Milczący LamaTekst

Z serii: Reportaż
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

W serii ukazały się ostatnio:

Swietłana Aleksijewicz Cynkowi chłopcy (wyd. 2)

Katarzyna Surmiak-Domańska Ku Klux Klan. Tu mieszka miłość

Jean Hatzfeld Englebert z rwandyjskich wzgórz

Marcin Kącki Białystok. Biała siła, czarna pamięć

Bartek Sabela Wszystkie ziarna piasku

Anna Bikont My z Jedwabnego (wyd. 3)

Martin Schibbye, Johan Persson 438 dni. Nafta z Ogadenu i wojna przeciw dziennikarzom

Swietłana Aleksijewicz Wojna nie ma w sobie nic z kobiety (wyd. 2)

Dariusz Rosiak Ziarno i krew. Podróż śladami bliskowschodnich chrześcijan

Piotr Lipiński Bicia nie trzeba było ich uczyć. Proces Humera i oficerów śledczych Urzędu Bezpieczeństwa (wyd. 2 popr. i rozszerz.)

Paweł Smoleński Zielone migdały, czyli po co światu Kurdowie

Wolfgang Bauer Przez morze. Z Syryjczykami do Europy

Cezary Łazarewicz Żeby nie było śladów. Sprawa Grzegorza Przemyka

Elizabeth Pisani Indonezja itd. Studium nieprawdopodobnego narodu

Beata Szady Ulica mnie woła. Życiorysy z Limy

Rana Dasgupta Delhi. Stolica ze złota i snu

Ed Vulliamy Wojna umarła, niech żyje wojna. Bośniackie rozrachunki (wyd. 2)

Andrzej Brzeziecki, Małgorzata Nocuń Armenia. Karawany śmierci

Katarzyna Kwiatkowska-Moskalewicz Zabić smoka. Ukraińskie rewolucje

Anna Sulińska Wniebowzięte. O stewardesach w PRL-u

Anjan Sundaran Złe wieści. Ostatni niezależni dziennikarze w Rwandzie

Ilona Wiśniewska Hen. Na północy Norwegii

Mur. 12 kawałków o Berlinie pod red. Agnieszki Wójcińskiej (wyd. 2 zmienione)

Iza Klementowska Szkielet białego słonia

Piotr Nesterowicz Każdy został człowiekiem

Dariusz Rosiak Żar. Oddech Afryki (wyd. 2 zmienione)

Anna Mateja Serce pasowało. Opowieść o polskiej transplantologii

Linda Polman Karawana kryzysu. Za kulisami przemysłu

pomocy humanitarnej (wyd. 2)

Scott Carney Czerwony rynek. Na tropie handlarzy organów, złodziei kości, producentów krwi i porywaczy dzieci (wyd. 2)

Misha Glenny Nemezis. O człowieku z faweli i bitwie o Rio

Adam Hochschild Lustro o północy. Śladami Wielkiego Treku

Kate Brown Plutopia. Atomowe miasta i nieznane katastrofy nuklearne

Drauzio Varella Klawisze

Piotr Lipiński Cyrankiewicz. Wieczny premier

Aneta Prymaka-Oniszk Bieżeństwo 1915. Zapomniani uchodźcy

Mariusz Szczygieł Gottland (wyd. 3 zmienione)

Zbigniew Parafianowicz, Michał Potocki Kryształowy fortepian.

Zdrady i zwycięstwa Petra Poroszenki

Paweł Smoleński Wieje szarkijja. Beduini z pustyni Negew

W serii ukaże się m.in.:

Wojciech Górecki Toast za przodków (wyd. 2)

Albert Jawłowski

Milczący lama

Buriacja na pograniczu światów


Wszelkie powielanie lub wykorzystanie niniejszego pliku elektronicznego inne niż autoryzowane pobranie w zakresie własnego użytku stanowi naruszenie praw autorskich i podlega odpowiedzialności cywilnej oraz karnej.

Projekt okładki Agnieszka Pasierska / Pracownia Papierówka

Projekt układu typograficznego Robert Oleś / d2d.pl

Fotografia na okładce © by Wolfgang Kaehler / Getty Images

Copyright © by Albert Jawłowski, 2016

Copyright © for the map by GeoServices

Opieka redakcyjna Łukasz Najder

Redakcja Anna Mirkowska

Korekta Katarzyna Rycko / d2d.pl, Monika Ples / d2d.pl

Redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Skład Agnieszka Frysztak / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8049-418-3

Spis treści

Seria

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Dedykacja

1 Święte igrzyska

2 I Pandito Chambo Lama

3 Niezwykła sierota

4 Chuwarak

5 Ruiny

6 Ułan Ude

7 Dharma Radża

8 Uddijana

9 Biały Słoń idzie na zachód

10 XII Pandito Chambo Lama

11 Klasztor nad Jeziorem Gęsim

12 Między Ononem a Bajkałem

13 Ostatni żywy siemionowiec

14 Amitchasza

15 Buriacki Olimp, czyli tam i z powrotem

16 Order Świętego Stanisława

17 Pod koniec dnia zostaniecie z niczym

18 Powrót jogina

19 Bliskie spotkania na najwyższym szczeblu

20 Totem

21 XXIV Pandito Chambo Lama

22 Wiecznotrwałe ciało

Komentarz końcowy i podziękowania

Bibliografia

Przypisy

Kolofon

Pamięci profesora Stanisława Zapaśnika


1
Święte igrzyska

Sprzedawcy mieli dobry dzień. Ludzie krążyli między świątyniami, drewnianymi domkami lamów, myszkowali po straganach, przebierali w paczkach z kadzidełkami, przymierzali futrzane czapki i kapcie z wielbłądziej wełny. Oglądali srebrne kolczyki, makatki z Czyngis-chanem, magnesy na lodówkę, skórzane portfele i inne pamiątkowe rupiecie. Stoiska z dewocjonaliami wszędzie wyglądają podobnie. Znalazłyby się tu wszystkie miejscowe odpowiedniki ozdobnych buteleczek na wodę święconą, breloków ze Świętym Krzysztofem i plastykowych różańców. Zamiast obrazków z Matką Boską były tu małe tanki – buddyjskie ikony – przedstawiające Białą lub Zieloną Tarę. Obok nich leżały chińskie zabawki, takie same jak gdziekolwiek indziej. Jakaś młoda kobieta sprzedawała watę cukrową. Taką jak u nas. Kręciła ją, stojąc tuż obok blaszanego rusztu, na którym piekły się baranie szaszłyki.

Wejście do dzogczen-duganu, głównej świątyni dacanu iwołgińskiego, centralnego klasztoru Buddyjskiej Tradycyjnej Sanghi Rosji, zabezpieczono metalowymi barierkami. Porządku pilnował oddział OMON-u i grupka chuwaraków, młodych uczniów, przyszłych lamów. Tłum gęstniał z każdą chwilą. Większość pielgrzymów docierała tu od strony pobliskiego Ułan Ude, ale wiele samochodów i autokarów, pozostawionych na parkingu lub poboczach przed dacanem, miało mongolskie rejestracje. Granica państwowa przebiega nieco ponad dwieście kilometrów stąd. Jak na tutejsze warunki całkiem niedaleko.

Przy wejściu do dzogczen-duganu rozstawiono stolik. Buddyjskie aktywistki przyjmowały intencje i prośby o wstawiennictwo. Rozdawały kartki, na których należało napisać imię, nazwisko i prośbę, z którą się przyszło. Lepiej nie żądać zbyt wiele. Prośba powinna być konkretna i dotyczyć jednej sprawy. Wtedy się spełni. Po wypełnieniu kartki trzeba ją oddać wraz z datkiem, kwota według możliwości i uznania. Prośby i intencje lamowie będą odczytywać przez kolejne tygodnie podczas codziennych modlitw.

Wreszcie otwarto drzwi świątyni. Tłum wiernych naparł z całej siły. Omonowcy chwycili za barierki, utrzymali falę ludzi i przepchnęli ją w tył. Chwilę później chuwaracy otworzyli wąskie przejście między bramkami, przez które zaczęto przepuszczać kolejne tury pielgrzymów. Stojący w drzwiach nastoletni i nad wiek poważny chuwarak monotonnie powtarzał te same zdania. Nie wolno fotografować, używać telefonu, trzeba zdjąć plecak, odłożyć torebkę, zachować powagę i ciszę.

 

Wewnątrz panował ścisk. Przed portretem XIV Dalajlamy szybko rosła góra przyniesionych w ofierze cukierków, ciastek, kartonów z mlekiem, foliowych woreczków z ryżem i ćwierć­litrowych butelek z wódką. Stos dóbr co chwila obsypywał się na ziemię. Nieco dalej, w centralnym punkcie świątyni, tuż przed posągiem Buddy, umieszczono tron. A na nim ciało XII Pandito Chambo Lamy, Dasziego Dorża Itigełowa. Siedział w pozie medytacyjnej, ponoć wciąż tej samej, w której wydobyto go z ziemi.

Dziesięć lat wcześniej, 9 września 2002 roku, w miejscowości Chuche-Zurchen ekshumowano ciało byłego zwierzchnika wschodniosyberyjskich buddystów. Po otwarciu drewnianego sarkofagu okazało się, że przetrwało w znakomitym stanie. Początkowo sądzono, że jego rozkład to kwestia kilkunastu godzin, może doby, w najlepszym wypadku kilku dni. Stało się jednak inaczej. Kolejne komisje lekarskie i naukowe stwierdzały, że ciało nie uległo mumifikacji. Nie potrafiły przy tym jednoznacznie wyjaśnić przyczyn nietypowego stanu, w jakim je wydobyto. Cieszący się niekwestionowanym autorytetem buriacki lama Gełeg Bałbar, nie czekając na dalsze wyniki badań, ogłosił, że oddanie czci tak potężnemu joginowi, który potrafił zachować swoje ciało w nienaruszonym stanie, przyniesie wielkie błogosławieństwa wiernym i zamieszkiwanej przez nich ziemi. Wieść o niezwykłym odkryciu błyskawicznie rozniosła się również daleko poza granicami Rosji. Wkrótce opinię w tej sprawie wyraził sam XIV Dalajlama, duchowy przywódca tybetańskiej szkoły gelug. Oświadczył, że tylko najwięksi mistrzowie potrafią zachowywać ciało w stanie medytacyjnego czuwania nawet długo po medycznym stwierdzeniu zgonu. Dodał również, że w zasadzie nie ma w tym niczego nadzwyczajnego. Wielu buddyjskich mnichów odchodzi w trakcie medytacji i właśnie w ten sposób wyzwala się z ziemskiego istnienia. Niektórzy z nich mogą medytować dziesiątki lat, a ich ciała nie ulegają rozkładowi. Jednym z dowodów na to jest lama z Buriacji, którego ciało nie rozkłada się już od siedemdziesięciu pięciu lat. Nim ustały prace naukowców, zwierzchnicy Buddyjskiej Tradycyjnej Sanghi Rosji orzekli, że Daszi Dorżo Itigełow wciąż żyje i znajduje się w głębokim stanie medytacyjnym, w który wszedł jeszcze w 1927 roku. Kult wiecznotrwałego ciała XII Pandito Chambo Lamy stał się faktem.

Wysoki, barczysty mnich zatrzymywał pielgrzymów podchodzących do tronu. Kładł dłoń na potylicy każdego kolejnego pątnika i mocnym, szybkim ruchem ręki zginał go wpół, po czym odsuwał dalej, żeby zrobić miejsce dla następnych. Na swoją kolej czekała kobieta z oszpeconą twarzą i śladami przeszczepów skóry, za nią rodzina z gromadką małych dzieci i grupka sportowców w dresach. Ludzie starzy i młodzi. W pewnym momencie rosły lama zatrzymał kolejkę, wziął ręcznik i wszedł na stołek. Wierni w skupieniu obserwowali, jak ociera nieruchome czoło i policzki Itigełowa. Mnich, czując na sobie wzrok tłumu, starannie celebrował każdy ruch. Już rankiem rozpuszczono wiadomość, że z zastygłej twarzy XII Pandito Chambo Lamy popłynął pot. Ktoś szeptem wyjaśniał, że wydarzyło się to jeszcze poprzedniego dnia, podczas wieczornych modłów. Ktoś inny dodał, że to znak. Jest ponoć wdzięczny wiernym za przybycie i chce przekazać, że wciąż żyje. Ludzie kiwali głowami. To niepojęte, On naprawdę nie umarł. To prawdziwe błogosławieństwo. Ponoć jego energia jest tak silna, że może oddziaływać nawet w promieniu stu kilometrów.

Kolejka znów ruszyła. Wychodząc, nie wolno odwrócić się plecami do ołtarza. Niektórzy, cofając się do wyjścia, stawali na moment i wpatrywali się w ciało. Chcieli jeszcze przez chwilę tutaj pobyć. O coś poprosić, pomodlić się. Albo po prostu postać i się pogapić. Wielu z tych, którzy opuścili już świątynię, obchodziło klasztor wkoło, aby wypełnić goroo, rytuał mający przynieść im szczęście i zagwarantować dobry los na kolejne miesiące. Niektórzy zachodzili do domków lamów w poszukiwaniu rady, błogosławieństwa czy przepowiedni. Inni kręcili się bez sensu, ciekawsko zaglądając to tu, to tam. Jakby czegoś szukali albo dokądś chcieli dojść. Wcześniej czy później wszyscy kierowali się w stronę stadionu, zbudowanego przez lamów tuż obok klasztornego muru. Niedawno postawione trybuny okalały kwadratowe boisko o lekko zaokrąglonych rogach.

Każda rocznica wydobycia skrzyni z ciałem XII Pandito Chambo Lamy ma szczególną oprawę. Pielgrzymi chcą zobaczyć Itigełowa na własne oczy. A potem trochę się rozerwać, coś zjeść, napić się, pooglądać rywalizację sportowców w bardzo popularnych tutaj tradycyjnych dyscyplinach sportu – zapasach buche bariłdaan, strzelaniu z azjatyckiego łuku refleksyjnego i wyścigach konnych. Podobne zawody przy różnych okazjach można obejrzeć na całym ogromnym obszarze dawnego Wielkiego Stepu, od Dalekiego Wschodu aż po wschodnioeuropejskie równiny Kałmucji.

Na stadionie panował chaos. Spikerka pokrzykiwała przez mikrofon, poganiała uczestników, apelowała o dyscyplinę. Wokół boiska kłębili się oficjele, zawodnicy, organizatorzy, lamowie, pielgrzymi, kilku operatorów lokalnych stacji telewizyjnych i fotoreporterów miejscowych gazet. Nie przedsięwzięto zdecydowanych środków bezpieczeństwa. Tu nie było już zwartych kordonów policyjnych. Kilku mundurowych, kilku lamów robiących za porządkowych. I tyle.

Z głośników gruchnęły fanfary. Na stadionie pojawił się XXIV Pandito Chambo Lama, Damba Ajuszejew, zwierzchnik Buddyjskiej Tradycyjnej Sanghi Rosji. Chwilę później dotarł Wiaczesław Nagowicyn, przewodniczący Republiki Buriacji. Kiedy obydwaj siadali na trybunie honorowej, do mikrofonu podeszła kobieta ubrana w tradycyjny buriacki strój. Z głośników popłynął jej podekscytowany głos.

– Otwieramy dziewiąte igrzyska z okazji stusześćdziesięciolecia narodzin i dziesięciolecia powrotu wielkiego Nauczyciela, XII Pandito Chambo Lamy Dasziego Dorża Itigełowa. Szanowni państwo, ludzie dobrej woli, pozwólcie, że powitam was w tym wspaniałym dniu! Organizatorami dzisiejszego święta sportowego są: Buddyjska Tradycyjna Sangha Rosji, kompania Optyka Seseg, spółka akcyjna Bajkałfarm, sieć handlowa Tytan, sieć telefonii komórkowej Beeline, kompania Złoto Jakucji, senator Inokietij Nikołajewicz Jegorow, sieć telefonii komórkowej Megafon, gazeta „Informpolis”…

Na murawę powoli wchodzili uczestnicy igrzysk i ustawiali się w równych rzędach przed trybuną honorową. Chwilę później zaczęły się pokazy mongolskich tańców, a na stadion wjechali jeźdźcy ze sztandarem itigełowskim. Wreszcie do mikrofonu podszedł zwierzchnik Buddyjskiej Tradycyjnej Sanghi Rosji.

– Dziś obchodzimy trzystudziesięciolecie przyjścia do nas chambo lamy Zajajewa! To on dwieście osiemdziesiąt lat temu założył w Erge Bürge pierwszy dacan. Dwieście trzydzieści pięć lat temu osiągnął nirwanę w miejscowości Chołyn Chargana, a sto sześćdziesiąt lat temu przyszedł do nas w miejscowości Ułzyn Dobo, niedaleko Orongoju, w ciele Dasziego Dorża Itigełowa. I dziś właśnie obchodzimy dziesięciolecie powrotu do nas chambo lamy Itigełowa. To pamiętny, jubileuszowy rok! Rok Wodnego Smoka! Rok cudów i przepięknych chwil! To my jesteśmy ludem, który ma skarb! Powinniśmy być godni tego, co mamy. Wiecznotrwałe ciało chambo lamy Itigełowa jest jedyne i unikatowe. Wszyscy widzieliście, że na twarzy Nauczyciela pojawił się pot. To błogosławiony nektar, który spłynął dla nas z jego oblicza. I my to widzieliśmy! Nawet niewierzący zobaczyli i zadziwili się. W ciągu dziesięciu lat przyszło do nas ponad trzy miliony ludzi. Trzy miliony ludzi przyszło do niego, aby oddać mu cześć, poprosić o pomoc w swoich biedach i cierpieniach. I tylko my możemy sprawić, by jego ciało pozostało nietknięte!

Trybuny zareagowały entuzjastycznymi okrzykami. Ajuszejew umilkł i zlustrował widownię. Podniósł rękę i ogłosił przybycie Timura Tuczinowa, gwiazdy buriackiego sportu, zdobywcy dwóch złotych medali na igrzyskach paraolimpijskich w Londynie. Mistrz ma protezę nogi, ale to przecież nie przeszkadza w strzelaniu z łuku sportowego.

Ajuszejew, jak każdy doświadczony orator, wiedział, że pojawienie się na scenie bohatera wymaga odpowiedniej oprawy. Tuczinow nie może pojawić się na stadionie ot, tak sobie. Przecież nie jest tutaj zwykłym sportowcem, a jego medale nie są zwyk­łymi nagrodami, jakich wiele rozdano podczas igrzysk. Tuczinow to reprezentant sanghi, wspólnoty wiernych. Jej najlepszy syn. A sangha i jej bohater zasługują na coś więcej niż pochwała i szacunek. Zasługują na prawdziwy epos. Ajuszejew znów zaczął przemawiać:

– W tym roku cudów mam nadzieję, że wy, zapaśnicy, stoczycie zadziwiające walki, że zwycięży ten, kto przekroczy własne granice, pokona swoją słabość. A wy, strzelcy, łucznicy, mergenowie, poślecie swoje strzały w dal tak jak Timur Tuczinow. To on rozsławił nasz lud! Hen, w dalekiej, mglistej Anglii, dzięki naszemu wielkiemu synowi Timurowi wszyscy dowiedzieli się, że na tej ziemi żyją Buriaci! Niech buriackie kobiety rodzą takich synów! Wy, którzy dziś wychodzicie na to pole, czyńcie sławnym swój ród, czyńcie sławnym swój dacan, czyńcie sławnym swój naród!

Ale kim byłby Tuczinow, jego rodacy i ziemia, na której żyją, bez sanghi i mocy Dasziego Dorża Itigełowa? Ajuszejew przemawiał więc dalej:

– Wiem, że z roku na rok w naszych dalekich wioskach będą wyrastać synowie, którzy powiedzą: narodziłem się, aby choć jeden raz wyjść tu, na to pole, i stoczyć walkę, sprawdzić swą siłę i charakter przed obliczem chambo lamy Itigełowa. Niech wszyscy wiedzą, że nasz lud jest silny ciałem i duchem! A nasze konie niech polecą daleko, do odległej krainy, do buddyjskiego raju! I nas niech tam zabiorą.

Zaraz po żywiołowej przemowie Ajuszejewa z głośników popłynęły pierwsze takty hymnu Rosji, a na stadion wtoczyła się czarna limuzyna. Mistrz wychylił się przez otwarty szyberdach i pozdrowił widzów. Zatoczył rundę wokół stadionu, po czym z wolna przejechał wzdłuż szpaleru zawodników i zatrzymał się przed trybuną honorową. Rozpoczęła się celebra wręczenia mu ogromnego telewizora LCD w podzięce za medale olimpijskie i rozsławienie Buriacji w świecie. Potem przyszedł czas na uściski dłoni i pozowanie przed obiektywami. Ajuszejew i Nagowicyn stanęli do zdjęcia z mistrzem, telewizorem i buddyjską tanką, którą sławny łucznik trzymał w dłoniach. Igrzyska itigełowskie można było uznać za otwarte. Na murawie rozpoczęły się pierwsze walki zapaśnicze.

Buche bariłdaan to nie tylko folklor. Dla miejscowych chłopaków to także coś więcej niż sport. To styl życia, sposób bycia mężczyzną. Ludzie, którzy stają do walki, to zawodowi sportowcy z lokalnych klubów zapaśniczych, czasem judocy albo sambiści. Do tradycyjnych zapasów zawsze przygotowują się wyjątkowo starannie. Zapaśnik musi być wytrenowany i silny. To podstawa. Ale jeśli zawiedzie go refleks i przeoczy odpowiedni moment, to po nim. W buche bariłdaan liczy się jedna błyskawiczna akcja, na którą trzeba cierpliwie czekać, powoli przygotowując sobie odpowiednią pozycję. Pierwszy poważniejszy błąd jest zazwyczaj ostatnim. Jeśli zawodnik upadnie, to koniec. Przegrał. Nie może dalej walczyć w parterze. Wielu znanych mistrzów sportu próbowało swoich sił w tradycyjnych zapasach. I różnie im się wiodło. Oleg Aleksiejew był mistrzem Europy. W 1982 roku zdobył Puchar Świata. Długo namawiano go, żeby pokazał swoje umiejętności w tradycyjnych zapasach podczas surcharbaanu, buriackiego festynu ludowego. W końcu się zgodził, no i przegrał z miejscowym chłopaczkiem, niejakim Cedaszijewem. Mistrz Europy został pokonany na kołchozowej łące. Do dziś zapaśnicy buche bariłdaan lubią o tym przypominać – tak jakby sami przed laty go powalili.

Od kilku lat na placu Czerwonym odbywają się ogólnorosyjskie turnieje tradycyjnych zapasów. Z tej okazji do Moskwy przyjeżdżają również zawodnicy z Kaukazu, Kałmucji, Tatarstanu, Baszkirii, Jakucji, Tuwy i Ałtaju. Zwycięstwo w stolicy to dla buriackich zapaśników kwestia honoru. Jak dotychczas radzą sobie bardzo dobrze.

Na murawie iwołgińskiego stadionu jakiś młody zawodnik szeroko rozłożył ręce i wyjątkowo długo celebrował „taniec orła”. Tak jakby właśnie wygrał walkę w samym centrum stolicy. Być może pierwszy raz w życiu mógł skorzystać z tego przywileju zwycięzcy.

Niedaleko stadionu rozłożono strzelnicę. Zawody trwały już od jakiegoś czasu. Łucznicy ubrani w degeł, tradycyjny buriacki strój, napinali cięciwy. Na pierwszy rzut oka było widać, że nie są to amatorzy, zakładający stroje z epoki i bawiący się w łucznic­two na festynach historycznych. Kolejny zawodnik oddał serię strzałów, wszystkie celne i nienaganne technicznie. Któryś z widzów wyjaśnił, że to Balżynima Cyrempiłow, reprezentant Rosji, uczestnik czterech olimpiad. Był w Atlancie, Sydney, Atenach i Pekinie. Do Londynu już nie pojechał. Jego międzynarodowa kariera dobiegała końca. Cztery lata temu zajął się strzelaniem z łuku tradycyjnego. Jego młodszy brat Beligto również brał udział w turnieju i też był reprezentantem Rosji. W ich rodzinie prawie wszyscy zajmowali się łucznictwem. Ojciec strzelał z łuku tradycyjnego, a starsza siostra ze sportowego. Jeździła na międzynarodowe zawody i odnosiła sukcesy. Najmłodszy brat też strzelał – jako nastolatek. Ale największe sukcesy osiągał właśnie Balżynima. Zaczął trenować w wieku dziesięciu lat. Wielkiego wyboru nie miał. W okolicy były tylko dwie sekcje. Dzieciaki, które chciały uprawiać sport, łapały za łuk albo szły na matę zapaśniczą.

 

Balżynima od dawna mieszka w Ułan Ude. Mimo to reprezentuje lokalny dacan z małej przygranicznej miejscowości Ust-Burguł. Niedaleko dacanu i pierwszego klubu, w którym trenował, leży maleńka wioska Ulegczyn. Tam się urodził. Takie miejsca Buriaci nazywają toonto, co dosłownie oznacza centrum świata, małą ojczyznę, miejsce narodzin, w którym z łona matki wypadło łożysko, gdzie odcięto i zakopano pępowinę. Toonto określa człowieka, jego tożsamość i przynależność. Kiedyś nawiązanie nowej znajomości zaczynało się od ustalenia, kto skąd pochodzi i czyim jest potomkiem. Często było to nawet ważniejsze niż imię.

Atmosfera na strzelnicy stawała się coraz swobodniejsza. Za bramami klasztoru wiatr unosił kolorowe baloniki, a nabożna powaga przegrywała z ludyczną wesołością. Słychać było krzyki dzieci i nawoływania dorosłych. Widzowie łazili, jak im się podobało i dokąd mieli ochotę. Nie wprowadzono żadnych ograniczeń związanych z bezpieczeństwem. Nie należy wchodzić na linię strzału, ale to oczywiste, wie o tym nawet dziecko, więc po co zawracać sobie głowę jakimiś specjalnymi obostrzeniami? Tuż obok siedziało kilku lekko wciętych facetów. Śpiewali rzewne buriackie pieśni i co chwila pokrzykiwali do któregoś z zawodników. W pewnej chwili ruszył w ich kierunku jeden z lamów. Będzie uciszać i przywoływać do porządku? Nic z tych rzeczy. Przywitał się i dołączył do grupy.

Przewodniczącego republiki Nagowicyna i lokalnych polityków dawno już nie było na stadionie, ale Ajuszejew i jego świta wciąż siedzieli na trybunie honorowej. Rozpoczynała się właśnie najciekawsza walka. Iwan Garmajew, gwiazda buriackich zapasów, po raz kolejny z rzędu bronił tytułu czempiona igrzysk itigełowskich w kategorii wagowej do siedemdziesięciu pięciu kilogramów. Po kilku chwilach mistrz powalił pretendenta. Uradowana spikerka obwieściła widowni:

– Iwan Garmajew, sławny syn Doliny Barguzińskiej, otrzymuje prawdziwie cesarską nagrodę, czterdzieści dwa barany!

Usiłowała powiedzieć coś jeszcze, ale za mikrofony chwycili mężczyźni zgromadzeni na trybunie sędziowskiej. Zaczęli się przerzucać dowcipami i komentarzami. W końcu jakaś zdenerwowana kobieta wyrwała jednemu z nich mikrofon i wrzasnęła, żeby się uciszyli, a najlepiej poszli wreszcie do domu. Część trybun zareagowała oklaskami i śmiechem. Ale tamci nie wypadli z roli.

– Tak to jest, jak się wpuści babę na zawody zapaśnicze!

Na trybunie sędziowskiej rozpoczęła się rywalizacja, kto naj­błyskotliwiej odetnie się pyskatej kobiecie. Zgromadzone nieopodal panie nie pozostawały dłużne. Trybuny co rusz wybuchały śmiechem. W końcu na scenę wkroczył sam Ajuszejew. Zszedł z trybuny honorowej, by uścisnąć dłoń Garmajewa. Postanowił pokazać, że to do niego zawsze należy ostatnie słowo, a jego riposty są najcelniejsze. Zaczął dialogować z rozbawionymi trybunami. Wreszcie podszedł do Garmajewa, cierpliwie stojącego z boku, i wdał się z nim w familiarną rozmowę. Chwalił go, dowcipkował, opowiadał o jego krewnych, których znał od lat. Oczywiście cały czas trzymał w ręku mikrofon, tak by wszyscy mogli usłyszeć, co ma do powiedzenia czempionowi.

Zaraz potem rozpoczęła się finałowa seria strzałów z łuku. Po półgodzinie wszystko stało się jasne. Bracia Cyrempiłowowie wygrali zawody, Balżynima zajął pierwsze miejsce, Beligto drugie. Starszy brat znów okazał się lepszy od młodszego. Zwycięzca zawodów łuczniczych miał otrzymać czterdzieści dwa barany. Nagroda za drugie miejsce wynosiła dwadzieścia jeden baranów. To nie najgorzej. Jeden młody baran kosztuje jakieś sześć, siedem tysięcy rubli, co oznacza, że tamtego dnia Balżynima i Beligto wspólnie zarobili niemal równowartość średniej trzyletniej buriackiej pensji. Barany wyślą na wieś, do rodziny, która dogląda ich stad.

Przez stadion niósł się krzyk podekscytowanej spikerki:

– Zwycięzcy otrzymają barany najczystszej buriackiej rasy buuze! Niech mnożą się i rosną stada naszych bohaterów, stada naszego narodu!

Igrzyska itigełowskie dobiegały końca. Gorący dzień zamienił się w chłodny, wietrzny wieczór. Widzowie powoli się rozjeżdżali. Na stadionie panował totalny bałagan. Przed główną bramą dacanu iwołgińskiego stała grupka ludzi i kilka prywatnych samochodów. Nikt nie wiedział, czy jeszcze odjadą stąd jakieś mikrobusy. Wolałem tego nie sprawdzać i wskoczyłem na czwartego do ruszającej taksówki. Wracałem do miasta, patrząc na migoczące światła usypiających przedmieść Ułan Ude. Festyn na cześć XII Pandito Chambo Lamy się skończył. Za rok odbędzie się kolejny. Potem przyjdzie następna rocznica powrotu „potężnego jogina” i wszystko się powtórzy. W myślach znajdowałem kolejne powody, żeby opowiedzieć więcej o tym człowieku. A przy okazji o kilku innych sprawach, które kryją się za jego nieruchomym obliczem.

Inne książki tego autora