Miasto biesów

Tekst
Z serii: Reportaż
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

W serii ukazały się ostatnio:

Jacek Hołub Żeby umarło przede mną. Opowieści matek niepełnosprawnych dzieci

Marcin Michalski, Maciej Wasielewski 81 : 1. Opowieści z Wysp Owczych (wyd. 2)

Grzegorz Szymanik, Julia Wizowska Długi taniec za kurtyną. Pół wieku Armii Radzieckiej w Polsce

Barbara Demick W oblężeniu. Życie pod ostrzałem na sarajewskiej ulicy (wyd. 2)

Paweł Smoleński Wnuki Jozuego

Dariusz Rosiak Żar. Oddech Afryki (wyd. 3)

Dionisios Sturis, Ewa Winnicka Głosy. Co się zdarzyło na wyspie Jersey

Marta Madejska Aleja Włókniarek (wyd. 2)

Grzegorz Stern Borderline. Dwanaście podróży do Birmy

Karolina Bednarz Kwiaty w pudełku. Japonia oczami kobiet (wyd. 2)

Jacek Hugo-Bader Biała gorączka (wyd. 4)

Kate Brown Czarnobyl. Instrukcje przetrwania

Ilona Wiśniewska Białe. Zimna wyspa Spitsbergen (wyd. 3 zmienione)

Liao Yiwu Prowadzący umarłych. Opowieści prawdziwe. Chiny z perspektywy nizin społecznych (wyd. 2)

Renata Radłowska Nowohucka telenowela (wyd. 2 zmienione)

Aleksandra Boćkowska Można wybierać. 4 czerwca 1989

Agnieszka Rybak, Anna Smółka Wieża Eiffla nad Piną. Kresowe marzenia II RP (wyd. 2)

Jacek Hugo-Bader W rajskiej dolinie wśród zielska (wyd. 3)

Marta Sapała Na marne

Piotr Lipiński Gomułka. Władzy nie oddamy

Karolina Przewrocka-Aderet Polanim. Z Polski do Izraela

Marcin Kącki Białystok. Biała siła, czarna pamięć (wyd. 3)

Lars Berge Dobry wilk. Tragedia w szwedzkim zoo

Ojczyzna dobrej jakości. Reportaże z Białorusi, pod red. Małgorzaty Nocuń

Jelena Kostiuczenko Przyszło nam tu żyć. Reportaże z Rosji

Jacek Hołub Niegrzeczne. Historie dzieci z ADHD, autyzmem i zespołem Aspergera

Lene Wold Honor. Opowieść ojca, który zabił własną córkę

Małgorzata Sidz Kocie chrzciny. Lato i zima w Finlandii

Wolfgang Bauer Nocą drony są szczególnie głośne. Reportaże ze stref kryzysu

Filip Skrońc Nie róbcie mu krzywdy

Karolina Baca-Pogorzelska, Michał Potocki Czarne złoto. Wojny o węgiel z Donbasu

Maciej Wasielewski Jutro przypłynie królowa (wyd. 2)

Anna Sulińska Wniebowzięte. O stewardesach w PRL-u (wyd. 2)

Anna Sulińska Olimpijki

Wojciech Górecki, Bartosz Józefiak Łódź. Miasto po przejściach

Lidia Ostałowska Farby wodne (wyd. 2)

Peter Pomerantsev Jądro dziwności. Nowa Rosja (wyd. 2)

W serii ukażą się m.in.:

Swietłana Aleksijewicz Ostatni świadkowie. Utwory solowe na głos dziecięcy (wyd. 2)

Ilona Wiśniewska Hen. Na północy Norwegii (wyd. 2)

Patrick Radden Keefe Cokolwiek powiesz, nic nie mów. Zbrodnia i pamięć w Irlandii Północnej

Albert Jawłowski
Miasto biesów
Czekając na powrót cara


Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.


Projekt okładki Agnieszka Pasierska / Pracownia Papierówka

Projekt typograficzny i redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Fotografia na okładce © by Donat Sorokin / Getty Images

Copyright © by Albert Jawłowski, 2020

Opieka redakcyjna Przemysław Pełka

Redakcja Wojciech Adamski

Korekta Iwona Łaskawiec, Kamila Zimnicka

Skład Małgorzata Poździk / d2d.pl

ISBN 978-83-8191-083-5

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

Spis treści

Seria

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

1 Nocne rozmowy w psychuszce

2 Człowiek z betonu

3 Centrum liberalnych bylin

4 Usłyszeliśmy was, Nikito Siergiejewiczu

5 Siedem dni stworzenia

6 Rosyjska Golgota

7 Patriarsze skriepy

8 Z wizytą u państwa Romanowów

9 Żołnierzyki na kredowym papierze

10 Prawnuk kucharza i jego wrogowie

11 Kosmokrator i odkupiciel

12 Na rozkaz tajnych sił

13 Szaleństwa „kruchej dziewczynki”

14 Męczennicy i dobroczyńcy

15 Dzień czekisty

16 Wokół kłamstwo, zdrada i tchórzostwo

17 Układ odpornościowy

18 Miasto biesów

Podziękowania

Bibliografia

Kolofon

1 Nocne rozmowy w psychuszce

– Obudźcie wszystkich. Trzeba zejść do piwnicy – zakomenderował Jakow Jurowski.

– Co się stało? – zdziwił się zaspany doktor Jewgienij Botkin.

– W mieście niespokojnie. Możliwy napad anarchistów na dom – odpowiedział powściągliwie Jurowski.

– Dobrze – Botkin kiwnął głową.

Zaufany lekarz carskiej rodziny cofnął się w głąb pokoju i zamknął za sobą drzwi. Jurowski wymienił spojrzenia z siedzącym w korytarzu wartownikiem. Kędzierzawy chłopak ściskał w dłoniach karabin. Nocną ciszę rozpraszało monotonne tykanie ściennego zegara. Jurowski starał się zachować spokój, ale pod maską chłodnego służbisty skrywał podniecenie. Niecierpliwie przechadzał się w półmroku korytarza. Nie mógł i nie chciał się wycofać. Zbyt długo czekał na tę chwilę.

Tymczasem wyrwani ze snu więźniowie domu inżyniera Ipatjewa powoli schodzili się do salonu. Przy długim stole byli już kamerdyner Aleksy Trupp, kucharz Iwan Charitonow i pokojówka Anna Demidowa. Cesarzowa Aleksandra schowała twarz w dłoniach i oparła się o kredens. Młode księżne Olga, Tatiana i Maria apatycznie patrzyły przed siebie. Nastoletnia Anastazja, najmłodsza z sióstr Romanowych, tuliła małego pieska. Nie rozstawała się z nim od kilku miesięcy.

Wreszcie zjawił się ojciec. Mikołaj wniósł na rękach schorowanego syna Aleksego. Posadził go na krześle. Dopinając guziki skromnej żołnierskiej gimnastiorki, przywitał się ze służbą, usiadł przy stole i zapalił papierosa. Ścienny zegar wybił drugą.

Do salonu wszedł Jurowski. Spojrzał na zebranych i nienaturalnie spokojnym, służbowym tonem zwrócił się bezpośrednio do Mikołaja.

– Proszę pójść za mną – nie czekając na odpowiedź, ruszył w kierunku przeciwległych drzwi. Mikołaj wstał i podniósł z krzesła słabowitego syna. Cesarzowa bez słowa udała się za mężem. Za nią poszły córki i służba. Ostatni opuścił salon doktor Botkin.

W milczeniu zeszli do piwnicy. W dole posępnym spojrzeniem przywitał ich wysoki, dobrze zbudowany czekista o szerokiej szczęce i turecko-semickich rysach twarzy. Szli w głąb, mijając stare meble i nikomu niepotrzebne graty. W końcu korytarza czuwał jeszcze jeden wartownik. Na ich widok zerwał się na równe nogi. Wąsaty, chłopski syn niepewnym wzrokiem przyglądał się Romanowom wchodzącym do jaśniejącej bladym światłem sutereny.

– Dlaczego nie ma krzeseł? – zapytała cesarzowa. – Czyżby nie wolno było usiąść?

 

– Przynieś dwa krzesła – Jurowski wydał wąsaczowi krótkie polecenie, po czym wyszedł na korytarz i szybkim krokiem udał się do sąsiedniego pomieszczenia. Tam, w kłębach papierosowego dymu, czekał niewielki oddział.

– Już pora, idziemy.

– Isztwan i ja nie będziemy strzelać do dziewcząt – mruknął z obcym akcentem jeden z żołnierzy.

Nie było czasu na awantury. Jurowski odwrócił się na pięcie, wyjrzał na korytarz.

– Nikulin i ty! Do mnie! Weźcie ich nagany – wydał rozkaz i wyszedł, nie czekając na odzew. Tuż za nim rozległ się stukot żołnierskich butów. Przed drzwiami sutereny Jurowski zatrzymał się na chwilę. Sięgnął po rewolwer i jeszcze raz sprawdził, czy jest naładowany.

– Przygotować broń… Celujcie w serce – dodał po cichu i otworzył drzwi na oścież. – Stańcie w szeregu! – huknął.

– Gdzie? – zapytał zaskoczony doktor Botkin.

– Tu – Jurowski wskazał na przeciwległą ścianę – w szeregu!

Aleksandra i Aleksy nie ruszyli się z krzeseł. Obok nich stał Mikołaj. Aleksandra chwyciła syna za rękę. Dziewczęta niepewnie patrzyły na Jurowskiego, Anastazja wciąż tuliła małego, łaciatego pieska. Kamerdyner Trupp i kucharz Charitonow usunęli się w kąt.

Jurowski i Mikołaj spojrzeli sobie prosto w oczy.

– Wasi krewni w Europie kontynuują natarcie na sowiecką Rosję… – Jurowski zaciął się w pół zdania, ale szybko zebrał się w sobie – …Uralska Rada postanowiła was rozstrzelać.

– Co? – szepnął Mikołaj. W odpowiedzi rozpętała się chaotyczna palba. Carewicz Aleksy zsunął się z krzesła. Nad jego głową fruwało pierze z przestrzelonych poduszek. Jurowski stanął nad nim, spojrzał i dobił go jednym strzałem.

Właśnie tak wyglądał koniec dynastii Romanowów… w filmie fabularnym Karena Szachnazarowa.

Premiera filmu Carobójca odbyła się w maju 1991 roku. Chudsowiety, czyli rady artystyczne spełniające funkcje cenzorskie, przestały istnieć w trakcie kręcenia zdjęć. Nigdy wcześniej publiczność radzieckich kin nie miała okazji obejrzeć tak detalicznie zrekonstruowanej egzekucji ostatniego rosyjskiego cara i jego rodziny.

O samym filmie mało kto dzisiaj pamięta, ale scena rozstrzelania Romanowów od dawna żyje własnym życiem. Jest kopiowana, przemontowywana, puszczana w obieg w amatorskich produkcjach i teledyskach samoróbkach. Reportaże, rocznicowe artykuły, filmy dokumentalne i programy telewizyjne odtwarzają wydarzenia nocy z 16 na 17 lipca 1918 roku w podobny sposób. Czasem można odnieść wrażenie, że ich autorzy opisują niemal jeden do jednego reżyserską wizję Szachnazarowa.

Ekipa filmowa solidnie przygotowała się do nakręcenia scen pokazujących ostatnie dni życia Romanowów. Na planie zdjęciowym skrupulatnie zrekonstruowano jekaterynburski dom inżyniera Ipatjewa, w którym od kwietnia do połowy lipca 1918 roku przetrzymywano carską rodzinę i jej osobistą służbę. Scenografowie otoczyli dom wysokim, podwójnym płotem z desek – podobnym do tego, który widać na kilku zachowanych archiwalnych fotografiach. Wnętrza zaprojektowano na podstawie planów domu i innych informacji dotyczących rozmieszczenia pokojów, piwnicy, schodów, korytarzy i okien. Samą scenę rozstrzelania odtworzono na podstawie wydanych poza granicami ZSRR opracowań dokumentacji sporządzonej przez grupę dochodzeniową śledczego sądu okręgowego w Omsku – Mikołaja Sokołowa.

Jesienią 1918 roku biali wyparli bolszewików z centralnego Uralu. Sokołow i jego ludzie mogli bez przeszkód rozpocząć śledztwo w Jekaterynburgu. W krótkim czasie ustalili całkiem sporo faktów. Ślady były jeszcze świeże, a z dotarciem do świadków też nie mieli większego problemu. Zdołali określić prawdopodobne miejsce ukrycia szczątków ofiar. Zebrane informacje wskazywały na okolice leśnych szybów kopalnianych nieopodal Jekaterynburga.

Grupa Sokołowa nie zdążyła odnaleźć ciał. Dochodzenie po kilku miesiącach przerwało bolszewickie kontrnatarcie. Śledczy musieli ewakuować się razem z ustępującymi na Syberię wojskami Aleksandra Kołczaka. Nie ma poważniejszych powodów, żeby ich ustalenia traktować sceptycznie. Wersja wydarzeń przedstawiona przez zespół Sokołowa współgra również z tym, co miał zrelacjonować sam komendant ochrony ipatjewskiego domu i dowódca grupy egzekucyjnej Jakow Jurowski.

Światową opinię publiczną niedługo po zabójstwie zaczęto epatować doniesieniami o cudownie uratowanych członkach carskiej rodziny. Snuto rozmaite fantastyczne teorie, włącznie z tą, że egzekucja była wielką mistyfikacją. Przez kolejne dekady kręcono filmy, pisano książki, publikowano niezliczone prace i artykuły na ten temat. Unosząca się nad zbrodnią atmosfera mrocznej tajemnicy od stu lat rozpala ludzką wyobraźnię. Zabójstwo Romanowów stało się wciąż opowiadanym od nowa, popkulturowym evergreenem. Tak jak katastrofa Titanica czy zagadki templariuszy.

Dla Rosjan okoliczności zabójstwa ostatniego cara są oczywiście czymś znacznie więcej niż kolejnym fascynującym dreszczowcem, w którym wyestetyzowana zbrodnia zaleca się do publiczności eleganckimi dekoracjami z końca epoki maszyny parowej. U progu lat dziewięćdziesiątych XX wieku filmowa opowieść o mordzie założycielskim sowieckiego państwa miała potencjał, by stać się kolejnym przyczynkiem szerokiej dyskusji nad istotą komunistycznego reżimu, nad represjami, zsyłkami, stosowaniem zasady odpowiedzialności zbiorowej, unicestwianiem całych rodzin. Mogła przenieść ją poza dotychczas wąskie grono dysydenckiej inteligencji i nieliczną grupę czytelników krążących z rąk do rąk samizdatów.

Temat był mocny i na czasie. Miał w sobie niemal wszystko, by stać się festiwalowym i frekwencyjnym sukcesem. Na to z pewnością liczył Szachnazarow. Udało się skompletować obsadę dającą filmowi szansę na międzynarodowy rezonans. Do zagrania roli Jurowskiego w ostatniej chwili pozyskano samego Malcolma McDowella.

Brytyjski gwiazdor miał już najlepsze lata za sobą, ale wciąż otaczała go aura specjalisty od niebanalnych, wielowymiarowych ról czarnych charakterów. Mimo upływu lat światowa widownia dobrze pamiętała brutalnego i czarującego chuligana Alexa DeLarge’a, którego McDowell zagrał u Stanleya Kubricka w ekranizacji Mechanicznej pomarańczy. Sowiecka publika znała go przede wszystkim dzięki chałupniczej dystrybucji kaset wideo, zwłaszcza jako odtwórcę głównej roli w filmie Kaligula. W roli Mikołaja II Szachnazarow obsadził nietuzinkowego radzieckiego amanta Olega Jankowskiego. W ten sposób demonicznie urokliwy McDowell stanął oko w oko z nieco melancholijnym, błyskotliwym Jankowskim.

Dla lepszego efektu Szachnazarow zaplątał fabułę w dwa wymiary czasowe. McDowell wcielił się nie tylko w Jurowskiego, ale i w tajemniczego Timofiejewa, cierpiącego na rozdwojenie jaźni pacjenta szpitala psychiatrycznego, rojącego sobie, że jest mordercą rosyjskich carów – Mikołaja II i jego dziada Aleksandra II. Tymczasem Jankowski zagrał Mikołaja II, a przy okazji lekarza psychiatrę Smirnowa, nowo zatrudnionego w szpitalu, w którym od lat leczył się Timofiejew. W ten sposób historia zabójstwa ostatniego rosyjskiego cara trafiła do wnętrza kliniki psychiatrycznej.

Psychiatra Smirnow to umęczony życiem facet po przejściach. Prowincjonalny szpital, w którym podejmuje pracę i szuka ucieczki przed życiowymi zawirowaniami, znajduje się na terenie dawnego prawosławnego monastyru. Oczywiście nie przypadkiem. Bo nic w tej filmowej opowieści, zanurzonej w wielopiętrowym symbolizmie i dialogach wykuwanych w ciężkim granicie, nie dzieje się przypadkiem.

Smirnow zaczyna spotykać się po nocach z cierpiącym na rozdwojenie jaźni Timofiejewem. Pod wpływem rozmów z pacjentem stopniowo nabiera podejrzeń, że nie jest pierwszym lepszym lekarzem psychiatrą, tylko carem Mikołajem II we własnej osobie. W półmroku szpitalnego gabinetu Timofiejew vel Jurowski wyjaśnia mu, dlaczego musiał go zabić. A w kulminacyjnym momencie filmu rozgrywa się pieczołowicie odtworzona scena egzekucji cara Mikołaja Romanowa i jego najbliższych. Oprawcy w strugach deszczu wywożą ciała ofiar w ciemną leśną knieję. Potem widzimy również tragiczny koniec zmaltretowanego życiowym kryzysem psychiatry Smirnowa.

Tak zwany zwykły widz najwyraźniej ugrzązł w gęstym sosie mistyki, cytatów z babilońskich mitów, okultystycznych symboli i wszelkich najgłębszych prawd, których prostym umysłem pojąć nie sposób. Widz dowiedział się przy okazji, że strzelanie z nagana do dziewcząt tulących puszyste pieski jest głęboko metafizycznym wydarzeniem, a car świadomie oddał życie w imię wyższego dobra, więc ktoś powinien się pokajać, ale nie do końca wiadomo kto i przed kim. Po czym chyłkiem zmył się z kin.

Na początku lat dziewięćdziesiątych Carobójcę wyświetlano przy pustawych salach i dość szybko wycofano z dystrybucji. Mniej więcej w tym samym okresie część duchowieństwa odradzającej się rosyjskiej Cerkwi zaczęła głosić konieczność obrachunku z najnowszą historią i powszechnej pokuty. Idea ogólnonarodowego pokajania nie przyniosła ani wspólnotowego katharsis, ani poważniejszego namysłu nad totalitarną przeszłością. Częściowo obumarła, a w ciemniejszych zakamarkach Cerkwi przepoczwarzyła się w polityczno-religijne sekciarstwo.

Z czasem odbudowa duchowej tożsamości, moralności i tradycyjnej kultury stała się głównym hasłem państwowej propagandy. Wyobrażona historia mocno wykręciła ręce teraźniejszości, a mętna metafizyka i duszna historiozofia wymościły sobie wygodne miejsce w ideologicznym mainstreamie.

Reżyser Szachnazarow miewa się dziś całkiem nieźle. Produkuje kolejne filmy i seriale współfinansowane przez Ministerstwo Kultury. Regularnie bryluje w wielogodzinnych propagandowych tokszołach. Przekrzykuje się z kilkoma innymi gadającymi głowami, które w niezmiennym składzie krążą między tymi samymi studiami telewizyjnymi. Baja o geopolityce, radzieckiej potędze, wielkości rosyjskiego imperium, kijowskiej juncie, ropie, gazie i światowej zakulisie. Potępia tych, którym należy się potępienie, a chwali tych, którym należy się pochwała.

2 Człowiek z betonu

Jeszcze niedawno wściekłe czerwcowe burze szarpały parasolami sezonowych piwiarni, a zmoknięci kibice wlewali w siebie piwo z plastykowych kubków. W mieście największą furorę zrobili Peruwiańczycy. Rozigranym korowodem przetoczyli się przez ulice i fanzony. Dudnili na bębnach, tańczyli, śpiewali, cykali sobie fotki. Bratali się z miejscowymi kibicami Uralu Jekaterynburg, wpadali im w objęcia, radośnie pokrzykując „E viva Rusia, e viva Putin!”. Pojawili się i zniknęli jak intensywny czerwcowy deszcz. Potem nad miastem zawisł parny lipcowy smog. Do zakończenia piłkarskich mistrzostw świata zostało jeszcze kilka dni, ale jekaterynburski stadion opustoszał.

Nad aleją Lenina wciąż górowało kolorowe logo „FIFA World Cup Russia 2018”. Tuż obok trzej Tadżycy rozlepiali nowy outdoorowy afisz. Spod wałków ubabranych klejem powoli wyłonił się napis: „Stulecie zwycięskiego czynu świętej carskiej rodziny”. Wreszcie ostatni papierowy rulon rozwinął się do końca. Tu i ówdzie ciekła szarobiała kleista maź, ale wielkoformatowy plakat dokładnie przywierał do powierzchni billboardu.

Teraz widać było cały program Międzynarodowego Festiwalu Kultury Prawosławnej „Carskie Dni”. Prawie dwa tygodnie koncertów, odczytów, okolicznościowych nabożeństw, spotkań modlitewnych, wieczorków poetyckich i promocji książek. Na noc z 16 na 17 lipca zaplanowano masową procesję. Miała wyruszyć z centrum Jekaterynburga, dokładnie w stulecie historycznego mordu na Romanowach.

Tadżycy zapalili papierosy. Przez chwilę przyglądali się efektom swojej pracy. W końcu jeden z nich sięgnął po telefon i sfotografował billboard. Dwaj pozostali zabrali się do składania wiader i drabin. Ten z telefonem poszedł w kierunku skrzyżowania alei Lenina z ulicą Czerwonoarmiejską. Strzelił fotkę wiszącej od ponad godziny ogromnej reprodukcji fotografii rodzinnej Romanowów. Na moment podniósł głowę znad telefonu i wbił wzrok w nienagannie umundurowanego Mikołaja Romanowa.

Jego Wysokość siedział w wygodnym fotelu. O jego ramię opierała się cesarzowa Aleksandra. Wokół rodziców uśmiechała się gromadka dzieci, cztery córki i synek. Wyglądało to całkiem nieźle. Tadżyk przeniósł wzrok na kolejny billboard. Sfotografował reklamę atrakcyjnych sprzętów gospodarskich oferowanych w promocyjnych cenach przez sieć sklepów AGD „Eldorado”. Fachowym wzrokiem taksował to Romanowów, to wiszące obok nich żelazka. Wreszcie zaczął stukać palcami w ekran telefonu. Najwyraźniej wysyłał zdjęcia w dowód skończonej roboty.

 

Romanowowie nie zwracali uwagi na zadowolonego Tadżyka. Nie obchodziły ich ani supertanie żelazka, ani jedyne w swoim rodzaju wielofunkcyjne miksery. Dostojnie trwali z nieruchomymi uśmiechami. To nawet lepiej, że nie rozglądali się na boki. Gdyby jakimś cudem mogli spojrzeć w prawo, to z pewnością dojrzeliby monumentalną sylwetkę Jakowa Swierdłowa, przewodniczącego bolszewickiego Wszechrosyjskiego Centralnego Komitetu Wykonawczego.

Przed stu laty to właśnie Swierdłow miał przekazać informację, że los Mikołaja II i jego najbliższych zależy od decyzji miejscowych czekistów. Trudno przypuszczać, żeby centrala pozwoliła prowincjonalnym czekistowskim watażkom decydować samodzielnie o życiu i śmierci ostatniego rosyjskiego cara. Uralscy towarzysze pojęli bez najmniejszych wątpliwości, co oznacza owa zawoalowana wiadomość. Kilka dni później Romanowowie już nie żyli.

Zastygły na kamiennym cokole Swierdłow nie patrzył na Romanowów. Spojrzenie kierował daleko przed siebie, w głąb alei Lenina. Wytężając wzrok, mógłby sięgnąć aż do tamy na rzece Iset. A kto wie, może nawet do znajdującego się nieco dalej placu 1905 Roku i stojącego w jego centrum spiżowego Włodzimierza Iljicza. Przed oczami miał jednak sznur samochodów, zakorkowanych w centralnej śródmiejskiej arterii.

Cisnących po klaksonach, spoconych kierowców nie interesowały ani carska rodzina, ani supertanie sprzęty kuchenne. Swierdłow tym bardziej nie robił na nich wrażenia. Tkwił tu już wystarczająco długo, żeby do niego przywyknąć. A nawet go polubić. Wyglądał przecież całkiem sympatycznie. Jak dobry wujaszek, który wyprowadził psa na spacer i przystanął na skwerku między reprezentacyjnym gmachem Jekaterynburskiego Państwowego Akademickiego Teatru Opery i Baletu a przyciężkim, neoklasycystycznym budynkiem Instytutu Nauk Humanistycznych i Sztuki Uralskiego Uniwersytetu Federalnego.

Kilka lat temu z okazji końca roku akademickiego jekaterynburscy studenci przebrali go w płócienną togę i włożyli mu na głowę uniwersytecki biret. Prezentował się w nim naprawdę uroczo, jak stary kochany profesor. Może trochę zwariowany, ale zarażający studentów entuzjazmem. Trudno uwierzyć, że ów przemiły człowiek w drucianych okularach na nosie i z wiatrem we włosach w rzeczywistości był zamkniętym w sobie fanatykiem. Kimś, kto zdobywał posłuch nie ujmującym charakterem, tylko tępą przemocą i brakiem skrupułów wobec każdego, kogo uznał za przeszkodę w drodze do celu.

Współczesny Jekaterynburg to miasto sklecone z niepasujących do siebie elementów, z puzzli wyjętych z różnych zestawów. Pełne sprzeczności, porozrywane głębokimi szczelinami. Teoretycznie niemożliwe. A jednak owe nieprzystające fragmenty na co dzień tworzą spójną całość. Jak to możliwe?

Długo rozmawiałem na ten temat z Aleksiejem Iwanowem, pisarzem mocno osadzonym w tutejszych klimatach. Aleksiej wychował się w Permie, ale przedreptał niemal wszystkie zakątki Uralu, Powołża i zachodniej Syberii. Opisuje je realistycznie, reportersko, to znów wymyśla dla nich fantastyczne, baśniowe fabuły. Jakiekolwiek formy i gatunki by stosował, to zazwyczaj nie oddala się zbyt daleko od uralskiego „kręgosłupa Rosji”, regionu znaczącego wyimaginowaną, nieistniejącą poza atlasami geograficznymi granicę między Europą Wschodnią i północno-zachodnią Azją.

– Wiesz, wielu ludzi interesuje się tym, jak to możliwie, że obok pomników morderców mogą znajdować się miejsca upamiętniające ich ofiary – Aleksiej wyraźnie ożywił się, mówiąc o przestrzeni i krajobrazie Jekaterynburga, miasta, któremu niedawno poświęcił jedną ze swoich książek. – Mnie też długo to zastanawiało. Tymczasem sprawa wydaje się dość prosta. Wbrew pozorom w Rosji mało kto zastanawia się nad sensem tego, co robi. Potem ktoś usiłuje nadawać temu jakieś znaczenie, coś uzasadniać. Najczęściej tylko po to, by doraźnie na tym zyskać. Właśnie z tego rodzi się nie tylko dzisiejsza ideologia, ale w ogóle rzeczywistość. Z uzasadniania spraw, które pierwotnie nie miały żadnego przemyślanego sensu, z nadawania banalnej głupocie pozorów głębokiego zamysłu, jakiegoś strategicznego planu, który rzekomo leży u jej podstaw.

– Na przykład tutaj w Jekaterynburgu była ulica Kraula. To, skąd wzięła się jej nazwa, bardzo wiele wyjaśnia – Aleksiej mówił dalej. – Ludzie oczywiście nie wiedzą, co to za jeden, ten cały Kraul. Co tam ludzie, tego nie wiedzieli nawet historycy i krajoznawcy. Nikt nie miał pojęcia, cóż takiego zrobił ów Kraul, że aż uczczono jego pamięć nazwą ulicy. No i w końcu ktoś zorientował się, że kiedyś ta ulica nazywała się Krasnaja Ulica. Na starym planie miasta zmieścił się tylko skrót nazwy, Kra. Ul. Kiedy w latach dwudziestych ubiegłego wieku powstawał kolejny plan miasta, jakiś mało rozgarnięty kartograf napisał po prostu KraUl. Już bez kropek. No i poszło. Do ulicy przylgnęło imię jakiegoś nikomu nieznanego Kraula, który tak naprawdę nigdy nie istniał. Tyle że to i tak nie ma znaczenia, bo ludzi to nie interesuje. Co za różnica kim był jakiś tam Kraul? Albo Jurowski czy Swierdłow? Dlatego ulica Carska może w tym mieście łączyć się z ulicą Dzierżyńskiego. Ludzie mają to gdzieś.

– Tu nie ma jakiejś szczególnej, bardzo przemyślanej intencji, jakiegoś z góry przyjętego planu – rozkręcał się Aleksiej. – To bałagan w głowach ludzi, którym wszystko zwisa. Bałagan w umysłach władzy, która nie chce się na nic zdecydować. Nawet na to, do jakiego porządku chce się odwoływać. Do Imperium Rosyjskiego? Do Związku Radzieckiego? Do rynkowej fali, która poniosła ludzi władzy w latach dziewięćdziesiątych? Te wszystkie nazwy ulic, placów, stojące tu pomniki…, cały ten bajzel nie jest efektem jakiegoś strategicznego działania czy genialnej ponowoczesnej kreacji. Oczywiście władza lubi dawać do zrozumienia, że wszystko zależy od niej, że nad wszystkim ma kontrolę, wszystko jest wynikiem jej tajemniczych działań. Bo wtedy ludzie zaczynają ją uważać za wszechpotężną. Ale to raczej nieprawda. W gruncie rzeczy oni sami nie mają pojęcia, jak ten tworzony przez nich świat miałby wyglądać. Widzą tylko to, co mają przed nosem i nic więcej. A z tym na razie radzą sobie znakomicie – zakończył Aleksiej.

Pomnikowy Swierdłow stojący w centrum Jekaterynburga wygląda na znacznie starszego niż ten rzeczywisty. Realny Swierdłow nie dożył trzydziestu czterech lat i nie przeżył Romanowów nawet o rok. W marcu 1919 roku wykończyła go epidemia hiszpanki. Według innych wersji został ciężko pobity przez rozwścieczonych robotników, kiedy po drodze z Charkowa na moskiewski zjazd partii zatrzymał się w Orle. Miejscowi proletariusze ponoć wykrzykiwali przy tym antysemickie hasła. Swierdłow ostatkiem sił dotarł do stolicy na zjazd, ale już się nie pozbierał. Komuniści zrobili ponoć wszystko, żeby sprawę zamieść pod dywan. No bo jak by to wyglądało? Antysemicka klasa robotnicza własnymi rękami morduje wodzów rewolucji…

Krąży wiele innych, jeszcze bardziej sensacyjnych wersji jego śmierci. Swierdłowa mieli zabić pazerni towarzysze, którzy chcieli zrabować przechowywany przez niego majątek partyjny. A przy okazji wyeliminować go z walk frakcyjnych przed zjazdem. Mówi się również o czarnej magii, klątwach i udziale innych sił nadprzyrodzonych. Tak czy owak, Swierdłow zajął należyte miejsce w rewolucyjnym panteonie, a jego ciało pochowano pod murami Kremla. Na cześć zasłużonego towarzysza, w 1924 roku Jekaterynburg przemianowano na Swierdłowsk.

Przemysłowe miasto imienia Jakowa Swierdłowa rozwijało się w szybkim tempie. Osiedlały się w nim kolejne fale ludzi ściągających do pracy w potężnych fabrykach i kombinatach centralnego Uralu. Na przedmieściach rozrastały się industrialne strefy, w których produkowano czołgi, wozy pancerne, wagony, samochody ciężarowe. Wreszcie, w drugiej połowie lat sześćdziesiątych, miasto przekroczyło liczbę miliona mieszkańców.

W tamtej epoce Swierdłowsk nie widywał obcokrajowców, może z wyjątkiem grupki mongolskich studentów czy nielicznych pracowników czechosłowackiej Skody, współpracujących z zakładami Uralmasz. Fabryczne wyziewy i granicząca z paranoją czujność przez długie dekady unosiły się nad przemysłową aglomeracją. Wewnątrz miasta tworzono zamknięte strefy, takie jak Uralskie Centrum Naukowe, odcięte od pozostałych dzielnic mieszkalno-przemysłowych. Zwożonych tu inżynierów i konstruktorów izolowano od pozostałych mieszkańców.

Swierdłowsk potrafił na swój sposób oddychać ciężkim przemysłowym powietrzem. Nie dał się zamienić w nieme skupisko ciągnących się kilometrami żelbetonowych ogrodzeń, kombinatów, kominów, zakazanych industrialnych stref i wsobnych osiedli. Milionowe miasto stopniowo stawało się centrum kulturalnym emanującym daleko poza Ural. Czuło się tutaj obecność licznej inteligencji, najczęściej o rodowodzie chłopskim i robotniczym. Gmachy swierdłowskich uczelni opuszczały kolejne roczniki inżynierów, architektów, muzyków, plastyków i humanistów. Zaczęto wydawać pismo literackie „Ural”, które zdobyło ogólnokrajową rozpoznawalność. Otwierano kolejne teatry i sale koncertowe. Pojawiały się również niszowe miejsca. Z restauracji Ocean ostrożnie i nie za głośno sączył się grany na żywo jazz. W domu kultury Automobilista działał dyskusyjny klub filmowy, w którym od czasu do czasu pozwalano sobie na swobodniejszą wymianę zdań.

Kultura podporządkowana władzy i jej celom z czasem zaczęła przebijać się przez sztywny gorset instytucjonalnej kontroli. Już w głębokich latach siedemdziesiątych w podswierdłowskiej wiosce Wołyny powstał pierwszy na Uralu niezależny kolektyw malarski. Dekadę później publikę domów kultury i kameralnych koncertów w prywatnych mieszkaniach rozgrzeje rockowa nowa fala. Ogólnokrajową sławę zyskają legendarni uralscy muzycy, z grupą Nautiłus Pompilus i Wiaczesławem Butusowem na czele. Czasy się zmieniały, ale spiżowy Swierdłow niewzruszenie trwał na kamiennym cokole. Jego rozgrzane czoło, jak igła kompasu, niezmiennie orientowało się zgodnie z prostą linią alei Lenina, ku rzece Iset i rozległemu śródmiejskiemu zalewowi.

W epoce Breżniewa urządzono nad Isetem kilka sympatycznych parków i skwerów. Zielone, przewiewne przestrzenie i sporych rozmiarów akwen do dziś działają jak naturalny respirator przywracający oddech zduszonemu smogiem przemysłowemu miastu. Nawet najgorętsze dni są łatwiejsze do zniesienia, kiedy przyjemny wilgotny powiew delikatnie połaskocze nos zapachem wody, trawy, drzew i dzikich krzaków.

Letnimi wieczorami bulwary nad miejskim zalewem na Isecie zapełniają się ludźmi. Wzdłuż nabrzeżnego deptaka ciągną się kawiarenki i lodziarnie. Gdzieniegdzie parkują food tracki z kanapkami i kawą w papierowych kubeczkach. Schodzą się tu stateczne rodziny z dziećmi. Nieco speszone pary przeżywają pierwsze randki, co jakiś czas uskakując przed rozpędzonymi rolkowcami albo mamilami na wypasionych rowerach. Grupki małolatów kręcą się bez celu, bo żaden cel nie jest im potrzebny, bez niego czują się znacznie lepiej. Wystrojone dziewuszki wpatrują się w komórki i cykają kolejne selfiaki. Tu i tam słychać trzask deskorolek, a z pobliskiego przejścia podziemnego dobiega dudnienie perkusji i rzężenie elektrycznej gitary podłączonej do przenośnego piecyka.

Inne książki tego autora