabieram tchu. Wciągam powietrze nosem, ale mam otwarte usta. Chcę czuć ten słodkawy aromat i posmak każdym milimetrem swojego ciała.

Napawam się nim.

Strzęp poharatanej męskości dynda między spazmatycznie drżącymi nogami. To nic. To nic.

– W internecie przewinął mi się bestsellerowy poradnik – cedzę. – Wiesz, jaki miał tytuł? Jak osiągnąć sukces bez penisa.

Śmieję się. Accompaniato. W tle rozbrzmiewa dogorywający wrzask.

– Przewinęło mi się coś jeszcze – dodaję. – Od teraz, sikając, będziesz rozpylał mocz jak farbę natryskową. Na forum dla mężczyzn po operacji usunięcia ptaszka roi się od rad, żeby tę resztkę wkładać w plastikową rurę. Prawie jak seks, no nie?

Chwilę później próbuję najobrzydliwszej krwi.

To wszystko przez złą dietę – wmawiam sobie.

* * *

Jan Korky starannie namydlił dłonie. Spłukał je pod gorącą wodą i wytarł w ręcznik z bawełny czesanej. Wziął krem, ale zaraz z powrotem odstawił go na szklaną półkę. W gorące dni nie lubił uczucia nawilżenia. Miał wtedy wrażenie, że skórę obkleja mu pot. Nie mogła tego zmienić świadomość, że to nie pot, a pozyskany w barbarzyński sposób mocznik.

Punktualnie o jedenastej trzydzieści Korky odpalił krótkie cygaro – half coronę Upmanna. Przerzucił się na nie, gdy znajomy sędzia rodzinny po powrocie z kubańskich wakacji pozbawił go złudzeń co do innego wytwórcy. Szuje. Wbrew sloganom reklamowym w trakcie wycieczki po fabryce nigdzie nie dostrzegł kobiet, które zwijałyby liście tytoniu na nagich udach. W faktorii pracowało kilkanaście pomarszczonych staruch. Tłustawych i ubranych w pstrokate sukienki. Wbrew sloganom zapewne większość z nich nie była też dziewicami, choć rzecz jasna sędzia nie sprawdzał tego empirycznie.

Na wakacjach był z kochanką.

Skoro czar prysł, Korky przerzucił się na znacznie bardziej praktyczne upmanny. Mógł je wypalić bez przerw na skorzystanie z toalety, a do tego pozostawiały w ustach fantastyczny posmak mieszanki przypraw. Pobudzały apetyt. Wyostrzały zmysły.

Gdy dzwony bazyliki obwieściły nadejście południa, Korky odłożył cygaro i podszedł do okna. Niebo było zupełnie bezchmurne. Tego dnia kopista nie miał zbyt wiele pracy, by ukazać je w spokojnej toni jeziora.

Kilka par nieświadomych, że ktoś je podgląda, opalało się na ręcznikach rozłożonych wśród szuwarów. Każda z nich miała niepodległość wyznaczoną przez gęste zarośla. Obok wyciągniętej na skrawek dostępnego brzegu łodzi leżały dwie dwudziestolatki. Korky nie był pewny, ale jedna z nich chyba zsunęła ramiączka góry kostiumu. Powalony pień przesłaniał mu widok.

Dlaczego kobieta z kamienicy naprzeciw Temidy nie przychodziła tutaj? Dlaczego wolała wysiadywać z psem na kolanach nad samą ulicą?

Bała się, że kogoś spotka?

A może wiedziała, jak obrzydliwy jest skład chemiczny jeziora. Że rura odpływowa z kibla w zamtuzie, z tego kibla, w którym codziennie (prócz piątków) się podmywała, ma ujście kilkadziesiąt metrów od łodzi?

W miasteczkach takich jak to wszystko mieszało się w sobie. Każdy był cząstką każdego. Prostytucja myśli odbywała się na każdym kroku. Prostytucja ciał skrywała się w niezbyt ukrytych podziemiach.

Korky odwrócił się od okna i podszedł do biurka. Wyjął z kieszeni kluczyk, po czym otworzył zamek szuflady. Przez chwilę napawał się chwilą. Odkładanie przyjemności to też przyjemność.

Gdy dzwony ucichły, wysunął szufladę i ekstatycznie przyklasnął. Wszystkie sprzęty były na miejscu. Wszystkie sprzęty były sprawdzone.

Kajdanki, kneble, liny lniane, liny skórzane, niewielki paralizator z gumowym uchwytem, dwa rodzaje gazu, rękawiczki lateksowe, garota made in Italy, własnoręcznie wykonana maska i dużo, dużo więcej.

Korky żałował, że nie nakremował rąk.

Teraz wydawały mu się okropnie suche.

Od mocznika też można się uzależnić.

* * *

Popieprzone historie kończą się czasem w połowie. Trafniej byłoby rzec, że się urywają, ale w tej opowieści dowiedziono już, że połowy bywają końcem. Na przykład taka ucięta męskość zakończona zionącą pustką dziurką. Albo napięcie w chwili, gdy dwunastolatek patrzy na goły tyłek własnej matki. Jej agonalny spazm i lot szklanki ukróciły znaczną część dramatyzmu.

Ale na koniec było jeszcze zbyt wcześnie.

Mimo że historia mogłaby się zacząć od uderzenia gromu, nie zmierzała ku pięknej scenie spaceru wśród krzaków malin. Nie ma mowy o symbolicznym odbiciu sporządzonym przez nieudolnego kopistę.

W domu dziecka garść malin podana na deser mogła wywołać zamieszki. Starszaki rabowały młodziaków, młodziaki chowały się po kątach, a wychowawcy… A wychowawcy przymykali na wszystko oko, uznając, że za marną pensję nie warto skupiać na sobie uwagi elementu, który lada dzień stanie się kwiatem miejscowej patologii.

Wbrew statystykom, przypuszczeniom i zakładom losu to dziewczynka, nie chłopiec, dłużej szukała nowego domu. Dwunastolatek ubiegł rozkoszną siostrę również w wyścigu za mury bidula.

Nie był gentlemanem. To pewne. Więc jak udało mu się tego dokonać?

Czy przelał przy tym krew, podmienił z wodą rozmrażacz, a może po prostu miał piękny uśmiech?

Czytaj dalej. To będzie kolejna smętna ballada.

* * *

– Wiadomo, że nie odbył się proces. – Gnój ciągnie swoją opowieść. – Dwunastolatek to człowiek wyjęty spod prawa. Banita. W tym przypadku, przyznaję, degenerat. Ale przecież to wszystko wina matki.

Sukinkot mówi cicho i szybko. Doszedł już do siebie po zabiegu skrócenia o zbędny naddatek. Wciąż toczy go gorączka i ma bardzo spierzchnięte usta, ale będzie żył. Można być tego pewnym.

Czy chce żyć?

O tym nie mam pojęcia. W malignie, czy nie, spowiada się przede mną z kolejnych grzechów.

– Nie wybielaj się – warczę. – Tyle samo było w tobie dobrego ojca, co zrozpaczonej matki.

– Chyba masz rację.

 

– Ja to wiem.

Ocieram mu usta chusteczką nawilżoną moczem, co jest szczególnie wskazane w takich warunkach. Zapach i posmak sików mają pobudzić jego układ moczowy do działania. Na razie to niestety nie działa. W ogóle nie zwraca uwagi na chusteczkę.

– Procesu nie było, ale to nieważne. Udało mi się wszystkich przekonać, że moja siostra zabiła matkę z pełną premedytacją. – W oczach gnoja żarzy się iskra satysfakcji. – Policja musiała wykluczyć udział osób trzecich. Pobrano odciski palców ze szklanki, zbadano mnóstwo innych śladów, poproszono mnie o przedstawienie wydarzeń tamtego przedpołudnia. Nie wiem, co w nią wstąpiło. – Sukinkot zmienia głos, udając szlochającego nastolatka. – Jezu, niech ktoś cofnie czas! Nie mogę zapomnieć, jak ona idzie z tą szklanką i się do mnie uśmiecha. Ja, ja… ja byłem przekonany, że niesie mamie wodę. I pamiętam każde jej słowo. Mówiła: Braciszku, ona nas nienawidzi, nie cierpi nas tak bardzo, tak bardzo, że… – Głos mu się naprawdę łamie. Opanowuje się dopiero po kilkudziesięciu sekundach. – Nienawidzi nas tak bardzo, że może, jeżeli będziemy dla niej dobrzy, tak dobrzy, jak był tatuś, to znowu nas pokocha. A jeśli nie… – Sukinkot pociąga nosem i wzdycha. Po chwili dodaje nadal chłopięcym tonem: – Kiedy mamusia wypiła tę wodę, moja siostrzyczka cała roześmiana odwróciła się do mnie. Widzisz? – zapytała. – Tatuś pokazał mi, gdzie jest takie coś, czego nigdy, ale to przenigdy nie mieliśmy dotykać. Mówił, że wtedy możemy umrzeć. Nie kłamał. Mamusia rzeczywiście umarła mi na dłoniach.

– I to było wszystko? – dopytuję, powstrzymując wściekłość. – Ta bajka wystarczyła, żeby ci uwierzyli?

– Właściwie nie. Było coś jeszcze.

– Grzeczny chłopiec. Wreszcie zrozumiał, że nie można kłamać.

Dopiero teraz odkładam na stół ściskany w lewej dłoni paralizator. W oczach gnoja widzę ulgę.

– Powiedziałem też, że boję się swojej siostry i nigdy, przenigdy nie chcę z nią trafić do jednej rodziny – szepcze zrezygnowany. – Opowiadałem, że ta okropna blizna to ślad po jej dzikim amoku. Że wyjęła szklankę z dłoni matki i rzuciła nią we mnie. Wszyscy zawsze uważnie słuchali. Twierdziłem, że ta urocza, słodziutka pięciolatka wpadła w furię i chciała zamordować również mnie. Musiał w niej być jakiś zabójczy gen. Okropny defekt, który mógł się uaktywnić w najmniej spodziewanym momencie.

– Na przykład w jakim?

Sukinkot patrzy na mnie zaskoczony. Tego naprawdę się nie spodziewał.

– Na przykład wtedy, gdy przybrani rodzice położą się spać w sypialni obok jej pokoiku. Gdy zasną, ona wstanie i zajdzie na słodziutkich paluszkach do kuchni po nóż, tasak albo nożyczki do drobiu.

– Kiedy po raz ostatni opowiadałeś te głupoty?

– Gdy małżeństwo sympatycznych, dzianych czterdziestolatków przyszło odbyć z nami ostatnią rozmowę przed podpisaniem papierów adopcyjnych. Skończyło się na tym, że pod ich dach trafiłem sam. Dokładnie tak, jak chciałem.

* * *

Kolejne szufladki chowają się na miejsce. Szkatułki zamykają się, skrzętnie kryjąc w swoich wnętrzach żywe historie. Jak trumny, które zachłannie odbierają światu obraz zmarłych.

Przecież wszyscy mamy sekrety.

Jednak koniec opowieści sukinkota był mi doskonale znany. Znacznie bardziej niż mogłoby ci się wydawać. Zdejmuję prowizoryczną maskę i odsłaniam twarz. Mogę już przestać modyfikować głos. Mówię ci, jeżeli się trochę poćwiczy, każdy z nas może śpiewać tak pięknie jak Farinellli. To tylko kwestia determinacji.

Pamiętasz zrozpaczoną dziewczynę, w której oczętach winny się odbijać zalotne uśmiechy, bukiety kwiatów lub nierówności Księżyca? Tę samą, która chwilę wcześniej w niemym otępieniu wysłuchiwała wyroku uniewinniającego dwóch napalonych gówniarzy? Tę, która przed oczami miała dwa gotowe do chędożenia członki? Tę, której wymamrotane przez Korkiego bezgłośne „przepraszam” w niczym nie mogło pomóc?

To ja.

Przez wiele lat wstydziłam się do tego przyznać, ale już jest lepiej. Z czasem nie tylko można się nauczyć śpiewu, ale i wszystko sobie poukładać. Najtrudniej jest poukładać sobie wspomnienia. Szczególnie gdy nie ma się albumu fotograficznego, w którym wystarczy ułożyć we właściwej kolejności zdjęcia. Moje zdjęcia stanowiły przemieszane sceny. Niektóre prawdziwe, a niektóre wmówione mi przez starszego brata.

Oto na stole przede mną leży on.

Jan Korky.

A właściwie Al Baldyn – nasz ojciec był specem elektrycznym, który przybył zza wielkiego oceanu. Rodzice zastępczy Ala uznali, że takie imię i nazwisko mogą generować mnóstwo problemów. Jakby Korky brzmiało normalnie.

Tłumaczę mu, kim jestem. Nie mógł mnie poznać, ale ja poznałam go po bliźnie. Przed niecałym rokiem w wieczornym dzienniku transmitowano ogłoszenie wyroku w głośnej sprawie o jakieś ciche zabójstwo. Wtedy uderzył mnie grom.

Nie mogłam się mylić.

Przyjechałam nad jezioro i flirtowałam w barach. Trafiłam na chłopaczków, którzy nic mi nie zrobili, ale których oskarżyłam o gwałt, choć z przyjemnością robiłam to, czego chcieli. Liczyłam, że będę miała fart. W tak zadupiastym mieście jest przecież niewielu sędziów.

Myślałeś, że ta historia jest zupełnie wywrócona na lewą stronę? Jak tamten zepsuty crème brûlée, przypalone fois gris albo parówki w sosie ze smarków? Nie. Niestety, nie. Ja to ja. On to on.

W zasadzie cały świat tak wygląda. Jest zaskakująco prosty, a my sami wykrzywiamy perspektywę.

Otwórzmy sekretnym kluczykiem sekretną szufladę w biurku mojego brata. Te wszystkie liny, kajdanki, garoty i kneble to jego zabawki seksualne. Jest prawdziwym maniakiem. Potrafi spędzić godziny w Temidzie, gapiąc się na dziewczynę opalającą się na balkonie. Przez lornetkę podglądał nastolatki wylegujące się w nadbrzeżnym sitowiu. Tak, to chyba prawda, że nie chodził do lokalnego burdelu. Zanim mi o tym nie opowiedział, nie miałam też pojęcia, że przy uwodzeniu wspomagał się tabletkami gwałtu.

Radził sobie w inny sposób. I o tym będzie ostatnia historia.

* * *

Po pierwszej rozprawie w sprawie gwałtu na Alinie Grap Korky swoim zwyczajem zaszedł na lunch do Temidy. Dziewczyna, w której nie rozpoznał siostrzanych rysów, siedziała przy stoliku w rogu sali. Jej imię i nazwisko nie mogły mu nic podpowiedzieć. Mimo że nie znalazła rodziców zastępczych i nikt nie pomyślał o tym, że Meg Baldyn to również zbitka, która może generować wiele problemów, po latach sama się przechrzciła.

Alina Grap.

To brzmiało zwyczajnie.

– Kogo ja widzę…

Korky rozejrzał się po sali. O tej porze w środku było tylko kilka osób. To pomogło mu w podjęciu decyzji.

Bez pytania odsunął krzesło i przysiadł się do stolika. Odwrócił się plecami do sali. Pochylił się, jakby ramionami chciał zasłonić część głowy. Lepiej, żeby go nikt nie rozpoznał.

– Wysoki sąd… – Alina udała konsternację. W zasadzie modliła się, aby jej brat się dosiadł.

– Wysoki może i tak. Ale poza salą po prostu Jan.

Uśmiechy. Ukradkowe i porozumiewawcze.

Maski zostały nałożone na oba oblicza.

– Chcesz, żeby ci gówniarze poszli na długo siedzieć? – zapytał wprost Korky. – Mówiąc na długo, mam na myśli naprawdę długo.

– Mhm.

– Nie dziwię się. Ani trochę ci się nie dziwię.

Alina postanowiła mu trochę pomóc. Rozruszać ten drętwy wstęp i przejść do rzeczy.

– Zrobiłabym wszystko, żeby trafili za kratki. Wierzy pan w to, co mówię? W to, co mi zrobili?

Męskie łapsko ląduje na drżącej, delikatnej dłoni. Obejmuje ją. W oczach Korkiego rozbłyska bezgraniczna empatia. Interesuje go tylko pierwsza część wypowiedzi dziewczęcia.

– Wszystko? Zrobiłabyś naprawdę wszystko?

– Tak.

– Gdybyś mi pokazała, co ci zrobili, miałbym lepszy ogląd sytuacji. Myślę, że mogłabyś mnie przekonać.

Puszczone zalotnie oko. Porozumiewawczy uśmiech jest jeszcze szerszy.

– Wszystko, co zeznałam, jest prawdziwe – skomli dziewczyna. Wciąż wczuwa się w rolę. Nie może być zbyt łatwa.

– Prawda mnie nie obchodzi. Interesują mnie tylko twarde dowody.

Dwie godziny później rodzeństwo wylądowało w sypialni na parterze rezydencji Korkiego. Do niczego jednak nie doszło. Alina, mimo szaleństwa, po prostu nie dała rady przełamać granic.

Uciekła w stronę kryjącego się za wieczorną mgłą jeziora.

Kilka dni później ktoś powalił samotne wierzby i zaraz potem nadeszły upały.

Takie były metody uwodzenia Jana Korkiego.

* * *

Nie powiedziałam ci jeszcze o jego reakcji, gdy zdjęłam maskę.

Jest przerażony.

Naprawdę, piekielnie przerażony. A gdyby nadal miał całą męskość, to jestem pewna, że z każdym słowem ta obkurczałaby się do mikroskopijnych rozmiarów.