Droga pani BirdTekst

Autor:AJ Pearce
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Dedykacja

Rozdział 1. Ogłoszenie w gazecie

Rozdział 2. Pan Collins, autor i redaktor

Rozdział 3. Z poważaniem H. Bird

Rozdział 4. Pani Henrietta Bird pomoże

Rozdział 5. Droga Pogubiona

Rozdział 6. Nie wszyscy ludzie są przyzwoici

Rozdział 7. W rozterce

Rozdział 8. Pogłoski o ananasach z puszki

Rozdział 9. Przecież my nie znamy żadnego Harolda

Rozdział 10. Proszę mi mówić Charles

Rozdział 11. Paskudna noc na posterunku

Rozdział 12. Połowa cholernej ulicy po prostu zniknęła

Rozdział 13. Dobrze wiedzieć

Rozdział 14. Za nas, Emmy Lake

Rozdział 15. Wiem, co robię

Rozdział 16. Podszywam się pod p.o.

Rozdział 17. Najbezpieczniejsza i najweselsza restauracja w mieście

Rozdział 18. Ktoś zaświecił latarką

Rozdział 19. Tym razem padło na nas

Rozdział 20. Niech mi pani zaufa i pisze

Rozdział 21. Wojna jest ohydna

Rozdział 22. Wdzięczna na zawsze pani Wardynski

Rozdział 23. Kochająca Emmy

Rozdział 24. Szanowna Pani Bird! Być może mogłaby mi Pani pomóc

Rozdział 25. Nazywam się Eileen Tredmore

Rozdział 26. Zupełnie nic do stracenia

Rozdział 27. Lord Overton we własnej osobie

Rozdział 28. Ty nigdy się nie poddałaś

Od autorki

Dziękuję

Przypisy

Tytuł oryginału: Dear Mrs Bird

Opieka redakcyjna: KATARZYNA KRZYŻAN-PEREK

Redakcja: ANNA MILEWSKA

Korekta: ANNA RUDNICKA, BARBARA TURNAU, Pracownia 12A

Opracowanie okładki na podstawie oryginału i układ typograficzny: MAREK PAWŁOWSKI

Zdjęcie na okładce: © Emily Sutton

Redaktor techniczny: ROBERT GĘBUŚ

Copyright © Big Dog Little Dog Ltd. 2018

All rights reserved

© Copyright for the Polish translation by Katarzyna Makaruk

© Copyright for this edition by Wydawnictwo Literackie, 2020

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-08-07200-4

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

tel. (+48 12) 619 27 70

fax. (+48 12) 430 00 96

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Mamie i tacie

.


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20


Kiedy zobaczyłam to ogłoszenie w gazecie, myślałam, że pęknę. Wprawdzie mimo irytujących starań Luftwaffe, przez którą wszyscy wciąż spóźnialiśmy się do pracy, dzień należał do całkiem udanych – upolowałam nawet cebulę, dobra wiadomość dla gulaszu – ale kiedy zauważyłam anons, chciało mi się skakać z radości.

To było jedno z tych paskudnych grudniowych popołudni, gdy zaczyna się ściemniać, zanim w ogóle zdąży zrobić się jasno, i nawet dwie kamizelki pod paltem nie wystarczą, żeby się rozgrzać. Kwadrans po trzeciej siedziałam na górnym poziomie w autobusie numer dwadzieścia cztery i kiedy chuchnęłam, z moich ust wydobył się obłoczek pary.

Pracowałam jako sekretarka w kancelarii adwokackiej Strawman’s Solicitors i właśnie wracałam do domu, żeby odpocząć przed nocną zmianą na posterunku straży pożarnej. Przeczytałam od a do zet wszystkie wiadomości w „Kronice Wieczornej” i teraz przeglądałam horoskopy, w które wprawdzie nie wierzyłam, ale co szkodziło rzucić okiem. Mojej najlepszej przyjaciółce Bunty gwiazdy obiecywały, że wkrótce czeka ją kupa szmalu, mnie natomiast niewiele miały do zaproponowania: „Niewykluczone, że twoja sytuacja wreszcie się poprawi. Szczęśliwa ryba: dorsz”.

I wtedy je zobaczyłam, w dziale „Praca”, wciśnięte między anons o tym, że potrzebna jest osoba do obsługi kotłów warzelnych z marmoladą (doświadczenie niewymagane), a informację o wakacie na stanowisku starszego brygadzisty w zakładzie szyjącym kombinezony (mile widziane referencje).

POSZUKIWANA MŁODA OSOBA: Launceston Press Ltd., wydawca „Londyńskiej Kroniki Wieczornej”, poszukuje młodej osoby do pracy w redakcji. Oczekiwane: kompetencja, entuzjazm, pracowitość, umiejętność pisania na maszynie (60 słów/min) i stenografii (110 słów/min). Listy pilnie kierować na adres: pani H. Bird, Launceston Press Ltd., Launceston House, Londyn EC4.

Nigdy w życiu nie widziałam wspanialszej oferty!

Moim największym marzeniem (oczywiście nie licząc tego, żeby wojna się skończyła, a Hitlera spotkała możliwie paskudna śmierć) było zostać dziennikarką. A właściwie korespondentką wojenną, jak by powiedziały osoby obeznane z tematem.

Od dziesięciu lat – to znaczy odkąd jako dwunastoletni podlotek odwiedziłam redakcję lokalnej gazety w nagrodę za napisanie poetyckiego potworka – śniłam o karierze reporterki.

Teraz więc serce waliło mi jak szalone, dudniło pod warstwą kamizelek i paltem – bałam się, że za chwilę wyskoczy z piersi i wyląduje na kolanach siedzącej obok kobiety. Byłam ogromnie wdzięczna losowi za posadę w kancelarii, ale też rozpaczliwie pragnęłam poznać tajniki pracy dziennikarskiej. Chciałam być reporterką – z notatnikiem w dłoni węszyć za politycznymi intrygami, zasypywać gradem trudnych pytań przedstawicieli rządu, a najlepiej wskakiwać na pokład ostatniego samolotu do dalekiego kraju, żeby depeszować stamtąd o poczynaniach ruchu oporu i działaniach wojennych.

W szkole nauczyciele próbowali powściągnąć moje ambicje i studzić zapał, mimo że najlepsze stopnie miałam z angielskiego. Powstrzymali mnie też przed napisaniem do premiera w sprawie polityki zagranicznej i opublikowaniem listu w szkolnej gazetce. Początki nie były więc zachęcające.

Mimo to wytrwałam. Ale znalezienie pracy przy żadnym bez mała doświadczeniu okazało się trudne, zwłaszcza że tęsknym okiem spoglądałam w stronę londyńskiej Fleet Street. Nawet taka optymistka jak ja nie śmiała przypuszczać, że trzy lata wakacyjnego stażu w „Dzienniku Little Whitfield” wystarczą, by pierwszym samolotem wysłano ją do Berlina.

To jednak była szansa, na którą czekałam.

Przeczytałam anons raz jeszcze, żeby sprawdzić, czy na pewno sprostam wymaganiom.

Kompetencja – Cała ja! Nawet jeśli nie byłam pewna, na jakim polu.

Entuzjazm – No raczej! W końcu omal nie zaczęłam krzyczeć na cały autobus.

Pracowitość – Gdyby zaszła taka konieczność, byłam gotowa spać na podłodze w redakcji.

Nie mogłam się doczekać.

Wcisnęłam dzwonek, żeby wysiąść na następnym przystanku; rozległo się przenikliwe brzęczenie i autobus zaczął zwalniać. Złapałam torebkę, maskę przeciwgazową oraz cebulę, wetknęłam gazetę pod pachę i popędziłam na dół, gubiąc po drodze rękawiczkę.

 

– Dziękuję! – krzyknęłam do konduktorki, której omal nie zgniotłam, wypadając tylnymi drzwiami.

Wcale nie zahamowałam, tylko wskoczyłam na resztki trotuaru obok składu aptecznego Boots, który wciąż był otwarty, mimo że w zeszłym tygodniu ze wszystkich okien powypadały szyby, i pognałam w stronę domu.

Nie tylko apteka ucierpiała podczas nalotów. Dostało się całej ulicy. Ze sklepu spożywczego zostało ledwie pół ściany i sterta gruzu, w budynku obok bomba całkowicie zmiotła cztery mieszkania, a w miejscu, gdzie znajdował się magazyn z wełną pana Parsonsa, ziała teraz wielka dziura. Może i Pimlico trzymało wciąż fason, ale nie obyło się bez strat.

Przeskakując leje, przebiegłam przez jezdnię i zwolniłam, żeby się przywitać z kioskarzem, panem Bone’em („Z takim nazwiskiem można by się spodziewać rzeźnika!”, mawiał), który układał gazety na stojaku. Miał na sobie kombinezon obrony cywilnej i chuchał w dłonie, żeby je rozgrzać.

– Uszanowanko, panno Emmy – powiedział między chuchnięciami. – Ma pani poranne wydanie? Kapitalne zdjęcie Ich Wysokości na pierwszej stronie. – Uśmiechnął się promiennie. Mimo że wojna dała mu, nomen omen, w kość, pan Bone pozostał najpogodniejszym człowiekiem, jakiego znałam. Choćby nie wiem jak straszne były wieści, on zawsze znajdował coś optymistycznego. – Nie, nie zatrzymuję pani, widzę, że się pani spieszy.

Kiedy indziej stanęłabym, żeby pogawędzić o najświeższych wiadomościach. Pan Bone dawał mi czasami stare numery gazet albo magazyn fotograficzny „Picture Post”, jeśli ktoś zamówił egzemplarz, ale zapomniał odebrać, choć powinno się je odsyłać wydawcy. Dziś jednak po prostu musiałam pędzić do domu.

– Druga strona, panie Bone! – krzyknęłam z wdzięcznością. – „Kronika” szuka młodej osoby do pracy w redakcji. Niewykluczone, że to jest to!

Pan Bone bardzo kibicował moim marzeniom, chociaż martwiło go, że chciałam się przedostać za linię wroga. Uśmiechnął się jeszcze szerzej i triumfalnie pomachał za mną egzemplarzem wieczornej gazety.

– Tak trzymać, panno Emmy! – zawołał. – Powodzenia! Odłożę dla pani dzisiejszego „Timesa”.

Odkrzyknęłam, że dziękuję, i odmachałam wolną ręką, pędząc na drugi koniec ulicy. Jeszcze tylko kawałek, ostro w prawo, żeby ominąć dwie starsze damy, które okazywały żywe zainteresowanie Walterowi, sprzedawcy gorących ziemniaków – najpewniej z powodu temperatury – a potem obok herbaciarni prosto do domu.

Razem z Bunty zajmowałyśmy ostatnie piętro domu jej babki przy Braybon Street. W razie nalotu czekał nas szaleńczy sprint do schronu w ogrodzie Andersonów, ale zdążyłyśmy już do tego przywyknąć – nie martwiłyśmy się zanadto, szczęśliwe, że mamy mieszkanie za darmo.

Otworzyłam gwałtownie drzwi, przebiegłam przez wyłożony płytkami korytarz i pogalopowałam w stronę schodów.

– Bunty! – krzyknęłam w nadziei, że usłyszy mnie przez trzy kondygnacje. – Nigdy nie zgadniesz, co się stało! Mam najwspanialszą wiadomość na świecie!

Akurat kiedy dotarłam na górę, Bunty wyłoniła się ze swojej sypialni w szlafroku, przecierając zaspane oczy. Pracowała nocami jako sekretarka w Ministerstwie Wojny, ale oczywiście na temat tego, czym się zajmowała, nie mogła puścić pary z ust.

– Wygraliśmy wojnę? – spytała. – W pracy nic nie mówili.

– To tylko kwestia czasu – odparłam. – Ale nie, chodzi o coś trochę mniej wspaniałego.

Wcisnęłam jej gazetę do ręki.

– Obsługa kotłów z marmoladą?

– Nie, głupia. Niżej.

Uśmiechnęła się i spojrzała raz jeszcze. Na widok anonsu oczy jej się rozszerzyły.

– O mój Boże! – Z każdym słowem mówiła coraz głośniej. – Emmy, to praca dla ciebie!!!

Z zapałem pokiwałam głową.

– Tak myślisz? Serio? Dla mnie, prawda? – wymamrotałam bez ładu i składu.

– No, pewnie! Nadajesz się idealnie!

Bunty była najlojalniejszą przyjaciółką na świecie. A w dodatku niesłychanie praktyczną – bez zwłoki zabrała się do działania.

– Musisz odpisać zaraz, jeszcze dziś. Żeby być pierwsza. Pan Strawman da ci referencje, prawda? I kapitan Davies. Chyba będziesz mogła wciąż dyżurować w straży?

Jeszcze przed Blitzem zgłosiłam się jako ochotniczka do Auxiliary Fire Service, pomocniczej służby pożarniczej. Mój brat Jack był pilotem i walczył jak sam diabeł, uznałam więc, że nadeszła pora, abym i ja się na coś przydała. William, chłopiec Bunty, pracował jako pełnoetatowy strażak na nocnej zmianie i kiedy zaproponował, żebym się zgłosiła do obsługi telefonu na posterunku przy Carlton Street, uznałam, że to znakomity pomysł. Miałam dyżurować trzy razy w tygodniu, dostosowując służbę do pracy w kancelarii. Jeszcze tylko rozmowa z kapitanem Daviesem, dowódcą posterunku, badania, żeby mieli pewność, że nie nawalę, i już. Dumna jak paw, mogłam włożyć granatowy mundur z błyszczącymi guzikami, solidne czarne buty i czapkę z plakietką AFS.

Bunty i ja znałyśmy Williama od dziecka – kiedy zgłosiłam się do straży, przedstawiciel lokalnej gazety przyjechał do Londynu, żeby sfotografować całą naszą trójkę. Materiał zatytułowano Little Whitfield niesie pomoc i wyglądało to tak, jakbyśmy razem z Williamem i Bunty chronili całe miasto i dbali, żeby Ministerstwo Wojny działało, jak należy. Wspomniano nawet o moim narzeczonym Edmundzie – to był bardzo miły gest, ponieważ on też pochodził z Little Whitfield – choć dyskretna sugestia, że dowodzi połową Artylerii Królewskiej, stanowiła, jak stwierdził, pewną przesadę. Wycinek, który mu wysłałam, rozbawił go do łez. Ale to naprawdę szalenie miłe, że tak o nas napisali. Mogliśmy się poczuć jak za dawnych czasów, zanim wojna wywróciła nasze życie do góry nogami i Edmunda wysłano na drugi koniec świata.

Dwa tygodnie po tym, jak dołączyłam do straży, Niemcy zaatakowali Londyn, cieszyłam się więc, że mogę być użyteczna. Thelma, moja koleżanka ze zmiany, stwierdziła, że nawet jeśli nie uda mi się zostać korespondentką, przynajmniej wniosę wkład w obronę kraju.

– Och, w porządku, to praca w niepełnym wymiarze – powiedziała Bunty, czytając ogłoszenie raz jeszcze i sama sobie odpowiadając na pytanie. Nie krzyczała już, tylko poważnym tonem oznajmiła: – Emmy, naprawdę uważam, że to dla ciebie wielka szansa.

Patrzyłyśmy na siebie przez chwilę, dumając nad ogromem owej szansy.

– Założę się, że najświeższe informacje masz w małym palcu – stwierdziła Bunty. – Będą pod wrażeniem.

– No nie wiem – odparłam, nagle zdenerwowana. – Mają okropnie wygórowane oczekiwania, nawet wobec młodszych redaktorów. Możesz mnie przepytać?

Ruszyłyśmy do salonu, gdzie na niskim stoliku balansowały w stanie chwiejnej równowagi dwie sterty czasopism i trzy albumy z wycinkami. Zdjęłam kapelusz i sięgnęłam do torby po notatnik, który zawsze nosiłam ze sobą – na wszelki wypadek. Otworzyłam go na końcu, na stronie, na której wielki czerwony napis głosił: „ANEKS”, a poniżej: „CZŁONKOWIE GABINETU WOJENNEGO”.

Wręczyłam notatnik Bunty, która tymczasem opadła na sofę.

– Udawajmy, że to rozmowa o pracę – powiedziała, wskazując najmniej wygodne krzesło w pokoju. – Będę bardzo surowa. Pierwsze pytanie: kto jest obecnie kanclerzem skarbu?

– Sir Kingsley Wood – odparłam, rozpinając płaszcz i sadowiąc się na krześle. – To łatwe.

– Bardzo dobrze – pochwaliła mnie Bunty. – A lordem przewodniczącym rady? Nie mogę się doczekać, aż zaczniesz. Twoi rodzice będą wniebowzięci.

– Sir John Anderson – odpowiedziałam. – Spokojnie, jeszcze mnie nie przyjęli. Mam nadzieję, że mama z tatą się ucieszą. Choć pewnie od razu zaczną się zamartwiać, że każą mi tam robić jakieś niebezpieczne rzeczy.

– Ale i tak będą udawać, że wszystko jest w jak najlepszym porządku – stwierdziła Bunty.

Obie uśmiechnęłyśmy się szeroko. Bunty znała moich rodziców prawie tak dobrze jak ja. Nasi ojcowie byli przyjaciółmi z czasów pierwszej wojny światowej i Bunty właściwie należała do rodziny.

– Zapytaj mnie o coś naprawdę trudnego – poprosiłam.

– Już się robi – odparła Bunty i po chwili dodała: – Wiesz, co mi przyszło do głowy? Jak myślisz, co na to powie Edmund? Pewnie się wścieknie.

Chciałam stanąć w jego obronie, ale Bunty miała rację. Spotykaliśmy się z Edmundem od wieków, a od ośmiu miesięcy byliśmy zaręczeni. Był cudownym, bystrym, troskliwym i opiekuńczym chłopcem, ale nie do końca popierał moje marzenia. Czasami po prostu zachowywał się jak zmurszały grzyb.

– Nie jest taki zły – odrzekłam lojalnie. – Na pewno się ucieszy.

– A ty i tak przyjmiesz tę posadę. Nawet jeśli jemu się to nie spodoba – dodała Bunty stanowczo.

– Jasna sprawa – przytaknęłam. – Jeśli tylko mi ją zaproponują.

Kochałam Edmunda, ale przecież nie pozwolę mu kierować moim życiem.

– Naprawdę mam nadzieję, że dadzą ci tę pracę – powiedziała Bunty, ściskając kciuki. – Nie może być inaczej.

– Wyobrażasz to sobie? Młodsza redaktorka w „Kronice Wieczornej”. – Wbiłam wzrok w przestrzeń, wyobrażając sobie, jak mknę taksówką przez Londyn w pogoni za sensacją. – To będzie początek prawdziwej kariery dziennikarskiej.

– Wiwat! – zawołała szczerze przejęta Bunty. – Myślisz, że zostaniesz korespondentką wojenną?

– Och, mam nadzieję. Będę nosiła spodnie... A jak już wygramy wojnę, za zaoszczędzone pieniądze kupię automobil i razem z Edmundem wynajmiemy mieszkanie w Westminsterze. Pewnie zacznę palić papierosy, a wieczorami będę przesiadywała w teatrze albo sypała dowcipami w Café de Paris.

Bunty była zachwycona.

– Już się nie mogę doczekać – powiedziała, jakbyśmy planowały, co będziemy robić za dwa tygodnie. – Jeżeli Bill nie poprosi mnie o rękę, może się zajmę polityką.

Przed wybuchem wojny chłopiec Bunty studiował architekturę. Chciał zrobić dyplom i zacząć zarabiać, zanim się zaręczą.

– Kapitalny pomysł, Bunts! – Słowa przyjaciółki zrobiły na mnie wrażenie. – Nie wiedziałam, że cię to interesuje.

– No cóż, nie jakoś szalenie. Na razie. Ale jestem pewna, że kiedy w końcu wygramy, wielu członków parlamentu będzie chciało odpocząć, a ja zawsze marzyłam, żeby występować w radiu.

– Słusznie. Ludzie będą cię szanować, bo pracowałaś w Ministerstwie Wojny.

– Ale nigdy nie puszczę na ten temat pary z ust.

– Jasna sprawa!

Wszystko się dobrze składało. Ja miałam zostać dziennikarką, a Bunty pracować w BBC.

– W porządku – powiedziałam, wstając. – Napiszę w sprawie pracy, a potem pójdę na posterunek i spróbuję pogadać z kapitanem Daviesem. Nie wiem wprawdzie, w jaki sposób służba w straży miałaby mi pomóc dostać posadę w „Kronice Wieczornej”, ale spróbować nie zawadzi.

– Bzdury – stwierdziła Bunty. – Idealnie się składa. Skoro jesteś w stanie odbierać telefony, kiedy Hitler spuszcza na nas bomby, to potrafisz też pod ostrzałem przekazywać wieści z frontu. William mówi, że jesteś najdzielniejszą dziewczyną na zmianie i nawet ci nie drgnęła powieka, kiedy Derek Hobson wrócił upiornie pokiereszowany.

– No wiesz, w końcu to ja odpowiadam za pierwszą pomoc – odparłam.

Nie miałam ochoty o tym myśleć. Nie było o co robić szumu. Choć to naprawdę była piekielna noc, a Derek dotąd nie wrócił ze zwolnienia.

Bunty podniosła „Kronikę”.

– Jesteś bardzo dzielna – stwierdziła. – I będziesz kapitalną reporterką. A teraz lepiej bierz się do roboty. – Podała mi gazetę. – Tu jest napisane: „Listy pilnie kierować...”.

– Szczerze? – powiedziałam, biorąc od niej „Kronikę”. Oczy mi się zaszkliły. – Nie sądzę, żeby mi się udało.

Bunty uśmiechnęła się szeroko.

– Sama się przekonasz.

Sięgnęłam po torbę, wyjęłam swoje najlepsze pióro i zaczęłam pisać.


Tydzień po tym, jak wysłałam list do pani Bird, a moja mania gromadzenia najświeższych informacji osiągnęła szczyt, jechałam na rozmowę do „Londyńskiej Kroniki Wieczornej”, z całych sił starając się zachować spokój.

Bunty odpytywała mnie bez przerwy, tak że czułam się jak na przesłuchaniu, kiedy zaś powiedziałam o anonsie rodzicom i dziewczynom ze zmiany, wszyscy z wielkim entuzjazmem i zarazem niepokojącą pewnością uznali, że dostanę tę pracę. Napisałam też do Edmunda, ale było stanowczo za wcześnie na odpowiedź. Na szczęście mnóstwo wsparcia dostałam od innych. Dzień wcześniej skończyłam dyżur na posterunku żegnana gromkimi okrzykami: dziewczyny życzyły mi szczęścia, a William i chłopaki – żebym trafiła na pierwszą stronę i dała wszystkim popalić; zachowywali się przy tym jak pełni wigoru ludzie z prasy, których widuje się na filmach. To było bardzo miłe z ich strony – czułam się jakbym miała za sobą pół Londynu i całe Little Whitfield.

 

Tego dnia niebo nad miastem było posępnie szare i wisiało nisko, jak gdyby jakiś gigantyczny uczeń, zrzucając szkolny mundurek, przypadkowo nakrył West End. Nie zważając na zimno, włożyłam elegancki jednorzędowy kostium z niebieskiej serży, najlepsze buty i kapelusik, który pożyczyłam od Bunty. Miałam nadzieję, że wyglądam jak osoba zarazem poważna i przedsiębiorcza. Osoba, która potrafi zwęszyć sensację i w mgnieniu oka oszacować jej potencjał. I która nie czuje się tak, jakby za chwilę serce miało jej wyskoczyć z piersi.

Wzięłam dzień wolny w kancelarii, a choć dotarłabym pieszo na miejsce w niecałą godzinę, zdecydowałam się pojechać dwoma autobusami, żeby podmuchy wiatru nie zamieniły mnie w niechluja. W rezultacie zjawiłam się strasznie wcześnie – stałam przed Launceston House cała w nerwach i gapiłam się na ogromny budynek w stylu art déco.

Ja miałabym tu pracować? Co za niewiarygodny pomysł!

Zadarłam głowę, jedną ręką przytrzymując kapelusik, a drugą ściskając torebkę, i na moment straciłam równowagę, gdy nagle usłyszałam gniewnie grzmiący głos:

– Ruchy, ruchy. Nikt nie lubi guzdrania.

Postawna dama, która wyłoniła się z budynku, zmierzała w moją stronę w kapeluszu przypominającym fedorę. Krótkie bażancie piórko przy rondzie przydawało jej postaci nieoczekiwanie wiejskiej aury, a reszta ptasich szczątków wraz z zewłokiem królika tworzyła w klapie płaszcza elegancką broszę. Dama skojarzyła mi się z ciotką Tiny, która pierwsze polowanie na kuropatwy zaliczyła w wieku trzech lat i od tego czasu nieustannie strzelała do żywopłotu, wypłaszając z niego wszelkie stworzenia.

– Przepraszam – powiedziałam. – Ja tylko...

Skrzywiona dama minęła mnie w obłoku karbolowego mydła.

– ...podziwiałam.

Patrzyłam, jak zdecydowanym krokiem przechodzi przez jezdnię, i czułam się, jakbym była w szkole. Tylko czekać, aż rozlegnie się dzwonek na lekcję wychowania fizycznego.

Otrząsnęłam się. Byłam tu, bo marzyłam o tym, żeby się zajmować poważnymi sprawami, kwestiami najwyższej wagi. Pora chwycić byka za rogi. Zrobiłam głęboki wdech, po raz setny spojrzałam na zegarek i wspiąwszy się po szerokich marmurowych schodach, pchnęłam drzwi obrotowe.

W przepysznym holu było niemal tak samo zimno jak na zewnątrz. Ze ścian obwieszonych ogromnymi portretami olejnymi patrzyli na mnie mężczyźni o ponurych twarzach – sto lat edytorstwa spoglądało ze wzgardą na młodą kobietę w pożyczonym kapelusiku, której marzyła się kariera korespondentki wojennej. Jeszcze chwila, a któryś zacznie cmokać z dezaprobatą.

Modląc się, żeby nie wywinąć orła na wyfroterowanej posadzce, podeszłam do wysokiego kontuaru z orzechowego drewna.

– Dzień dobry. Nazywam się Emmeline Lake i jestem umówiona z panią Bird.

Młoda kobieta spojrzała na mnie życzliwie.

– Piąte piętro, panno Lake. Proszę wjechać windą na trzecie, pójść korytarzem w lewo i potem dwa piętra schodami, aż zobaczy pani podwójne drzwi. Trzeba wejść, nie czekając, bo nie ma tam nikogo, kto by panią wpuścił.

– Dziękuję – odparłam, uśmiechając się do recepcjonistki. Miałam nadzieję, że wszyscy tutaj będą równie sympatyczni.

– Piąte piętro – powtórzyła. – Powodzenia.

Podniesiona na duchu jej życzliwością niemal zapomniałam o przykrym spotkaniu na ulicy i dołączyłam do dwóch dżentelmenów w średnim wieku. Mieli na sobie obszerne palta i czekali na windę, spierając się o wczorajsze wystąpienie premiera w radiu. Jeden wściekał się w związku z działaniami aliantów w Afryce, tak przy tym wymachując rękami, że omal nie obsypał kolegi popiołem z papierosa. Drugi natomiast sprawiał wrażenie, jakby w ogóle nie słuchał pierwszego, wciąż bowiem tylko powtarzał głośno: „Phi!”.

Podczas gdy przysłuchiwałam się ich rozmowie, mosiężna strzałka nad drzwiami windy zatrzymała się na czwórce. Mężczyźni nie przestawali się spierać.

– Idiotyczne posunięcie. Są bez szans. Poza tym Sellasje nie ma pojęcia, co robi.

– Nonsens. Pleciesz bzdury.

– Phi, założę się o pięć szylingów, że jesteś w błędzie.

– Głupio mi cię oskubywać.

Nie byłam świadoma, że się na nich gapię, dopóki ten z papierosem nie zerknął w moją stronę.

– A pani co o tym sądzi, skarbie? Myśli pani, że już po Erytrei? Powinniśmy sobie w ogóle zawracać tym głowę?

O matko! Jeszcze nie dotarłam na rozmowę o pracę, a już mnie pytają o opinię!

– Nie mam wprawdzie całkowitej pewności – odparłam, czując, że jestem przygotowana – ale skoro pan Churchill uważa, że to dobry pomysł, to i ja powiedziałabym, że najlepiej ruszyć na nich z Sudanu.

Mężczyzna omal nie połknął papierosa. Jego kolega wahał się przez chwilę, po czym zarechotał.

– A nie mówiłem, Henry! Nie wszystkie są takie ciemne, jak mogłoby się wydawać.

– Każdy potrafi powtórzyć to, co usłyszał w radiu – stwierdził pierwszy z szyderczym uśmiechem.

– O tym akurat przeczytałam w „Timesie” – oznajmiłam zgodnie z prawdą.

Żaden nie odpowiedział, a gdy winda w końcu przyjechała, znowu zaczęli się sprzeczać. Weszłam za nimi do środka i grzecznie poprosiłam windziarza, żeby zawiózł mnie na trzecie piętro. Stałam z uniesioną głową i czułam się, jakbym zadzierała nosa. Nie będzie łatwo, ale też niczego innego się nie spodziewałam. Matka zawsze powtarzała, że dla wielu mężczyzn biust jest oznaką tępoty. „Niechaj sobie myślą, że jesteś idiotką – mówiła – bo wtedy będziesz mogła robić swoje i udowodnisz im, że są w błędzie”.

Uwielbiałam matkę – między innymi za to, że za każdym razem, kiedy publicznie używała takich słów jak „biust”, ojciec przewracał oczami i dla zwiększenia efektu chwytał się za serce.

Na myśl o rodzicach poczułam przypływ otuchy. Wysiadłam na trzecim piętrze i ruszyłam na górę. U szczytu schodów zatrzymałam się, żeby przypudrować nos i założyć za ucho kosmyk włosów; postanowiłam, że nie dam się onieśmielić surowemu dżentelmenowi o białych włosach i znamionujących stanowczość brwiach, który spoglądał na mnie z portretu w grubej ramie. Od razu go rozpoznałam. Lord Overton, milioner filantrop, właściciel Launceston Press. O nim i o jego żonie wspominano za każdym razem, gdy była mowa o działalności charytatywnej, i oboje bardzo za to podziwiałam.

Przez moment bałam się, że zjedzą mnie nerwy. Stałam przed wahadłowymi drzwiami, za którymi czekała pani Bird, i nie mogłam się zmusić do wejścia.

Wreszcie zaczerpnęłam głęboko powietrza i ściągnęłam łopatki.

Pchnęłam drzwi i znalazłam się w wąskim ciemnym korytarzu, który w niczym nie przypominał olśniewającego holu na parterze. Zgodnie z zapowiedzią nie było tu recepcji: miałam przed sobą szereg drzwi – poza dwojgiem wszystkie zamknięte. Pomijając stłumiony odgłos maszyny do pisania, znikąd nie dobiegał żaden dźwięk. Jeżeli spodziewałam się tętniącej życiem redakcji, pełnej osobników pokroju tych dwóch z windy, to cóż, byłam w błędzie. Całkiem możliwe, że wszyscy pracowali w terenie.

Ściskając przed sobą torebkę, spostrzegłam uchylone drzwi po prawej i przez chwilę zastanawiałam się, czy byłaby to bezczelność, gdybym półgłosem powiedziała: „dzień dobry”.

Odrzuciłam jednak ten pomysł i postanowiłam zapukać. W końcu, jeśli mnie przyjmą, niewykluczone, że będę musiała telefonować do Ameryki i prosić o połączenie z Białym Domem. To nie było zajęcie dla osoby o zajęczym sercu.

Do drzwi przyklejono wizytówkę, na której czyjaś staranna ręka wykaligrafowała nazwisko: „Panna Knighton”. Na ścianie obok wisiała oprawiona w ramkę rycina przedstawiająca kobietę niezmiernie rozradowaną faktem, że wyprowadza na spacer pudla. Nie wiedziałam, co to ma wspólnego z wydarzeniami światowej rangi, ale w końcu – co kto lubi. Po przeciwnej stronie wisiała podobna rycina, różniąca się tym, że kobieta w letniej sukience śmiała się na widok kotka.

Zmarszczyłam brwi. Uwielbiałam zwierzęta, nie mogłam jednak zrozumieć, dlaczego poważna gazeta w tak trudnych czasach wiesza na ścianach ich podobizny. Z pewnością bardziej stosowny byłby portret króla lub któregoś z członków gabinetu wojennego.

Choć może znaczyło to po prostu, że pracowali tu ludzie weseli i pogodni. Poza tym jednak było strasznie cicho...

– Panno Knighton! – zaryczał jakiś mężczyzna zza drugich uchylonych drzwi. – Panno Knighton! Na litość boską... Panno Knighton! Do cholery, gdzie ona się podziała?! Równie dobrze mógłbym gadać do głuchego. Proszę się nie martwić, poradzę sobie sam!

Rozległ się huk, a potem łomot.

– Na litość... Co za idiota!

– Halo?! – zawołałam, kierując się w stronę hałasu. – Nic się panu nie stało? Mogę jakoś pomóc?

– Oczywiście, że nic mi się nie stało. Kathleen, to pani? Proszę chwileczkę zaczekać.

Dało się słyszeć szuranie i po chwili szczupły, mniej więcej czterdziestopięcioletni dżentelmen, potykając się, wychynął na korytarz. Był wprawdzie dobrze ubrany – w tweedowe spodnie i pasującą do nich kamizelkę – ale sprawiał wrażenie zdenerwowanego. Rękawy koszuli miał podwinięte, brązowe włosy prosiły się o strzyżenie, a ręce były poplamione atramentem.

To oczywiste, że był dziennikarzem. Poczułam dreszcz podniecenia, chociaż nieznajomy wyglądał, jakby miał ochotę kogoś zamordować.

Nie przedstawił się, tylko obrzucił mnie gniewnym spojrzeniem, bo nie byłam panną Knighton, a następnie odgarnął włosy z oczu, rozsmarowując atrament na czole. Udałam, że tego nie dostrzegam.

– Dzień dobry! – zawołałam donośnie, bo kiedy jestem zdenerwowana, mam skłonność do podnoszenia głosu. – Nazywam się Emmeline Lake i miałam się spotkać z panią Bird.

– O Boże! – Mężczyzna spojrzał na mnie z przestrachem. – To już?!

Przywołałam na twarz uśmiech, który miał być zarazem inteligentny i pełen zapału. Przynajmniej ktoś się mnie spodziewał.

– Już druga – odparłam uczynnie.

– Ach tak. No cóż, obawiam się, że jej nie ma. Naturalnie nigdy jej nie ma, i całe szczęście. Drobne łaski od losu. Pewnie organizuje jakąś wentę dla biednych albo w inny sposób zmusza ludzi do posłuszeństwa, ale tak to już jest.

Zamilkł, a mnie zrzedła mina.

– Rozumiem – odparłam, starając się nie tracić optymizmu.

– A więc przyszła pani na rozmowę, panno...

– Lake. Tak. Mogę zaczekać, jeśli trzeba.

Rozejrzałam się dookoła w poszukiwaniu czegoś, na czym mogłabym usiąść, ale korytarz był pusty.

– Och, proszę się nie martwić – powiedział nie bez życzliwości. – Obawiam się, że jest pani zdana na mnie. Tylko że ja akurat mam ręce całe w cholernym atramencie...

Uznałam, że lepiej nie wspominać o smugach na twarzy, bo mogłoby to pociągnąć za sobą dalsze przekleństwa. Zamiast tego pogmerałam w torebce i wyjęłam chusteczkę (matka wyhaftowała na niej moje inicjały razem z kwiatkiem i dała mi w prezencie na Gwiazdkę).