Mądrość mnichów z góry AthosTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spis treści

  Okład­ka

  Stro­ny ty­tu­ło­we

  Stro­na re­dak­cyj­na

  Wro­wa­dze­nie

  Wstęp

  Apoftegma­ty oj­ców atho­skich Oj­ciec Jó­zef He­zy­cha­sta Oj­ciec Efrem z Ka­tu­na­ki Oj­ciec Por­fi­riusz Kaw­so­ka­li­wi­ta Oj­ciec Pa­isjusz Ha­gio­ry­ta Oj­ciec Hie­rom­nich Iza­ak Oj­ciec Pe­tro­niu (Tăna­se) z Ru­mu­nii Oj­ciec Ba­zy­li z Iwi­ron Oj­ciec Ti­chon ze Sta­wro­ni­ki­ty

Mą­drość mni­chów z góry Athos


ALA­IN DU­REL

Mą­drość mni­chów z góry Athos

Prze­ło­ży­ła Ma­ria De­dio

WY­DAW­NIC­TWO W DRO­DZE, PO­ZNAŃ 2021

Ty­tuł ory­gi­na­łu

Prier avec les Mo­ines du Mont Athos

© 2018, Gro­upe Eli­dia Éditions Ar­tè­ge 10, rue Mer­co­eur – 75011 Pa­ris 9, espa­ce Mé­di­ter­ranée - 66000 Per­pi­gnan, www.edition­sar­te­ge.fr

© Co­py­ri­ght for this edition by Wy­daw­nic­two W dro­dze, 2021

Re­dak­tor pro­wa­dzą­ca – Ewa Ku­biak

Re­dak­cja – Agniesz­ka Czap­czyk

Ko­rek­ta – Pau­li­na Je­ske-Cho­iń­ska, Agniesz­ka Czap­czyk

Skład i ła­ma­nie – Krzysz­tof Lor­czyk OP

Re­dak­cja tech­nicz­na – Jó­ze­fa Kur­pisz

Pro­jekt okład­ki – Krzysz­tof Lor­czyk OP

Fo­to­gra­fia (s. 2) – Em­ma­nu­el Tzanès (1636–1690), Ob­li­cze Je­zu­sa Chry­stu­sa, ze zbio­rów Me­tro­po­li­tan Mu­seum of Art w No­wym Jor­ku

ISBN 978-83-7906-447-2 (wer­sja dru­ko­wa­na)

ISBN 978-83-7906-448-9 (wer­sja elek­tro­nicz­na)

Wy­daw­nic­two Pol­skiej Pro­win­cji Do­mi­ni­ka­nów W dro­dze sp. z o.o.

Wy­da­nie I

ul. Ko­ściusz­ki 99, 61-716 Po­znań

tel. 61 852 39 62

sprze­daz@wdro­dze.pl

www.wdro­dze.pl

PA­MIĘ­CI AR­CHI­MAN­DRY­TY PLA­CI­DE’A DE­SE­IL­LE’A

(1926–2018)

Wro­wa­dze­nie

Wspo­mnie­nia z góry Athos

To­masz Gra­bow­ski OP

Na Świętej Gó­rze Athos spę­dzi­łem łącz­nie nie­co po­nad mie­siąc. Mam na­dzie­ję, że przy­wo­ła­ne tu­taj wspo­mnie­nia po­zwo­lą choć tro­chę po­czuć at­mos­fe­rę tego szcze­gól­ne­go miej­sca i po­znać kil­ka cha­rak­te­ry­stycz­nych cech ży­cia mni­chów. Chciał­bym apoftegma­ty za­war­te w tej książ­ce osa­dzić w kon­tek­ście, któ­ry umoż­li­wi lep­sze ich zro­zu­mie­nie, przy­ję­cie i wpro­wa­dze­nie w ży­cie. W spo­tka­niach z oj­ca­mi atho­ski­mi uświada­mia­łem so­bie, jak bar­dzo rzym­sko­ka­to­lic­ką mam du­szę, a za­ra­zem jak nie­wie­le trze­ba, aby pra­wo­sław­na du­cho­wość sta­ła się ożyw­cza dla mo­jej wia­ry i po­strze­ga­nia świata. Wra­cam do wy­da­rzeń sprzed kil­ku­na­stu lat, dla­te­go nie­któ­re szcze­gó­ły zdą­ży­ły się za­trzeć w pa­mię­ci, a inne wy­bi­ły się zbyt wy­ra­zi­ście. Nie­mniej ufam, że po­niż­sza opo­wieść za­chę­ci Was do po­zna­nia Mą­dro­ści mni­chów z góry Athos.

* * *

Ka­to­li­ko­wi nie jest ła­two do­stać się do re­pu­bli­ki mni­chów – po­trze­bu­je za­pro­sze­nia, by otrzy­mać wizę na kil­ku­dnio­wy po­byt, a licz­ba prze­by­wa­ją­cych tam jed­no­cze­śnie ka­to­li­ków i wy­znaw­ców in­nych re­li­gii (sic!) nie może być więk­sza niż dzie­sięć. Prze­kro­cze­nie gra­ni­cy jest trud­niej­sze chy­ba tyl­ko dla ko­biet. Na te­re­nie re­pu­bli­ki obo­wią­zu­je bo­wiem za­kaz (gr. ἄβατον, awa­ton), któ­ry za­zwy­czaj do­ty­czy mu­rów klasz­tor­nych, tu­taj na­to­miast obej­mu­je cały pół­wy­sep: ko­bie­tom nie wol­no zła­mać „klau­zu­ry” góry bez wzglę­du na wspól­no­tę, w któ­rej przy­ję­ły chrzest. Po ścież­kach wy­dep­ta­nych po­śród buj­nej ro­ślin­no­ści może się więc swo­bod­nie prze­cha­dzać je­dy­nie Mat­ka Boża. Czę­sto to robi i co ja­kiś czas ob­ja­wia się jed­ne­mu spo­śród bli­sko dwóch ty­się­cy prze­by­wa­ją­cych tam mni­chów. Za­miesz­ku­ją oni bądź je­den z dwu­dzie­stu wiel­kich klasz­to­rów, bądź ski­ty, czy­li mniej lub bar­dziej licz­ne osa­dy, po­zo­sta­li żyją w po­je­dyn­kę, po dwóch lub trzech w pu­stel­niach1. Więk­szość pół­wy­spu jest je­dy­nie luź­no za­miesz­ka­na, ale żad­ne, na­wet naj­bar­dziej nie­do­stęp­ne miej­sce nie spra­wia wra­że­nia pu­ste­go. Prze­dziw­na obec­ność roz­po­ście­ra się na dzie­dziń­cach klasz­to­rów i w daw­no opusz­czo­nych ja­ski­niach, ru­inach pu­stel­ni, po­śród oliw­nych ga­jów, win­nic, na ska­li­stej pla­ży. Zbłą­ka­ny piel­grzym czy tu­ry­sta w każ­dym mo­men­cie, je­śli tyl­ko na chwi­lę sku­pi uwa­gę, może od­czuć wy­peł­nia­ją­cą to miej­sce obec­ność. Czy jest to sub­tel­na obec­ność Mat­ki Bo­żej, anio­łów, czy też zmar­łych mni­chów, a może wprost obec­ność Boga? Każ­dy miesz­ka­niec i piel­grzym na tak po­sta­wio­ne py­ta­nie od­po­wia­da po swo­je­mu. Góra prze­ma­wia do każ­de­go in­dy­wi­du­al­nie. Gdy pró­bu­ją wy­ja­śnić jej sło­wa, oka­zu­je się, że w tłu­ma­cze­niu wię­cej jest po­ru­szeń ich serc niż pier­wot­nej tre­ści. Ich opo­wie­ści róż­nią się od sie­bie, na­wet wów­czas, gdy re­la­cjo­nu­ją wia­do­mo­ści za­sły­sza­ne od tego sa­me­go mni­cha, w tym sa­mym cza­sie i miej­scu. Doświad­cza­ją góry przez filtr wła­sne­go ser­ca. W za­leż­no­ści od tego, co z sobą wno­szą na jej ska­li­ste wy­brze­że, tak też wi­dzą na­po­tka­ne po­sta­cie, mo­na­ste­ry, a na­wet przy­ro­dę. Świat po­strze­ga­ny jest tu przez pry­zmat wła­sne­go wnę­trza, któ­re oży­wa w trak­cie spo­tkań z mni­cha­mi, pod­czas li­tur­gii i nocy prze­peł­nio­nych grą cy­kad. Dla­te­go też kon­kret­ne szcze­gó­ły zda­rzeń ule­ga­ją znie­kształ­ce­niu lub wy­ostrze­niu. Przy­pa­tru­jąc się mni­chom czy to znad ta­le­rza, na któ­rym ni­gdy nie le­ża­ło mię­so, czy przez ga­łę­zie fi­gow­ca, na któ­rym pysz­ni­ły się doj­rze­wa­ją­ce owo­ce, prze­ko­ny­wa­łem się, że nie ich ży­cie sta­no­wi praw­dzi­wą ta­jem­ni­cę Świętej Góry, ale to, co ona sama od­ci­ska we wnę­trzu piel­grzy­ma. Naj­bar­dziej in­tym­na opo­wieść do­ty­czy sub­tel­nej zmia­ny ser­ca, któ­ra do­ko­nu­je się w cza­sie po­by­tu w Ogro­dzie Najświęt­szej Dzie­wi­cy – tak górę Athos nazy­wa­ją Gre­cy.

Dzie­je się tak, jak­by każ­dy piel­grzym du­cho­wo zdo­by­wał szczyt dwu­ty­sięcz­ni­ka na wschod­nim „pal­cu” Chal­ki­di­ki. Dwu­krot­nie wcho­dzi­łem na szczyt – nie tyle du­cho­wo, co do­słow­nie. Za dru­gim ra­zem mia­łem go­rącz­kę, dla­te­go zre­zy­gno­wa­łem z ostat­nie­go eta­pu po­dej­ścia. Roz­ło­ży­łem się na ską­pej tra­wie pod ko­ścio­łem Pa­na­gia (gr. Παναγία), czy­li „Ca­łej Świętej” (ka­to­lic­kim od­po­wied­ni­kiem by­ło­by pew­nie „Nie­po­ka­la­nej”) i wy­grze­wa­jąc się w słoń­cu, je­dy­nie wspo­mi­na­łem pierw­szą wy­pra­wę. Wte­dy po­ko­na­łem ten ostat­ni, ła­god­nie wzno­szą­cy się od­ci­nek szla­ku, któ­ry tra­wer­sem piął się na szczyt. Znaj­du- je się tam mały ko­śció­łek Prze­mie­nie­nia Pań­skie­go. Tam­te­go wie­czo­ra wo­kół ma­leń­kiej świąty­ni zgro­ma­dzi­ło się oko­ło dwu­stu piel­grzy­mów. Była noc Prze­mie­nie­nia. Do środ­ka we­szło je­dy­nie kil­ku­na­stu mni­chów, a my wszy­scy ko­czo­wa­li­śmy na ze­wnątrz, słu­cha­jąc ich mo­dli­twy. Ni­gdy w ży­ciu tak nie zmar­z­łem, jak wów­czas, gdy wy­cze­ki­wa­łem wscho­du słoń­ca na szczy­cie góry. Brak wy­obraź­ni spra­wił, że mia­łem na so­bie je­dy­nie T-shi­rt, któ­ry nocą na wy­so­ko­ści 2033 me­trów nad po­zio­mem mo­rza nie był żad­ną ochro­ną przed przej­mu­ją­cym wia­trem. Nie po­tra­fi­łem się ani mo­dlić, ani my­śleć nad ta­jem­ni­cą klu­czo­wą dla du­cho­wo­ści Gre­ków – światłem Prze­mie­nie­nia. Cze­ka­łem je­dy­nie, aż zaświeci pierw­szy pro­myk słoń­ca, by móc wresz­cie uciec przed zim­nem. Zro­bił­bym to wcze­śniej, ale la­tar­ki, po­dob­nie jak kurt­ki, nie mia­łem. Po­zo­sta­wa­ło skryć się w za­ło­mie skał i wy­pa­try­wać, aż skoń­czy się ta naj­dłuż­sza noc w moim ży­ciu.

Wróć­my do du­cho­wej dro­gi piel­grzy­mów. Chrze­ści­ja­nie Wscho­du od­czy­tu­ją zda­rze­nie z góry Ta­bor jako oczysz­cze­nie uczniów, któ­re do­ko­na­ło się dzię­ki do­ty­ko­wi bo­skie­go światła pro­mie­niu­ją­ce­go od Chry­stu­sa. Na iko­nach upa­mięt­nia­ją­cych tam­to zda­rze­nie wi­dzi­my apo­sto­łów, któ­rych świat zo­stał prze­wró­co­ny do góry no­ga­mi. Pierw­sze wra­że­nia, ja­kie wy­no­si się z po­by­tu na gó­rze Athos, przy­po­mi­na­ją zmie­sza­nie Pio­tra, Ja­ku­ba i Jana, któ­re­go do­zna­li, wi­dząc prze­mie­nio­ne­go Zba­wi­cie­la. Ser­ca lu­dzi nie­przy­zwy­cza­jo­nych do Bo­żej obec­no­ści są nie­co za­gu­bio­ne, cza­sem wręcz osłu­pia­łe, gdy mogą przy­jąć za­ska­ku­ją­cą bli­skość Święte­go. Dla­te­go opo­wie­ści piel­grzy­mów tak róż­nią się mię­dzy sobą. W ich sło­wach czę­sto wię­cej jest oso­by nar­ra­to­ra niż tego, co w rze­czy­wi­sto­ści się sta­ło. Mni­si na­to­miast, któ­rzy od lat żyją na gó­rze, wie­dzą, że by usły­szeć i przy­jąć obec­ność Boga, po­trze­ba, aby „umysł zszedł do ser­ca”. Dla­te­go pod­czas mo­dlitw i w chwi­lach spę­dza­nych w od­osob­nie­niu rzad­ko kie­dy roz­sta­ją się z ple­cio­ny­mi sznu­ra­mi mo­dli­tew­ny­mi. Roz­glą­da­jąc się po ka­to­li­ko­nie (gr. καθολικόν), głów­nym ko­ście­le mo­na­ste­ru, ła­two moż­na do­strzec, że wie­lu oj­ców prze­su­wa po­mię­dzy pal­ca­mi ko­lej­ne wę­zeł­ki sznu­ra mo­dli­tew­ne­go – kom­bo­skio­nu (gr. κομποσκοίνι, kom­bo­ski­ni). Nie po­ru­sza­ją war­ga­mi, nie błą­dzą wzro­kiem; mia­rą cza­su, w któ­rym prze­by­wa­ją, jest od­dech i to­wa­rzy­szą­ce mu we­zwa­nie: „Pa­nie Jezu Chry­ste, Synu Boga ży­we­go, zmi­łuj się nade mną grzesz­nym”. To naj­bar­dziej zna­na prak­ty­ka du­cho­wa Wscho­du. Jej też w znacz­nej mie­rze poświęco­na jest niniej­sza książ­ka.

 

Pa­mię­tam, gdy w no­wi­cja­cie za­czą­łem od­kry­wać mo­dli­twę nie­ustan­ną i z wy­pie­ka­mi na twa­rzy po­chła­nia­łem Opo­wie­ści piel­grzy­ma, pi­sma Grze­go­rza Pa­la­ma­sa i pol­skie tłu­ma­cze­nie frag­men­tów Fi­lo­ka­lii. Zbli­ża­nie się do Wscho­du przez mo­dli­twę star­ców wią­za­ło się nie tyl­ko z przy­jaź­nią bra­ta z Ukra­iny, ale przede wszyst­kim z prze­ko­na­niem, że po­trze­ba mi pew­nej dro­gi du­cho­we­go wzro­stu. O słod­ka na­iw­no­ści! Gdy my­ślę o so­bie z tam­te­go cza­su, ogar­nia mnie za­kło­po­ta­nie i wstyd. Wów­czas czę­sto sku­pia­łem się na tym, co przede mną, wo­bec cze­go nie za­uwa­ża­łem tego, co we mnie. Nie wie­dzia­łem, że w Mo­dli­twie Je­zu­so­wej, któ­rą od­ma­wia­ją mni­si ze Świętej Góry, nie cho­dzi o wzrost du­cho­wy. Nie cho­dzi też o zdo­by­cie umie­jęt­no­ści he­zy­cha­zmu – prak­ty­ki, któ­rej ce­lem jest złą­cze­nie for­mu­ły mo­dli­tew­nej z ryt­mem od­de­chu i bi­ciem ser­ca, tak aby mo­dli­twa sta­ła się toż­sa­ma z jed­ną z funk­cji cia­ła. Nie cho­dzi o na­śla­do­wa­nie mi­sty­ków, choć tych nie bra­ku­je na gó­rze. Spo­ty­ka się ich w naj­mniej spo­dzie­wa­nych mo­men­tach – raz przy obie­ra­niu cu­ki­nii, a kie­dy in­dziej przy za­ja­da­niu sło­dy­czy w cie­niu drzew lub pro­sząc o coś do pi­cia mni­cha za­ję­te­go upra­wą roli. By­cie mi­sty­kiem nie jest jed­nak ce­lem. Mo­dli­twa Je­zu­so­wa sta­no­wi pro­ste uzna­nie grzesz­no­ści i wy­zna­nie na­dziei na mi­ło­sier­dzie. Dla­te­go jej ce­lem jest po­ko­ra. Sta­nię­cie w miej­scu, w któ­rym się stoi. „Przy­ję­cie praw­dy o so­bie”, jak po­wie­dział­by św. Ber­nard, lub „od­kry­cie god­no­ści czło­wie­ka na­da­nej mu przez Boga”, jak uję­ła to Ger­tru­da von Le Fort. Łą­cząc obo­je: przy­ję­cie tego, kim się jest wo­bec Boga. Naj­pierw wy­da­je się, że cho­dzi o to, by­śmy sami przy­ję­li sie­bie: trze­ba do­strzec, kim się jest. Z bie­giem cza­su oka­zu­je się jed­nak, że o wie­le waż­niej­sze w Mo­dli­twie Je­zu­so­wej jest to, że Inny nas przyj­mu­je: Bóg przy­gar­nia grzesz­ni­ka. Wła­śnie Jemu na­le­ży się od­dać ta­kim, ja­kim się jest – bez upięk­sza­nia i bez oszpe­ca­nia. Do­zna­nie usy­no­wie­nia, praw­dzi­wej Bo­żej ad­op­cji grzesz­ni­ka po­zwa­la roz­po­znać wiel­kość Bo­że­go ser­ca. Dla­te­go w koń­cu uprasz­cza się treść słów, aż do mo­men­tu, gdy w ży­łach pły­nie peł­ne po­ko­ju stwier­dze­nie: [Okaż się] Mi­ło­sier­dzie – [oto ja] grzesz­nik. To­wa­rzy­szą­cy mu od­dech po­zwa­la na wręcz fi­zycz­ne prze­ży­wa­nie ta­jem­ni­cy oży­wia­ją­ce­go mi­ło­sier­dzia i od­da­nia grze­chu. Wdech uzmy­sła­wia przy­ję­cie Bo­że­go zmi­ło­wa­nia, wy­dech po­wie­rze­nie się Jego mi­ło­sier­dziu.

Prze­su­wa­ne wę­zeł­ki na mo­dli­tew­nym sznu­rze nie od­mie­rza­ją dro­gi na szczy­ty mi­sty­ki. Wręcz prze­ciw­nie, są wy­ra­zem uni­żo­ne­go wy­zna­nia: Zmi­łuj się nade mną. Uzna­niem swe­go miej­sca i przy­po­mnie­niem o wła­snej kon­dy­cji. Oj­co­wie no­szą je wo­kół nad­garst­ka, w kie­sze­ni, wie­sza­ją na ha­czy­kach przy stal­lach w chó­rze, by wciąż przy­po­mi­na­ły im o grze­chu, a nie po to, by za­chę­ca­ły do wznio­słe­go udu­cho­wie­nia. Plo­tą je wy­trwa­le i sta­ran­nie, z uwa­gą, któ­rej wy­ma­ga roz­po­zna­nie i przy­zna­nie się do winy. Nie jest to jed­nak smut­ne, peł­ne przy­gnę­bie­nia i upo­ko­rze­nia wy­zna­nie, ja­kim mo­gło­by się stać po­śród lu­dzi Za­cho­du. Ak­cep­ta­cja praw­dzi­wie swo­je­go miej­sca na­peł­nia po­ko­jem, a nie przy­gnę­bie­niem. Gre­cy przy­zna­ją: „je­stem grzesz­ny”, lecz nie do­da­ją w my­śli: „a po­wi­nie­nem być święty”. Za­miast roz­li­czać się z osią­gnię­cia celu, stwier­dza­ją fakt. Jego na­tu­ral­ną kon­se­kwen­cją nie jest sąd, ale proś­ba: „zmi­łuj się nade mną”. Uzna­nie grzesz­no­ści po­cią­ga za sobą wo­ła­nie o świętość, któ­re nie po­trze­bu­je więk­sze­go po­czu­cia winy, smut­ku, bra­ku na­dziei. Jest przy­ję­ciem sta­nu rze­czy i jego kon­se­kwen­cji. Może się zda­wać, że mia­rą grzesz­ni­ka jest zło, któ­re­go się do­pu­ścił. Ła­two my­śleć w ten spo­sób, gdy do mo­dli­twy za­bie­ra się czło­wiek o ser­cu nie­przy­zwy­cza­jo­nym do Bo­żej obec­no­ści. Mni­si wiel­ką uwa­gę zwra­ca­ją na oczysz­cze­nie du­szy, aby nic, co wnie­śli w so­bie i ze sobą na górę, nie znie­kształ­ca­ło ob­ra­zu Boga. Dla­te­go wie­dzą, że mia­rą wiel­ko­ści grzesz­ni­ka nie jest zło, któ­re­go się do­pu­ścił, a je­dy­nie mi­łość, w któ­rej Bóg go od­ku­pił. W kon­se­kwen­cji ich ży­cie prze­ni­ka po­ku­ta, któ­ra jest wy­ba­wie­niem, a nie umę­cze­niem. Mimo iż wciąż po­wta­rza­ją „zmi­łuj się nade mną, grzesz­nym”, try­ska­ją ra­do­ścią i po­ko­jem, po­nie­waż więk­szą uwa­gę kie­ru­ją ku mi­ło­ści Boga niż do po­peł­nio­ne­go grze­chu. Na­wet w prośbie kie­ro­wa­nej do Boga wię­cej mó­wią o Nim niż o so­bie.

Gdy wy­bie­ra­łem się na Świętą Górę, wstą­pi­łem do ko­ścio­ła me­tro­po­li­tal­ne­go w Te­sa­lo­ni­kach. Znaj­du­je się w nim grób św. Grze­go­rza Pa­la­ma­sa. Jak wie­le in­nych ko­ścio­łów na świe- cie, tak i ten wy­peł­nia szcze­gól­ny po­kój, któ­ry na­tych­miast ogar­nia wcho­dzą­cych z ru­chli­wej uli­cy. Gi­nie po­śpiech, usta­je go­ni­twa, od­dech się uspo­ka­ja i to wy­star­cza. Ty­ka­nie wska­zó­wek ze­gar­ka na po­wrót od­mie­rza wy­łącz­nie naj­bliż­sze tu i te­raz. Wo­bec re­li­kwii święte­go he­zy­cha­sty prze­ży­wa­łem coś po­dob­ne­go do wra­żeń wy­wo­ły­wa­nych przez obec­ność star­ców z góry Athos – ko­ją­cą ci­szę. Każ­dy z nich na­uczył się go­dzić ze sobą i swo­imi ogra­ni­cze­nia­mi, ży­cie wy­peł­nił po­kor­nym przy­zna­niem się do by­cia dłuż­ni­kiem. Na weł­nia­nych pa­cior­kach od­li­czał ko­lej­ne set­ki we­zwań Mo­dli­twy Je­zu­so­wej. Z każ­dym od­de­chem przy­zna­wał, że żyje dzię­ki da­ro­wa­ne­mu dłu­go­wi, i pro­sił o wię­cej. Nie wy­bie­gał w przód i nie co­fał się do prze­szło­ści. Trwał w pokor­nym wy­zna- niu i prośbie o zmi­ło­wa­nie. Za­jął wła­ści­we jemu miej­sce w świecie, a kom­bo­skion przy­po­mi­nał mu, kim jest, a nie to, kim był lub kim ma się stać.

Na wie­lu roz­mo­dlo­nych piel­grzy­mów na­tkną­łem się pod­czas swo­ich spa­ce­rów po Świętej Gó­rze. Wraz z nimi przez wy­trwa­łe po­wta­rza­nie słów mo­dli­twy sta­ra­łem się uśmie­rzyć roz­krzy­cza­ne zmy­sły, by usły­szeć to, co mówi Bóg. Jed­nak nie za­bra­kło też spo­tkań z tu­ry­sta­mi, któ­rzy sta­no­wią cał­ko­wi­te prze­ci­wień­stwo męż­czyzn od­ma­wia­ją­cych Mo­dli­twę Je­zu­so­wą. Są gło­śni, jak tyl­ko przed­sta­wi­cie­le lu­dów śród­ziem­no­mor­skich ha­ła­śli­wi być po­tra­fią. Zda­rza się, że poza klasz­tor­ny­mi mu­ra­mi ocho­czo po­pi­ja­ją bur­bon lub zbyt chęt­nie ra­czą się po­wi­tal­ną any­żów­ką. Mni­si nie zra­ża­ją się tym i nie­zmien­nie wi­ta­ją piel­grzy­mów szkla­necz­ką uzo po­da­wa­ną wraz z tu­rec­ki­mi sło­dy­cza­mi. Nie za­nie­dbu­ją tego zwy­cza­ju na­wet wów­czas, gdy wi­dać wy­raź­nie, że dany je­go­mość wy­chy­la tego dnia ko­lej­ną por­cję słod­kiej wód­ki. Tak, Gre­cy po­tra­fią być iry­tu­ją­cy, gdy dają upust swo­je­mu tem­pe­ra­men­to­wi, igno­ru­jąc na­boż­ne sku­pie­nie in­nych. Nie­raz kil­ka dni urlo­pu w mę­skim gro­nie je­dy­nie okra­sza­ją na­wie­dza­niem ko­ścio­łów i uca­ło­wa­niem re­li­kwii, resz­tę cza­su spę­dza­jąc na nie­koń­czą­cych się dys­ku­sjach pro­wa­dzo­nych szyb­ko, pod­nie­sio­nym gło­sem. Zda­ją się w ogó­le nie przy­wią­zy­wać wagi do tego, że znaj­du­ją się w miej­scu, któ­re całe jest jak­by jed­nym wiel­kim sank­tu­arium. W więk­szo­ści przy­pad­ków mni­si cier­pli­wie ich zno­szą, a młod­si nie­raz do­łą­cza­ją do dys­ku­tan­tów i wca­le nie ob­ni­ża­ją tem­pe­ra­tu­ry spo­rów. Na szczę­ście dla nie­licz­nych ka­to­li­ków nie­przy­zwy­cza­jo­nych do peł­ne­go eks­pre­sji grec­kie­go sty­lu licz­ba od­wie­dza­ją­cych górę piel­grzy­mów jest ogra­ni­cza­na i każ­de­go roku w klasz­to­rach roz­sia­nych na pół­wy­spie może spę­dzić parę dni je­dy­nie kil­ka ty­się­cy tu­ry­stów, wier­nych z róż­nych ko­ścio­łów pra­wo­sław­nych, du­chow­nych i świec­kich. Po­zwa­la się im swo­bod­nie po­ru­szać po najświęt­szym miej­scu grec­kie­go pra­wo­sła­wia, ko­rzy­stać z noc­le­gów i po­sił­ków w klasz­to­rach, uczest­ni­czyć w li­tur­gii. Część piel­grzy­mów go­ści w prze­zna­czo­nych do tego celu wie­lo­oso­bo­wych sa­lach znaj­du­ją­cych się w naj­więk­szych klasz­to­rach. Je­dzą po­sił­ki w wy­zna­czo­nej czę­ści re­fek­ta­rza, po­zwa­la się im wejść do ko­ścio­ła, uczest­ni­czyć w li­tur­gii i przy­jąć bło­go­sła­wień­stwo. Dla nich mni­si po­zo­sta­ną od­le­gli i w więk­szo­ści nie­do­stęp­ni, a cza­sem wręcz ob­ce­so­wi. W ten spo­sób du­chow­ni chro­nią swo­je ży­cie we­wnętrz­ne przed cią­gły­mi roz­pro­sze­nia­mi. Piel­grzy­mi będą po­dzi­wiać ich asce­tycz­ne miny, cu­dow­ny śpiew i splen­dor ce­le­bro­wa­nej li­tur­gii. Ci jed­nak, któ­rzy zo­sta­ną za­pro­sze­ni do ka­li­wii, po­zna­ją od­mien­ną, bar­dzo życz­li­wą twarz miesz­kań­ców Atho­su. Tam, w do­mach znaj­du­ją­cych się poza mu­ra­mi klasz­to­ru, po­ło­żo­nych w ma­low­ni­czych gór­skich ostę­pach lub pra­wie nad sa­mym brze­giem Mo­rza Trac­kie­go, będą przez krót­ki czas dzie­lić co­dzien­ność mni­szej wspól­no­ty. W im mniej­szym ski­cie się znaj­dą, tym wię­cej ży­cia bra­ci uda się im po­dej­rzeć. Nie­raz prze­ko­na­ją się o tym, że mni­si ży­ją­cy poza klasz­to­ra­mi to lu­dzie życz­li­wi i pro­sto­li­nij­ni, któ­rzy do for­mal­no­ści nie przy­wią­zu­ją zbyt wiel­kiej wagi, a do go­ścin­ności nad­mier­ną.

Dzię­ki uprzej­mo­ści ta­kich mni­chów, wbrew ogól­nym za­sa­dom pa­nu­ją­cym na Świętej Gó­rze, dwu­krot­nie mo­głem przez kil­ka ty­go­dni żyć w ich wspól­no­cie. Li­czy­ła sied­miu mni­chów, z któ­rych dwóch było księż­mi. Miesz­ka­li na po­łu­dnio­wym krań­cu pół­wy­spu, na skra­ju „pu­sty­ni atho­skiej”. Mało kto ich od­wie­dzał, po­nie­waż osa­da nie sta­no­wi­ła szcze­gól­nie atrak­cyj­ne­go przy­stan­ku na szla­ku. By do­ce­nić to miej­sce, trze­ba było wie­dzieć, kto kie­dyś miesz­kał w Mi­kra Agia Anna, lub też po­znać obecnych go­spo­da­rzy.

Ży­cie mni­sze w ski­cie zo­sta­ło od­no­wio­ne sto­sun­ko­wo nie­daw­no, choć samo miej­sce opie­ra się na tra­dy­cji się­ga­ją­cej szes­na­sto­wiecz­nych za­ło­ży­cie­li, świętych Dio­ni­ze­go Re­to­ra i Mi­tro­fa­ne­sa. Zo­sta­ło ono na­zna­czo­ne obec­no­ścią Aga­pio­sa Lan­do­sa, au­to­ra sie­dem­na­sto­wiecz­nej Księ­gi naj­pięk­niej­szych, zwa­nej Zba­wie­niem grzesz­ni­ków. W xx wie­ku nie­opo­dal miesz­ka­li wy­łącz­nie pu­stel­ni­cy i ich ucznio­wie, mię­dzy in­ny­mi Jó­zef He­zy­cha­sta, któ­ry za­miesz­ki­wał w cha­cie pod we­zwa­niem Do­tknię­cia św. To­ma­sza i Na­ro­dzin Spra­wie­dli­we­go Po­przed­ni­ka. Sta­ła obec­ność mni­chów w ski­cie zo­sta­ła przy­wró­co­na do­pie­ro przez święte­go hym­no­gra­fa Ge­ra­si­mo­sa Mi­kra­gian­na­ni­ti­sa, któ­ry kil­ka­dzie­siąt lat temu, przy­cią­ga­jąc do sie­bie uczniów, od­no­wił kil­ku­oso­bo­wą wspól­no­tę pod­le­ga­ją­cą klasz­to­ro­wi Wiel­kiej Ła­wry. Gdy miesz­ka­łem po­śród nich, Ge­ra­si­mo­sa ze szcze­gól­nym wzru­sze­niem wspo­mi­nał Spi­ry­don, jego uczeń, a wów­czas star­szy, czy­li prze­ło­żo­ny ski­tu. Wspól­nie mo­dli­li­śmy się przy gro­bie hym­no­gra­fa, każ­do­ra­zo­wo ca­łu­jąc krzyż wznie­sio­ny nad mo­gi­łą. Od cza­su do cza­su od­wie­dza­li­śmy jego celę, gdzie Spi­ry­don wzdy­chał głę­bo­ko i prze­cie­rał wy­raź­nie wil­got­ne oczy. Wspo­mi­na­jąc mi­strza z na­boż­ną czcią, wyj­mo­wał sto­ją­ce na pół­ce tomy hym­nów, któ­re Ge­ra­si­mos pi­sał – jak wie­rzą jego bli­scy bra­cia – pod na­tchnie­niem, bez skre­śleń, każ­dy utwór w ca­ło­ści pod­czas jed­ne­go po­sie­dze­nia. Wie­le z jego pie­śni rze­czy­wi­ście zo­sta­ło uzna­nych za pięk­ne i we­szło do ka­no­nu mo­dlitw od­ma­wia­nych pry­wat­nie i śpie­wa­nych pod­czas na­bo­żeństw. Spi­ry­don, pro­sty mnich, któ­ry wciąż coś nu­cił, a pod­czas li­tur­gii śpie­wał po­tęż­nym gło­sem, gdy tyl­ko nada­rza­ła się do tego oka­zja, z dumą i gło­śniej, niż by wy­pa­da­ło, wy­ko­ny­wał hym­ny swo­je­go du­cho­we­go ojca. Dziś już obaj, mistrz i tę­sk­nią­cy za nim uczeń, za­mieszkują wiecz­ność.

 

Mni­si miesz­ka­ją­cy u Świętej Anny Mniej­szej nie­raz mó­wi­li, że wy­bra­li ży­cie w ski­cie, po­nie­waż w klasz­to­rze obo­wią­zu­ją zbyt ry­go­ry­stycz­ne za­sa­dy, któ­rym nie da­li­by rady po­do­łać. Z po­cząt­ku było mi trud­no w to uwie­rzyć. Rze­czy­wi­ście mo­dlitw od­ma­wia­li nie­co mniej i w skrom­niej­szej for­mie, niż ma to miej­sce w klasz­to­rach, ale ży­cie na „pu­sty­ni atho­skiej” jest prze­cież nie­zmier­nie wy­ma­ga­ją­ce. Wszyst­ko, co nie­zbęd­ne, trze­ba zor­ga­ni­zo­wać od pod­staw. Część pro­duk­tów moż­na co praw­da ku­pić, po­nie­waż do przy­sta­ni po­ło­żo­nej kil­ka­set me­trów ni­żej przy­bi­ja­ją nie­wiel­kie ło­dzie mo­to­ro­we, w któ­rych pa­kun­ki upy­cha się gę­sto po­mię­dzy piel­grzy­mów i ro­bot­ni­ków se­zo­no­wych, ale już sam trans­port za­mó­wio­nych to­wa­rów wy­ma­ga albo umie­jęt­no­ści pro­wa­dze­nia ka­ra­wa­ny mu­łów, albo sil­nych ra­mion i nóg. Upra­wa wa­rzyw jest moż­li­wa je­dy­nie wów­czas, gdy naj­pierw zbu­du­je się ogród. Na ska­li­stym zbo­czu góry trze­ba stwo­rzyć ta­ra­sy, na­wieźć do nich zie­mi, żeby móc w koń­cu za­sa­dzić po­mi­do­ry, cu­ki­nię, ce­bu­lę i co­kol­wiek in­ne­go, co chce się mieć na sto­le. Ogród na­le­ży pod­le­wać co­dzien­nie i ob­fi­cie, ina­czej upra­wy spa­li słoń­ce. Chleb naj­le­piej piec sa­me­mu, ina­czej bę­dzie czer­stwy, bo z Gre­cji nikt go nie przy­wo­zi, a naj­bliż­sza pie­kar­nia znaj­du­je się w Daf­ni, miej­sco­wo­ści od­da­lo­nej o ja­kieś do­bre pół dnia mar­szu lub wy­pra­wy na mule. Żeby zdo­być pie­nią­dze, moż­na li­czyć na ofia­ry wier­nych, ale le­piej sa­me­mu pod­jąć pra­cę bądź w do­mo­wej ma­nufak­tu­rze ka­dzi­dła, bądź przy ro­bo­tach sto­lar­skich lub ka­mie­niar­skich. W za­sa­dzie przy do­wol­nym za­ję­ciu, z któ­re­go po­wsta­nie coś, co inne klasz­to­ry lub świąty­nie w Gre­cji uzna­ją za po­trzeb­ne do spra­wo­wa­nia li­tur­gii, odzia­nia mni­chów, je­dze­nia lub pi­cia, albo też coś, co sku­si piel­grzy­ma, by za­ku­pił pa­miąt­kę z uświęco­nych miejsc. Pra­cą moż­na się za­jąć poza go­dzi­na­mi mo­dlitw i od­po­czyn­ku trak­to­wa­ne­go z taką samą po­wa­gą jak li­tur­gia. Po kil­ku dniach spę­dzo­nych w ka­li­wii nie dzi­wi, że sje­sta jest prze­strze­ga­na rów­nie pie­czo­ło­wi­cie jak po­ran­na jutrz­nia. By dzień za­cząć oko­ło go­dzi­ny trze­ciej w nocy, trze­ba po­ło­żyć się spać przed dzie­sią­tą, a naj­gor­szy skwar prze­spać, uzu­peł­nia­jąc zbyt krót­ki sen noc­ny. Po sje­ście, a przed wie­czor­ny­mi mo­dli­twa­mi wy­pa­da wy­pić kawę – ko­niecz­nie z cu­krem i bez po­śpie­chu. Ży­cie mni­cha bo­wiem ma upły­wać w po­ko­ju, a w jego po­zy­ska­niu nie może prze­szka­dzać go­ni­twa za pra­cą, mimo że nikt nie wy­rę­czy do­mow­ni­ków w co­dzien­nych obo­wiąz­kach. Tych jest spo­ro: ktoś musi go­to­wać, ktoś sprzą­tać, ktoś pod­lać ro­śli­ny w ogro­dzie i do­nicz­kach na ta­ra­sie, ktoś na­kryć i ktoś po­zmy­wać po po­sił­ku. Ży­cie, któ­re­go osiem go­dzin upły- wa na pra­cy fi­zycz­nej, osiem na od­po­czyn­ku, a po­zo­sta­łe osiem na mo­dli­twie (o ile nie ma świąt, bo wów­czas mo­dli­twy są dłuż­sze), mni­si po­strze­ga­li jed­nak jako prost­sze niż to, któ­re po­zna­li w klasz­to­rze.

Z upły­wem ko­lej­nych ty­go­dni do­cie­ra­ło do mnie, dla­cze­go tak my­ślą. Far­tuch ku­chen­ny za­wie­sza­ny na koł­ku przed wej­ściem do ko­ścio­ła, bi­skup my­ją­cy na­czy­nia jak każ­dy inny piel­grzym, po­tęż­ne wo­ła­nie w środ­ku nocy, gdy ktoś za­spał na wspól­ną Eu­cha­ry­stię (i tyl­ko wte­dy, bo prze­cież mo­dli­twy moż­na za nie­go od­mó­wić, ale w przy­ję­ciu ko­mu­nii nikt go nie wy­rę­czy) i mą­dre, ła­god­ne oczy pa­trzą­ce na in­nych znad nie­uda­wa­ne­go uśmie­chu. Ży­cie w har­mo­nii i pro­sto­cie, gdzie re­gu­ła jest je­dy­nie ramą dla co­raz uczciw­szej mi­ło­ści. Mam na­dzie­ję, że nie za­po­mnę ni­gdy wy­ra­zu twa­rzy sta­re­go mni­cha, któ­ry z tro­ską wcie­ra maść w obo­la­łą szy­ję nie­co mniej po­de­szłe­go w la­tach prze­ło­żo­ne­go wspól­no­ty, tego dnia na­rze­ka­ją­ce­go na hek­sen­szus. Po­zba­wio­na idy­l­li iko­na aga­pe. Ja­kąś go­dzi­nę wcze­śniej po­krzy­ki­wa­li na sie­bie. Sta­rzec w czymś nie zga­dzał się z prze­ło­żo­nym i nie za­mie­rzał dać się ła­two prze­ko­nać ar­gu­men­ta­cji młod­sze­go wie­kiem, a star­sze­go god­no­ścią mni­cha. Tem­pe­ra­men­ty obaj mie­li go­rą­ce, więc cała sce­na przy­po­mi­na­ła kłót­nię dwóch stra­ga­nia­rzy na dep­ta­ku w Te­sa­lo­ni­kach. Nie­co za­baw­ny był to ob­ra­zek, bo Spi­ry­don był ro­słym męż­czy­zną, a Pro­dro­mos ma­lut­kim, wy­schnię­tym sta­rusz­kiem, a mimo to sta­wiał wy­raź­ny opór wzbu­rzo­nym, nie­co pi­skli­wym gło­sem, kon­tra­stu­ją­cym z głę­bo­kim ba­sem Spi­ry­do­na. Te­raz jed­nak je­den z czu­ło­ścią po­ma­ga dru­gie­mu, bez cie­nia nie­daw­ne­go spo­ru. W tej wzru­sza­ją­cej sce­nie do­strze­gam ce­chę wspól­ną mni­chom z góry Athos. Nie war­to jej szu­kać u młod­szych, któ­rzy do­pie­ro za­czę­li tam żyć. Ci przy­po­mi­na­ją nie­co nie­okrze­sa­nych, jak na stan­dar­dy Pół­no­cy, prze­cięt­nych Gre­ków. U mni­chów, któ­rzy już kil­ka­dzie­siąt lat miesz­ka­ją na pół­wy­spie, moż­na z ła­two­ścią do­strzec to, cze­go ża­den Grek nie ma z uro­dze­nia. Mni­si poświęca­ją całą uwa­gę dru­giej oso­bie. Nie są zwy­czaj­nie uważ­ni. Oni chło­ną to, co mó­wisz i kim je­steś. Nie dla­te­go, że masz coś waż­ne­go do po­wie­dze­nia, ale dla­te­go, że całe ży­cie pod­po­rząd­ko­wu­ją przyj­mo­wa­niu bło­go­sła­wieństw. Jed­nym z nich jest dru­gi czło­wiek: gość, na­po­tka­ny prze­cho­dzień czy – jak we wspo­mnia­nym przy­pad­ku – po­trze­bu­ją­cy po­mo­cy brat. Z bie­giem lat wy­chy­le­nie w stro­nę dru­gich sta­je się na­tu­ral­ne, po­nie­waż bliź­ni są jed­nym ze spo­so­bów prze­ży­cia mi­ło­ści, któ­ra jest isto­tą błogo­sła­wień­stwa.

W tym kon­tek­ście wciąż wra­ca do mnie spo­tka­nie z oj­cem Chry­zo­sto­mem. Przez po­nad trzy­dzie­ści pięć lat nie opusz­czał Świętej Góry. Jed­nak do­pie­ro od nie­daw­na był ka­pła­nem. Za­nim tu przy­był, skoń­czył stu­dia w Cam­brid­ge, a po­tem obro­nił dok­to­rat w Bo­sto­nie. Wcze­śniej, dzię­ki wspar­ciu bo­ga­tej ro­dzi­ny, wiódł do­stat­nie ży­cie, któ­re po­rzu­cił dla miesz­ka­nia w nie­wiel­kim domu św. An­drze­ja. Hol jego ke­lii – któ­rą za­miesz­ki­wał z dru­gim bra­tem – a de fac­to ob­szer­ny sa­lon, urzą­dził we­dług po­zna­nych w Wiel­kiej Bryta­nii wzor­ców. Na­zy­wa­ny jest na Gó­rze ma­łym Buc­king­ham Pa­la­ce. Miej­sce za­pa­da w pa­mięć nie tyl­ko ze wzglę­du na ko­lo­nial­ne me­ble, ale rów­nież z uwa­gi na bli­sko trzy­dzie­ści ko­tów chro­nią­cych się przed skwa­rem na obrze­żach ską­pa­ne­go w słoń­cu po­dwó­rza.

Oj­ciec Chry­zo­stom to nie­wy­so­ki, star­szy pan o ja­snych oczach i pro­mien­nej twa­rzy. Czło­wiek cał­ko­wi­cie za­słu­cha­ny we wszyst­ko, co mó­wi­łem. Jego in­ten­syw­ne sku­pie­nie i życz­li­wa uwa­ga spra­wi­ły, że z za­wsty­dze­niem uświad­o­mi­łem so­bie, jak ba­nal­ne są moje sło­wa. On nie słu­chał, on chło­nął. Ca­łym sobą przyj­mo­wał obec­ność go­ścia. Nie było w tym nic z na­tar­czy­wo­ści. Spo­koj­ne spoj­rze­nie i wy­cze­ki­wa­nie wy­pi­sa­ne na twa­rzy mni­cha bu­dzi­ły we mnie za­kło­po­ta­nie, jak­bym nie do­wie­rzał, że za­słu­gu­ję na aż taką uwa­gę, prze­cież nie mia­łem do za­ofe­ro­wa­nia nic szcze­gól­ne­go. Za­tka­łem więc usta słod­ką tu­rec­ką ga­la­ret­ką i tak chcia­łem ukryć zmie­sza­nie. Po ja­kimś cza­sie pod­ją­łem jed­nak wy­si­łek, by przy­jąć jego za­in­te­re­so­wa­nie ta­kim, ja­kie było. Spo­tkał mnie nie­za­słu­żo­ny za­szczyt uwa­gi ła­god­ne­go mę­drca, któ­ry nie na­rzu­cał swo­ich prze­my­śleń, ale był za­in­te­re­so­wa­ny rzad­kim w tych stro­nach mło­dym go­ściem z Pol­ski. Gdy za­ak­cep­to­wa­łem prze­paść dzie­lą­cą mni­cha i mnie, prze­ni­kli­we spoj­rze­nie przy­nio­sło mi naj­pierw spo­kój, a po­tem wręcz ulgę i uko­je­nie. Ogar­nę­ło mnie po­czu­cie domu, miej­sca, któ­re na mnie cze­ka­ło od mo­men­tu, gdy wnie­sio­no doń ko­lo­nial­ne me­ble, miej­sca, do któ­re­go na­le­ża­łem, za­nim tu do­tar­łem. Za­wsze tu mia­łem przyjść. Czas spo­wol­nił bieg, sło­wa do­cie­ra­ły nie­spiesz­nie i jak­by z in­ne­go wy­mia­ru. Otrzą­sną­łem się do­pie­ro po wyj­ściu na po­dwó­rze, gdzie roz­le­ni­wio­ne koty utrud­nia­ły przej­ście. Za­uwa­ży­łem chwi­lę póź­niej, że całe spo­tka­nie trwa­ło nie­speł­na pół go­dzi­ny, z cze­go my­śmy roz­ma­wia­li może z dzie­sięć mi­nut. Pod­czas po­że­gna­nia, gdy z wdzięcz­no­ścią za­pew­nia­łem go­spo­da­rza o bło­go­sła­wień­stwie, któ­re­go doświad­czy­łem pod jego da­chem, on wy­po­wie­dział – zda­wa­ło mi się, że na wy­rost, a prze­cież na wskroś szcze­re: All ple­asu­re is mine. W czło­wie­ku tym nie było cie­nia po­dwój­no­ści. Gdy to mó­wił, tak wła­śnie czuł. Gdy chło­nął, nic nie upa­dło na zie­mię. Choć moje sło­wa po­zo­sta­ły ba­nal­ne wo­bec jego doświad­czenia i mą­dro­ści.