Kości prorokaTekst

Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Ostatnie słowa zaakcentował. Uświadomiłem sobie nagle, że nie słychać krzyków chłopca, i powiedziałem o tym.

– Sprowadziliśmy z sąsiedniej wsi starą znachorkę – rzekł mężczyzna. – Rozpaliła ogień i całą noc odczyniała wasze uroki. Teraz chłopiec śpi udręczony, ale ma się znacznie lepiej.

W oddali zagrzmiał piorun. Wieśniacy trwożnie popatrzyli w niebo.

– Znachorka uprzedziła nas, że za wami będą szły znaki! – krzyknęła jedna z kobiet, wydaje mi się, że matka dziecka. – Idźcie precz! Musimy składać ofiary, żeby przebłagać tego, co uczynił to zło…

– Co z waszą wiarą w dobrego Jahwe? – zirytował się Izrael.

– Czy nie ma w was odrobiny miłości do niego i wiary w jego dzieło? – spytał Sariusz.

Ludzie się burzyli. Moim zdaniem niepotrzebnie trwaliśmy przy swoim. Powinniśmy opuścić to miejsce. Chłopiec najpewniej przyzwyczai się do dźwięków, przyjmie je najpierw z obawą, a potem z radością. Jego krewni będą w tym czasie składać ofiary i wierzyć, że to one zrobiły swoje, a nie czas, który jest tutaj jedynym lekarstwem.

– Nie proście o pomoc znachorek – przemówił Nauczyciel. – Uważajcie, komu składacie ofiary. Zasłużycie na gniew jedynego prawdziwego Boga. Czy nie słyszeliście opowieści o tym, jak kazał Abrahamowi złożyć w ofierze syna?

Ponownie rozległy się krzyki i głosy oburzenia.

– Nie! – krzyknął ojciec ozdrowieńca. – Złożymy w ofierze barana, aby przebłagać bogów. Jeśli nie odejdziecie, jednego z was także poświęcimy, aby przestali się gniewać.

– Jest tylko jeden… – zaczął Gabriel. Nie dokończył, bo w ręku wuja chłopca zabłysnął nóż.

Odeszliśmy zatem, zabierając ze sobą papirus i przybory do pisania.

PŁOWDIW, XXI WIEK

Kurz, upał i duchota. Duchota mimo szemrzącego wiatraka i buczącej klimatyzacji. Kurz i brzydota ulic. Wiem, nie lubisz tego, Margarito. Nie chcesz, aby twoje miasto straszyło wybitymi szybami w sklepach i pustymi domami. Nie chcesz patrzeć na staruszki w biednych sukniach całymi dniami siedzące na stołeczkach przed zaniedbanymi domami i patrzące w przestrzeń. Przyznaj się, Margarito. Litość, współczucie i poczucie winy cię zalewają. Świata jednak nie zbawisz. Możesz za to rozwiązać niektóre z jego zagadek. I zdecydować się na jakąś przynależność. Najwyższy czas.

Mieszkam w Pułapce. Tak się nazywa ta plątanina uliczek, gdzie nie chce przyjechać żaden taksówkarz. Ten, który mnie przywiózł, od razu wyzerował licznik. Rzucił szybko: „pięć lewów”, chociaż na liczniku widniała jak wół trójka.

– Pięć… To wprawdzie niedaleko ze stacji, ale ciężko wjechać – wyjaśnił. – Nie zdecydowałbym się wziąć kursu do Pułapki, tylko że od rana czekałem w upale. Klient to klient, chociaż sama rozumiesz…

Zapłaciłam bez słowa, wysiadłam i z satysfakcją obserwowałam, jak nie może znaleźć drogi powrotnej. Nakaz skrętu w prawo, znów nakaz w prawo, w prawo, w prawo i tak w nieskończoność, aż ktoś odważy się złamać zakaz wjazdu bądź pojedzie na wstecznym. Tylko tak można się stąd wydostać. Taksówkarz wjechał w ślepą uliczkę. Ja też w takiej tkwiłam, przynajmniej tak się czułam.

Wpatrywałam się w litery wypisane na ciele zmarłego. Przepisałam je na kartkę, żeby nie musieć oglądać żałosnego korpusu bez głowy. Właśnie, na głowie chyba niczego nie napisano… Muszę sprawdzić. Litery zaczynają śnić mi się po nocach, ale nawet wtedy niewiele z nich rozumiem. Jedne są zwykłymi, powszechnie znanymi bukwami, inne przypominają głagolicę. Nie zostały podzielone na słowa. Myśl, Margarito. Cofnij się, jeśli chcesz wyjść z pułapki. Pojedź na wstecznym. Złam zakaz wjazdu. Zrób to. Przepisałam je jeszcze raz. Od góry do dołu, w kolumnach, chociaż trudno zdecydować, która litera należała do której kolumny. Później po skosie i znów w kolumnach, tym razem od dołu do góry. Pewne symbole się powtarzały. Te, których nie umiałam odczytać. Odsunęłam je w myśli na bok i skupiłam się na rozpoznanych. K, G, A, I, N cyrylicą, głagolicą K, I, T, S, O. Dwa razy po pięć liter, jeśli dobrze je odczytuję. Męczy mnie myśl, że podczas sekcji przeoczono jakiś napis. Pora na konfrontację. Wykręciłam numer Kolja. Odebrał po pierwszym sygnale.

– Halo, piękna…

– Chciałam cię o coś spytać. Tak dla porządku. To znaczy nie posądzam cię absolutnie, tylko chcę się upewnić… – zaczęłam się plątać.

– Pytaj, nie kręć… – sapnął.

– Czy litery i znaki namalowano tylko na tułowiu?

– Tak. Tylko na tułowiu. Kiedy robię sekcję zwłok, patrzę do jamy ustnej, na język, także na fiuta i pod napletek…

To z fiutem mógł sobie darować.

– …i na owłosioną skórę głowy – ciągnął z lubością. – Żadnych napisów, żadnych wystrzyżonych znaków. Nie włożono mu kulek papieru z sekretnym szyfrem do uszu ani do odbytu, ani do żołądka… Nawet wszy nie znalazłem…

– Przepraszam. Chciałam się tylko upewnić.

– Nic nie szkodzi. Upewniaj się, ile chcesz, dziewczyno. Aktualnie jestem w pracy, czyli do dyspozycji.

Miał szukać zbrodni podobnych albo powiązanych z religią.

– Znalazłeś coś? – Chwila ciszy w słuchawce. – Dwadzieścia lat temu popadia z Plewen złapała swojego męża w łóżku z inną kobietą. Próbowała wybić rywalce z głowy ten romans i niestety oślepiła ją, uszkodziła jej nieodwracalnie prawe oko. Na razie tyle znalazłem. Nie lekceważę nawet pozornie odległych spraw.

Kiedy zastałam Angeła w łóżku z Kaliną, nie próbowałam niczego wybić ani jej, ani jemu. Uciekłam po prostu jak tchórz.

– Dzięki.

– A ty coś odkryłaś? – spytał pozornie obojętnie, ale usłyszałam w jego głosie napięcie. Wydaje mi się, że dopiero wraz z moim przybyciem zespołowi zaczęło zależeć na rozwiązaniu sprawy.

– Rozszyfrowałam kilka liter, ale nie układają się w słowa. Znaków ciągle nie mogę odczytać – wyznałam.

– Hmm, wiesz, tak się zastanawiam… Bo ja też o tym myślałem i powiem ci jedną rzecz, skoro zadzwoniłaś i tak sobie gawędzimy…

Nastawiłam uszu. Czemu mówi mi o tej jednej rzeczy przez telefon, zamiast wtedy przy wszystkich w komendzie?

– To oczywiście pozaprotokolarna refleksja, niepoparta dowodami. Zresztą zastanawiam się, czy jest warta uwagi…

– Wiem – przerwałam mu. – To tylko refleksja. Wal.

– Uhuuu. Walę zatem. Wydaje mi się, że ten, kto pisał te litery, po pierwsze był leworęczny, po drugie się nie spieszył.

– Leworęczny?

– Ano leworęczny, choć nie mogę tego udowodnić. Wydaje mi się, że pisał z prawej na lewo lewą ręką. Wnioskuję o tym z kształtu tych znaków, kąta nachylenia… Nie jestem grafologiem. Poprośmy o taką ekspertyzę.

– Poprośmy, koniecznie. – Zapisałam w rubryce: „poruszyć na zebraniu”.

– Powiem Dimityrowi – rzucił. – Zdobędę plus na karcie pod moim nazwiskiem.

Niech tam. W końcu to jego pomysł.

– A to, że się nie spieszył? – spytałam.

Koljo z jednej strony mnie drażnił, z drugiej – uważałam go za świetnego fachowca. Tylko trochę przykurzonego.

– To też powie grafolog, chociaż moim zdaniem malował te litery dość długo. Chyba że jest Chińczykiem.

Co to za koncepcja?

– Czytałem, że chińscy kaligrafowie potrafią błyskawicznie malować te swoje znaki pędzelkiem… – wyjaśnił.

Czekałam w milczeniu, aż skończy się wygłupiać.

– A znów bizantyjscy kaligrafowie potrafili całe poematy zapisać na ziarnku ryżu…

Jeszcze lepiej. Naszego posła zabił chiński kaligraf wespół z bizantyjskim pisarzem na ziarnkach ryżu.

– No, dobra – zachichotał. – Nie kupujesz tego, prawda?

– Denat nie jadł ryżu – stwierdziłam dyplomatycznie. Ja też mam poczucie humoru, chociaż nie pamiętam, kiedy ostatnio go używałam.

– Taak. – Znów chichot. – Nie jadł. Mówiąc serio, te znaki… – Zawiesił głos.

Cała się spinam. Jeszcze tego by brakowało, żeby odszyfrował znaki przede mną. Chociaż co by się stało, Margarito? Chodzi o dobro śledztwa, nie o twój triumf.

– Co ze znakami?

– Nie wydaje ci się, dziewczyno, że to kilka liter napisanych jedna na drugiej?

– Jesteś genialny… – Bingo! Jestem głupia jak but.

– Tylko spostrzegawczy. No i napatrzyłem się na to bezpośrednio. Wy wszyscy patrzycie na zdjęcia, a tam nie widać tego dość wyraźnie. I jeszcze jedno. Stary jestem…

To „jeszcze jedno” będzie trwało do rana.

– Nie jesteś…

– Stary jestem – przerwał – i pamiętam takie pisemko z domu rodzinnego. „Paraleli” czy jakoś tak. Na końcu drukowano zagadkę. Należało odgadnąć hasło. Zdanie albo dwa. Litery napisane jedna na drugiej. Ojciec mnie nauczył to odczytywać.

– Jesteś genialny – powtórzyłam. – Spojrzę twoim okiem.

– Trzeba ustawić kartkę poziomo i spojrzeć tak, jakbyś patrzyła na taflę wody tuż nad jej powierzchnią – kontynuował z lubością.

– Odczytałeś? – Nie wytrzymałam. – Powiedz, co tam jest napisane.

– Tylko cyrylicę. Dwa słowa. Księga i kości. Voilà…

Zamilkłam zaskoczona.

– Jesteś naprawdę genialny…

– Nie jestem. I zapomniałem o tym. Dopiero rano mi się przypomniało. Zapewne dlatego, że nie znajduję tych zbrodni kościelnych dla Dimityra. Albo ja kiepsko szukam, albo nasz kler jest czysty jak łza.

– Zacznę patrzeć twoimi oczami – powtórzyłam szczęśliwa, że wyjął z odmętów wspomnień pisemko z dziwacznymi zagadkami.

– Patrz zawsze swoim umysłem, nie sugeruj się niczym i nikim – rzucił i się rozłączył.

Zawsze musiał mieć ostatnie słowo. Cały Koljo. Ale zaczynałam go lubić. Jego i Christa. Pozostali nie chcieli, żebym obdarzyła ich sympatią. Postaraj się, Margarito, czy ludzie muszą zabiegać o to, żebyś ich lubiła? Czy ty lubisz ich? A siebie?

Wróciłam do liter. Odrzuć założenia, patrz na to swoimi oczami albo swoim umysłem. Na jedno wychodzi. Nie, Margarito, to co innego. Oko tylko patrzy, umysł widzi. Co zatem widzi umysł po dwóch latach archeologii, powierzchownych studiach nad Biblią i świętymi językami? Co widzisz, Margarito?

 

– Ktoś zabił tego biedaka w specyficzny sposób, przedtem nakarmił go jedzeniem podobnym do tego z ostatniej wieczerzy, a potem namalował mu na ciele hieroglify. Dlaczego to zrobił? Pismo, symbole, jedzenie, śmierć, znaki… Chciał coś przekazać. Bawił się z policją w szalonego mnicha? Mało prawdopodobne. Policja go nie obchodziła i nie obchodzi. Prawdopodobnie mordercy zostawili wiadomość dla kogoś innego. Gdyby chcieli zabić tego człowieka, zrobiliby to zwyczajnie i ukryli ciało. Nikt by go tutaj nie znalazł. Tymczasem oni wyeksponowali trupa w amfiteatrze, obmyślili przedstawienie lepsze niż opera. Dlaczego jeszcze musieli napisać wiadomość? Ostrzeżenie dla innych, którzy próbowaliby zrobić to co Przemysław Tarkowski? Czyli dla kogo? Czyli co? – mówiłam głośno do siebie, czekając, aż spłynie na mnie olśnienie.

Zawsze tak się uczyłam. Lepiej przyswajałam wiadomości, kiedy ubierałam myśli w słowa. A co robiłam, kiedy czegoś nie rozumiałam? Przyznaj się, Margarito, w takiej sytuacji prowadziłaś niekończące się polemiki z własną matką. No, dobrze. Jak byś mi mogła pomóc teraz, matko moja?

– Mam wrażenie, mamo, że jeśli odgadnę, do kogo została zaadresowana ta wiadomość, wtedy zdołam ją odczytać – zaczęłam.

– Bardzo dobrze, Margarito, właśnie tu należy szukać. Jak myślisz, do kogo napisał morderca?

– Przemysław Tarkowski nie miał rodziny, więc na pewno nie do jego bliskich. Kościół też się nim specjalnie nie interesował… Do tych, co go tu sprowadzili? Kim byli?

– Nie próbuj zgadnąć imienia i nazwiska. Masz mało danych. Myśl szeroko. Jaka grupa ludzi umiałaby odczytać cyrylicę, głagolicę i te znaki napisane jeden na drugim, podobne do liter hebrajskich i aramejskich…

– Ty byś potrafiła. To wiadomość do ciebie. Zabiłaś tego biedaka, żebym tu przyjechała?

– No widzisz, Margarito… Nie myślisz szeroko, tylko wąsko. Jak muł z klapkami na oczach. Mulica.

Boże… Lektorat z aramejskiego… Znaki hebrajskie. Nie znałam ani aramejskiego, ani hebrajskiego. Ty znasz hebrajski, aramejskiego nie. A może się mylę. Uczyłaś się języków, które są martwe i pozostaną martwe. Nie mówisz ani słowa po angielsku, niemiecku, francusku. Żywe języki nie stanowią przedmiotu twoich zainteresowań. Czemu?

Wpatrywałam się w litery i znaki. Jeśli założyć, że wyodrębniłam cyrylicę i głagolicę, pozostają jeszcze trzy grupy znaków. Biblijny pokarm w brzuchu tego człowieka, to i znaki muszą być w jakiś sposób związane z Biblią. Grecki, hebrajski i aramejski, trzy święte języki, na które przetłumaczono Pismo Święte. To jest to. Starobułgarski był czwartym świętym językiem. Mogę się mylić, ale to wreszcie jakiś jasny trop. Jutro poproszę Nedka, żeby zeskanował te znaki, przepuścił je w jakiś sposób przez komputer, może uda się oddzielić poszczególne litery. Nie znam się na tym, ale komputer musi to potrafić. Na nic się nie zda patrzenie jak na taflę wody. Chociaż litery bułgarskie układają się w słowa „kości” i „księga”. Kości i księga. Kości mogą należeć do Jana Chrzciciela… O jakiej księdze mowa? Tylko czy przypadkiem nie widzę tego, co chcę zobaczyć?

Jest dwunasta. Powiedziałam Dimityrowi, że będę pracowała u siebie. „Rób, co chcesz, Gitka, to nie piekarnia, żebyśmy stali przy taśmie. Każdy wie, co do niego należy”. Teraz bym coś zjadła. Nie jedz tyle banic, Margarito, bo nie zmieścisz się w spodnie pod koniec pobytu. Dobrze, pójdę do supermarketu i kupię pomidory i ogórki. Zjem sałatkę jak normalna kobieta. Nie będę dzwoniła do Dimityra, nie muszę się z nim dzielić każdym przemyśleniem, zwłaszcza niepotwierdzonym, ulotnym jak wiatr w ogrodzie cara Symeona, fałszywym jak kolory wody w śpiewającej fontannie. Właśnie, fontanny cara. Kiedy pójdziemy je zobaczyć, Dimityrze? Wszystko po kolei, Margarito, na razie idź po zakupy, potem zrób sobie jedzenie. Odpocznij, może ci coś przyjdzie do głowy. Nie napalaj się na „księgę” i „kości”… Przypomina mi się matka i jej zawsze trzeźwe spojrzenie. Kto wie, czy to nie jedna ze ślepych uliczek? Znajdziesz się wtedy w prawdziwej pułapce.

Najpierw pół godziny wybierałam pomidory i ogórki, dopytywałam o świeżość czerwonej cebuli, pytałam, czemu nie ma pietruszki i sera na wagę, tylko w tych nieszczęsnych opakowaniach, a potem pod wpływem nagłej myśli zostawiłam to wszystko i wyszłam ze sklepu z pustymi rękami. Na rogu kupiłam tutmanik z dynią, orzechami i miodem. Gryzłam go pospiesznie w drodze do cerkwi pod wezwaniem Świętej Niedzieli.

– Ej, nie spiesz się tak, bo się udławisz! – zaczepił mnie chłopak ze sklepu z pamiątkami i zabawnymi tabliczkami. Stał w progu i patrzył na mnie.

Pomachałam niedbale ręką, ale przystanęłam. Miał rację. Nie powinnam wejść do cerkwi z jedzeniem.

– Kawę zrobiłem dla dwojga. Chcesz? – Uniósł tygielek. Zrobił kawę po turecku.

Uwielbiam! Stawia się cynowe naczynie na wolnym ogniu, do środka sypie kawę, odmierza wodę, słodzi zgodnie z preferencjami i podgrzewa tak długo, aż płyn trzykrotnie się podniesie. Babcia taką parzyła. Nie kupiła ekspresu przelewowego ani ciśnieniowego, a neski nie znosiła. Pilnowałam tylko, żeby nie mieszała prawdziwej kawy z cykorią. Ot, taką miała fantazję.

– Ale ja cię nie znam.

– Georgi Lebedżiew. A to mój sklep z pamiątkami. I moja kawa w tygielku.

– Masz sitko, żeby odcedzić fusy?

– Jasne.

Usiadłam zatem na stołku przed sklepem, a Georgi znikł na moment. Wrócił z talerzykiem i sitkiem oraz tacą. Wziął z moich rąk na wpół zjedzony tutmanik, położył na talerzyku, obok umieścił serwetkę, nóż i widelec. Potem do pięknej, malowanej we wzorki filiżanki nalał kawę.

– Proszę. – Podał mi to wszystko, a ja patrzyłam z wdzięcznością. – Takie kobiety należy obsługiwać z fasonem.

No dobrze. Jadłam zatem swój tutmanik na ulicy, ale z talerza, jak dama. Czułam aromat kawy. Ludzi było mało, nie zwracali na nas uwagi.

– Sprzedajesz dużo pamiątek?

– Tak. – Pokręcił głową. – Da się wyżyć. Skupuję wszelkie starocie, lampy, żelazka, książki, szkło. Byle nie były połamane.

I blachy z autentycznymi napisami: „Ostrożnie prąd” albo „Woda niezdatna do picia ani kąpieli”. Prawie nikt nie pamięta, że to było na poważnie.

– To twój rodzinny sklep?

W domu na Patriarchy Ewtimija znajdowało się mnóstwo staroci. Co się stało z tymi, których nie zabrałam do Polski?

– Coś taka ciekawa? – Wyszczerzył ładne zęby w uśmiechu. – Tak, rodzinny. Z tyłu jest nasz dom. Mój ojciec sprzedawał wyłącznie stare płowdiwskie pamiątki, obrazy z tutejszymi widokami. Poszerzyłem asortyment. To dokąd tak biegłaś, piękna, zanim zechciałaś przysiąść na mym stołku sklepowym?

– Margarita – przedstawiłam się, przełknąwszy ostatni kęs.

– Dokąd tak biegłaś, Margarito?

– Do Świętej Niedzieli. Muszę porozmawiać z tamtejszym popem.

– Chodzi ci o tego trupa z amfiteatru? – Nie zdziwił się.

– Tak. Skąd wiesz?

– Nie przyszłabyś tu przedwczoraj z policjantem po to, żeby zgarniać nielegalnie zaparkowane auta i sprawdzać koncesję na alkohol.

– Coś wiesz? Widziałeś coś?

Zrobił naprawdę wspaniałą kawę. Piłam małymi łykami, patrząc z zachwytem na filiżankę. Nigdy nie widziałam tak kunsztownego wzoru. Na złotym tle błękitny Święty Jerzy na koniu, przeszywający włócznią smoka. Wszelkie szczegóły niezwykle starannie odmalowane. Wygląda na ręczną robotę, prawdziwe cudo.

– Nic nie widziałem. Spałem jak zabity, na dodatek nie u siebie. Kilka razy mnie o to pytali.

– Ja pytam nieoficjalnie. Może coś słyszał jeden z domowników, jakiś twój znajomy? Może gadacie o tym i macie jakąkolwiek teorię na ten temat?

– Podoba mi się. – Znów ten uśmiech. – Policja prosi mnie o konsultację.

– Chcę poznać twoje zdanie. W końcu zaprosiłeś mnie na kawę. Ta filiżanka jest na sprzedaż? Piękna.

Gdzieś w oddali słychać odgłosy wiertarki i piły. Ktoś pewnie robi remont.

– Wszystko tu jest na sprzedaż. Filiżanka stoi tu od roku. Jakaś babcia wybrała się na tamten świat i wnuczek przyniósł wszystkie jej rzeczy. Część sam wziąłem. Cudne, aż żal sprzedawać.

– W ten sposób, nie zarobisz na życie – zaśmiałam się.

– To samo powtarza matka. Dlatego filiżanka jest na sprzedaż. Jeden lew.

– Żartujesz chyba. Warta jest ze dwadzieścia. – Prawie ją upuściłam.

– Warta jest jeden. Nie targuj się. Jest na niej mój patron.

Zauważyłam. Święty Georgi, pogromca Szatana. Najpopularniejszy tutejszy święty.

– Urodziłem się w georgiowden, szóstego maja – wyjaśnił. – Nie mogłem nazywać się inaczej, chociaż to ani po dziadku, ani pradziadku. Cała rodzina ponoć głowiła się, jakie dać imię. W końcu babcia Stana, nestorka rodu, zarządziła, że Georgi i cześć. Ty masz imię po babci?

Nie. Zwyczaj nadawania dzieciom imion po ich dziadkach mocno się tu zakorzenił. To kwestia szacunku do rodziców. Zwłaszcza jak się mieszka w ich domu albo ma nadzieję po nich dziedziczyć. Moja matka się nie podporządkowała. Nigdy nie pytałam, czemu tak zrobiła. Może nie lubiła imienia Sofija.

– Tak bez patronki? Nie boisz się?

No to co, że nie mam patronki. Odstawiłam pustą filiżankę i talerz.

– Naprawdę ani ty, ani twoi znajomi nie macie żadnej teorii na temat tego trupa? Nie wierzę, że o tym nie gadaliście. W końcu takie coś nie przytrafia się codziennie.

Georgi wpatrywał się w dach Muzeum Etnograficznego, wysoko, za domami. Siedzieliśmy niedaleko cerkwi Świętych Konstantyna i Heleny. Za nami była galeria sztuki, po lewej dom Bałabanowa, z tyłu teatr antyczny.

– Jeden mój znajomy ma teorię, ale ja bym mu nie wierzył.

– Czemu? Każda teoria jest dobra. A co on mówi?

– Coś o Biblii, Szatanie i tym podobnych bzdurach. Zresztą się tym zajmuje.

– Zawodowo? Jest popem? Historykiem Kościoła?

Pokiwał głową.

– Nie… Amator historyk. Wielbiciel Płowdiwu. Mieszkał w Sofii, tu miał babcię. Interesuje się wszystkim, co związane z historią miasta. Najbardziej ruinami. Jak kilkanaście lat temu porzucili ruiny na bazarze Poniedziałek i nie otworzyli muzeum, organizował protesty. Niestety, nikt na nie przychodził. Goszko rozwijał transparenty z napisami o dziedzictwie, stał jak idiota, nawołując nie wiadomo kogo do zabezpieczenia tych bezcennych zabytków…

– Muszę z nim porozmawiać. Możesz dać mi jego telefon? – W sam raz człowiek dla mnie.

– Odradzałbym – zaśmiał się. – Goszko jest walnięty w głowę… Sama zobaczysz. Nagada ci głupot. Jeżeli to, co chce osiągnąć, nie będzie pasowało do twojej teorii, naciągnie fakty. Ani się obejrzysz, jak ci tak namąci, że nie będziesz wiedziała, na czym stoisz. Naprawdę daruj sobie. To świr.

Mimo to poprosiłam go o telefon do owego Goszki. Goszko to zdrobnienie od Georgi.

– Taaa, on też jest z tych, co smoka zabijają. Sama zobaczysz, tylko nie mów, że nie uprzedzałem. Zresztą powiem mu, że chce z nim rozmawiać policja. Ucieszy się.

Wylewnie mu podziękowałam.

– Idź do tej swojej cerkwi, bo zaraz sjesta się kończy, i wróć. Zapakuję ci filiżankę. Może coś jeszcze wybierzesz? Tym razem w normalnej cenie. Mam też książki…

Zawstydził mnie. Mijałam jego sklep kilka razy, piłam kawę, uzyskałam być może cenny namiar, ale nie weszłam za próg. Powinnam coś kupić w ramach podziękowania. Nie umiesz się zachować, Margarito.

– Masz coś o Janie Chrzcicielu? Albo coś na temat Biblii? Apokryfy? Opracowania?

– Coś mam, muszę poszukać. – Zmarszczył czoło. – Kupiłem lata temu, nie pamiętam od kogo, nie trzymam tego w sklepie. Nikogo to nie obchodzi. Schodzą tylko stare kryminały, święte pisanie ludzi nie nakarmi ani nie da im rozrywki. W domu mam, w piwnicy. Zadzwonię.

Zostawiłam mu numer telefonu. Ruszyłam do Świętej Niedzieli już spokojnie, Georgi pomachał mi i wszedł do sklepu z parą Niemców zainteresowanych tabliczkami z napisami cyrylicą. Strasznie ich kręcą te litery. Zauważyłam, że robią dużo zdjęć. Wczoraj ofuknęłam jednego takiego, bo zanosił się śmiechem przed Burger Kingiem. Napis po bułgarsku go śmieszył. A gdyby tak się śmiać z ich alfabetu? Albo z japońskich znaków? Litery to element języka, ale także nasza tożsamość. Litery, znaki, pismo…

Cerkiew pod wezwaniem Świętej Niedzieli mieściła się w głębi obszernego podwórza, między ulicami Sławejkowa, Cara Szyszmana i Canki Ławrenowa. Wchodząc, minęłam siedzącą na kamiennych schodach kobietę.

– Wspomóż biedną – zażądała.

– Mogę kupić coś do jedzenia – rzuciłam odruchowo.

Tak odpowiadałam w Polsce na wszystkie prośby o pieniądze. Ludzie naprawdę głodni i uczciwi chętnie się zgadzają.

– Nie chcę teraz jedzenia. Jadłam w domu ser i pomidory – odezwała się niezadowolona. – Czemu nie chcesz dać mi jednego lewa? Zapalę za ciebie świecę w kościele. I będę się modliła.

Kobieta jest dość młoda, nie wygląda na głodną ani zaniedbaną. Wiem, co teraz nastąpi. Jeśli dam jej lewa, powie, że mało, i zacznie cmokać niezadowolona. Jeśli nie dam, zacznie grozić mi klątwą. Decyduję się na pierwszy wariant.

 

– Mało – powiedziała i cmoknęła. – Masz przecież więcej. Wstyd, taka ładna, dobrze ubrana, a żałuje starej kobiecie pieniędzy. Czego idziesz do cerkwi? Będziesz się modliła? Ja się mogę pomodlić za ciebie. Mnie Pan Bóg prędzej wysłucha.

Żegna się trzy razy po prawosławnemu i rzuca mi kolejne wyzywające spojrzenie. Odchodzę. Nie zamierzałam się modlić, ale co szkodzi zapalić świecę. Kupuję pięć świec po pięćdziesiąt stotinek. Zapalam na niskich świecznikach za zmarłych. Za moją babcię, która mnie wychowała, dziadka, którego nie pamiętam, dwie za rodziców Dimityra i za jego babcię. Po namyślę dokupuję jeszcze pięć. Jedną zapalam obok tej babcinej, za duszę tego biedaka, co stracił życie nieopodal. No, może nie tu je stracił, ale tu zaistniał jako trup ze znakami na ciele. Pozostałe cztery zapalam za żywych. Za mnie, Dimityra, za cały zespół policyjny i za moich braci, niech tam. Podchodzę do carskich wrót. Podobnie jak portyk wykonano je z misternie rzeźbionego drewna. Te same wzory przypominające hafty na płótnie zdobią także carski tron.

– Wykonał je mistrz Makrij Negriew. – Dobiegł mnie szept z boku. – Sama cerkiew została zbudowana w 1832 roku. – Głos należy do niewysokiego mężczyzny o poczciwym obliczu. Nie wygląda na przewodnika ani kościelnego. – Mogę cię oprowadzić i wszystko ci opowiem – oznajmił, robiąc przy tym dziwne miny. – Pracuję we wszystkich tutejszych cerkwiach. Sprzątam za miskę zupy i kawałek chleba.

– Dziękuję, ja…

– Naprawdę wszystko wiem o tym miejscu – próbował mnie przekonać. – Od urodzenia tu mieszkam. Jestem sierotą. Przygarnął mnie pop ze Świętych Konstantyna i Heleny, a Pan Bóg pobłogosławił. – Przeżegnał się po prawosławnemu trzy razy. – Pop Sławej nauczył mnie wszystkiego. Opowiem ci, co chcesz.

– Dziękuję, bardzo chętnie, nie tym razem. Przyjdę specjalnie, żeby mi pan opowiedział.

– Wanczo jestem. Zapytaj o mnie, wszyscy mnie znają…

– Dobrze, Wanczo. – Pokiwałam głową. – Przyjdę innym razem. Teraz chciałam się spotkać z popem Wasylem. Jeśli jeszcze żyje…

Do świecznika podeszła starsza kobieta ubrana na czarno i wyjęła świece, które zapaliłam. Wrzuciła je do pojemnika z innymi świecami. Przetopią je i znów sprzedadzą, a kolejni ludzie kupią sobie błogosławieństwo za kilka stotinek. Nie musiała jeszcze wyrzucać moich świec, wypaliły się do połowy. Czułam wyraźny żal, jakbym coś straciła.

– Oczywiście, że pop Wasyl żyje. Tylko co to za życie… – skrzywił się Wanczo.

– Jak to? Może wyjdziemy? Nie wypada tak rozmawiać w cerkwi.

– Niby czemu? Nie ma mszy, a ja mam czas… – Popatrzył zdumiony.

Ludzie mają tu za dużo czasu, pewnie dlatego obcinają trupom głowy i krzyżują ciała w amfiteatrach.

– Pop Wasyl jest bardzo stary i po wylewie. Mało kojarzy. Mieszka na tyłach cerkwi jak kiedyś, tylko teraz główne mieszkanie zajmuje pop Iwan z rodziną, a Wasyl mały pokoik. Jemu też sprzątam. Zawsze był dla mnie dobry, chociaż to groźny człowiek, surowy… Nie kręć się tu, Wanczo, mówił, nie żegnaj się godzinami, poczytaj książkę jakąś… Tak mówił.

Pewnie wiedział, co mówi. Wanczo jest dziwny. Mógłby zagrać u boku Mela Brooksa. Nawet bez mocnej charakteryzacji.

– Co się stało z jego rodziną?

Pop Wasyl miał grubą, wesołą żonę i syna w moim wieku, którego też szykował na popa. Jak on miał na imię? Cyryl chyba. Nie, Metody.

– Nasza popadia umarła z dziesięć lat temu. Stała kobieta i padła. Zawał albo wylew. Teraz wszyscy na to umierają. Metody też umarł. Wyświęcił się na popa, dostał parafię w Sozopolu i… umarł. Jego żona też umarła. Dzieci jeszcze nie mieli.

Wiadomość uderza we mnie jak grom z jasnego nieba.

– Jak to umarł? I jego żona też umarła? W Sozopolu? – Byłam autentycznie zdumiona. Nic o tym nie słyszałam. Matka słowem nie pisnęła, że syn naszego popa prowadził parafię nad morzem. Przecież musiała o tym wiedzieć, znała tę rodzinę. W Sozopolu…

– Na co umarli?

– Na wylew. – Pokiwał głową. – Teraz wszyscy na to umierają.

Na wylew? Tylu członków rodziny umarło na wylew? Jakaś choroba genetyczna? Żony nie mają tej samej puli genów. Dziwne.

– Zobacz – powiedział Wanczo – jakie tu mamy piękne ikony. Ta jest najważniejsza i najstarsza… Napisał ją…

– Wiem, wiem… – przerwałam. – Jesteś pewien, że oni umarli na wylew?

Spojrzał na mnie zdziwiony. Wzruszył ramionami, znów się przeżegnał trzy razy. Nie był pewien, ale nigdy się nad tym nie zastanawiał, to czytam z mowy jego ciała. Moje wykształcenie psychologiczne doszło do głosu.

– Zaprowadzisz mnie do popa Wasyla?

– Trzeba by spytać popa Iwana – zaczął niepewnie.

– W takim razie prowadź do popa Iwana.

Wyszliśmy z cerkwi. Wpadłam na pomysł, żeby Wancza także spytać o naszą sprawę. Powiedziałam o tym jednak dopiero wtedy, kiedy minęliśmy pomstującą żebraczkę. Nie chciałam, żeby mnie usłyszała.

– Słuchaj, czy możesz mi cokolwiek powiedzieć o tym morderstwie w teatrze antycznym?

– Ja nic nie wiem… – Zwinął się nagle, jakby go ktoś uderzył w brzuch.

Oho! Może mamy świadka…

– Wiem, że to było w nocy i nikt niczego nie widział – kontynuowałam z udawaną rezygnacją. – Może coś się jednak mówi? Kto mógł zrobić coś tak… taką profanację – zapomniałam odpowiedniego bułgarskiego słowa. – To podłe ukrzyżować człowieka…

– Bardzo podłe – zgodził się Wanczo. Nie patrzył na mnie. – I jeszcze odcięli mu głowę… Jesteś z policji? – spytał konspiracyjnym szeptem.

– Nie – uspokoiłam go. – Ale współpracuję z nimi, jestem archeologiem.

– Nie dasz mi zrobić krzywdy?

– Oczywiście, że nie! – Miałam ochotę zaciągnąć go natychmiast na komisariat. – Będę przy twoich zeznaniach i nie pozwolę…

– Ja nic nie widziałem. Spałem wtedy w schronisku – przerwał mi.

– To czemu się denerwujesz? Ktoś ci powierzył jakąś tajemnicę? Ktoś coś widział? Powiedz mnie, nie musisz iść na policję.

Staliśmy przed drzwiami domu popa Iwana. Chciałam przytrzymać Wancza za koszulkę, żeby nie uciekł. Przybliżył twarz do mojej. Nie cofnęłam się, chociaż jego oddech śmierdział papierosami.

– Widziała go lelja Sija…

– Kogo? – Gwałtownie skoczyło mi ciśnienie. – Sprawcę czy ofiarę?

– Samego diabła, bo to on zrobił! – krzyknął Wanczo i uciekł tak nagle, że nie mogłam go zatrzymać, żeby dopytać o szczegóły.

Postałam chwilę pod drzwiami, potem zapukałam. Zastanawiałam się nad słowami Wancza. Czy gdzieś można zlokalizować tę lelję Siję i wyciągnąć od niej coś mniej symbolicznego?

Drzwi otworzyła popadia w średnim wieku, otyła jak czasem bułgarskie kobiety. Wycierała chusteczką spoconą twarz.

– Dzień dobry, ja jestem… znajomą popa Wasyla. Przyjechałam z daleka. Chciałabym go zobaczyć.

W Polsce by to nie przeszło. Nie weszłabym do kogoś do domu ot tak, z ulicy, bez umówienia się na spotkanie. Tu wystarczą uśmiech i słowo.

– Ale… – zmartwiła się popadia. – Pop Wasyl nie czuje się najlepiej. Upały mu nie służą.

– Mimo wszystko bardzo chciałabym go zobaczyć. Mogę przyjść za godzinę, dwie lub wieczorem, jeśli tak będzie lepiej.

Zawahała się chwilę.

– Wejdź, proszę. Mówiłaś, że jesteś dla popa kim? Kuzynką?

– Nie. Pop przyjaźnił się z moją babcią. Ja jestem tu przejazdem i chciałam go odwiedzić.

– Aha – powiedziała i podała mi pulchną rękę. – Jestem Lili. Napijesz się wody albo kawy?

– Wody chętnie. Bardzo dziękuję.

Poszła w głąb mieszkania, ja zostałam w przedpokoju. Stało tam krzesło, ale nie wiedziałam, czy wypada usiąść.

– Chodź tutaj, do kuchni! – krzyknęła popadia.

Poszłam grzecznie. Na stole pokrytym ceratą w wesołą kratkę zobaczyłam szklankę z wodą i talerzyk konfitur figowych. Przełknęłam ślinę. Uwielbiam je.

– Poczekaj tutaj. Pójdę zobaczyć, czy nie śpi. Częstuj się.

Zniknęła, a ja rozglądałam się, jedząc konfitury. Były z dojrzałych owoców. Znam jeszcze konfitury z zielonych fig, ale bardziej lubię takie. Przyjrzałam się talerzykowi. Moja babcia miała podobne. Maleńkie, wielkości spodeczka, z cieniuteńkiego szkła, z wyrżniętymi misternymi wzorkami. Wróciła Lili.

– Nie śpi i na dodatek się ucieszył, chociaż nie umiałam mu podać twojego imienia. On tak się nudzi, biedulek. Rzadko ktoś go odwiedza. Prawie nic nie widzi i nie może czytać. Przedtem bardzo dużo czytał, studiował Pismo Święte, jakieś księgi, robił ciągle notatki. Teraz tylko siedzi.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?