BalladynaTekst

Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Już przeszłość zamknięta

W grobach… Ja sama panią tajemnicy.

Juliusz Słowacki, „Balladyna”, Akt V, Scena IV


MAX CZORNYJ

To nie jest kolejna ballada o miłości

W betonową podłogę, chropawo otynkowane ściany i drewniany stół wsiąkło łącznie około czterech litrów krwi. Obstawiam, że nieco więcej. Trzykrotne spuszczanie, za każdym razem po półtora litra, było bezpieczne. Gwałtowny ubytek nieco większej ilości zabiłby tego parszywego gnojka. Całe cierpienie, jak za dotknięciem cholernej magicznej różdżki, zostałoby mu odpuszczone. Amen.

Sukinsyn.

Tak więc na betonowej podłodze, chropawo otynkowanych ścianach i drewnianym stole są ponad cztery litry krwi. Mówiąc „wsiąkło”, wyrażam się nieprecyzyjnie. Część wciąż skrzy się rdzawymi, brudnoczerwonymi skrzepami. Część jeszcze nie zastygła. Część wciąż wypływa ze strzępu mięsa, ścięgien i żył, które całkiem niedawno były nasadą męskości tego śmiecia. Nasada męskości? Chyba wszyscy wiedzą, jaką część ciała mam na myśli.

Sukinsyn.

W pomieszczeniu unosi się mdły zapach, który u wielu wywołuje odruch wymiotny, a mnie, w zależności od okoliczności, albo jest całkowicie obojętny, albo podnieca. Teraz nakręca mnie na całego. Nie wiem, czy miliarderzy śpią na górach forsy i czy zaciągają się jej zapachem, ale dla mnie wylegiwanie się na łożu nasączonym krwią tego sukinsyna to spełnienie marzeń.

Jej smak…

Ach, do tej pory jeszcze nie rozmawialiśmy o smaku.

Krew i forsa mają znacznie więcej wspólnego niż w banalnych historiach o pocie, trudzie i znoju. Nie łączy ich ani poświęcenie, ani upór, ani szyb wiertniczy prowadzący wiele metrów w dół ku plamie ropy.

Wiem o tym od dawna. Pamiętasz zabawę w grosika? A może udało ci się, szczęściarzu, jej uniknąć? Słysząc, że bawią się w nią starsi chłopcy, prysnąłeś z płaczem do domu? Wróciłeś ze szkoły dłuższą drogą, byle nie wziąć w niej udziału? Mnie się to parę razy nie udało.

Dla niewyedukowanych szczęśliwców i tych (dotąd nie mniej szczęśliwych), którzy zatykają uszy na wieść o słoneczkach, tęczowych jajach i innych formach spędzania wolnego czasu przez nastolatków, należy się kilka słów wyjaśnienia. Gra w grosika ma proste zasady. Polega na tym, żeby włożyć jakąś drobną monetę między palce i zdzielić drugiego uczestnika w gębę tak mocno, by moneta znalazła się w jego ustach. Cios zadać można tylko raz.

W roli strony biernej dane mi było grać trzy razy, choć paru mogę nie pamiętać. Dwukrotna klęska skończyła się ukruszoną jedynką oraz przekonaniem, że krew ma tani smak. Jedno, dwu lub pięciogroszówki. „Ty łajzo, ty kupo gówna” – dobrze pamiętam te zawoalowane komplementy. „Krew smakuje jak metal, a monety są z metalu”. Za te słowa wyjaśnienia należały się chyba podziękowania, ale przed chwilą wybito mi z głowy kulturę.

Fakt faktem, krew nie zawsze smakuje jak forsa. Tym razem to chyba wina tego wykrwawiającego się sukinkota, bo przecież wszystko jest zależne od diety. Nawet chińskie świnie, z których juchy robi się tofu, karmione są tylko słodkimi burakami.

Gdy naszła mnie ochota na skosztowanie końcówki sukinsyńskiej męskości (tej ponad nasadą), wszystko stało się jasne. Za poziom jego zbydlęcenia musiało odpowiadać fatalne odżywianie. Skrzep, który najpierw przykleił mi się do zębów, chwilę później trafił na język, a dopiero potem rozpuścił, miał smak nieudanego przemienienia Pańskiego. Zepsutego, sfermentowanego wina, które co gorsza zwietrzało.

Wciąż czuję ten posmak.

Mdły.

Słodkawy.

I cierpki.

Posmak rozpuszczonego skrzepu sukinkociej krwi.

Jak to jest, że gdy wciągam zapach ponad czterech litrów wsiąkniętej, zastygłej lub skapującej juchy, czuję podniecenie, a ledwie mililitr, ledwie gram krwi na języku napawa mnie odrazą? Może chodzi o to, że przez to w jakiś pokrętny, a jednak zrozumiały sposób mam tego bydlaka w sobie.

Może.

Podnoszę głowę i spoglądam mu prosto w oczy. Strach jest większy od jedno-, dwu- i pięciogroszówek. Strach to też więcej niż pięciozłotówka. Srebrna półdolarówka ma pewnie porównywalną wielkość, ale znacznie przyjemniejszy smak.

– Czas na prawdziwą dietę – mówię. – Wiesz, jak zrzucić pięć kilogramów w niespełna minutę? Ja wiem.

* * *

Porzuć nadzieję, że będzie to kolejne z prostych opowiadań, na końcu których wszystko się pięknie wyjaśni. Może dowiesz się, kto był mordercą, a kto ofiarą, ale w ustach pozostanie mdły posmak pytań i cierpki niesmak niedopowiedzeń. Łatwo powiedzieć, że się rozumie czyjeś motywacje. Łatwo powiedzieć, że usprawiedliwione zło to dobro, tyle że kopnięte w tylną część ciała.

Tu nic nie będzie łatwe.

Porzuć wszelką nadzieję, że przełknięta krew lub skrzep krwi zamienią się w morską kroplę Heidsieck champagne Gout Americain rocznik 1907 lub zalatującego snobim artyzmem Château Mouton Rothschild z symbolicznego dla właściciela winnicy roku – 1945. Daty przełomowej nie tylko dla winiarzy.

Krew zawsze będzie miała obrzydliwy smak zardzewiałych torów kolejowych. Torów, na których rozjechano w drobny mak, a raczej na drobne kawałki, setki samobójców. Smak drutów kolczastych, drobniaków, ewentualnie malin. Przecież łykając krew, można sobie wmówić, że tak właśnie smakują maliny.

– To tylko ogłoszenie wyroku – stwierdził Jan Korky. – Ogłoszenie cholernego wyroku i spadam do domu.

Korky miał trzydzieści trzy lata, a od czterech był sędzią. Miał małą głowę, rzadkie blond włosy i długą szyję. Mierzył sto dziewięćdziesiąt pięć centymetrów przy sześćdziesięciu ośmiu kilogramach wagi. Chodził pochylony jak bocian wypatrujący w sitowiu żab.

– Jesteś przekonany, że nie mogłeś nic więcej zrobić? – zapytała niska brunetka. Jeżeli Korky przypominał bociana, ją należało przyrównać do sowy. Krągłej, wielkogłowej sowy w bliżej nieokreślonym wieku pomiędzy trzydziestką a pięćdziesiątką.

– Nie jestem prokuratorem.

– Ale…

– Jeżeli druga instancja uwali mi kolejny wyrok, całą robotę szlag trafi. Nawet marzenie o delegacji.

– No, cóż. Zrobisz, jak uważasz.

Sowa napuszyła się, a Korky dopił kawę z symboliczną rumową wkładką. Odstawił filiżankę na porcelanowy spodek.

– Chciałabyś coś powiedzieć? Śmiało.

– Zawsze powtarzasz, że nie ma niczego ważniejszego od sprawiedliwości.

– Bo tak jest.

Sowa fuknęła nerwowo.

– W takim razie, dlaczego w tym przypadku wypinasz na sprawiedliwość swoje rachityczne pośladki? Wypuścisz dwóch degeneratów?

– Posłuchaj. – Korky gwałtownie obrócił się do Sowy. Zmierzył ją ostrym, gniewnym spojrzeniem i westchnął. Po chwili jego twarz złagodniała. – Kiedy moja dziewczyna odeszła, też myślałem, że nie ma sprawiedliwości. Zostawiła mnie, bo jakiś kretyn omamił ją wizją życia w przyczepie kempingowej nad Bałtykiem. Mieli pływać na deskach, zarabiać, wypożyczając turystom motorówkę, i łowić ryby w kolorach tęczy. American dream po polsku. Potem ta zdzira wysyłała mi kartki z pozdrowieniami i zapewnieniami, że zawsze chciała naszego dobra.

Sowa wzruszyła ramionami.

– Zwykła dziwka. Nie przejmuj się nią.

– Tych kartek było dwadzieścia osiem. Rozumiesz? Dwadzieścia osiem razy katowała mnie pocztówkami ze swojego pieprzonego, cudownego życia.

– Dobrze, że w końcu się jej znudziło.

Korky pokręcił głową. Wydął wargi i zaśmiał się drapieżnie.

– Wcale nie. Utopiła się.

– Jezu…

– Oliwa sprawiedliwa. W rymowance zawsze wypływa na wierzch. Mojej dziewczynie się nie udało.

– Wierzysz, że gnojkom z wokandy też się nie uda?

– Prędzej czy później trafią na swój wir albo ostatnią falę. – Korky zapiął guzik marynarki i ruszył w stronę wyjścia. – Chodźmy. Już czas.

Pięć minut później założył togę sędziowską, poprawił na piersi łańcuch z orłem i sięgnął po plik kartek. Skinął do Sowy, by przez mikrofon wywołała sprawę.

Na ogłoszeniu wyroku pojawiła się tylko pokrzywdzona oraz drugie, nie mniej zahukane dziewczę, które skrzętnie notowało każde słowo Korkiego. Stażystka z jakiegoś podrzędnego dziennika albo praktykantka w którejś z kancelarii. Co za różnica.

Sąd takiego a takiego, oskarżonego o to, że w nieustalonym dniu w lutym tego a tego roku w G., wykorzystując bezradność tej a tej, spowodowaną zażyciem znacznej ilości substancji psychotropowej oraz alkoholu, poprzez użycie przemocy polegające na chwyceniu za głowę, włosy i przyciśnięciu twarzy do krocza, doprowadził tę a tę do wykonania innej czynności seksualnej, polegającej na wzięciu jego członka do ust, to jest popełnienia przestępstwa z art. 197 § 2 kodeksu karnego, uznaje za niewinnego.

Uff. Korky musiał nabrać tchu, by przejść do kolejnego punktu. Wyprostował się i poprawił coraz bardziej ciążący mu łańcuch. Odchrząknął. W tym momencie jego wzrok spotkał się z pustym wzrokiem pokrzywdzonej, co zaowocowało chwilowym napięciem. Plus tête-à-tête zetknął się z minusem. Wewnętrzna furia naparła na wewnętrzną pustkę. Wewnętrzna pustka nagle została zassana i przemieniła się w bezgraniczne poczucie niesprawiedliwości, opuszczenia oraz rezygnacji.

Z oczu, w których być może jeszcze niedawno odbijały się gotowe do chędożenia członki, spłynęła łza. Ale nawet morze łez, nawet ich ocean i ciut, ciut, nie mogły zmyć tego obrazu. A przecież w tych oczętach winny być odbite co najwyżej zalotne uśmiechy, bukiety eustomy lub nierówności Księżyca.

– Przepraszam.

Tego Jan Korky nie powiedział. Jednak zrobił wszystko, by biedne dziewczę wyczytało to słowo z jego ust.

 

* * *

Temida to była dobra restauracja. Podawano w niej najbardziej wykwintne potrawy, ale przede wszystkim rozciągał się z niej piękny widok. Przeszklona, kilkunastometrowa ściana oddzielała ją od głównej alei miasteczka. Za oknem przemykali przechodnie, nieco dalej i jeszcze szybciej przemykały auta, a po drugiej stronie ulicy ciągnęły się reprezentacyjne kamienice. Wszystkie, co do jednej, piękne, i wszystkie inne. Barokowe, rokokowe, klasycystyczne. Z eleganckimi balkonami dobudowanymi przed wojną lub po niej. Z frontonami, gzymsami i ozdobnymi rzygaczami. Szerokie i wąskie. Niskie i całkiem wysokie.

Przy żeliwnej barierce na drugim piętrze kamienicy naprzeciw Temidy prężył się mężczyzna z cygarem. Dwie klatki w prawo i piętro niżej na balkonie opalała się zgrabna dziewczyna. Na kolanach trzymała śnieżnobiałego psa.

Jednak obiektywnie najciekawsze było to, co znajdowało się nieco dalej. Za przechodniami, autami i rzędem kamienic. Za niewidocznym z tej perspektywy ryneczkiem, teatrem, dwoma kościołami trzech wyznań (z jednego w piątkowe popołudnia i w niedzielne poranki korzystali wierni obrządku dalekowschodniego), a wreszcie za niewielką dzielnicą ubogich, drewnianych chatek poprzetykanych walącymi się czynszówkami. Jakieś pięćdziesiąt metrów od ostatnich z nich rozciągało się krystalicznie czyste jezioro. W tak upalne dni jak ten jego woda wysysała kolor nieba i podbierała obłoki jak porządny kopista na porządnym rauszu. Z Temidy jeziora nie było widać. Czasem w okolice restauracji dolatywała ożywcza bryza, którą przeganiały łopaty trzech rzężących klimatyzatorów. Czasem była to bryza zgnilizny i padłych ryb.

Jan Korky zamrugał. Nie odwracając się od okna, upił łyk kawy (jak zawsze z delikatną wkładką alkoholową), po czym oblizał usta. Patrzył na stojącego na balkonie mężczyznę. Elegancik ubrany był w pięknie skrojony garnitur, białą koszulę z mankietami zapiętymi na spinki, które odbijały promienie popołudniowego słońca, a pod szyją miał niedbale zawiązany, jedwabny fular. Co chwilę pociągał grube, niewiele dłuższe od palca cygaro, zwane krótkim churchillem.

Machlojki biznesowe? – zapytał się w myślach Korky. – Choć przez ten krótki, ciemny zarost i pofalowane włosy z dużą dozą prawdopodobieństwa obstawiam Włocha. Gangster umykający przed listem gończym? Jest pewny siebie, wyprostowany, stoi we władczym rozkroku, a przede wszystkim nie boi się skupić na sobie uwagi. Przypadkowy turysta? Może, gdyby wcisnął się w prêt-à-porter, a nie ciuchy szyte na mosiężnym odlewie ciała. Czyżby jego serdeczny palec był obwiązany plastrem? Akurat w miejscu, w którym nie da się zatuszować bladej skóry po noszonej na co dzień obrączce.

Korky uśmiechnął się. Nie odrywając wzroku od okna, przyciągnął do siebie platerowaną cukiernicę. Temida była na tyle wytworną restauracją, że na każdym stoliku stał zabytkowy zestaw Frageta. Cukiernica, pieprzniczka, solniczka oraz serwetnik. Serwetniki były najbardziej zużyte. To przez hektolitry przelanych tu łez.

Korky sięgnął po współczesną, wykonaną z kwasoodpornej stali łyżeczkę i z satysfakcją ją oblizał. Cukier trzcinowy zatrzeszczał mu między zębami.

Kobieta z psem na kolanach również była interesująca. Widywał ją często, właściwie prawie za każdym razem, gdy w pogodny, ciepły dzień zasiadał w Temidzie. Nie przeszkadzał jej smog, wyziewy spalin ani spojrzenia gapiów. Żar oddawany przez mury kamienic, beton ulicy i kamień chodników rekompensował resztę niedogodności. Kobieta nigdy nie opalała się w piątki. Może była to kwestia religii, a może tego, że w czwartkowe noce nielegalny miejscowy burdelik organizował najbardziej łajdackie orgie. Korky słyszał o nich aż nadto. Jednak przed jego majestat nigdy nie trafili właściciele skrytego w budce nad jeziorem zamtuzu.

A może mężczyzna z cygarem…

Korky nie zdążył sformułować myśli. Do jego stolika podszedł kelner w białej koszuli, granatowej kamizelce i ciemniejszej od niej o odcień muszce.

– Czy mógłbym w czymś pomóc?

Zawsze pytali o to samo. Korky z żalem oderwał wzrok od opalającej się kobiety i spojrzał prosto w oczy kelnera. Były zaczerwienione, podkreślone ziemistymi bruzdami. Co za kurwidołek.

– Przydałaby się odrobina… – Korky zawiesił głos.

– Tak? – Kelner delikatnie pochylił tułów, jakby liczył na jakieś sekretne wyznanie. – Czym mógłbym służyć?

– Przydałaby się odrobina sprawiedliwości.

– Przepraszam, chyba nie…

– Dosłyszał pan, ale i tak nie macie tego, czego chcę. – Korky uniósł stalową, kwasoodporną łyżeczkę i nią potrząsnął. – Ten badziew nie pasuje do zastawy. Jednym ohydnym śmieciem profanujecie całość, przez co odechciewa mi się tu jeść. To obrzydlistwo psuje nawet smak cukru.

– Tak, proszę pana.

– Co, tak?

– Przekażę pańską uwagę właścicielom i mam nadzieję…

Korky uciszył kelnera nerwowym machnięciem łyżeczki. Głośno sapnął.

– Wie pan co? – zapytał, mrużąc oczy.

Garson pokręcił głową i zmarszczył czoło. Jego blade, gładkie policzki gwałtownie się zaróżowiły.

– Nie ma ludzi bez winy. Ale ja mam nad nimi władzę dopiero, gdy przede mnie trafią. Dobrze pan spał dzisiejszej nocy?

* * *

Późne popołudnie Jan Korky spędził w zaciszu gabinetu. Jasny, przestronny pokój znajdował się na pierwszym piętrze rezydencji położonej w pół drogi między chylącymi się ku upadkowi czynszówkami i złocistym jeziorem. Dzięki Bogu, na czynszówki wychodziły jedynie dwa z dwudziestu ośmiu okien (nie wliczając w to sześciu okien dachowych dobudowanych przez Korkiego wbrew opinii konserwatora zabytków). Natomiast aż z osiemnastu z nich rozciągał się widok na skrzącą się taflę wody. Na to płótno, na którym kopista odzwierciedlał…

Szlag by to.

Korky schylił się, by podnieść mały, metalowy kluczyk. Wypadł mu w momencie, gdy chciał sprawdzić, czy mechanizm jednego z gadżetów jest dobrze naoliwiony i nie zatnie się w najbardziej niefortunnym momencie. Mężczyzna co najmniej raz w miesiącu robił przegląd wszystkich sprzętów. A raczej Sprzętów. Przez naprawdę wielkie es.

Kluczyk jak na złość wymknął się mu spod palców. Zakręcił się i odbił od listwy za biurkiem.

Szlag by to.

Korky podwinął rękaw koszuli i położył się na idealnie wyszorowanej podłodze. Sosnowe deski miały fornir z mahoniu płomienistego. Konserwator zabytków nalegał na mahoń, ale w ostatnich latach ceny tarcicy stały się niedorzeczne. Oczywiście jeśli mówić o mahoniowcu właściwym, a nie o znacznie szpetniejszej, choć również zwanej mahoniem, gruszy afrykańskiej. Tak więc, czy to przez protesty ekologów, bunty karaibskich watażków, a może jedynie przez kaprys jakiegoś miliardera, który wywindował ceny, fałszywa podłoga w prawdziwej rezydencji została wykonana z sosny krytej ledwie centymetrową warstwą szlachetnego drzewa. Gwoli ścisłości, centymetrową, lecz najwyższego sortu.

– Mam cię, gnoju…

Korky zacisnął w dłoni kluczyk i wyczołgał się spod biurka. Odruchowo otrzepał kolana, opuścił mankiet, po czym znowu nachylił się nad szufladą ze sprzętami. Promienie popołudniowego słońca rozświetliły mu twarz. Był przystojnym mężczyzną o wyrazistych rysach, szerokiej szczęce i haczykowatym nosie. Sowa regularnie mu powtarzała, że nadszedł już czas, aby znalazł sobie żonę. „A bo to żony leżą na ulicy?” – odpowiadał niezmiennie pytaniem.

– A bo to żony leżą na ulicy? – szepnął teraz do samego siebie.

Przez kilka minut Korky metodycznie sprawdzał kolejne urządzenia, wreszcie uśmiechnął się i zatarł dłonie. Żona nie była mu do niczego potrzebna.

– Działają – obwieścił rozczulonym tonem. – Wszystkie działają.

Odwrócił się i wyjrzał za okno. O tej porze roku z gabinetu mógł obserwować, jak słońce, pąsowe od podglądania ludzkości (co by było, gdyby podglądało ją w nocy?), kryje się za widnokręgiem. Trzydziestodwumetrowa stercząca samotnie po drugiej stronie jeziora wieża zamkowa rzucała długi cień. Dlaczego nikt nie przekształcił jej w iglicę trąconego czasem zegara słonecznego?

No właśnie, dlaczego?

Korky zamknął szufladę, przekręcił kluczyk i powlókł się do największej ze znajdujących się w rezydencji łazienek. Starannie spłukał z siebie odór niesprawiedliwości. Dokładnie posmarował twarz kremem, esencjonalną mieszanką łojowych odpadów z ubojni, byczej spermy oraz śluzu ślimaka. Następnie wyperfumował się horrendalnie drogim zapachem chemicznie obrobionych wymiocin kaszalota, a w stopy wtarł przetworzone ptasie odchody. Bellissimo.

Mimo że żony nie leżały ani na ulicy, ani w jego łóżku, dbał o siebie.

Pięć minut po opuszczeniu łazienki otulił się pościelą z ugotowanych kokonów jedwabnika. Pachniała tak pięknie.

Korky myślał o chmurach wymalowanych w jeziorze przez pijanego kopistę i o…

Zasnął na prawie dwie godziny, nim zawstydzone słońce na dobre znikło za horyzontem.

* * *

A teraz odwróćmy perspektywę. Wywróćmy ją, jakby była jedynie skórą, którą można zedrzeć z człowieka i wrzucić do pralki obok skarpetek, dżinsów i innych ciuchów wymagających prania na lewej stronie. Albo jakby była flakami wyciągniętymi wprost z ludzkiego wnętrza, zmielonymi, a finalnie upchniętymi w czyjejś własnej kiszce jak wsad kaszanki. Zamiast krwi, najlepiej z czyimś nie do końca przetrawionym ostatnim posiłkiem.

Czy ekskrementy obrócone na lewą stronę smakują jak przypalone foie gras?

A może bliżej im do crème brûlée na zepsutych jajach?

Nabitego czekoladą schabowego?

Ociekających tłuszczem parówek, unurzanych w stopionym maśle i polanych zielonymi smarkami?

Czujesz któryś z tych smaków w ustach? Jeśli tak, to jest właśnie łajno odwrócone na lewą stronę. Odkryłeś Świętego Graala gastronomii.

Myślę o tym, patrząc na nieruchomego, spętanego gnoja. Sukinkot wciąż śpi, więc wokół panuje niczym niezmącona cisza. Żarówka, choć to stara klasyka, a nie led lub inne modernistyczne cudo, nie wydaje żadnego dźwięku. Betonowa podłoga, chropawo otynkowane ściany i drewniany stół również są martwo nieme. Jak na razie wsiąkło w nie co najwyżej półtora litra krwi tego wypierdka ludzkości. Półtora litra juchy wywróconego na lewą stronę człowieka.

Pierwsze „spuszczanie” odbyło się dla utemperowania nazbyt jurnego charakteru. Moim wzorem było kilka filmów instruktażowych dla studentów medycyny, parę akapitów ze starożytnych pism Galena oraz greckie streszczenie współczesnego traktatu o upustach krwi. Tłumaczenia na polski dokonał amerykański translator Google’a, co wzbudziło we mnie lekki kryzys zaufania.

Po pierwsze, pacjenta należało skrępować. Z tym, rzecz jasna, nie było żadnych problemów. Po drugie, głowę delikwenta umieszczało się w specjalnej klatce lub maszynie przypominającej narzędzie tortur. Tu pojawiał się problem logistyczny. W niniejszym przypadku rozwiązany przez dwa metalowe bolce wkręcone w stół, a dotykające kości policzkowych leżącego. Bolce nie tylko pozbawiły go możliwości poruszania głową, lecz ponadto stanowiły wspaniały stelaż dla sznura, który należało zawiązać pod jego podbródkiem i nad czerepem.

Powiem ci, że nacięcie tętnicy skroniowej to pestka. Albo, jak kto chce – bułka ze smarkami. U tego przerażonego sukinkota tętnice i żyły wylazły na wierzch, jakby wpuszczono w nie wodę gazowaną. Słowo daję, koleś mógł robić za żywą tablicę podglądową dla studentów medycyny. Za sukinsyńską mapę skarbów ludzkiego krwiobiegu.

Kiedy z rozciętej tętnicy trysnęła krew, ten obślizgły gad zaczął się cały telepać. Gdyby miał nieco bardziej umięśnione gałki oczne, z pewnością wyrwałby je z tego, na czym się trzymają, i zajrzał sobie w głąb czaszki. To bez sensu. Jak bardzo by nie próbował, nie mógł zobaczyć rozcięcia na własnej skroni. Tym bardziej, że po chwili lewe oko zalała mu krew. Naprawdę obfita kałuża krwi.

Wtedy przyszedł czas na etap numer trzy. Do gnidziej skroni należało przytknąć szklaną, gorącą bańkę. Bańka zassała się bez problemu, bo wcześniej drań poznał moje zdolności fryzjerskie. Właśnie tak. Bańka przylgnęła do wygolonej, choć obryzganej krwią skóry.

Krok czwarty polegał na przytknięciu do zakończenia bańki specjalnego tłoczka, który miał odpompowywać z niej powietrze.

Jedno pociągnięcie – krew z tętnicy bryzgnęła jeszcze mocniej.

Drugie pociągnięcie – razem z bryzgnięciem krwi uwypukliło się rozcięcie skóry.

Trzecie pociągnięcie – zakrwawiona, rozcięta skóra uwypukliła się jeszcze bardziej, ukazując błonkę, która pokrywała czaszkę. Otwór tętnicy przypominał dziurkę w czarnej słomce. Zamiast soku porzeczkowego serwowano przez nią koktajl z żywej krwi. Gdyby się nieco napracować, można by go podawać jak hit amerykańskich koledżów – piwo pod ciśnieniem.

Smaczne i zdrowe. O smaku forsy.

 

Przełknij ten słodki posmak i słuchaj dalej.

Czwarte pociągnięcie – rozcięta skóra naprężyła się jak wypychany palcem worek foliowy, nabrzmiała i… pękła. Oderwała się, poszerzając nacięcie, a do wnętrza bańki zassały się drobinki tkanki, skrzepy i jeszcze więcej krwi. Naprawdę mnóstwo krwi.

Na to wspomnienie nie potrafię przestać się uśmiechać. Średniowieczni mistrzowie twierdzili, że właśnie takim spuszczaniem winno się leczyć miłosną melancholię. Miłosna melancholia – czy to nie najpiękniejszy eufemizm świata?

Ale przenieśmy się nieco w czasie. To nie jest kolejne z tych nudnych opowiadań, w których najważniejsza jest sekwencja zdarzeń.

Człowiek na lewą stronę budzi się. Nikt nigdy nie opatrzył go czulej ode mnie. Nikt nigdy nie poświęcił jego rozprutej tętnicy tyle czasu i uwagi.

– Cześć, sukinsynu – witam go, a on tylko tępo mruga oczami. Światło go razi, ale musi się przyzwyczaić. – Wiesz, dlaczego tu jesteś?

Odpowiada mi kolejne tępe mrugnięcie. W usta ma wepchnięty knebel, a głowy nie owiązuje już sznur, więc liczę na jego mimikę. Myślę, że on też na nią liczy.

– Wiesz, dlaczego tu jesteś? – powtarzam cierpliwie.

Unoszę skalpel i obracam go w świetle milczącej żarówki. Skrępowany mężczyzna zaczyna się pocić. Chyba narobił pod siebie, bo czuję ohydny smród. Tyle mu mogę wybaczyć.

– Skiń głową, jeśli wiesz, co mam na myśli. Dla ułatwienia coś ci podpowiem. – Uśmiecham się jeszcze szerzej, ale zaraz chowam zęby, bo mam wrażenie, że smród wedrze mi się do ust. Odzywam się, niemal ich nie otwierając. – Chodzi mi o pewną kobietę. Niewinną kobietę.

Wyciągam skalpel w stronę oka tego gnoja, a on przestaje mrugać. Pot ścieka mu po twarzy. Jego nozdrza są szeroko rozwarte, ale wstrzymuje oddech. Chce się odsunąć, lecz przecież nie sprasuje swojego łba ani nie przebije nim dębowego blatu. No way, stary. To się nie uda.

– Wytnę ci oko. Wiesz, że nie mam z tym żadnego problemu.

Ohydny skunks się poddaje i żarliwie kiwa głową.

* * *

– Opowiedz mi wszystko ze szczegółami. Nie krępuj się. Kiedy wyczuję, że starasz się coś ominąć, wytnę ci oko. Jeżeli wyczuję, że starasz się wybielić swoje zachowanie, wytnę ci oko. Jeżeli wyczuję, że kłamiesz, wytnę ci oboje oczu. To jasne?

Kiwa głową.

– Twoim głównym problemem jest to, że znam prawdę. Nie oszukasz mnie.

Kiwa głową jeszcze energiczniej. Gdyby podsunięto mu dywanik, rąbałby w niego jak muzułmanin wywrócony na lewą stronę.

– Chcę po prostu poznać twój punkt widzenia. Motywację? Nie. Chyba nie chodzi mi o motywację. Po prostu opowiedz mi tę historię.

– Mhm. Mhm.

Na tyle go stać. Na nosowe, żałosne wzdychanie.

– I jeszcze jedno – dodaję, przenosząc wzrok z jego brudnej, spoconej twarzy na lśniące ostrze skalpela. – Jeżeli po zdjęciu knebla zaczniesz się drzeć albo błagać mnie o litość… Wiesz, co wtedy zrobię?

Jednym ruchem przecinam sznur i wyciągam z ust tego gnoja metalową kulkę. Sukinkot kaszle jak zdychający gruźlik.

– Wiesz, co wtedy zrobię? – pytam z naciskiem. – No, odpowiadaj.

– Wyt… Wytniesz mi oko – jęczy.

– Mądry chłopiec. W takim razie, skoro mamy jasną sytuację i wszelkie wątpliwości co do panujących w tej dziurze reguł zostały rozwiane, czas zaczynać. Jak to mówią, zamieniam się w słuch.

Ten podły drań stara się przełknąć ślinę, ale ma całkowicie wysuszone usta. To było do przewidzenia. Od razu podsuwam mu bańkę pełną jego własnej krwi. Krew upłynniła się na starej kuchence dzięki wsparciu Januarego oraz cudownej mocy, jaką jest elektryczność. Przechylam bańkę i puszczam mu oko.

– Śmiało. Napij się. To nie trucizna.

Sukinkot delikatnie unosi głowę i wydyma wargi w stronę bańki. Chyba nie czuje zapachu własnej juchy albo reaguje na nią tak samo jak ja. Choć patrząc na jego namiastkę męskości, nie widzę śladu podniety.

– Pij.

Przytykam bańkę do spierzchniętych warg i ją przechylam. Drań przymyka oczy, po czym wysysa niemal całą jej zawartość. Przez moment zastanawiam się, czy przypadkiem nie mamy trochę wspólnego, ale zaraz się wszystko wyjaśnia. W momencie, gdy sukinsyn chce przełknąć krew i czuje jej smak, w jego oczach pojawia się abominacja. Obrzydzenie niczym choroba zakaźna roznosi się po jego twarzy. Deformuje mięśnie, rozwiera usta i wydyma wargi. Na wpół przełknięta krew tryska fontanną razem z pomarańczowo-brązową papką. Zdaje się, że wisienką na torcie jest nie do końca strawiona kukurydza. Żółte ziarnka dosłownie mienią się w wymiocinach jak złote zęby.

– Gdybyś rzygał ambrą, zostałbyś milionerem.

– Jezu, to była krew! – Patafian drze się wniebogłosy. – To była cholerna krew! Krew…

Rzygowiny spływają mu po twarzy i kapią na stół. Nie przeszkadza mi to. Robię kilka ostrożnych kroków, po czym staję tuż za jego głową. Wciąż mnie widzi.

Widzi też skalpel, który wędruje do jego oka, a w ostatniej chwili zmienia tor i błyskawicznie wycina mu nierówne koło na czole. Płytkie, ale dość głębokie, by z rozcięcia popłynęła obficie krew.

– To pierwsze i ostatnie ostrzeżenie – mówię. – Jeżeli będziesz chciał pić, jeść, kupę czy siku, zrobię to samo, co w już omówionych przypadkach. Wytnę ci oko.

Gnojek zamyka usta i wypuszcza powietrze nosem. Stara się uspokoić, ale nie pozwalam mu na to.

– Opowiadaj! – żądam.

Chrząka, obraca głowę i ukradkiem wypluwa z ust rzygowiny. Chrząka raz jeszcze.

– Chodzi ci o tę dziewczynę, co nałykała się chemii, a potem…

Milknie, oczekując mojej reakcji.

– No, dalej. Słucham cię.

– Nałykała się chemii i przymilała się do mnie przez cały wieczór. Miała nadzieję, że postawię jej drinka, kolejnego drinka i… Nie patrz tak na mnie! Było ich kilka, ale mniej niż dziesięć. Może sześć, co najwyżej osiem. A potem… A potem polazła za mną do domu. Tak? O to ci chodzi, prawda? Ale przysięgam, że sama tego chciała. Sama nałykała się tych gównianych tabletek i sama wpakowała się mi do łóżka. Są świadkowie, którzy opowiedzą, jak zachowywała się wieczorem. Przysięgam, że jestem niewinny! Chciała na ostro, to się dopasowałem. Po prostu wolałem się jak najszybciej pozbyć tej wariatki. Rozumiesz? Nie zamierzałem jej tak załatwić. Nie mam pojęcia, skąd ta gadanina o naderwanych sutkach, wypadającym tyłku i całej reszcie.

Wyciągam z kieszeni chusteczkę i obcieram mu usta. Mój Seksualny Gentleman do podbródka wciąż ma przyklejone ziarnka kukurydzy.

– Okej. – Ucinam temat. – Ale ona nie była jedyna. Mam rację? I naprawdę nie warto być małym kłamczuszkiem.

* * *

– O czym mówisz? – pyta mnie przerażony. Nie przeszkadza mu, że jest zarzyganą kupą gówna, że wygląda jak utytłana w majonezie, tłuszczu i keczupie chusteczka z McDonalds’a. Interesuje go tylko, jak wiele wiem. – Naprawdę…

– Wiem wszystko. – Przerywam jego domysły. – A kiedy mówię wszystko, mam na myśli absolutnie wszystko.

– To, że…

– To też.

– A…

– Zapewne też. I radzę ci, zacznij opowiadać, bo zaczyna mnie świerzbić ręka. Istotnym preludium do rozgrzeszenia jest wyznanie win.

– Ta nastolatka… – Sukinkot zbiera w sobie wszystkie siły, by wydalić na świat kolejną historię. Chciał ją mieć tylko dla siebie. Jak ktoś ładnie napisał, chciał być panem tajemnicy, gdy inni leżeli w grobach. – Przyznaję, że nieco oszukiwałem.

– Musisz mi powiedzieć dokładnie, w jaki sposób. Bez szczegółów nie będzie się liczyć.

Błyskawicznie kalkuluje i zaraz zaczyna mówić.

– Siedziała sama na ławce w parku i czytała książkę. Irydiona. Pamiętam, bo to była lektura i kiedyś widziałem tę okładkę. Piła kawę. Dokładnie tę samą, której kubek i ja miałem właśnie w ręce. Z Casa di legno. Rozumiesz taki zbieg okoliczności? Czy to nie był jakiś pieprzony znak z nieba?

– Jeźli tedy prawe oko twoje gorszy cię, wyrwij je, a zarzuć od siebie.

Patrzy na mnie skonsternowany. Pewnie właśnie zastanawia się, skąd zna ten cytat. Marszczy czoło, a zasychająca na wyciętym kółku krew w kilku miejscach znów zaczyna się sączyć.

– Miałem przy sobie valuloran i hecapetrynę – mówi usprawiedliwiającym tonem. – Usiadłem przy tej dziewczynie, ukradkiem wrzuciłem tabletki do swojego kubka i poczekałem, aż się rozpuszczą. Boże, naprawdę nie wiem, dlaczego to zrobiłem. To… Ja… Przysięgam, że…

– Radzę ci nie zbaczać z tematu.

– Udało mi się zamienić kubki. Wystarczyło, żeby wzięła łyk mojej kawy, i mogłem zrobić z nią, co tylko chciałem. Ale przecież nie skrzywdziłem jej! Po wszystkim dałem jej pieniądze na bilet i… Byłem pewny, że niczego nie będzie pamiętać.

Wzdycham. Patrzę na nagie ciało tego bydlaka, na jego zarzyganą, umięśnioną klatkę piersiową, na ziarnka kukurydzy, które są jak złote zęby, ale nie szczerzą się w uśmiechu, wreszcie wbijam wzrok w skurczoną namiastkę jego męskości. Jej czasy chwały są teraz zamglonym wspomnieniem.