Kości prorokaTekst

Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

PŁOWDIW, XXI WIEK

Rozmowa z policjantem z Polski nie przyniosła wiele. Dowiedzieliśmy się jedynie, że beneficjentem zamordowanego jest warszawska katedra pod wezwaniem Świętego Jana Chrzciciela.

– A niech mnie! – zagwizdał Christo.

– A niech cię co? – spytała Wirginija.

Gapili się na mnie.

– Wciąż nie mamy punktu zaczepienia. – Wzruszyłam ramionami. – Może to przypadek?

– Może przyjaźnił się z jakimś popem? I dałoby się z tym popem porozmawiać? – spytała Milena.

– Z księdzem – poprawiłam odruchowo. – My mamy księży, nie popów. Niezły pomysł, tylko że ksiądz może się powołać na tajemnicę spowiedzi…

– Na co? – To znów Christo.

– U nas wyznaje się grzechy przy konfesjonale. To jest takie zabudowane krzesło. W środku siedzi ksiądz i słucha spowiedzi wiernego…

– Widzieliśmy na filmach – przerwała Wirginija. – Masz nas za kretynów?

Dimityr się zerwał, ale ja zrobiłam minę pod tytułem „daj spokój, każdemu zdarza się gorszy dzień”.

– Nie wiem, czy widziałaś na filmie, że ksiądz ma obowiązek trzymać w sekrecie to, co usłyszy podczas spowiedzi.

Wirginija pogładziła czoło. Dziś miała na głowie koczek i wyglądała jeszcze ładniej niż wczoraj. Ubrała się skromniej, w białą bluzkę i spódnicę w kwiatki. Jej drobna figura zginęła w tych ciuchach. Była wyraźnie zła. Może dzieci nie dały jej spać albo zdenerwowała się, że mój przyjazd nie pomógł w wyjaśnieniu czegokolwiek.

– To co? – spytał zaczepnie. – Nie warto dzwonić?

– Zawsze warto – stwierdziłam.

Wentylator pracował. Było kilka minut po dziesiątej, ale upał narastał. Włożyłam bluzkę z krótkimi rękawami, ale z jakiejś sztucznej tkaniny oblepiającej mnie niczym macki ośmiornicy. Powinnam sobie kupić coś w stylu Wirginii, kilka przewiewnych koszul, bawełniane bluzki w kwiaty i motyle, spódnicę zamiast dżinsów.

– Słuchajcie – powiedziałam pojednawczo, chociaż nikt mnie nie atakował. – Jestem tu drugi dzień, dopiero się ogarniam. Dajcie mi chwilę.

Mężczyźni na wyścigi zapewniali, że oczywiście, mamy czas, nie musimy się spieszyć. Dziwnie brzmiały te słowa w ustach policjantów. Nie ma co się spieszyć ze śledztwem, nie denerwuj się, Margarito, nie ma problemu, coś się poradzi. Bułgarska mentalność.

Przecież lubiłaś to powolne życie w upale, przyznaj się, Margarito. Dziś od świtu nie mogłaś się doczekać, żeby kupić sobie banicę i kiseło mljako.

– Dzwonimy do katedry – zdecydowałam.

Milena znalazła w internecie numer do zakrystii. Wykręciłam cyfry, które mi podyktowała. Ciekawe czy chcieli mieć taki staroświecki aparat? Tu wszystko wyglądało jak z lat siedemdziesiątych. Ciężka słuchawka drżała mi w ręku. Z drugiej strony odezwał się kobiecy głos.

– Parafia Świętego Jana Chrzciciela, niech będzie pochwalony Jezus Chrystus.

Przedstawiłam się i z grubsza zaczęłam tłumaczyć, o co chodzi.

– Najlepiej, żeby pani przyszła osobiście. – Usłyszałam kobiecy głos.

Domyśliłam się, że to zakonnica.

– Siostro – naciskałam. – Jestem w Bułgarii. Bardzo proszę nam pomóc. Przemysław Tarkowski był kimś więcej niż dobrym katolikiem…

– Tak, wiem – przerwała mi. – To nasz darczyńca i przyjaciel. Pójdę po księdza Mariana, proszę poczekać. On może z panią porozmawiać.

Zakryłam ręką słuchawkę i rzuciłam w stronę Nedka:

– Przynieś nam wody, co?

Uniósł brwi zdumiony i spojrzał na Milenę. Ta zaczęła dźwigać się z miejsca. Dimityr usadził ją wzrokiem.

– Przynieś ze dwie butelki – zwrócił się do Nedka.

W słuchawce odezwał się niski głos.

– Ksiądz Marian Wicher, w czym mogę pomóc?

Znów wytłumaczyłam, kim jestem, gdzie przebywam i po co.

– Czy mogę zadać księdzu kilka pytań? To nie jest oficjalna rozmowa… Chodzi mi o to, że zwracam się do księdza nie jak policjantka. – Którą zresztą nie byłam. Co ty pleciesz, Margarito? Dobrze, że cię nie rozumieją.

– Już rozmawiałem z policją – powiedział. – I raczej niewiele mam do dodania.

– Czytałam protokół, wiem – wtrąciłam szybko. – Mnie chodzi o co innego. Czy może mi ksiądz powiedzieć, jakim człowiekiem był Przemysław Tarkowski?

– Dobry katolik, głęboko wierzący i oddany katedrze. – Padła szybka odpowiedź, jakby ksiądz ją sobie przygotował. Może tylko tak mi się wydawało? Co ma powiedzieć ksiądz z parafii, która dostanie mieszkanie i pokaźną sumę po śmierci gorliwego wyznawcy?

– To wiemy. Testament nie pozostawia co do tego najmniejszych wątpliwości. ale czy ksiądz wiedział, że pan Tarkowski zapisał wszystkie swoje dobra na rzecz katedry?

– Wiedziałem. Często o tym mówił. Nie miał krewnych.

– Naprawdę? I żadnych przyjaciół? Oni często są nam bliżsi niż rodzina.

– Ja byłem jego przyjacielem. A on moim. Głęboko boleję nad jego stratą.

– Czy ksiądz wiedział, że pan Tarkowski wybiera się do Bułgarii? – Nasyciłam głos współczuciem.

– Nie wiedziałem. Nic mi o tym nie mówił. – Znów szybka odpowiedź.

Chyba nie ma powodu, aby kłamać.

– Czy zdarzały mu się takie wyjazdy? Mam na myśli ostatnio? Bo jako poseł chyba jeździł częściej?

– Z tego, co mi wiadomo, to nie. Zdumiała mnie informacja, że zmarł tragicznie w Bułgarii. Jako poseł też prawie nie jeździł. Nie lubił tego. Nie chodził na pielgrzymki. Przyjeżdżał do Częstochowy na Matki Boskiej Zielnej…

– Nie mówił, że chętnie pojechałby do Bułgarii albo dokądkolwiek? Ludzie jeżdżą na wycieczki.

– Przemek nie jeździł. Nie lubił ruszać się z Warszawy. Bał się latać samolotem, nie lubił zwiedzać.

– Nawet zabytków sakralnych?

– Kilka lat temu wziął udział w naszej parafialnej pielgrzymce do Watykanu. Bardzo długo go namawiałem. Argumentowałem, że każdy dobry katolik powinien odwiedzić Watykan.

– Jak przebiegała ta pielgrzymka? Czy stało się coś niezwykłego? Czy oddalił się gdzieś? – Serce zaczęło mi bić żywiej.

– Hmm… – Po chwili milczenia usłyszałam w końcu. – To dziwne, że pani o tym wspomina. Pamiętam, że bardzo interesował się relikwiami. Jakie mają znaczenie dla Kościoła i czy rzeczywiście szczątki świętych się nie rozkładają.

– Czy potem ksiądz rozmawiał z nim o tym? Czy on jeszcze poruszał ten temat?

– Nie, a ja nie pytałem.

– Powiedział ksiądz o tym policji?

– O czym? Że pytał o szczątki świętych?

Faktycznie, nawet gdyby powiedział, to cóż zrobić z tą informacją?

– Nie wspominał o Bułgarii? Może przyjeżdżał tu jako dziecko? Albo lubił bułgarskie wino? Albo arbuzy?

– Przemek nie pił alkoholu. Źle się po nim czuł. O Bułgarii nie wspominał, chociaż…

Czekałam w napięciu.

– Ostatniej niedzieli przed wyjazdem wydawał się jakiś nieswój. Poprosił mnie o spowiedź. Byłem jego spowiednikiem od początku swojej posługi w tej parafii.

– Nie spowiadał się podczas mszy jak inni?

– Nie, kiedy odczuwał taką potrzebę, prosił mnie o to. Wtedy także. Zgodziłem się.

– Spowiadał się? – Z trudem udało mi się ukryć podniecenie.

– Tak, spowiadał…

– Wiem, że ksiądz nie może mi nic powiedzieć o tym, co mówił, chociaż…

– Nie mogę pani przekazać treści spowiedzi, ale proszę mi wierzyć, że nie wyznał mi niczego istotnego dla policji. Naprawdę niczego. Zastanawiałem się nad tym wielokrotnie. Te błahe uchybienia spokojnie mógłby wyznać na spowiedzi powszechnej.

– Może coś ukrył?

Znów cisza.

– Nie wiem…

– Niech ksiądz mi powie, proszę…

– Kiedy skończył wyznawać grzechy, zawahał się na ułamek sekundy. Powiedziałem mu wtedy to, co mówię pani teraz. Za te błahostki nie potrzebował rozgrzeszenia. Dałem mu symboliczną pokutę. Tylko że…

– Miał ksiądz wrażenie, że pan Przemysław czegoś nie wyznał?

– Od razu nie, ale ze zdumieniem zobaczyłem, że podczas mszy nie przystąpił do komunii świętej. Pomyślałem wtedy, że coś zataił i to przeszkadza mu w przyjęciu ciała Chrystusa.

– Dziękuję księdzu za pomoc. Ogromnie dziękuję – powiedziałam i gdy już miałam się rozłączyć, coś przyszło mi do głowy. – Jeszcze chwilę…

– Muszę się przygotować do mszy. – Ksiądz Marian westchnął po drugiej stronie słuchawki.

– Jeszcze jedno pytanie. Czy zmarły wspominał coś o relikwiach Jana Chrzciciela? Grobie, kościach?

– Tak – odparł ksiądz po chwili ciszy, jakby wygrzebywał informacje z zakamarków pamięci. – Kilka miesięcy temu… Nie pamiętałem o tym, ale teraz, kiedy pani o to spytała…

– Czy może sobie ksiądz przypomnieć?

– Jak pani wiadomo, w naszej katedrze przechowujemy jedynie szczątki błogosławionego Zygmunta Szczęsnego Felińskiego. Przemek marzył o sprowadzeniu szczątków Świętego Jana.

– Wiedział ksiądz o tym, że te szczątki odnaleziono właśnie w Bułgarii?

Tym razem odpowiedź jest kategoryczna.

– Czytałem o tym. Cóż… Szczątki Świętego Jana znajdują się w innym miejscu. Ojciec Święty nie kryje sceptycyzmu wobec tej rewelacji. Prawdę mówiąc, nie wierzę, by tamte kości były prawdziwymi relikwiami.

W Całun Turyński też nie wierzycie…

– Czy ksiądz uwierzyłby, że Przemysław Tarkowski przyjechał do Bułgarii w poszukiwaniu szczątków Świętego Jana?

– Muszę przygotować się do mszy – usłyszałam po chwili przerwy.

– Czy według księdza to prawdopodobne?

– Raczej nie. Powiedziałem mu wtedy, że to bzdury i kaczka dziennikarska.

Podziękowałam za rozmowę i się rozłączyłam. Podniecona podzieliłam się z resztą zdobytymi informacjami.

– Interesował się tym znaleziskiem? – spytał Dimityr. – Przynajmniej tak możemy założyć… Chciał przywieźć szczątki Jana do swojego kościoła…

– Musiałby być głupcem. – Wirginija się skrzywiła.

– Może ktoś miał dla niego ukraść te kości? – zastanawiał się Christo.

– Bez sensu – zwątpił Nedko. Siedział obrażony za to, że wysłałam go po wodę, chociaż z rozmowy i tak nic by nie zrozumiał. Uraziłam jego męską dumę. Przypomniałam sobie słowa Bożydara: „kobieta ci posprząta”. – Jak przewiózłby kości? W walizce? Mamy dwudziesty pierwszy wiek.

 

– Kościół katolicki pod pewnymi względami tkwi w średniowieczu… Nie miałam na myśli tego, że zlecił kradzież kości. Może spotkał się z kimś, kto mógłby zadecydować o przekazaniu relikwii? Wiecie, katolik katolikiem, ale to Polak. Najpierw pogadać nieoficjalnie, wysondować, czy byliby skłonni…

– Odrąbać bodaj kosteczkę? – zażartował Dimityr.

I on przeciwko mnie.

– Masz lepszy punkt zaczepienia? – spytałam.

– Tak. Litery na jego ciele.

– Jeszcze się za to nie wzięłam. – Nieoczekiwanie ogarnęła mnie złość. Wstałam i sięgnęłam po torebkę. – Siedzicie tu i czekacie, co ja zrobię, co powiem, co odkryję… Może byście sami ruszyli tyłki?

– Ruszyliśmy i nic z tego nie wyniknęło – powiedział spokojnie Christo. – Nie denerwuj się.

– Nie denerwuję się, tylko wkurzam, bo wygląda na to, że waszą jedyną praca jest krytykowanie mnie.

Strasznie się oburzyli, zwłaszcza Wirginija. Czyżbym źle ją oceniła? No dalej, piękna, powiedz, co ci leży na wątrobie.

– Margarito – odezwał się Dimityr. – Nie denerwuj się. Chłopaki… – uniósł rękę – …cisza i spokój. Dziewczyny też cisza i spokój.

Ten wentylator był nieznośny. Kupię chyba jutro jakiś nowocześniejszy, bo huk jego wiatraków nie pozwalał zebrać myśli.

– Nedko i Milena do biblioteki. Szukajcie wszystkiego na temat tych liter i znaków. Wrzućcie skan do komputera, znajdźcie profesorów językoznawców, popów naukowców, co tam chcecie.

Uniosłam oczy.

– Koljo, ty szukasz podobnych zbrodni. Czegokolwiek. Albo niepodobnych, ale związanych z cerkwią, choćby luźno. Zabójstwo popa, jego żony…

– Szukałem trochę. – Koljo pokiwał głową.

– Poszukaj bardziej – przerwał mu Dimityr. – Wirginija, zapomnij o fochach i zrób jakiś profil sprawcy, sprawców czy cokolwiek w tym stylu.

– Przecież już zrobiłam.

– Tak, pasujący do dwóch milionów Bułgarów, o innych nacjach nie wspomnę.

– Nie mówiłam, że zrobił to Bułgar. – Wykrzywiła się. – I muszę dziś wcześniej wyjść, bo…

– Nie interesuje mnie to. – Dimityr podniósł głos. – Jak musisz wcześniej wyjść, bo coś tam, to odpracuj w nocy. Jednym słowem, postaraj się bardziej.

Zbombardowali mnie nieprzyjaznymi spojrzeniami.

– A ja co mam robić? – spytał Christo.

– Spróbuj jeszcze raz poszukać świadków. Może jednak ktoś coś widział albo słyszał. Ustaliliśmy, że sprawcy mieli tylko jedną drogę do amfiteatru. Saborna jest zamknięta szlabanem, a Hisar Kapija za wąska, żeby przejechała nią ciężarówka. Popytaj kelnerów w lokalach niedaleko meczetu.

– I to mi się zaczyna podobać. – Christo zaprzeczył ruchem głowy i wstał. Chusteczką wytarł sobie twarz i uśmiechnął się do nas. Po czym na zdumione spojrzenie Wirginii dodał: – Lubię pracować, tylko trzeba mi nadać kierunek.

Milena pokiwała głową na Nedka. Ten demonstracyjnie wziął butelkę z wodą i wyszedł.

– Ja też mam wyjść? – spytała Wirginija.

– Ja chcesz – rzucił Dimityr. – My idziemy.

A my niby dokąd mamy iść? Nie przydzielił mi żadnego zadania. Mimo to ruszyłam posłusznie za Dimityrem, rzuciwszy Wirginii nieprzychylne spojrzenie. Zatrzymaliśmy się dopiero w kawiarni na ulicy Georgiewa, przy hali targowej. Kafejka, wąskie, ciemne pomieszczenie zastawione kolorowymi stolikami i krzesłami, ulokowane na piętrze. Bez klimatyzacji, w każdym rogu pracuje wiatrak.

– Dwa razy przedłużone espresso – poprosiliśmy. Barman w milczeniu przyjął zamówienie i uruchomił ekspres. W lokalu byliśmy tylko my. Z rzadka ktoś przechodził ulicą.

– Powiedz wreszcie – zachęciłam Dimityra. – Nie rozumiem, czemu nie chciałeś ze mną rozmawiać w komendzie.

– Bo tu jest przyjemniej – uciął dyskusję. – Kiedy się z nią skontaktujesz?

Mowa o mojej matce. Krzesło się chybocze, o mało z niego nie spadam. Dimityr bez słowa przyniósł inne, a to odstawił na bok. Wiem, powinnam do niej zadzwonić, pojechać, porozmawiać z nią. To wydaje się oczywiste. Jest najlepszą specjalistką w interesującym nas temacie, zajmuje się historią Traków i Biblią. Nie rozumiem, czemu nie chciała pomóc Dimityrowi, tylko kazała ściągnąć mnie. Zawsze robiła ze mną, co się jej podobało.

– Ona chce, żebym zadzwoniła. Będzie mną manipulowała i wcale nam nie pomoże. – Nie wierzysz w to, co mówisz, Margarito. Twoja matka chce tylko, żebyś do niej wróciła, poznała przyrodnich braci, pomogła Cwetanowi zbierać figi na konfitury. Rosną u nich na podwórzu, widziałaś na zdjęciach. Lubisz je, prawda?

– Jesteś uparta jak osioł. – Dimityr westchnął.

– Jestem tu dopiero drugi dzień – odparowałam. – Zdaje się, że nie zasypiam gruszek w popiele…

Przetłumaczyłam to dosłownie.

– Jakie gruszki? – wybuchnął. – Jaki popiół? Nie palę przecież. – Dopił kawę jednym haustem. – Dobrze, rób, co uważasz. Przyznaję, że ruszyliśmy z kopyta. Obiecaj mi tylko, że w końcu do niej zadzwonisz.

Pokiwałam głową. Dopiłam kawę, potem wychyliłam swoją szklankę wody, sięgnęłam po wodę Dimityra i wypiłam bez słowa. Jeszcze raz pokiwałam kilka razy głową. Niech zgaduje, czy zgadzam się z nim po polsku, czy też po bułgarsku zaprzeczam.

– Cześć.

Nie czekałam na niego, nie zaprosiłam do domu, chociaż miałby kawał drogi, żeby mnie odprowadzić. Nic, złapie autobus z pobliskiego bazaru Czwartek i będzie na ulicy Radost po kilku minutach. Wstąpiłam do pobliskiego sklepu. Mieli tam gotowe dania na wynos. Nie mogłam się zdecydować, bo zjadłabym wszystko. Może znów sarmi? Nie, nie będą takie dobre jak lelji Rajny. Wzięłam smażone kabaczki, faszerowanego bakłażana i zapiekane papryki. W hali targowej kupiłam wino. Zjem wszystko na tarasie, potem pomyślę o tych znakach. To dobry plan.

CESARSTWO BIZANTYJSKIE, XII WIEK

Już od dwóch miesięcy mijam ścierwo Alberta. Odwracam głowę i staram się nie myśleć o nim jak o bracie. Każda taka myśl może mnie dużo kosztować. Wczoraj śniłem, że Albert prosi mnie, bym go pochował. Odpowiedziałem mu, że nie ma znaczenia, gdzie obrócimy się w proch. Naprawdę tak rzekłem. Po chwili przypomniałem sobie pogrzeb swojej matki i słowa wypowiedziane w chwili składania jej w ziemi. „Z prochu powstałeś i w proch się obrócisz”. To chrześcijańska myśl, niewłaściwa w naszym świecie. Obudziłem się przerażony i rozejrzałem wokoło. Moi towarzysze spali. Najpewniej nie mówiłem przez sen, a jeśli mówiłem, to tak cicho, że nie mogłem się zdradzić.

Chcę zapomnieć o Albercie. Brakowało mi go już dawniej, kiedy przeniósł się do części klasztoru przeznaczonej dla starszyzny. Nauczyłem się jednak radzić sobie bez jego wsparcia. Teraz muszę zapomnieć, że kiedykolwiek mi go udzielał. Przez pierwszy miesiąc po egzekucji truchlałem na samą myśl, że brat Lazar albo Bazyli przyjdą do mnie i zaczną mnie wypytywać, czy nie byłem z Albertem w zmowie. A kiedy zaprzeczę, poddadzą mnie torturom. Źle znoszę ból. Przyznałbym się nawet do tego, czego nie zrobiłem. Na szczęście nikt nie zwracał na mnie uwagi. Pracowałem nadal w kuchni, kroiłem i obierałem warzywa, skubałem kurczaki i kuropatwy kupowane od wieśniaków na targu. Odliczałem miesiące. Jeszcze dwadzieścia dwa nowie i znajdę się wśród uprzywilejowanych. Staram się mieć oczy i uszy otwarte. Dużo o tym myślałem i doszedłem do wniosku, że Albert próbował krzewić wśród braci swoją wiarę. W przeciwnym razie nie przeszukano by jego rzeczy i nie znaleziono zakazanej księgi. Oczywiście, ktoś mógł go zobaczyć modlącego się w cerkwi i doniósł o tym naszym przełożonym, ale wydaje mi się to nieprawdopodobne. Czy ktoś przebyłby drogę z Filipopolis do naszego klasztoru, trzy dni w pyle i kurzu, by powiedzieć, że widział bogomiła w chrześcijańskiej świątyni? I po co? Cesarz jest nam życzliwy, pozwala na wyznawanie naszej wiary, co więcej – chroni ją. Gdyby nie uwarunkowania polityczne, może zostałby jednym z nas? Ciekawa myśl, szkoda, że nie mogę się nią z nikim podzielić.

– Bracie Cyrylu. – Usłyszałem cichy szept.

Uniosłem gwałtownie głowę. Pogrążony w myślach nie zauważyłem nadchodzącego brata. Zerwałem się. Mało brakowało, a wysypałbym jęczmień z naczynia.

– Skradasz się tu, bracie Romanie, niczym złodziej – rzekłem niezadowolony i zaraz skarciłem się za to w myślach.

Roman od kilku lat należał do starszyzny. Nie powinienem zwracać się do niego tak niegrzecznie. Przeprosiłem go natychmiast – machnął tylko ręką. Uśmiechnął się i zagadnął:

– Zapowiada się piękny dzień, prawda?

Od kiedy to starszyzna przychodzi do kuchni, do młodszego brata, żeby rozmawiać o pogodzie?

– Prawda. Będzie słonecznie, choć nie tak upalnie jak ostatnio. Odpoczniemy od duchoty.

– Wszyscy narzekamy na duchotę.

– Ja nie narzekam – zaprzeczyłem szybko. – Czym mogę ci służyć, bracie?

W czasie letnich miesięcy, kiedy stałem przy kuchni, upał stawał się nie do zniesienia. Nieraz robiło mi się słabo. Brat Albert kazał mi wtedy wychodzić na powietrze i spokojnie oddychać.

– Tak, tak… – zgodził się szybko Roman. – Chciałem ci przekazać, że w następnym miesiącu w klasztorze będziemy gościć grupę braci z Rodopów. Przygotuj zatem więcej jedzenia. Dostaniesz kilku ludzi do pomocy.

Pokiwałem głową.

– Dziś też mamy gościa, brata pustelnika Kiriaka.

– Mam odmierzone porcje – zatroskałem się. – Nikt mnie nie uprzedził…

– Kiriak zapewne pości – uspokoił mnie Roman. – Ale gdyby zaszła taka konieczność, podziel na pół moją porcję.

Znów pokiwałem głową. Dlaczego on jest dla mnie taki życzliwy?

– Oczywiście. Jeśli pozwolisz, wrócę teraz do pracy. W najbliższym czasie zaplanuję zakup większej ilości jedzenia.

Zaczekałem, aż Roman wyjdzie, ale on nie ruszył się z miejsca.

– Jesteś w kuchni sam, przydzielę ci na stałe braci do pomocy. A dziś sam osobiście pomogę w gotowaniu.

– Czy to wypada, aby starszyzna…? – zacząłem, ale mi przerwał.

– To nie jest oficjalna wizyta, dlatego im mniej osób się dowie, że przychodzi brat Kiriak, tym lepiej. Nie znam szczegółów i nie mogę o tym rozmawiać, ale wezwano go tu w związku ze śmiercią… Alberta. Wizyta mnichów z Rodopów jest także z tym związana.

Usiadł koło mnie na stołku i zabrał się do obierania warzyw. Ja wróciłem do swojego jęczmienia, bo zamierzałem zrobić bozę. Miałem też w planach przygotowanie napoju z żurawiny, co najmniej kilka beczek, by ten odżywczy napój służył nam zimą. To też należało do moich obowiązków, choć pierwszeństwo miały codzienne posiłki.

– Czy to wszystko robisz sam? – spytał Roman, patrząc z niedowierzaniem na wielką kadź z wrzątkiem na zupę dla pięćdziesięciu braci. – Przecież to za wiele pracy dla jednego człowieka.

Też tak uważałem, lecz nie podzieliłem się z nim tą opinią. Kto wie, czy nie jest szpiegiem starszyzny.

– Dawniej tylko pomagałem… Albertowi. Od czasu, kiedy powołano go… na górę, sam gotuję. Do zmywania i podawania przydzielono młodych braci. Jak widzisz, radzę sobie i posiłki są na czas. Pomaga mi w tym moja własna filozofia – dodałem ośmielony jego życzliwym spojrzeniem. Prawie kończyłem czyszczenie ziarna, a on sprawnie wrzucał kolejne oskrobane marchwie do kotła.

– Czy mogę wiedzieć jaka? – spytał, spoglądając na mnie. Płukałem teraz ziarno we wcześniej przygotowanej wodzie.

– Nie myślę o tym, że gotuję dla tak wielu osób. Ani o tym, czy zdążę obrać warzywa i oskubać kurczaka. Nie myślę o tym, że powinienem wydać kwaśne mleko i słodki wywar z szyszek sosnowych na śniadanie… Wreszcie nie myślę o tym, że kij albo bat może spaść na mój grzbiet…

– To o czym myślisz? – Roman skończył z warzywami, podszedł do mnie i zabrał naczynie z wypłukanym jęczmieniem. – Ja nastawię zakwas – dodał. – Ty wracaj do zupy.

Ruszał się sprawnie i nie pytał, co ma robić.

– Mój wuj był bozadżiją – powiedział, jakby czytał w moich myślach. – Jako dziecko pomagałem mu robić bozę, a potem pchałem wózek i krzyczałem: „Chodźcie na bozę, pyszną, świeżą bozęęęę!” – zamilkł i się uśmiechnął.

– Myślę o tym – wróciłem do meritum – żeby obrać kolejną marchewkę, kolejny burak. Tylko o następnym ruchu nożem. Kiedy skubię drób, jestem jedynie tym, który wyrywa pióro, odkłada, wyrywa następne, następne i jeszcze jedno… W ten sposób udaje mi się skończyć pracę i się nie zmęczyć.

– I nie bać bata – westchnął Roman. – Mnie też jest ciężko. Czasem… – Zmitygował się. – Chociaż pewnie myślisz, że na górze tylko się modlimy i czytamy księgi.

Boza nastawiona, zupa bulgocze na ogniu. Zaczęliśmy przygotowywać razem kwaśne mleko na śniadanie i gęsty, lepki wywar z szyszek sosnowych z cukrem, nazywamy miodem z boru. Oddzieliliśmy to, co pójdzie na wspólny stół, od tego, co Uriasz lub jeden z pomagających zaniesie starszyźnie do ich pokoi. Porozumiewaliśmy się przy tym bez słów.

 

– Podoba mi się to, co powiedziałeś o gotowaniu.

Mówiłem nie o gotowaniu, ale o życiu. Zabrakło mi jednak odwagi, by sprostować.

– A co ty robisz, kiedy… jest ci ciężko? – spytałem.

– Wyobrażam sobie rodzinną wieś. Opuściłem ją jako dziesięciolatek, więc doskonale wszystko pamiętam.

– Gdzie jest ta wieś?

– Po drugiej stronie Maricy. Mała osada, nawet nie wieś. Kilka chat, poletka. Kury hodowaliśmy tylko my. Dzieliliśmy się jajami z sąsiadami.

– Czemu nie mieszkaliście w większej osadzie?

– Mojego dziadka wygnano z Filipopolis. Był rzemieślnikiem i spotkało go nieszczęście…

Paliła mnie ciekawość. Rozdzielanie mleka za chwilę się skończy i brat Roman odejdzie. Kto wie, czy kiedykolwiek wróci do kuchni. Chcę usłyszeć jego opowieść. W chwilach nudy wymyślam własne historie, bardziej lub mniej prawdopodobne. Nawet o smokach pustoszących ogniem wsie i miasta. Wyobrażam sobie, że dosiadam tych smoków i panuję nad światem. Za nic nie przyznałbym się do tego.

– Chciałbyś poznać moją opowieść?

Kiwam głową i patrzę z uśmiechem.

– A więc dobrze… Mój ojciec pochodził z bogatej rodziny, od pokoleń wyrabiającej złote ozdoby dla Traków i Rzymian. Przyjeżdżali po nie i wykłócali się o to, kto zawiesi na szyi swojej żony większą liczbę łańcuchów i kto ozdobi przeguby swoich kochanek większą liczbą bransolet. Ojciec uczył się od swojego dziadka, słynącego w całym Imperium z biegłości w wyrabianiu najpiękniejszych ozdób ze złota. On również miał wielki talent i pewnego dnia odziedziczyłby warsztat, gdyby nie zazdrość dwóch naszych największych dostawców. Jeden, chcąc zniechęcić drugiego, przywiózł mojemu pradziadkowi złoto gorszej jakości.

– Pradziadek tego nie zauważył?

– Niestety nie. Tracił wzrok. Tylko jego ojciec, czyli mój dziadek, o tym wiedział, ale został zobowiązany do milczenia.

– W takim razie w jaki sposób pradziadek mógł wykonywać rysunki na kolczykach czy bransoletach?

– On wykonywał najważniejszą pracę, a potem zamykał się razem z moim ojcem, który dziecięcą ręką kończył dzieło. Wprawnym okiem rysował w złocie albo wycinał wzory piękniejsze niż te wychodzące spod ręki starca.

– Jednak brakowało mu doświadczenia i nie rozpoznał zanieczyszczonego srebrem złota.

– Dlatego go wygnano?

– Nie dlatego. – Roman pokręcił głową. Drewniana łyżka do mieszania i nakładania mleka zadrżała w jego dłoni. – Bransolety, naszyjniki i diademy zostały już wysłane do Rzymu, więc mój dziadek zdecydował, że pojedzie tam, odnajdzie nieuczciwego dostawcę i wyjaśni całą sprawę. Gdyby tego nie zrobił, pradziadek mógłby zostać oskarżony o kradzież i fałszerstwo Za taką winę ucinano dłoń. Poza tym cała rodzina straciłaby honor. Zabrał mojego ojca i razem ruszyli do Rzymu.

– Dlaczego zabrał ojca?

– Aby potwierdził, że pradziadek traci wzrok, a on sam miał za mało doświadczenia, aby rozpoznać fałszerstwo. Kiedy dotarli do rodziny rzymskiego namiestnika Juliusza Winicjusza, kłamstwo wyszło na jaw. Ozdoby zanieczyszczone srebrem ciemniały. Początkowo dostojnik chciał od razu zatrzymać i ukarać dwóch przybyszy, ale ci tak długo prosili o posłuchanie, że w końcu zgodził się ich przyjąć.

– Wiele ryzykowali – powiedziałem, przejęty opowieścią.

– Winicjusz im uwierzył. Wcześniej kazał mojemu ojcu dowieść, że rysunki na złocie pochodzą z jego ręki. Chłopiec pochylił się nad podanym mu papierem, następnie malował na jedwabiu, wreszcie wyciął specjalnym narzędziem na kolczykach pani domu pawia z rozpostartym ogonem.

Wciąż nie rozumiałem, dlaczego rodzinę Romana wygnano z Filipopolis.

– Nie, bracie! – Prawie krzyknąłem, bo Roman chciał wypłukać w wodzie łyżkę do nakładania mleka. Nigdy tego nie robiłem, obawiając się, że woda zniszczy zakwas, którym przesiąkły i beczka, i łyżka. Brat Albert mi to przekazał. Co dzień rano odkładałem miskę kwaśnego mleka i wieczorem dodawałem ją do świeżego, by skwaśniało do rana. „Pamiętaj, żeby nie szorować beczki, ostrzegał mnie Albert, nie płukać łyżki w wodzie. W tym drewnie jest coś, co pomaga w kwaszeniu. Nie wiem, co to takiego. Jeśli mleko nam się nie skwasi, tylko zwyrodni, pomyśl, jak będą wyglądały nasze grzbiety”. Powtórzyłem te słowa bratu Romanowi. Potem zachęciłem go, by dokończył opowieść.

– Talent chłopca zadziwił wszystkich. Nie tylko nie uczyniono im żadnej krzywdy, ale także zatrzymano dostawcę, którego oskarżono o fałszerstwo, i ucięto mu dłoń.

– Wszystko zatem powinno dobrze się skończyć…

– Ojciec i jego ojciec, czyli mój dziadek, zostali gośćmi Winicjusza – westchnął. – I tu dochodzimy do sedna… Mój dziadek był wdowcem. Poznał córkę Winicjusza i zakochał się w niej bez pamięci. Ona niestety odwzajemniła to uczucie. Rodzina Oktawii nie wykazała życzliwości dla tego związku. Kiedy poprosili o zgodę Winicjusza, wybaczenie i przyjęcie do rodziny dziecka, które niebawem miało przyjść na świat, Winicjusz nie chciał ich nawet wysłuchać. Oktawia odeszła razem z nim. W Filipopolis nie przyjęto ich przychylnie. Wieść o uwiedzeniu córki Rzymianina obiegła miasto. Młodych nie wpuszczono do domu rodzinnego. Stary rzemieślnik całkiem stracił wzrok, wkrótce umarł, rodzina podupadła, ponieważ nikt nie wyrabiał już biżuterii. Majątek przejął chciwy krewniak. To jest moja opowieść. – Popatrzył na mnie z uśmiechem, bo zastygłem zasłuchany. – Czy nie powinniśmy wyjść i zadzwonić na śniadanie?

– Mamy jeszcze trochę czasu. Możesz dokończyć swoją historię.

– Co mam ci jeszcze powiedzieć? Może to, że moja matka zmarła ukąszona przez żmiję, pepeliankę, kiedy miałem cztery lata. Ojciec zwariował z rozpaczy i tęsknoty za nią. Pięć lat później pewnego dnia wyszedł na polowanie i nie wrócił.

– Może odszedł i mieszka teraz gdzieś daleko od wioski?

– Niestety. Mój kuzyn znalazł jego ciało rozszarpane przez lwa i nadjedzone przez sępy. Pochowaliśmy te szczątki. Mieszkałem z innymi rodzinami, pracowałem na roli. Mówiłem, że robiliśmy i sprzedawaliśmy bozę… Miałem dziesięć lat, kiedy do naszej osady przyszedł brat Lazar. Poczęstowałem go bozą. Spytał, czy umiem czytać. Potwierdziłem. Ojciec mnie nauczył, podobnie jak wszystkiego, co umiał: rozpoznawania złota po kolorze i fakturze, rysowania na nim, a nawet robienia skomplikowanych zapięć.

– I tego uczyłeś się w wiosce? Skąd mieliście złoto?

– Matka dała Oktawii po kryjomu, kiedy ta odchodziła z domu. Nie handlowaliśmy nim w obawie, że napadną nas i ograbią. A byliśmy zupełnie bezbronni w naszych chatach. Z wielkim trudem broniliśmy swoich domostw przed wilkami i innymi drapieżnikami. Kiedy odchodziłem z bratem Lazarem, zabrałem to złoto. Potem rzecz jasna ofiarowałem je bogomiłom.

– Podziwiam cię, bracie – wyznałem po dłuższej chwili.

– Za co? My, bogomili, gardzimy złotem jako symbolem bogactwa i władzy. Papieże obwieszają się kosztownościami. Potem na chwałę Pana wyściełają swoje sypialnie skórami, łoża atłasem, a podłogi kobiercami. Patrzą, jak ich wierni umierają z głodu. Bóg tego nie chce…

Wiem o tym dobrze. Przeciwstawiamy się bogactwu papieży i duchowieństwa. Ubóstwo zbliża nas do Boga. Człowiek, szczególnie duchowny, nie potrzebuje mieć obrazów swojego Boga malowanych złotem. W ogóle nie potrzebuje świętych obrazów. Powinnością duchownego jest dawać świadectwo i nie oczekiwać niczego w zamian. Takie są zasady naszej wiary.

– Jestem wierny naszym przykazaniom, bracie Romanie.

W progu dostrzegłem czterech młodych adeptów. Poleciłem im podejść i pouczyłem, co mają robić. Dwóch ma wziąć większy wózek z naczyniami przeznaczonymi dla zwykłych braci. Oni zjedzą w jadalni.

– Polejcie każdą porcję łyżką miodu sosnowego – powiedziałem, bo zauważyłem, że są tu pierwszy raz. – Ta łyżka jest tylko do mleka, ta tylko do miodu. Nie pomylcie się.

Skinęli przejęci głowami. Pozostałym wskazałem drugi wózek. Było na nim miejsce na trzydzieści misek mleka dla starszyzny.

– Zacznijcie od brata Lazara – pouczyłem. – Potem zanieście porcje pozostałym braciom. Na końcu bratu Bazylemu. Długo się modli i nie trzeba mu przeszkadzać. Jeśli któryś ze starszych braci nie wystawi naczynia, zapukajcie. Z szacunkiem, ale stanowczo. Potem przekażcie brudne naczynia do myjni, gdzie mają już czekać na was pomywacze. Zrozumieliście?

Pokiwali gorliwie głowami, potem wywieźli śniadanie. Kiedy wychodzili brat Roman wziął z każdego wózka po jednej misce i postawił na stole.

– Chciałbym zjeść z tobą śniadanie i porozmawiać jeszcze chwilę – oznajmił.