Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Wydawca ADAM PLUSZKA

Redaktorka prowadząca AGNIESZKA RADTKE

Redakcja KAROLINA WĄSOWSKA

Korekta MAŁGORZATA KUŚNIERZ, JAN JAROSZUK

Projekt okładki i stron tytułowych ANNA POL

Łamanie | manufaktu-ar.com


Fragment wiersza Nieobecna dusza z tomu Lament na śmierć Ignacia Sáncheza Mejíasa Federica Garcíi Lorki w przekładzie Jarosława Marka Rymkiewicza


Copyright © by Ałbena Grabowska

Copyright © by Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2019


Warszawa 2019

Wydanie pierwsze


ISBN 978-83-66335-28-8


Wydawnictwo Marginesy Sp. z o.o.

ul. Mierosławskiego 11A

01-527 Warszawa

tel. 48 22 663 02 75

e-mail: redakcja@marginesy.com.pl

www.marginesy.com.pl


Konwersja: eLitera s.c.

Najbliższym



 
Nie zna cię teraz byk ani figowiec,
ani konie, ani mrówki twego domu.
Nie zna cię dziecko ani popołudnie,
teraz jesteś na zawsze umarły.
 
Federico García Lorca, Nieobecna dusza


LILA

Ojciec zmarł przy moim porodzie czterdzieści lat temu. Wyszedł po papierosy, bo nie mógł znieść jęków matki dochodzących zza zamkniętych drzwi porodówki, i wpadł pod samochód. Czy zginął przez nadmierną wrażliwość, czy też przez jej brak? Nie wiem. Pewne jest tylko to, że wraz z nim bezpowrotnie odszedł ostatni pierwiastek męski z naszego domu.

Gdy nieświadomy kierowca uderzał w mojego ojca, wyrzucając jego ciało na kilka metrów w górę i pozbawiając je butów, moja matka zaczęła odczuwać bóle parte. Wyskoczyłam po jednym skurczu niczym korek, tak że ledwo mnie złapali. Słyszałam to w każde urodziny. Dziwne, że szturmowałam matczyny korytarz przez czternaście godzin, a wyszłam na świat w czternaście sekund. Południe, powiedział lekarz, który przyszedł mnie zbadać. Taki wpisali czas urodzenia.

Dwunasta, wpisał milicjant w akt zgonu, skoro kierowca zapewniał, że kiedy ojciec uderzył w maskę, właśnie grali w radio hejnał. Swoją drogą, to dziwne zginąć w południe, dodał. Godzina dobra jak każda inna, powiedział lekarz, którego wezwano na miejsce, chociaż nie miał już nic do roboty. Nie musiał ratować życia czy coś takiego. Ja tam się cieszę, że nie czwarta nad ranem. To najgorsza godzina na umieranie, burknął jeszcze, mimo że milicjant go nie słuchał. To też mi opowiadano każdego roku i aż do tej chwili nie przyszło mi do głowy pytanie: skąd o tym wiecie, przecież nie było was przy tym. „Wy” to moja matka, babcia i prababcia.

Co zrozumiałe, przekazanie matce hiobowych wieści stanowiło nie lada kłopot. Mną się nie przejmowano, co mnie nie dziwi. Tkwiłam w beciku i nie czułam smutku. Może poród mnie zmęczył, nie pamiętam. W opowieściach rodzinnych mało wspominano na ten temat. Może dlatego, że tamta chwila była prawdziwa, a nie wymyślona, jak gadki o hejnale i komentarz lekarza od zgonu. Powiedziały mi tylko, że przekazano mamie wiadomość szybko, krótko. Zaraz ją wzięli na fotel i zwieźli, żeby zidentyfikowała okaleczone ciało mojego ojca.

Co działo się „po drodze”, mogę się tylko domyślać. Pewnie sięgnęli do jego kieszeni po dokumenty, odczytali imię i nazwisko, adres. Rzecz działa się pod szpitalem. Czy któryś ze zgromadzonych tragediopijców nie krzyknął przypadkiem: ten gość wybiegł na chwilę po fajki? Jego żona rodzi już czternastą godzinę, chciał chłop sobie zapalić. Inny może dodał: widziałem całe zdarzenie, wtargnął na jezdnię. Kierowca nie miał szans. Wtedy szofer mógł odetchnąć z ulgą: tak, tak, normalnie wskoczył mi przed maskę, nawet nie zahamowałem. Mogło się tak zdarzyć. Albo i nie. Nie wiem tego. I nigdy się nie dowiem.

Matka niewiele pamięta albo tak tylko twierdzi. Względnie nie chce pamiętać lub wypiera. W rozmowach ze mną używała stwierdzeń „obuchem w głowę”, „czułam targającą mną rozpacz”, ale to dopiero wiele lat później i też na odczepnego. Na podstawie własnych doświadczeń mogę tylko przypuszczać, że usadzenie jej na fotelu kilka minut po porodzie i zwiezienie klekoczącą windą musiało być torturą. Nie musiała udawać cierpienia. Czy była jednak zaskoczona? Może ją zaskoczył swoją śmiercią, może tylko zasmucił. Kto to wie. Nie wiem, jaki był, i nigdy się nie dowiem. Człowiek przeżuty przez wspomnienia innych się nie liczy. Jest tylko nieistniejącą fotografią, słowami, które przeinacza pamięć, zapachem, który nie dotarł do nozdrzy. Nikim. Jakby nigdy nie istniał.

Babcia mi mówiła, że wszyscy zastanawiali się, czy jestem pogrobowcem czy też nie. W tamtych dniach to była najważniejsza kwestia. Skoro urodziłam się w chwili śmierci ojca, to jak mnie nazwać? Sierotą? Zbyt proste. Na pogrzebie spierano się o to, a ja ponoć przysłuchiwałam się z zainteresowaniem. Nie wierzę, bo nie pamiętam. Pamiętam tylko to, w co wierzę. Tak mam. Uważam, że nie jestem ani pogrobowcem, ani przedgrobowcem, tylko śmierciochwilą. Dosadnie, ale taka prawda. Stąd właśnie, znikąd inąd, bierze się moja melancholia, zwana depresją, której nie mogą uleczyć żadne lekarstwa ani skłonność do wdawania się w romanse, „jakby jutra miało nie być”. Zwyczajna ludzka tęsknota za ojcem, który nie nauczył mnie jeździć na rowerze, tak jak ojcowie innych dzieci.

Ojciec istniał w rodzinie jedynie do chwili pogrzebu. Przez kilka pierwszych dni matka przeżywała męki, musiała zamienić jedną najbliższą sobie istotę na inną. Ta inna to oczywiście ja. Dużo ją to kosztowało, straciła na przykład pokarm. Szkoda, powiedziała położna w szpitalu. Pani mleko było wyjątkowo tłuste. Dziewuszka by się spasła, że hej. Może to i dobrze w takim razie, bo się nie spasłam. Całe życie pozostawałam szczupła, chociaż mogę zjeść wszystko.

Wiele lat później wymyśliłam sobie, w czym wspierały mnie babcia i prababcia, że na pogrzebie ojca grali na skrzypcach. Matka kręciła przecząco głową. Skąd ten pomysł? A właśnie że tak, mówiła prababcia, stara, sucha i niedomagająca. W radio było, wyciągała sękaty palec. W telewizji raczej, poprawiała babcia, patrząc na własną matkę z dezaprobatą. Matka kręciła głową i mówiła, że tego dnia nie włączali w domu telewizji. Nawet radio nie grało. Zresztą mama nie lubi, żeby coś grało, prawda? A babcia nie słyszy, dodawała. Mama się nie patyczkowała z własną matką i babką, a one nie użalały się nad jej wdowieństwem. Obie wydumały, żeby ojca pogrzebać szybko, zanim mama wróci ze szpitala z dzieckiem. Chciały jej oszczędzić cierpień. To byłoby łatwe do zrealizowania, bo ojciec nie miał rodziców, dziadków ani innych krewnych. Ojciec wychował się w domu dziecka. Prababci to przeszkadzało, mamie i babci nie. Prababcia mówiła, że rodzina jest bardzo ważna, a gdy jej nie ma, to nie wiadomo, co to za człowiek. Babcia zaś mówiła odwrotnie. Że jak człowiek rodziny nie ma, to nie może zrucać (tak mówiła: „zrucać”) wszystkiego na ojca, że całe dnie pracował, albo na matkę, że utyrana. Tak też mówiła: „utyrana”. O ojcu nikt nic nie wiedział, tylko że go oddali do „okna życia”, to nawet romantyczne, że do „okna życia”. Pewnie jakaś nastolatka go urodziła i tak się biedulka pozbyła. Ja uważam, że to w porządku, wiadomo, mogła w beczkach po kapuście utopić albo w lesie zakopać, a w ten sposób dał życie mnie. Szkoda, że tylko życie.

W każdym razie tak obie wydumały, że pogrzeb powinien odbyć się szybko, żeby matka nie widziała. Ona jednak je przechytrzyła. Skoro mogła chwilę po porodzie z krwawiącym kroczem i w szlafroku podejść do zwłok i oświadczyć, że „tak, to jest mój mąż, Marcin Okiennik”, to przyszła i na pogrzeb. Tak się nazywał. Marcin, ze względu na to, że oddano go w Dzień Świętego Marcina, a Okiennik – to oczywiste. Babcia i prababcia mówiły, żeby ojciec przybrał nazwisko matki, Mierzejska, ale ona tylko się skrzywiła. Nie obchodziło jej nazwisko. Prababcia była tradycjonalistką. Uważała, że nasze nazwisko jest więcej warte niż jakieś tam nadane przez siostrę zakonną. A po śmierci ojca namówiła matkę, żeby powróciła do nazwiska rodowego.

Tak, miałam prababcię do dwunastego roku życia. Umarła nagle w pełni władz umysłowych. Szybko i bezboleśnie. Też bym tak chciała.

Co do samego pogrzebu, to matka wiele nie opowiadała, chociaż pytałam. Tylko że to dla niej stanowiło „koniec pewnej epoki”. Babcia dodawała, że epoka należała raczej do tych lodowcowych, a prababcia oburzała się i wygrażała palcem, sycząc: „Ssabinka, ty tak nie mów. Nie przy Madzi, która owdowiała, i nie przy Lilce, która jest, wiesz kim”. Ja też wiedziałam. Pogrobowcem według nich. Śmierciochwilą według mojej nomenklatury.

Nie nazywam się Lilka, tylko Paulina. Okropne imię i trudne do wymówienia. Dlatego skracałam je sobie do Linka, a z czasem, kiedy odkryłam, co to jest owa linka, uparłam się, żeby mówiły Lilka. Prababcia się krzywiła, babcia twierdziła, że to zupełnie jak Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, jej ulubiona poetka. Ona też nazywała siebie Lilka. Tylko z innych powodów. Marylka, Lilka. Ja – Linka, Lilka. Mam dużo samogłosek w imieniu, a mimo to źle się je wymawia. Dzieci w szkole zwracały się do mnie Paula. Jak aula. Nieważne. Lilka pogrobowiec. Sierota, bo ojca nie ma, ale grunt, że ma matkę. Tak o mnie mówili w szkole. Ja wiedziałam, że matka to nie wszystko. Miałam jeszcze babcię i prababcię. To dopiero jest bagaż.

Z chwilą, w której ojca złożono do grobu, umarł nie tylko dla mnie, ale także dla trzech pokoleń kobiet. Tak całkowicie. Majaczący duch pojawiał się, kiedy byłam mała, straszył cicho i znikał na długo. Co zdumiewające, nie we wspomnieniach, ale w niedokonanej przyszłości. Ojciec chodziłby z tobą na spacery, Lila, mówiła babcia. Spacery są dobre dla dziecka. Dziecko powinno chodzić. Ale co też mama z tym chodzeniem, myślałby kto, przerywała jej moja matka i patrzyła znacząco, a babcia robiła minę „ale co ja takiego powiedziałam?”. Ojciec by nie pozwolił, żebyś spała z zapaloną lampką, twierdziła prababcia, zwolenniczka zimnego chowu dzieci. Ojciec by się cieszył, że ma córkę, dodawała matka, ucinając komentarze swojej matki i babki. Tych wiadomości nie dało się zweryfikować, chociaż próbowałam. Na przykład wtedy, jak zapragnęłam psa. Przekonywałam, że ojciec na pewno zgodziłby się, żebym przygarnęła kundelka i chodziła z nim na spacery. Babcia patrzyła na mnie zdumiona. Skąd ten pomysł, pytała. No, skoro chodziłby ze mną na spacery, to na pewno z psem też, więc chciałby, żebym wzięła psa, tłumaczyłam. Akurat, wzruszała ramionami. Nie ma mowy. Prababcia nie wzruszała, bo była ze starej szkoły, a takie gesty uważała za niegrzeczne. Jej z kolei mówiłam, że ojciec na pewno bał się ciemności. Niby dlaczego, pytała. Ano dlatego, że ja się boję ciemności, a mama nie. To jest dziedziczne, więc muszę to mieć po tacie. Bzdury, słyszałam. Mamę pytałam tysiące razy, czemu tata cieszyłby się, że jestem dziewczynką. Wszyscy ojcowie chcą chłopców, żeby z nimi grać w piłkę, naciskałam, zaglądając jej w oczy. Twój ojciec nie lubił piłki nożnej, odpowiadała. To mnie w nim ujęło. Cóż to musiał być za człowiek, skoro nie lubił piłki nożnej. Ja lubię, ale ukrywam to starannie. Dlatego nie wierzę, że on nie lubił. Wszyscy mężczyźni lubią piłkę nożną. Zajęta piłką nożną za każdym razem odchodziłam od meritum, czyli dlaczego ojcu akurat odpowiadałaby córka. Mama mi nie pomagała, tylko wykręcała się, jak mogła. Bo nie lubił piłki. Bo lubił dziewczynki. Bo chciał mieć córkę. Bo chłopcy rozrabiają, a on był taki spokojny. No cóż. Udawałam, że wierzę. Z czasem tylko ja przywoływałam go w pamięci, której przecież nie mogłam posiadać. Wydawało mi się, że nie mogę pozwolić mu całkiem umrzeć, i muszę, ale to muszę pytać o niego co i raz. Matka, babcia i prababcia nie podzielały mojego zdania. Mimo moich wysiłków ojciec umierał coraz bardziej. Znikał z każdą minioną godziną. Zdania o nim były coraz krótsze, emocje w nich zawarte blakły z szybkością światła, wspomnienia nie ewoluowały, ponieważ zupełnie się zatarły. Kiedy poszłam do szkoły podstawowej, ojciec już całkiem nie żył. Jak wszyscy mężczyźni w naszej rodzinie.

 

Dziadek, pradziadek… Umierali młodo, całkiem i do końca. Żadnych portretów na ścianach. Jedynie okryte bladą bibułą pojedyncze zdjęcia w albumach. To za mało. Zwłaszcza jeśli za każdym razem, na prośbę „obejrzyjcie ze mną album”, słyszałam „nie ruszaj, bo jest stary, zniszczy się, paluchami pobrudzisz”. Potłuścisz, mówiła babcia, ona zawsze mówiła inaczej niż wszyscy. „I po co ci to wiedzieć? Młodo umarł. Tyle”. Prababcia nie mogła nie wtrącić swoich trzech groszy. „Jakby żył, toby był”. Jak tu nie umrzeć przy takim nastawieniu?

Ojciec stał na z góry straconej pozycji. Miał tylko mnie, a ja nie mogłam mu pomóc. Nawet matka postawiła na nim krzyżyk. Chociaż nawet nie był to krzyżyk, tylko wmurowana tablica na cmentarzu, z imieniem i nazwiskiem, małym wyrytym krzyżem i datą śmierci. Tyle z niego zostało. Umierał w niepamięci, aż całkiem umarł, i ja nic nie mogłam poradzić. One we trzy, ja jedna, w dodatku bez wspomnień. Trzy pokolenia starszych ode mnie kobiet, moich przodkiń, tak długo ukrywały przede mną wspomnienia, że wreszcie przestałam walczyć. Czułam się tak jak w tym filmie: bohaterka budzi się zrozpaczona, gdyż zmarł jej synek, a wszyscy dokoła wmawiają jej, że nigdy nie miała dzieci. Albo jak inna filmowa bohaterka, która utraciwszy pamięć, codziennie dowiaduje się, że człowiek, z którym sypia i mieszka, jest jej mężem. Potem okazuje się, że została oszukana, ale to nie jest już moja pointa. Puściłam w końcu jego wyobrażoną rękę, spadł do krainy niepamięci, cicho, bez krzyku. Żałuję po dziś dzień. Przodkinie zatriumfowały. Wszystek umarł. Odszedł całkiem. W proch pamięci się obrócił. Podzielił los dziadka i pradziadka. Oni także umarli z chwilą śmierci. Zniknęli z naszego kobiecego domu niczym goście, którzy odwiedzali nas czasem w niedzielne popołudnia. Nie obiecywali, że znów wrócą. Może te wizyty uznali za nieudane, dlatego nie doszło do ponownych odwiedzin?

Zupełnie inaczej miała się sprawa z kobietami w naszej rodzinie. One z chwilą śmierci zaczynały żyć życiem podwójnym, a czasem nawet potrójnym. Oprócz ich wyczuwalnej nieustannej obecności, jakby nigdy nie opuściły ulubionego fotela (prababcia) albo krzesła w kuchni (babcia), trwały na zdjęciach powywieszanych na każdym wolnym skrawku ściany i we wspomnieniach. Jadły z nami obiad, popijały sok malinowy, oglądały telewizję, śpiewały kolędy. Martwe były bardziej żywe niż za życia. Straszne, gdy człowiek zda sobie z tego sprawę.

Obie, babcia i prababcia, umarły w ciągu miesiąca, pogrążając moją matkę w głębokiej żałobie, znacznie głębszej niż po moim ojcu. Chociaż wiem, że to tylko moja interpretacja. Nie mogę porównać tych cierpień.

Mam czterdzieści lat i słowo „ojciec” nie znaczy dla mnie nic. Jest w każdej mojej komórce jako dawca materiału genetycznego, ale nie czuję go w sobie. Jako psycholog wiem, że dzieworództwo jest niemożliwe. Niepokalane poczęcie także nie, nie w przypadku matki, która może specjalnie grzeszna nie była, ale święta również nie. Nie ma innych możliwości. Musiałam mieć ojca, ale teraz mam tylko matkę. Drugą połowę genów musiały zatem dać mi babcia i prababcia. Musiały znaleźć jakiś sposób, żeby przecisnąć się do moich genów i zdominować je swoim dziedziczeniem. Potem zabiły ojca. Czarami, żeby wpadł pod samochód, a potem obojętnością, żeby wyblakł. Przez nie jestem tylko kobietą. To przerażające.

Wracając do śmierci: to prababcia umarła pierwsza. Siedziała sobie w fotelu, oglądała program przyrodniczy i zasnęła w Panu. Tak napisano w nekrologu, chociaż ostatni raz była w kościele w dzień pogrzebu ojca. Zatem zasnęła w Panu, oglądając pingwiny na Półwyspie Antarktycznym. Lubiła wszystkie programy przyrodnicze, te o zimnych krajach nie mniej niż o ciepłych, chociaż prawdziwej zimy nie znosiła. Pingwiny lubiła na równi z pelikanami, srokami, sikorkami, kolibrami czy papugami. Tundra się jej podobała, ponieważ „nie trzeba by było pielić tych krzaczków”. Dżunglę nazywała „borem tropikalnym”, co mnie rozśmieszało, chociaż ona mówiła poważnie. Pustynia wydawała się jej piękna, „bo nie padał tam nigdy śnieg”. To ja ją znalazłam. Od razu się zorientowałam, że nie żyje, ale nie powiedziałam matce, która przepisywała prace zlecone na maszynie i prosiła, żeby jej nie przeszkadzać. Gdzie poszła babcia? Chyba z wizytą do znajomej, która miała życiowe problemy i chciała się zwierzyć. Siadłam sobie na stołeczku koło prababci i zaczęłam z nią rozmawiać. Miałam nad nią tę przewagę, że ona nie żyła, co ja swoim dziecięcym umysłem pojmowałam doskonale. Czułam satysfakcję. Wiedziałam, że tym razem to ona jest na straconej pozycji.

– Te pingwiny umierają, widzisz? – zagadnęłam.

– Skąd ten pomysł, głupie dziecko? – odpowiedziałam w jej imieniu.

Ona by tak powiedziała. No, może nie dodałaby „głupie”. A może tak.

– A stąd, że wody są zanieczyszczone – powtórzyłam za lektorką. – Rokrocznie giną tysiące pingwinów. Głównie śmierć spotyka je z powodu braku pożywienia, ryb jest bowiem w tych stronach coraz mniej… Ale umierają też po połknięciu plastiku lub po uwięzieniu w nim…

Ostatnie zdanie wypadło niezręcznie, gdyż nie pamiętałam, jak określiła to lektorka. Prababcia wyglądała na zmieszaną. Chyba była wrażliwa. Każdy by się wzruszył. Szczególnie widok małego pingwinka, który umrze z głodu, bo jego rodzice zaczepili się o plastikowe beczki wyrzucone do oceanu i utopili, tak mnie poruszył, że zapomniałam o śmierci prababci. Właściwie miałyśmy remis. Nie żyła ona i nie żyli rodzice pingwinka. Zaraz i pingwinek powiększy grono umarłych. Biorąc pod uwagę, że należało pojechać na Półwysep Antarktyczny, aby film nakręcić, wrócić (z Antarktydy jest daleko), zawieźć rolkę do wysokiego gmachu z napisem „Telewizja Polska”, poczekać na emisję… Pingwinek już na pewno nie żył. Zdałam sobie sprawę, że prababcia go przeżyła. Rozzłościło mnie to.

– Dlaczego nie chodzisz nigdy na spacery, a oglądasz przyrodę w telewizji? – spytałam złośliwie.

– Teraz będę się przechadzała wśród niebieskich łanów – odpowiedziała prababcia.

– Zabiłaś mojego ojca. Sądzisz, że pójdziesz do nieba?

– Nie zabiłam – odpowiedziała szybko. – Nie jego…

To mnie zastanowiło. Długo później analizowałam tę propagację swojej podświadomości. Ojca nie zabiła. Nie jego. Zatem kogo?

Babcia wróciła pierwsza i zastała mnie koło prababci. Trochę to trwało, zanim pojęła, że nie ma już matki. Krzątała się i gadała coś w stylu: tak sobie siedzicie, oglądacie, bardzo dobrze, zaraz zrobię obiad. Lila, mam nadzieję, że nie jesteś bardzo głodna. No spóźniłam się, bo ta Danka… Z tą Danką to jest naprawdę kłopot. Syna ma jednego, wyjechał na saksy i ona, ta Danka, myślała, że pieniądze do domu będzie przysyłał. Słyszysz, mamo? Wiesz, kogo mi to przypomina? Darmozjad i kompletnie nieodpowiedzialny młody człowiek. Nie dość, że nie przysyła, to jeszcze jej grosiny zabiera i ona musi mu posyłać. Albo kłamie, że ma pracę, albo na dziw… kobietę ma jakąś, czy co. Dziewczynę może. I nie wiem, czy dobrze zrobiłam, mamo, wiesz, jaka Danka jest, ale kazałam jej przestać mu pieniądze posyłać. Wyobraź sobie, że ona mnie chciała łańcuszek złoty sprzedać, żeby mu dolary kupować. No cóż za pomysł. Mamo, mamo?

Babcia podeszła do nas, ale tak, że widziała jedynie moją twarz, a prababci tylko bok.

– Co wy tak siedzicie, Lilu, co?

– Oglądamy sobie film o pingwinach – powiedziałam. – Od zanieczyszczeń to tylko ja oglądam, a prababcia już nie…

To było bezczelne, ale babcia nie zwróciła na moje słowa najmniejszej uwagi, tylko podeszła do swojej matki, a potem pobiegła do mojej matki. I się zaczęło. Odsunęły mnie, przytuliwszy pierwej, i zaczęły lamentować, krzyczeć „mamusiu”, „babusiu” i płakać, jakby prababcia nie żyła dokładnie stu lat. Osobiście uważałam, że po pierwsze, pięknego wieku dożyła, a po drugie, śmierć miała dobrą. Ksiądz na religii mówił o tym, przy zbieraniu serduszek na dziewięć pierwszych piątków miesiąca. Zebrałam wszystkie, bo chciałam, żeby moja śmierć była dobra. Ksiądz wprawdzie mówił, że dobra śmierć to taka po spowiedzi i komunii, ale ja wiedziałam swoje. Dobra śmierć to taka, która nie boli. Prababci nie bolało.

– Idź, Lilu, do siebie, pomódl się za duszę babci. – Obie mnie popychały, chociaż ja się nie bałam, prababcia wyglądała bowiem jak żywa. Wtedy po raz pierwszy zrozumiałam, że są tacy ludzie, którzy po śmierci wyglądają jak żywi, są wiecznie żywi i będą nawiedzać żywych. Ponownie przypomniał mi się martwy ojciec, którego nie mogłam pamiętać. Wtedy zrobiło mi się smutno. Poszłam jednak do pokoju, położyłam się na haftowanej kapie i wzięłam do ręki Witaj, Karolciu. Może to nie była stosowna lektura na takie popołudnie, ale po pierwsze, pozwalała przytłumić głód (obiadu już się nie doczekałam), po drugie, zagłuszyć krzyki „zostałam bez mateńki mojej”. Gdybym miała wtedy błękitną kredkę, tobym prababci narysowała elegancką trumnę. Ucieszyłaby się.

Babcia zmarła miesiąc później. Nie miała dobrej śmierci. Może nie odbyła dziewięciu pierwszych piątków miesiąca? Nie zasnęła w Panu, tylko udusiła się w paroksyzmach rzężeń. Też przy mnie. Niestety. Robiła mi sweter na drutach, przecież nic ładnego nie można było dostać, a ja jadłam na podwieczorek ciasto z czekolady czekoladopodobnej na jednym kryzysowym jajku. Odłożyła druty, zrobiła taką dziwną minę i zaczęło się. Kilka minut, które wydawały mi się wiecznością, trzymała się za szyję, wybałuszała oczy, wystawiała język, świszczała… Wreszcie znieruchomiała, a ja dojadłam w spokoju ciasto, zerkając na zamknięte drzwi pokoju mamy, za którymi znów stukała na maszynie, ponieważ wzięła prace zlecone na święta.

Z babcią też chciałam porozmawiać, ale nie wiedziałam, od czego zacząć. Nie chciałam tak od razu o ojcu, jeszcze by się przebudziła. Nie byłam pewna, czy całkiem umarła.

– Dlaczego zabiłyście tatę? – spytałam tradycyjnie, kiedy stukanie ucichło i przestraszyłam się, że już niczego się nie dowiem.

– Taty nie zabiłam – powiedziała, i to znów mnie zastanowiło.

Miałam już pewność, że kogoś zabiły. Nie ojca, ale niewątpliwie kogoś zabiły, skoro po śmierci przyznają się do tego.

– A kogo? – zapytałam.

– Nie twoja sprawa, głupie dziecko – odpowiedziała.

Wiem, że mam rację. Już ja się wszystkiego dowiem. Drzwi otworzyły się i do pokoju weszła matka z całym plikiem kartek w ręku. Na widok martwej babci upuściła je wszystkie. Rozsypały się na podłogę. Nie wiedziałam, czy od razu pomóc jej zbierać czy dopiero za chwilę.

 

– Czy ponumerowałaś kartki? – spytałam roztropnie, dobre i bystre dziecko.

– Nie mam już mateńki – wyszeptała i usiadła daleko od nas, na kanapie. Zakryła twarz rękoma i zaczęła przeraźliwie płakać. Ja zjadłam ostatni okruszek, bo już wiedziałam, że w takie dni jedzenia nie będzie, co najwyżej kolacja, i to też sucha, i zaczęłam zbierać rozsypane kartki. Z zadowoleniem zauważyłam, że strony są jednak ponumerowane. Musiała zrobić to mimowolnie. Nie wiedziała przecież, że babcia umrze i praca zlecona się rozsypie. Wtedy po raz pierwszy uzmysłowiłam sobie istnienie podświadomości.

Przyjechał lekarz z pogotowia ratunkowego. Bardzo chciałam opowiedzieć o tych rzężeniach babci, ale nikogo to nie interesowało.

– Babcia wyglądała, jakby ją otruli – oznajmiłam czystym głosem. – Niczym Królewna Śnieżka, kiedy zjadła kawałek jabłka od złej czarownicy.

Szlochająca matka zgromiła mnie wzrokiem.

– Ależ ty masz fantazję, panienko – powiedział zmęczony lekarz.

Czemu był taki niewyspany, przecież nie działo się to w środku nocy?

– Babcia zaczęła się dusić i zrobiła się blada, a potem niebieska – wycedziłam.

To też go nie ruszyło. Dziś zastanawiam się, czemu nie zwrócił uwagi na moje słowa. Przecież mówiłam o potencjalnym morderstwie.

– Twoja babcia miała zawał serca – wyjaśnił w końcu, przystawił pieczątkę i wstał. – Tak wygląda człowiek z zawałem serca.

Tak wygląda człowiek, którego otruli. Już ja swoje wiedziałam. Dokonałam kolejnego odkrycia. Jeśli ktoś nie jest zainteresowany, to możesz mu wciskać brylanty, a i tak nie spojrzy.

– Lilu… – Matka objęła mnie po wyjściu lekarza. – Zostałyśmy same.

Nie zostałyśmy same. Obok siedziała babcia patrząca na nas groźnie. Swetra pewnie mama mi nie dokończy, trudno. I tak mi się nie podobał. Granatowy, co któryś rządek miał odwrócony ścieg. Nie był ani ładny, ani miły w dotyku.

– Nie zostałyśmy same – powiedziałam do matki. – One nigdy nie odejdą.

Znów mnie objęła. Źle mnie zrozumiała. Nie chodziło mi o to, że będziemy o nich pamiętać, tylko że kobiety w naszej rodzinie nie umierają. Przeciwnie. Babcia i prababcia to dopiero teraz zaczną się panoszyć. W życiu się od nich nie uwolnimy. Niestety.

Mama zdawała się nie dostrzegać, że babcia i prababcia wciąż żyją. Co więcej, ignorowała ewidentne dowody na istnienie życia pośmiertnego. Zdjęcia, które zmieniły samoistnie miejsce, po prostu przesuwała. Obrazy, które się krzywiły, poprawiała. Czyniła to automatycznie, niestrudzenie, jakby nie widząc, że babcia lub prababcia (posądzam raczej prababcię, ona nie lubiła surowej zimowej grafiki) przekrzywią je, gdy tylko odwrócimy oczy. Po powrocie ze szkoły zastawałam dom w ruinie (jak by powiedziała babcia). Fotel był ustawiony naprzeciwko telewizora, ulubione szale spoczywały na kanapie, w zasięgu starczych rąk. Zdarzało się, że z szafki wychodził sok malinowy i nalewał się do ulubionych kubeczków w sikorki. Te kubeczki przywędrowały ponoć z Rosji, gdzie prababcia przebywała w bliżej mi nieznanych okolicznościach.

– Mamo, babcia nabałaganiła – żaliłam się.

– Nie pleć bzdur – mówiła matka i chowała, poprawiała, wyrównywała.

Musiała mi jednak wierzyć, bo nigdy, przenigdy nie powiedziała, że to ja jestem sprawczynią tych zajść. Nie inaczej się działo, kiedy zostawałyśmy same w domu. W owych czasach, gdy byłam mała, istniało jeszcze coś takiego jak długie zimowe wieczory. Zdarzały się głównie jesienią i zimą i polegały na tym, że czas się dłużył. W obecnych czasach już ich nie ma. Zniknęły z kalendarza w czarnych dziurach portali społecznościowych. Obawiam się, że bezpowrotnie.

W jeden z takich wieczorów, a tego dnia przypadała akurat miesięcznica śmierci babci, bodajże siódma, światło zaczęło gasnąć i zapalać się, w szafie skrzypiało, w podłodze dudniło. Wreszcie drzwi się otworzyły i uderzyły w ścianę.

– Babcia! – wykrzyknęłam.

– Elektrownia – powiedziała matka.

– Prababcia! – próbowałam.

– Przeciąg – westchnęła.

Popłakałam się. Nie ze strachu, ale z niemocy. Czemu one nam to robiły? Czemu ona mnie to robiła?

– Nie płacz, skarbie. – Matka znowu źle odczytała moje uczucia. – Babcia i prababcia są w lepszym świecie. Patrzą na nas z góry i nie chciałyby, żebyśmy płakały.

Po czym sama odłożyła druty (mój sweter, który usiłowała dokończyć, ale nigdy tego nie zrobiła) i popłakała się, ale już na inszą intencję.

– Mateńko – chlipnęła. – Co my teraz zrobimy?

Prababcia lub babcia (raczej babcia, prababcia tego nie cierpiała) trzasnęła drzwiami, ale ja już nic nie mówiłam. I tak nikt mi nie wierzył. Z czasem tych trzaśnięć było coraz mniej, co absolutnie nie znaczy, że prababcia i babcia zostawiły nas w spokoju. Raczej przeniosły się do kuchni i zajęły przestawianiem kubków oraz przesypywaniem pieprzu do solniczki i soli do pieprzniczki.

– Może pójdziemy na grób zapalić im świeczkę? – zasugerowałam.

Lubiłam cmentarze, tam przynajmniej babcia i prababcia były przytłoczone przez inne martwe ciała. Musiały się liczyć z sąsiednimi umarlakami, więc nie mogły robić nam numerów. I nie robiły. Nie gasiły świeczek, nawet na wietrze, nie dawały głupich znaków. Trzymały gardę zupełnie martwe. Jak przyzwoite kobiety. To moja kolejna refleksja życiowa. Umarły liczy się tylko z innymi martwymi. A żywi boją się umarłych bardziej niż żywych. Zaskakujące.

– Lilu, jest wieczór… – zdumiała się matka. – Chcesz teraz iść na cmentarz?

No tak. Zapadł wieczór. W telewizji leciał ulubiony serial babci, na innym kanale w tym samym czasie ulubiony program prababci. Za życia kłóciły się, która obejrzy swoje. To dlatego tak stukały i pukały. Chciałam powiedzieć o tym mamie, ale patrzyła w przestrzeń, a wtedy lepiej było nie zaczynać z nią poważnych dyskusji.

– Może w najbliższą niedzielę? – Uśmiechnęła się przez łzy.

W niedzielę to już nie będzie to samo. Zwłaszcza rankiem. Kiwnęłam jednak głową.

Doczesne ochędóstwo babci i prababci także stanowiło problem, którego matka nie widziała. W domu stały trzy szafy. A właściwie dwie, tylko jedna – na całą ścianę. Tę właśnie zajmowały babcia z prababcią, a małą, w korytarzu – ja i mama. Po śmierci prababci nic nie zostało z tej szafy wyjęte i oddane, podobnie po śmierci babci. Zastanawiałam się czemu. Czy nie trzeba by oddać wszystkich rzeczy do jakiegoś zakładu opieki społecznej?

– Jaki zakład opieki społecznej potrzebuje ubrań twoich babć? – mruknęła matka, kiedy ją o to spytałam.

– Tak się robi, żeby pożegnać się ze zmarłymi – powiedziałam.

– Nie pyskuj. – Mama popatrzyła na mnie przeciągle.

Nie pyskowałam, chociaż wtedy zrozumiałam, że chociaż masz rację, ale nie jest to wygodna racja, dorośli twierdzą, że jesteś bezczelna.

– Nie pyskuję – powiedziałam poważnie. – Trzeba oddać rzeczy babci i prababci. One by tego chciały.

Guzik prawda. Nie miałam pojęcia, czy by tego chciały. Po czyjejś śmierci zazwyczaj mówimy, że umarły patrzy z góry albo chciałby tego czy tamtego. Nam, żywym, to pasuje, martwi nie są w stanie się bronić. Nie mogą zaprotestować, jeśli karczujemy ich ulubiony ogród, twierdząc, że oni by tak chcieli. Nie mogą zaprzeczyć słowom „nie rób tego, oni na pewno by tego nie chcieli”. Są bezsilni wobec naszego „babcia chciałaby, żebyśmy się cieszyły”. Moja babcia i prababcia nie umarły, dlatego ani się nie broniły, ani nie protestowały. Przeciwnie. Obie sobie siadły na fotelikach (poznałam to po szalu babci, który zawędrował na podłokietnik) i patrzyły, jak mama męczy się z zawartością ich szafy. Bo ona w końcu się na to zdecydowała.

– Pomożesz mi, Lilu? – spytała zrezygnowana.

Najwyraźniej taka praca ją przerastała. Ja miałam dwanaście lat, ale szybko bym się z tym uporała. Po prostu wszystko, jak leci, wpakowałabym do wora i zawiozła do najbliższego szpitala. Czemu do szpitala? Słyszałam, jak jedna sąsiadka o tym mówiła. Mąż jej umarł i opowiadała innej sąsiadce, że „zebrała wszystkie rzeczy Kazika i zawiozła do szpitala”. Proszę pani, czy pani wie, że oni bardzo się ucieszyli? Bo tam, niech sobie pani wyobrazi, trafia mnóstwo bezdomnych i oni nie mają się w co ubrać. Właśnie. Przychodzą z tymi swoimi zasikanymi rzeczami i wkładają piżamy, a potem, gdy wychodzą, to wie pani, nie dają im przecież tych zaszczanych szmat.

Inne książki tego autora:
Kości proroka
31,90 19,14
Rozwiń