Do jutra w AmsterdamieTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Do jutra w Amsterdamie
Do jutra w Amsterdamie
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 61,80  49,44 
Do jutra w Amsterdamie
Audio
Do jutra w Amsterdamie
Audiobook
Czyta Anna Mrozowska
33,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział dwunasty

Charlotte ze stoickim spokojem malowała usta pomadką na krwistoczerwony kolor. Stała wystrojona przed lustrem w holu i ledwo mruknęła coś w odpowiedzi na moje grzeczne „dzień dobry”. Wokół niej szalało tornado złożone z dwóch jasnowłosych panienek. Były istnymi kopiami matki. Właśnie wyrywały sobie z rączek lalkę Barbie, która w wyniku bitwy straciła obie nogi. Dziewczynki zrzucały winę za zepsucie zabawki jedna na drugą i ryczały przy tym wniebogłosy.

– Kimberley! Jill! Uspokójcie się w końcu! – krzyknęła Charlotte. – Zobaczcie, kto przyszedł.

– Sprzątaczka! – oznajmiła z triumfem jedna z dziewczynek.

Spojrzałam na nią uważnie. Butnie patrzyła mi w oczy, bawiąc się kosmykiem blond loków.

– Nie sprzątaczka, tylko pomoc domowa! – poprawiła ją matka. – Wczoraj wam przecież tłumaczyłam, jak należy zwracać się do służby. A teraz pokażcie Agnes swoje pokoje! Może w końcu okiełzna ten wasz rommel[12]. Ja już rady nie daję! – Teraz zwróciła się do mnie: – Agnes, wychodzę na spotkanie służbowe. Zajmij się dziewczynkami. Podczas gdy będziesz sprzątała ich pokoje, mogą oglądać bajki. Umiesz włączyć telewizor?

Jej zgryźliwą uwagę puściłam mimo uszu. Jaka ona była zołzowata! Najchętniej zrobiłabym jej wykład o historii telewizji. Zamiast tego pomyślałam o swoich rodzicach i ich pierwszym odbiorniku. To był wyprodukowany od A do Z w Polsce i ważący „jedyne” 25 kilogramów kultowy, superheterodynowy (cokolwiek to znaczyło!) legendarny Koral. Rzeczony telewizor był technicznym hitem i przedmiotem kultu na ubogich w nowinki cywilizacyjne Ziemiach Odzyskanych. Mój ojciec, wówczas kierownik małej szkoły podstawowej, położonej tuż nad przepięknym jeziorem Zgubie, był jednym z pierwszych w powiecie dumnych posiadaczy Korala. Tato społecznik lubił dzielić się z innymi dobrami, które z racji stanowiska były mu bardziej dostępne niż gospodarzom z okolicy. Zapraszał więc całą, liczącą kilkadziesiąt osób, wieś na seanse filmowe. Hitem była wówczas Bonanza, która przyciągała przed miniaturowe ekrany telewizorów miłośników amerykańskich westernów obyczajowych. Każdy zaproszony gość zobowiązany był przynieść ze sobą własne krzesło, które stawiał tam, gdzie znalazł kawałek wolnej przestrzeni. Mama szykowała góry kanapek z pasztetem i ogórkiem i parzyła hektolitry herbaty. Tego akurat nie pamiętałam, urodziłam się bowiem w połowie lat siedemdziesiątych. Moi rodzice przeprowadzili się już do większego miasta, gdzie nie było zbiorczych seansów Bonanzy. Koral przeniósł się razem z nami. Kiedyś podczas oglądania transmisji z wystawy polskich produktów spożywczych przeznaczonych na eksport próbowałam dobrać się do pokazywanej na ekranie czekolady i zrzuciłam dwudziestopięciokilogramowy telewizor ze stolika. Nieborak dokonał wtedy ostatecznie żywota. Wzruszyły mnie te wspomnienia, odleciałam myślami na dłuższą chwilę, ale ostry głos Charlotte sprowadził mnie z powrotem na ziemię.

– Jesteś rozkojarzona! Nie słuchasz w ogóle, co do ciebie mówię!

– Słucham, słucham, madame. Umiem włączyć telewizor. Zajmę się dziewczynkami. Posprzątam pokoje – recytowałam litanię zadań, jakie miałam do wykonania na dziś.

Charlotte kiwała głową z aprobatą.

– Będę za trzy, góra cztery godziny. Tot gauw![13] – Trzasnęły drzwi. Po chwili usłyszałam odjeżdżające z podjazdu auta. Odetchnęłam z ulgą i weszłam do salonu.

Na podłodze, przed ekranem wielkiego telewizora, siedziały córki pani domu. Odbiornik był włączony. Panny poradziły sobie doskonale bez mojej pomocy. Wpatrywały się z uwielbieniem w Królewnę Śnieżkę. Miałam chwilę spokoju, zabrałam więc z pomieszczenia gospodarczego butelki ze środkami czyszczącymi i udałam na piętro.

Drzwi do pokoi Kim i Jill ozdobione były postaciami z ich ulubionych bajek. Na jednych widniała Śnieżka, na drugich Kopciuszek. Na pierwszy ogień poszedł Kopciuszek. Otworzyłam drzwi i… oniemiałam. Pokój wyglądał, jakby przeleciało przez niego tornado. Wszędzie poniewierały się zabawki, klocki, lalki. Na łóżku leżała skotłowana kolorowa pościel. W każdym kącie kłuły w oczy porozrzucane niedbale buty i ubrania. Do pokoju przylegała miniaturowa łazienka. Wykafelkowana na biało podłoga wysmarowana była metodycznie pastą do zębów, a w wannie napełnionej po brzegi wodą leżały dziesiątki nagich lalek Barbie.

Łazienka była przechodnia. Z niej weszłam do pokoju drugiej dziewczynki. Panował w nim taki sam nieład. Zauważyłam leżącą na ziemi nadgryzioną bułkę z serem. Schyliłam się, żeby ją podnieść i spostrzegłam wciśnięty w kąt pod łóżkiem stos chleba. Niektóre kanapki zapakowane były jeszcze w przezroczystą folię, inne poniewierały się po podłodze luzem. Na wielu widoczna była pleśń. Zapakowałam resztki jedzenia do wielkiego worka, który przyniosłam z dołu, po czym wyrzuciłam wszystko do zielonego kontenera z napisem KLIKO, stojącego na tyłach domu. Zrobiło mi się niedobrze. Przez ogrodowe drzwi weszłam do kuchni, otworzyłam lodówkę i wyjęłam z niej butelkę wody mineralnej spa rood. Piłam łapczywie dużymi łykami. Zarówno Henk, jak i Charlotte kilka razy wspominali, że mogę bez skrępowania częstować się napojami z lodówki. Przysiadłam na chwilę przy stole. W pewnym momencie w drzwiach kuchni pojawiła się jedna z dziewczynek.

– Mam cię pilnować! – rzuciła od progu mała. – Masz pracować, a nie siedzieć. Powiem wszystko mamie! – zagroziła i chwyciła się zadziornie pod boki.

– Mówisz świetnie po angielsku – zignorowałam jej wystąpienie i uśmiechnęłam ciepło. Jak masz na imię?

Dziewczynka popatrzyła na mnie podejrzliwie, ale odpowiedziała posłusznie:

Ik heet Kim… En jij?[14]

Ik ben Agnieszka. Potrafisz wypowiedzieć moje imię? – zagadałam przyjaźnie.

– Anjeska – powtórzyła mała i pokazała w uśmiechu drobne ząbki. – Moeilijk![15]

– Tak, to trudne imię, ale doskonale sobie poradziłaś. Chodź, usiądź koło mnie, napijesz się czegoś? – Wskazałam zachęcająco ręką miejsce obok siebie przy stole.

Ik wil graag ranja[16] – powiedziała dziewczynka i usiadła koło mnie.

Nalałam lemoniady do kolorowej szklanki. Kim wypiła ją duszkiem i spojrzała na mnie uważnie.

– Powiedz mi, kochanie, skąd znasz tak dobrze angielski? – zapytałam ponownie.

– Siostra mamusi mieszka w Londynie. Moje kuzynki nie mówią po holendersku. Ich tata jest Anglikiem. Mama twierdzi, że to straszny buc. Jeździmy do nich w odwiedziny na każde wakacje. Oprócz angielskiego uczymy się też francuskiego. Dwa razy w tygodniu chodzimy na prywatne lekcje do madame Antoinette. Poza tym gramy w tenisa w każdy czwartek. A Jill ma dodatkowo w piątek lekcje gry na pianinie. Mamusia twierdzi, że ma talent.

– A ty, co lubisz robić? – zagaiłam.

Pomyślała chwilę.

– Rysować – odparła w zamyśleniu.

– Pokażesz mi swoje rysunki? – Pogładziłam dziewczynkę po jasnej główce. – Chodź ze mną na górę. Właśnie sprzątam wasze pokoje i potrzebuję twojej pomocy!

– Dobrze – rozpromieniła się Kim. – Tylko powiem Jill, że już nie chcę oglądać bajek. Ciągle w kółko to samo. Znudziło mi się!

Mała pobiegła w podskokach do siostry. Rozmawiały chwilę ze sobą. Jill nie spodobał się widocznie mój pomysł, bo mówiła coś szybko podniesionym głosem. Nie rozumiałam, o co chodzi, gdyż dziewczynki konwersowały po holendersku.

Kim wróciła ze smutną miną.

– Jill nie chce pomóc. Mówi, że mama zabroniła nam zadawać się z tobą. Jesteś z niższej klasy. Nie rozumiem tego. Jakiej klasy? – zafrasowała się dziewczynka. – Nie chodzimy przecież razem do szkoły. Jesteś za stara. Tak jak mamusia.

Najchętniej przeklęłabym siarczyście, ale powściągnęłam emocje. Charlotte robiła córkom wodę z mózgu, ale to nie był mój problem. Nie zamierzałam wdawać się z babą w dyskusje na temat pochodzenia i klas społecznych. Dałabym sobie rękę uciąć, że madame van der Vegt nie posiadała wyższego wykształcenia, a uniwersyteckie mury oglądała wyłącznie z zewnątrz jako atrakcję turystyczną.

– Dobrze, kochanie – zwróciłam się do dziewczynki. – Wiesz co? Umawiamy się tak! Będziesz mi mówić, co mogę wyrzucić do śmieci, a co nie! To twoje rzeczy i nie chciałabym pozbyć się czegoś, co jest dla ciebie ważne. Zgoda?

Afgesproken![17] – rozpromieniła się Kim. A ja pomyślałam ze smutkiem, że to naprawdę ostatni dzwonek, kiedy można jeszcze nauczyć te dzieci szacunku do innych i wyplenić okropną manierę patrzenia na kogoś z góry. Niedługo będzie za późno i staną się takie jak ich matka, przekonane o własnej wyjątkowości i nieomylności.

Poszłyśmy razem na górę. Zabrałam się za sprzątanie łazienki, a Kim zaczęła składać swoje rysunki. Poradziłam jej, żeby posortowała obrazki na te, które chce zatrzymać, i te, które można wyrzucić. Po dłuższej chwili przyszła do mnie z kartką, na której namalowane było czerwoną kredką olbrzymie serce. Na obrazku widniały koślawe, drukowane literki układające się w napis: VOOR ANJESKA!

– To dla mnie? – Zdjęłam gumowe rękawiczki i uściskałam małą mocno. – Danke je wel schatje[18]. Zabiorę rysunek ze sobą do domu, oprawię i powieszę na ścianie. Zrobiłaś mi przepiękny prezent. Jesteś bardzo zdolna. – Byłam zaskoczona i wzruszona gestem małej.

Kim promieniała. Poprawiła szybko rączką opadający na czoło jasny lok i zapytała, łapiąc mnie za rękę:

– Mogę coś jeszcze dla ciebie zrobić?

Rozejrzałam się wokół.

– Kochanie, jakbyś mogła jeszcze wyciągnąć te lale z kąpieli. – Wskazałam na Barbie w wannie. – Chyba już wystarczająco się wymoczyły, nie uważasz? – Uśmiechnęłam się ciepło.

Kim popatrzyła mnie niepewnie.

– Nie mogę tego zrobić. To lalki Jill. Będzie się gniewała.

 

– Dobrze, skarbie. Załatwię to sama. Dziękuję ci jeszcze raz za pomoc. Możesz biec do siostry. Zaraz tu skończę i przyjdę do was. Napijemy się razem po szklaneczce lemoniady – obiecałam.

Dziewczynka z ociąganiem zeszła na dół. Przetarłam jeszcze dokładnie podłogę w łazience, odczyściłam z zacieków lustro. Pokoje były już odkurzone, łóżka pościelone. Zabawki posegregowałam i włożyłam do dwóch wiklinowych koszy stojących przy biurkach dziewczynek. Z zadowoleniem przyjrzałam się efektom swojej pracy. Na dole trzasnęły drzwi.

Ik ben terug![19] – usłyszałam głos Charlotte.

Odniosłam odkurzacz do schowka, wylałam wodę z wiadra i wrzuciłam brudne ścierki do pralki. Po chwili usłyszałam kroki na schodach.

– Tutaj jesteś! – Pani domu zmierzyła mnie złym wzrokiem. – Słyszałam od Jill, że podobno wymogłaś na dziewczynkach pomoc w sprzątaniu? Czy to prawda? – Jej głos stał się piskliwy.

– Zgadza się – odpowiedziałam spokojnie. – Ale to nie do końca tak, jak pani myśli – dodałam szybko. – Wydawało mi się, że zdecydowanie za długo już siedzą przed telewizorem…

Charlotte nie dała mi skończyć.

– Zapamiętaj raz na zawsze! – wysyczała. – To JA decyduję o tym, co robią w wolnym czasie moje córki! Absolutnie nie życzę sobie, żebyś wykorzystywała je jako swoje pomocnice! To przekracza granice przyzwoitości! To jeszcze dzieci!

– Dlatego właśnie poprosiłam je, żeby posegregowały swoje rysunki. Nic więcej. Nie chciałam sprawić im przykrości, gdybym przez pomyłkę wyrzuciła jakiś ważny dla nich obrazek. – Pozostałam spokojna, choć w środku mnie wrzało.

– Zabraniam ci pozbywać się czegokolwiek z tego domu bez konsultacji ze mną! – grzmiała dalej Charlotte.

– Nawet spleśniałego chleba, którego całe stosy znalazłam dzisiaj pod łóżkiem Jill? – Nie mogłam się powstrzymać, choć zdawałam sobie doskonale sprawę z tego, że wsypuję właśnie małą przed jej matką.

Charlotte zrobiła wielkie oczy.

– Słucham? To niemożliwe! Spleśniałego chleba? Fuj, to obrzydliwe! Co z nim zrobiłaś?

– Wyrzuciłam do zielonego kliko na tyłach domu! Pan Henk mówił, że ten kontener jest przeznaczony na odpady i resztki jedzenia – powiedziałam, patrząc Charlotte prosto w oczy.

Kobieta zmieszała się, ale szybko odzyskała rezon.

– Dziękuję ci. Na dzisiaj to wszystko. Porozmawiam z Jill na temat tej nieprzyjemnej sytuacji. I jeszcze raz stanowczo nalegam na niewciąganie moich dzieci w sprawy należące tylko i wyłącznie do twoich obowiązków.

– Oczywiście – odparłam zimno. – Proszę jeszcze porozmawiać z córką na temat nagich lalek zalegających masowo w łazience. Nie mogłam przez to umyć wanny! Gołe Barbie! Wydaje mi się to co najmniej dziwne, ale jak słusznie pani zauważyła, to nie jest MOJA sprawa! Tot ziens![20] – wypaliłam na koniec.

Zostawiłam oniemiałą Charlotte na piętrze, po czym zeszłam na dół. „Zanim się ocknie, będę już na zewnątrz”, pomyślałam z satysfakcją.

Jednak do domu wracałam z ciężkim sercem…

Rozdział trzynasty

Postanowiłam zrobić Prosperowi niespodziankę i pojechać po niego do pracy. Miał dziś popołudniową zmianę, kończył o dziewiętnastej. Chciałam go wyciągnąć do miasta na piwo i przyjacielskie pogaduchy. Wsiadłam w autobus linii 277, w kierunku lotniska i centrum handlowego Plaza.

Był piękny, ciepły wieczór. Mknęliśmy zatłoczoną autostradą A9. Przez okno autobusu widziałam rozległe połacie amsterdamskiego Schiphol, jednego z największych europejskich portów lotniczych. W pewnej chwili nad mostem, do którego właśnie dojeżdżaliśmy, przelatywał gigantyczny, błękitno-biały samolot z wymalowanymi na ogonie literami KLM. Pomyślałam o Stijnie, wnuku Annemarie. Kto wie, może to on siedział za sterami boeinga? „Zachowujesz się jak nastolatka!”, upomniałam w myślach sama siebie. „Przecież w życiu nie widziałaś tego faceta! Z pewnością jest okropnym snobem, w typie Charlotte i Henka!”. Chociaż, szczerze mówiąc, trudno było mi w to uwierzyć.

Wysiadłam z autobusu przed wejściem głównym na lotnisko. Wyjęłam z kieszeni zmiętą kartkę, na której już jakiś czas temu Prosper wypisał nazwę firmy sprzątającej, w której był zatrudniony. Pomyślałam, że ich biuro powinno znajdować się gdzieś niedaleko. Weszłam przez wielkie obrotowe drzwi do gigantycznej hali Schiphol. Panował tu nieopisany tłok i zamęt. Ogromne tablice umieszczone w centralnej części terminalu migotały tysiącem liter i cyfr układających się w ciąg informacji na temat odlotów i przylotów samolotów z całego świata. Przedarłam się szybko przez środek hali i wjechałam schodami ruchomymi na górny poziom lotniska. Ciągnął się tu rząd najróżniejszych butików, kawiarni i kafejek.

Małe biuro firmy, w której pracował Prosper, znajdowało się na samym końcu, tuż przy windach. Otworzyłam szklane drzwi i weszłam do środka boksu opatrzonego nazwą Qleaning. W recepcji siedziała młoda kobieta ubrana w biały uniform z wyszytym na piersi logo firmy, literą Q. Spojrzała na mnie zaciekawionym wzrokiem i zapytała po holendersku:

Kan ik u ergens mee helpen?[21]

Ik zoek Prosper[22] – odpowiedziałam szybko i dodałam już po angielsku: – Przepraszam, nie mówię za dobrze w waszym języku.

Recepcjonistka uśmiechnęła się z pobłażaniem.

– Rozumiem. Prosper skończył właśnie pracę. Przebiera się na zapleczu. Powinien za chwilę tu być. Napijesz się czegoś? – przeszła gładko na ty. W Holandii była to normalna procedura. Niepisana forma zwracania się do nieznajomych na „ty” obowiązywała powszechnie nie tylko na płaszczyźnie kontaktów prywatnych, ale również służbowych.

Podziękowałam grzecznie i usiadłam na jednym z krzeseł stojących pod ścianą biura. Po chwili usłyszałam głośny śmiech i zza drzwi na tyłach recepcji wyłonił się wysoki, szczupły blondyn, a zaraz za nim Prosper. Kiedy mnie zobaczył, rozpromienił się całym sobą.

– Agnies! Co ty tu robisz?!

Surprise! Niespodzianka! – Podniosłam się z krzesła i poklepałam go po ramieniu. – Zbieraj się, porywam cię na drinka!

– Prosper, nie przedstawisz mnie swojej nowej dziewczynie? – odezwał się blondyn.

Spojrzałam na niego i odpowiedziałam, uśmiechając się szeroko.

– Nie jestem dziewczyną Prospera. Jesteśmy tylko przyjaciółmi.

– Agnies to siostra Julii – wtrącił Prosper i przedstawił mi swojego kolegę. – Jeroen, mój szef.

– Jeroen Hellendoorn! Miło mi cię poznać! – Blondyn podał mi rękę. Miał mocny, ciepły uścisk.

Przyjrzałam mu się uważnie. Był typowym Holendrem, o jasnej cerze, płowych włosach i wysportowanej, umięśnionej sylwetce, ubrany w białą koszulkę polo i poprzecierane na kolanach dżinsy. Z całą pewnością podobał się kobietom. Patrzył na mnie przyjaźnie i uśmiechał zadziornie jak niegrzeczny chłopiec. Pogratulowałam sobie w duchu, że pociągnęłam dziś usta perłową szminką, a nieśmiertelne trampki zamieniłam na letnie sandałki. Z szafy Julki wyciągnęłam białą, krótką sukienkę, którą przepasałam złotym paskiem. Idealnie podkreślała moją delikatną opaleniznę. Zdawałam sobie doskonale sprawę, że wyglądam ładnie i kobieco. Cóż, nawet ja bywałam czasami próżna.

Przedłużającą się ciszę przerwała w końcu recepcjonistka, która odchrząknęła znacząco i poprosiła Jeroena o podpisanie jakiejś faktury.

– Chodź, idziemy – szepnęłam do Prospera i pociągnęłam go za rękaw w kierunku wyjścia.

Tot ziens! – powiedziałam głośno i pomachałam w kierunku recepcji.

Jeroen przerwał rozmowę z recepcjonistką i odprowadził mnie wzrokiem aż do samych drzwi.

– Do zobaczenia niedługo – rzucił wesoło i wrócił do podpisywania papierów.

Wyszliśmy na zewnątrz. Odetchnęłam z ulgą i spojrzałam na Prospera. Uśmiechał się znacząco, ale nic nie powiedział.

– No co?! – zapytałam zaczepnie. – Zrobiłam coś nie tak?

– Wręcz przeciwnie – zachichotał. – Wykonałaś kawał dobrej roboty! Jeroen jest tobą kompletnie oczarowany!

– Zwariowałeś? – prychnęłam. – Przecież on mnie w ogóle nie zna! Widzieliśmy się raptem pięć minut! – Udawałam oburzenie, ale słowa Prospera sprawiły mi niekłamaną przyjemność.

– Znam go! Spodobałaś mu się! – Pokiwał głową. – To fajny facet. Ludzki. Bardzo mi na początku pomógł. Nie rozmawiałem po holendersku, prawie żadnego doświadczenia, a jednak dał mi szansę.

– To on jest właścicielem Qleaning? – rzuciłam niby od niechcenia.

– Tak, to jego firma. Stworzył ją sam, od podstaw. Ciężko pracował na sukces. Obecnie Qleaning obsługuje cały teren lotniska, w tym większość biurowców. Mamy mnóstwo roboty! Musimy też zmienić biuro. To jest za małe! – westchnął ciężko i popatrzył na mnie z zaciekawieniem. – Jesteś nim zainteresowana? Od niedawna jest znowu wolny! – Prosper wyszczerzył śnieżnobiałe zęby w ironicznym uśmiechu.

– Nie cierpię cię, potworze! – Tupnęłam nogą i zaczęłam się śmiać. Chichrając się jak dwoje licealistów, wyszliśmy na zewnątrz.

– To dokąd mnie porywasz, piękna dziewczyno? – zapytał Prosper i zatoczył rękami koło. – Cały świat należy do nas!

– Całego świata ofiarować ci nie mogę, ale Amsterdam jest nasz! Jedziemy do centrum! – oznajmiłam ochoczo.

Poszliśmy na przystanek linii Connexxion i wsiedliśmy do autobusu 197, który akurat podjechał. Był prawie pusty. Prosper kupił u kierowcy dwa bilety. Usiedliśmy z tyłu, cały czas śmiejąc się i przekomarzając.

Postanowiłam zabrać go do przytulnej kafejki usytuowanej przy jednym z największych placów w stolicy Holandii, Museumplein. Wyczytałam wczoraj w kieszonkowym przewodniku, że nadawała się idealnie na wieczorną „randkę”. Museumplein stanowiło od lat główne miejsce spotkań zarówno rodowitych mieszkańców Amsterdamu, jak i licznych turystów, których przyciągała tutaj niezwykła atmosfera, koncerty, eventy na świeżym powietrzu. Stąd blisko było również do najważniejszych muzeów stolicy takich jak Muzeum Vincenta van Gogha, Muzeum Stedelijk oraz Rijksmuseum.

Usiedliśmy przy jednym ze stolików z parasolkami ustawionymi na zewnątrz kafejki i zamówiliśmy po kuflu zimnego piwa.

– Jak dla mnie Heineken nie ma sobie równych – powiedziałam, biorąc solidny łyk bursztynowego trunku.

– Wolę ciemne piwo, na przykład tradycyjny porter o nazwie Stout! – oznajmił ze znawstwem Prosper. – Ale to kwestia indywidualnych upodobań. Tak jak z kobietami. Jedni wolą brunetki, inni blondynki.

Popatrzyłam na niego podejrzliwie.

– Znowu zaczynasz? Skąd nagle ta mnogość tematów damsko-męskich? Dotychczas nigdy o tym nie rozmawialiśmy!

– Najwyższa pora zacząć! – rzekł stanowczo i zaczął drążyć skałę. – Agnies, nie mówiłaś mi nigdy o sobie. Znaczy o swoich związkach… Masz kogoś? – Prosper, przyglądając mi się uważnie, upił nieco piwa z kufla.

Machnęłam lekceważąco ręką.

– Nie ma o czym gadać. Nie jestem obecnie z nikim związana. I może to lepiej. Gdybym miała partnera, kto wie, czy puściłby mnie samą w taką daleką podróż.

– To prawda. Ale na dłuższą metę człowiek nie powinien być sam. Wiesz, że w Senegalu dopuszczamy wielożeństwo? – zapytał nagle.

– Czy to propozycja? Zamierzasz pojąć za żonę i Julię, i mnie? Odradzam. Z jedną z nas może dasz sobie radę, ale z dwiema? Nie ma szans! – Popukałam się znacząco w głowę.

Prosper zaczął się śmiać.

– Agnies, całkowicie wystarczy mi jedna kobieta. Liczy się dla mnie tylko Julia. Bardzo mi jej brak, zarówno fizycznie, jak i duchowo – zwierzył się Prosper.

– Spaliście ze sobą? – wypaliłam. W końcu byliśmy dorosłymi ludźmi.

Prosper zakrztusił się swoim porterem.

– Oj, nie udawaj takiego niewiniątka! – Wzruszyłam ramionami. – Julka od dawna nie jest już dziewicą.

– To są bardzo intymne sprawy i nie wiem, czy powin…

– Spaliście! – przerwałam mu triumfalnie w pół słowa. – Możesz zaoszczędzić mi szczegółów, aż taka ciekawska nie jestem! – zaśmiałam się diabolicznie.

– Uwielbiam cię, panno ciekawska! – Figlarnie pogroził mi palcem Prosper. W kieszeni jego spodni odezwał się nagle sygnał SMS-a. – Poczekaj chwilę, może to Julia. – Sięgnął po telefon i zerknął szybko na wyświetlacz. – Niewiarygodne! – Popatrzył na mnie i zaczął się śmiać, uderzając rękami po udach.

– Zwariowałeś? – Patrzyłam na niego zdziwiona. – Co się stało? To Julka?

– Nie! To mój szef!

– Jeroen? – Oblałam się rumieńcem jak pensjonarka.

– W rzeczy samej! I zgadnij, o co mnie pyta? – śmiał się dalej Prosper.

 

– Nie mam zielonego pojęcia! Mów mi tu zaraz! – Skinęłam ręką na kelnerkę. Stanowczo potrzebowałam dodatkowej dawki procentów.

– Jeroen chce twój numer telefonu! A to ci heca! Nie wierzę! – Prosper ponownie spojrzał na ekran swojej komórki.

– Aż tak to cię dziwi? Czyżbym była aż tak szpetna? – Poprawiłam wyniosłym gestem włosy.

– Jesteś piękną dziewczyną i prawdę mówiąc, spodziewałem się tego. Ale nie w takim tempie! Mówiłem przecież. Zrobiłaś na moim szefie piorunujące wrażenie. To jak, mogę mu dać twój numer? – Spojrzał na mnie pytająco.

– Masz moje pozwolenie! – odparłam uroczyście, choć niby od niechcenia. Tak naprawdę bardzo mi schlebiało zainteresowanie przystojnego Holendra.

Prosper zaczął wystukiwać na klawiaturze telefonu treść wiadomości, a ja rozglądałam się po rozpościerającym się przed naszymi oczami rozległym Museumplein. Był pełen zieleni i wesołych, barwnie odzianych spacerowiczów. Nikt niczemu się tu nie dziwił, ludzie byli pogodni, roześmiani i uczynni. Widziałam trzymających się za rękę facetów i przytulające do siebie dziewczyny. W Polsce by to było nie do pomyślenia, a tutaj wydawało się czymś najzupełniej naturalnym. Miłość bez względu na wszystko. Teraz zrozumiałam, dlaczego Amsterdam zwany był przez niektórych stolicą wolności i tolerancji. Zamyśliłam się i zatęskniłam nagle za kimś, kto by patrzył na mnie tak jak zakochany mężczyzna na kochającą kobietę. Poczułam nieodpartą potrzebę bliskości i czułości, o której mówił Prosper. Ja nie miałam nikogo, za kim mogłabym tęsknić, na kogo czekać i kogo kochać.

Prosper przypatrywał mi się już od dłuższego czasu, ale nic nie mówił. Siedzieliśmy w milczeniu, ciesząc się nastrojem ciepłego wieczoru, pogrążeni w swoich myślach, tęsknotach i smutkach. Byliśmy tak różni, pochodziliśmy z kompletnie odrębnych światów, dzieliły nas kultura, religia, zwyczaje, a jednak gdzieś tam, w głębi serca, byliśmy tacy sami – głodni uczucia, akceptacji i zrozumienia. Bezwiednie uściskałam dłoń Prospera i spojrzałam na niego ciepło. Byłam pewna, że myślał o tym samym. Rozumieliśmy się bez słów.

Ciszę przerwało piknięcie, tym razem mojego telefonu. Spojrzałam na ekran komórki. Zobaczyłam nieznany mi numer, zaczynający się od 0031…

Kolacja? Gdzie tylko zechcesz… Jeroen X

Podniosłam wzrok i napotkałam uważne, pytające spojrzenie Prospera. Skinęłam potwierdzająco głową. Nie pamiętałam już, kiedy po raz ostatni byłam na randce. Bardzo dawno temu. Najwyższy czas na zmiany…

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?