Do jutra w AmsterdamieTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Do jutra w Amsterdamie
Do jutra w Amsterdamie
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 61,80  49,44 
Do jutra w Amsterdamie
Audio
Do jutra w Amsterdamie
Audiobook
Czyta Anna Mrozowska
33,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział dziesiąty

Od kwadransa stałam w zatłoczonym holu amsterdamskiego urzędu w celu odebrania numeru identyfikacji podatkowej SoFi[9]. Dzięki pomocy Jana dysponowałam już tymczasowym meldunkiem. Musiałam tylko dostarczyć umowę najmu mieszkania, która była na nazwisko Julii, oraz jej pisemną zgodę na dopisanie mnie do listy wynajmujących obok niej. Pismo było przygotowane zawczasu, znalazłam je w kuchennej szufladzie, pod kopertą z pieniędzmi „na start”. Pan prokurator wymusił niejako na mojej siostrze szybkie dopełnienie wszelkich formalności, tak żebym mogła przebywać w Holandii legalnie. W przeciwnym razie nie znalazłabym u niego zatrudnienia. Ciekawiło mnie, czy inni pracodawcy Julii zachowywali się tak skrupulatnie w tej kwestii, ale było to jedno z kolejnych pytań „na potem” do mojej siostry. Tymczasem rozglądałam się zaciekawiona po otaczających mnie petentach urzędu. Byłam stuprocentowo przekonana, że ich początki w krainie tulipanów wyglądały mniej różowo niż u mnie. Zewsząd dochodziły mnie strzępki rozmów w najróżniejszych językach świata. W pewnej chwili usłyszałam naszą rodzimą mowę:

– Wypełniłaś już ten formularz? Czekaj, tu nie wpisujesz adresu, tylko imię i nazwisko!

– Co za piekielny język, kurwa! I ta papierologia! Gorzej niż u nas!

Odwróciłam się uradowana w kierunku, z którego dochodziły głosy. To była Bożena i bracia Daltonowie!

– Dzień dobry! – krzyknęłam radośnie i zamachałam gwałtownie rękami.

Moi autobusowi kamraci patrzyli na mnie tak, jakby zobaczyli zmarłego przed wiekami przodka. Pierwsza odblokowała się Bożena.

– AGA! – Dopadła mnie jednym susem i uwiesiła się całym ciężarem na moim ramieniu. – Jak dobrze cię widzieć! Co tu robisz? – Poprawiła szybko przekrzywiony od gwałtownych ruchów sznur korali na masywnej szyi. Ubrana była w białą bluzkę „do urzędu” i długą, powłóczystą spódnicę w kolorze fuksji. Miała podkrążone oczy.

– Chyba to samo co wy – zaśmiałam się szczerze i spojrzałam na Daltonów. – Czołem, bracia! – Wyciągnęłam przyjacielsko rękę i poklepałam ich po umięśnionych ramionach.

– Wyrabiamy sofi, żeby móc w końcu pracować na legalu – westchnął Romek, ale równie dobrze mógłby to być Jerzyk, gdyż nie potrafiłam ich rozróżnić. – Mamy dość tego wyzyskiwania – dodał. – Nie jesteśmy murzynami!

Skrzywiłam się nieco, gdyż przed oczami stanął mi Prosper, ale nie skomentowałam wypowiedzi Daltona. Nie było to odpowiednie miejsce na naukę tolerancji.

– A u ciebie jak, opowiadaj. Pracujesz? Co u siostry? – zarzuciła mnie pytaniami Bożena.

Rozejrzałam się niecierpliwie dookoła.

– Kochana, tu nie mamy warunków do spokojnej rozmowy. Może spotkamy się za chwilę na pogaduchy? Uporamy się z tymi diabelskimi formularzami i pójdziemy na kawę! – zaproponowałam.

Bracia prychnęli lekceważąco i wzruszyli jednocześnie ramionami.

– Na kawę? Jak baby! Wolelibyśmy piwo. Najlepiej smakuje tu Amstel!

– Możecie pić to, co wam się żywnie podoba! – zapewniłam. – To jak, jesteśmy umówieni? Poobgadujemy trochę tubylców? – kusiłam.

– Jasne! – rozpromieniła się Bożena. – Mam ochotę porozmawiać w końcu z kimś na poziomie, bo te dwa tutaj to tylko klną i marudzą, marudzą i klną. Oszaleć można. – Złapała się za głowę.

– A i tak nie możesz bez nas żyć, Bo. – Jerzyk wyszczerzył w uśmiechu zęby. Miał na sobie pomarańczowy T-shirt, w przeciwieństwie do brata, który wystroił się w hawajską koszulę w kwiaty.

Klasnęłam w dłonie.

– Super! To spotykamy się za chwilę przed urzędem! Chyba że potrzebujcie mojej pomocy przy tych papierach. – Spojrzałam pytająco.

– Wszystko już wypełnione – oświadczył z dumą Romek. – Znam trochę holenderski. Mój szef załatwił nam wieczorne kursy. Chce, żeby jego personel mówił w miejscowym narzeczu. Twierdzi, że polski go wkurwia – zarechotał.

Jerzyk spojrzał na brata złym wzrokiem.

– Znalazł się lokalny patriota – wycedził. – Tulipan jeździ po nas jak po łysych kobyłach, każe się integrować! Kij mu w oko! Ale co zrobić, płaci nie najgorzej i, co najważniejsze, na czas – westchnął. – Musimy się go na razie trzymać.

– Dobra, chłopaki, resztę opowiecie mi później! Lecę do okienka z tymi wnioskami! Nara! – Machnęłam w ich kierunku stertą papierów i podeszłam do naburmuszonej urzędniczki. Spojrzała na mój wniosek, a potem na mnie zniecierpliwionym wzrokiem i mruknęła cicho:

Nog eentje. – Udałam, że nie słyszę tego: „jeszcze jedna”.

Po załatwieniu sprawy schowałam w torbie drogocenny dokument nadający mi numerek holenderskiej machiny podatkowej i czekałam na Bożenkę oraz Daltonów przed wejściem do budynku Gemeente Amsterdam.

Wyszli razem, jak zwykle kłócąc się i przekomarzając. Brakowało mi rodzimej mowy, nawet jeżeli co drugie słowo było nieparlamentarnym zwrotem.

– Chodźcie, niedaleko jest mała kawiarnia. Piwo też tam jest! – uprzedziłam pytanie braci i ruszyliśmy w drogę.

Nagle zrobiło się chłodno i zaczął padać deszcz.

– Typowa holenderska aura! – Zerknęła na mnie z dumą Bożena i dodała szczerze: – Wynalazłam to słowo w jakiejś książce i bardzo mi się spodobało. Brzmi tak elegancko. O wiele lepiej niż „pogoda”.

Jerzyk machnął ręką.

– Bo, nie udawaj kogoś lepszego, niż jesteś. Ja tam uważam, że o wartości człowieka świadczy jego charakter, a nie słownictwo! I to moje zdanie, nie wyczytałem go nigdzie! Można? Można! – przekonywał sam siebie, dziarsko stawiając wielkie kroki.

– Masz absolutną rację, Jerzy! – zapewniłam go i uniosłam kciuk w geście uznania.

Weszliśmy do kawiarenki w centrum, tuż przy jednym z licznych amsterdamskich kanałów. Lokal był typowym holenderskim koffiehuis, czyli pijalnią kawy. Ten napój cieszył się od wieków ogromną popularnością w kraju tulipanów. To także jego mieszkańcy rozsławili go na całym świecie. Amsterdam stał się jednym z pierwszych wielkich centrów handlu i konsumpcji kawy. Największym producentem tego napoju była holenderska firma o fryzyjskich korzeniach – Douwe Egberts.

– Skąd bierzesz te informacje? – Jerzyk szczerze się zdziwił. – Mieszkam tutaj dłużej niż ty, a w życiu tego nie słyszałem.

– Głupku – strofował go brat – Aga obraca się w trochę innych sferach niż lokalne cebulki tulipanów, w których zapieprzasz cały dzień na chwałę Niderlandów!

Roześmiałam się głośno.

– Chłopaki, ja też, jak to malowniczo określacie, zapieprzam codziennie na chwałę tego kraju, co prawda, nie w tulipanach, ale w mopach i ścierach. Nie ma chyba żadnej różnicy! Pracuję u pewnego uroczego pana prokuratora, którego gospodyni podczas przerwy na lunch opowiada mi o miejscowych zwyczajach i tradycjach. Ot i cała tajemnica!

– Prokurator? Fiuuu – gwizdnął z podziwem Romek. – To gruba fisza!

Rozejrzałam się z niepokojem wokół i pomna ostrzeżeń Julii i Anneke postanowiłam nie mówić już więcej o swoim pracodawcy. Mogło się to źle skończyć. Poza tym obiecałam dyskrecję. Zmieniłam więc zgrabnie temat.

– Wiemy już, co robią chłopaki, teraz ty opowiedz o swojej pracy – zagadnęłam Bożenkę.

Machnęła lekceważąco ręką.

– A jak myślisz? – powiedziała. – Sprzątam, gotuję, prasuję. Jak zwykle. Do niczego innego się nie nadaję!

– Nie gadaj bzdur! – obruszyłam się. – Jedziemy przecież na tym samym wózku. Gadaj, chcę znać więcej szczegółów na temat twoich „domków”.

Bożena westchnęła i zaczęła mówić.

– Pracodawcami, u których wystartowałam, było małżeństwo niezwykle zamożnych przedsiębiorców z Amsterdamu. Ich dom jest dosłownie naszpikowany elektroniką i wypełniony drogimi gadżetami. Pierwszy dzień był okropny. – Bo zamyśliła się. – Nieudolnie próbowałam wbić skomplikowany kod na drzwiach, a raczej wrotach do pałacu! Skończyło się alarmem na całą okolicę, wizytą policji i służb miejskich. Co się strachu najadłam, to moje! Czułam się jak groźna przestępczyni, ścigana międzynarodowym listem gończym! Szkoda tylko, że zamiast lśniącego, jak to się mówiło w Bonanzie, colta, trzymałam wiadro i mopa! Po paru tygodniach – ciągnęła Bożena – opanowałam do perfekcji system kodów i zabezpieczeń, psu spod ogona przecież nie wypadłam, ale państwo zażyczyli sobie, żebym im również gotowała. Nic prostszego, myślałam, moje gołąbki nie mają sobie równych, ale nic z tego. Moje gołąbki mieli gdzieś, chcieli, żebym im kuchnię ŚRÓDZIEMNOMORSKĄ serwowała! Ja! W życiu żadnego ślimaka do ust nie wzięłam ani innego kreweta, czy jak to tam się zwie, to co miałam robić! Za służbę grzecznie podziękowałam.

– Ja tam ich nie rozumiem – wtrącił się Romek. – Nie ma niczego lepszego na świecie niż nasz rodzimy schaboszczak.

– A teraz gdzie pracujesz? – Spojrzałam ponownie na Bożenę. Trzymała kurczowo torebkę na kolanach, tak jakby bała się, że za chwilę ktoś jej ją wyrwie.

– U baby, która jest z zawodu żoną dyrektora! – prychnęła. – Godzinami tłumaczy mi zasady działania odkurzacza centralnego, który zamontował jej dziany małżonek, a poza tym nie robi absolutnie nic! Całymi dniami snuje się po domu w jedwabnym gieźle i codziennie ma globusa! Wiecie, czego zażyczyła sobie ostatnio? Żebym nosiła fartuszek i czepek z koronką! Zobaczyła to gdzieś w jakimś francuskim filmie, które ogląda namiętnie i teraz ze mnie pajaca chce zrobić! – Popukała się znacząco w głowę.

Roześmiałam się bezwiednie, gdyż pomyślałam o Charlotte. Idealnie pasowała do tego opisu. Jakbym ją widziała! Fartuszek! Niedoczekanie!

– Rzuć tę robotę w cholerę! – poradziłam.

– Łatwo mówić – westchnęła Bożena. – Nieźle płaci. Jakoś wytrzymam! – Nagle spojrzała na zegarek i poderwała się z miejsca. – Przepraszam was, kochani, będę lecieć. Tadzik zaraz z pracy wraca, a obiad jeszcze w lesie. Ogromnie się cieszę, że mogłam cię zobaczyć, Aga! Nie ma to jak wyżalić się we własnym gronie. Koniecznie musimy umówić się ponownie. Ty nam prawie niczego o sobie nie opowiedziałaś!

 

– Jeszcze będzie okazja – zapewniłam. – Leć do synka, pozdrów go serdecznie ode mnie. Będziemy w kontakcie! – Ucałowałyśmy się przyjaźnie i już jej nie było.

Daltonowie również zaczęli się żegnać. Pracowali dzisiaj na drugą zmianę, a czekała ich jeszcze droga powrotna do małej miejscowości koło Amsterdamu, gdzie znajdowały się szklarnie ich holenderskiego „badylarza”.

– Trzymaj się, Aga, i nie daj się! – Machali mi długo na pożegnanie.

Szybkim krokiem skierowałam się w stronę dworca autobusowego. Było już bardzo późno, a nie chciałam, żeby Prosper się niepokoił. Wyjęłam z torebki komórkę, wystukałam do niego SMS-a: Będę za pół godziny, i wsiadłam do autobusu…

Rozdział jedenasty

Już od kilku dni mijaliśmy się z Prosperem w korytarzu, wymieniając tylko w pośpiechu parę zdań. W gorącym okresie wakacyjnym na lotnisku Schiphol potrzebowano dodatkowego personelu w związku z urlopami i wzmożonym ruchem pasażerskim, pracował więc na nocne zmiany. Kiedy ja wracałam z pracy do domu, Prosper właśnie do niej wychodził, a gdy ja skoro świt zrywałam się do swoich obowiązków, on odsypiał jeszcze noce. Ale w końcu udało nam się „umówić” na wspólną kolację.

Zaprosiłam Prospera do siebie na polskie jadło. Ugotowałam swoje danie popisowe, czyli aromatyczną zupę pomidorową z ryżem. Kupiłam dobry chleb z oliwkami oraz butelkę prosecco w najdroższych holenderskich delikatesach Albert Heijn. W szafie Julki wyszperałam haftowany ręką naszej babci odświętny obrus, postawiłam na stole żółte tulipany i zapaliłam świece. Było skromnie, ale bardzo nastrojowo.

Prosper przyszedł punktualnie. Wyglądał na bardzo zmęczonego.

– Gdybym cię nie znał, pomyślałabym, że chcesz być moja żona – roześmiał się w progu.

– Może i chcę! – Mrugnęłam zalotnie. – Gdzie ja znajdę takiego anioła jak ty! – Poklepałam go po szczupłej ręce i dodałam: – Jesteś moim senegalskim dobrym duchem, ale nawet duchy muszą od czasu do czasu solidnie się pożywić! Siadaj do stołu! Czym chata bogata!

Prosper usiadł i z zadowoleniem rozejrzał się po pokoju. Dobrze, że wczoraj wieczorem solidnie go wysprzątałam!

Eet smakkelijk! – powiedziałam po holendersku „smacznego” bardzo uroczyście i postawiłam przed nim parujący talerz z zupą.

Dank je wel! Widzę, że starasz się uczyć holenderskiego. To dobrze, to bardzo dobrze! – Chwycił łyżkę i zaczął jeść. Od czasu do czasu wznosił z ukontentowaniem oczy ku niebu na znak, że bardzo mu smakuje.

Usadowiłam się przy stole naprzeciw niego i sięgnęłam po chleb.

– A jak tam praca? Jak idzie? – zainteresował się nagle Prosper. – Przepraszam, że ostatnio tak cię zaniedbałem…

– Daję sobie radę! – powiedziałam i zabrałam się za swoją zupę. – W końcu już jakiś czas temu skończyłam osiemnaście lat – dorzuciłam z uśmiechem.

– Według mnie było to zaledwie wczoraj. – Prosper zaśmiał się cicho.

Pogroziłam mu łyżką znad talerza.

– Wyobraź sobie, że widzę ten mój pobyt tutaj w coraz żywszych barwach.

– Chyba wiem, co cię tak pogodnie nastroiło. Spotkałaś w końcu Annemarie z willi w sosnowym lesie. Zgadłem?

– Tak… – rozmarzyłam się. – W końcu ją poznałam. I wiesz co, Prosper, jestem nią kompletnie oczarowana. Przypomina mi moją kochaną babcię, której już nie ma na świecie…

Od pierwszego momentu, w którym przekroczyłam progi rezydencji starszej pani, czułam pozytywne wibracje. Dom jest jasny, przestronny, tonie w świeżych kwiatach, które stoją w dziesiątkach wazonów we wszystkich pomieszczeniach. Oprócz kwiatów dominują czarno-białe fotografie. Przedstawiają historię mieszkańców willi z pewnością do paru pokoleń wstecz. Najpiękniejsze dla mnie zdjęcie to – jak się domyśliłam – roześmiani młodzi małżonkowie, Annemarie i jej mąż. Siedzą na wielbłądach w otoczeniu gromadki ciemnoskórych dzieci. W tle stożki majestatycznych piramid.

– To również moja ulubiona fotografia – usłyszałam nagle cichy głos. Spojrzałam przestraszona w stronę, z której dochodził, i napotkałam dobre spojrzenie błękitnych oczu starszej pani. Czytała mi w myślach. Odłożyłam szybko trzymaną w ręku ramkę ze zdjęciem na komodę.

– Przepraszam – odezwałam się speszona. – Nie powinnam…

– Nie szkodzi, dziecko – powiedziała ciepło i wjechała elektrycznie sterowanym wózkiem inwalidzkim do salonu.

Wtedy zobaczyłam Annemarie po raz pierwszy. Czas nie zatarł na jej twarzy śladów dawnej urody, rozmył je tylko nieco i pokrył gładkie niegdyś policzki siateczką drobniutkich zmarszczek. Ubrana była w jasną, zapiętą pod samą szyję sukienkę i lakierowane, staromodne pantofle. Srebrne pasma włosów upięła w długi kok. Na jej szczupłych, długich palcach pokrytych plamami starczymi dostrzegłam złoty męski sygnet oraz pierścionek z drogocennym kamieniem. Przyglądała mi się uważnie, uśmiechając się lekko, po czym podjechała do komody i ujęła w dłonie ramkę ze zdjęciem, które przed chwilą oglądałam.

– To już tyle lat… Etienne i ja w Egipcie. – Rękawem sukienki przetarła z czułością szklaną szybkę, za którą była fotografia. – Uwielbialiśmy podróżować. Ciągnęło nas do nowych miejsc, nie mogliśmy spokojnie usiedzieć w Nederland. Do Egiptu zaprosił nas wówczas angielski archeolog, serdeczny przyjaciel męża jeszcze z czasów studiów. Henry w ukryciu podkochiwał się we mnie – roześmiała się figlarnie jak mała dziewczynka. – To on zorganizował nam tę przejażdżkę na egipskich dromaderach i to on zrobił to zdjęcie. – Annemarie się zamyśliła. – Takich mężczyzn już nie ma. Honorowych, szarmanckich, do bólu prawych i uczciwych. I tak eleganckich – dodała, prostując się na wózku. – Wyobraź sobie, że nie widziałam go ubranego inaczej niż w białą koszulę, jasną marynarkę, bryczesy i wypucowane skórzane buty do konnej jazdy. Zaraz, zaraz… – ożywiła się – ...gdzieś tutaj powinno być jego zdjęcie. – Lustrowała uważnie wzrokiem dziesiątki ramek stojących na blacie komody. – O, tam! Ostatnia fotografia po lewej stronie. Podaj mi ją, dziecko – poprosiła i spojrzała na mnie uważnie. – A może ja ciebie nudzę tymi opowieściami? Taki los starych ludzi. Żyją przeszłością i wspomnieniami – dodała i nagle posmutniała.

– Skądże znowu! – zaoponowałam gwałtownie. – Jestem zaszczycona, że dzieli się pani ze mną niezwykłą historią swojego życia.

Zerknęłam na podobiznę przyjaciela Annemarie. Patrzył na mnie wyjątkowo przystojny mężczyzna z gładko, na ówczesną modłę, przyczesanymi włosami. Obok niego warował ogromny dalmatyńczyk.

– Pani przyjaciel wygląda jak angielski arystokrata. – Uśmiechnęłam się ciepło do starszej pani.

Roześmiała się głośno.

– Jesteś bardzo spostrzegawcza, Anjeska. W rzeczy samej, Henry pochodził z brytyjskiej arystokracji. Blue blood… Jego rodzina była spokrewniona z dworem królewskim, ale niechętnie o tym mówił. Był niezwykle skromnym człowiekiem, czarną owcą, gdyż zamiast dobrze zapowiadającej się kariery w dyplomacji wybrał życie nomady. Kochałam go bardzo, jak przyjaciela – ciągnęła Annemarie. – Moje serce należało jednak do mojego męża i Henry, chcąc nie chcąc, musiał się z tym pogodzić. Choć wiem, na pewno, że było mu ciężko… – Znowu się zamyśliła.

Patrzyłam na jej ciągle piękną twarz, intensywnie błękitne oczy, które teraz przymknęła, zatopiona we wspomnieniach. Drobne dłonie złożyła na podołku, szeroki kawałek rękawa sukienki podwinął się nieznacznie i zobaczyłam tuż nieco powyżej przegubów jej rąk ślady po dotkliwych oparzeniach. Chciałam coś powiedzieć, ale głos uwiązł mi w gardle.

Annemarie otworzyła oczy.

– Chodź, kochanie! – Uśmiechnęła się promiennie. – Napijemy się pysznej kawy. Mam też świeże ciasto. Appelgebak. Jestem niepoprawnym łasuchem. Na stare lata zdecydowanie nadużywam cukru – zachichotała.

– Z największą przyjemnością! – odparłam, gdyż i ja uwielbiałam słodycze. – A potem pokaże mi pani, gdzie znajdę odkurzacz i inne potrzebne do sprzątania rekwizyty – zażartowałam, będąc przekonana, że starsza pani nie będzie się gniewać.

Annemarie uniosła ze zdziwieniem swoje cienkie brwi.

– Dziecko kochane, a skąd ci to przyszło do głowy? – zapytała. – Ty nie zamierzasz tutaj przecież sprzątać?! Julia nie powiedziała ci, czym się u mnie zajmuje? Będziesz robiła dokładnie to samo.

Oniemiałam. Nie miałam bladego pojęcia, co starsza pani ma na myśli.

– Przepraszam, moja siostra wyjechała tak nagle, że szczerze mówiąc, nie miałyśmy właściwie okazji, żeby dokładnie omówić zakres moich obowiązków w tym domu.

Annemarie roześmiała się i oznajmiła uroczyście:

– Anjeska, będziesz moją damą do towarzystwa! Będziesz mnie zabawiała! Zapewniam cię, że nie jest to łatwe zadanie, gdyż wbrew pozorom jestem niezwykle wymagająca, apodyktyczna i rozpuszczona. Będziesz zabierać mnie na spacery, czytać poranną prasę, dbać o to, żebym się nie nudziła i nie spała za długo w ciągu dnia. – Uśmiechała się z niewinną miną.

– Czytać poranną prasę? – Wystraszyłam się nie na żarty, choć wizja damy do towarzystwa brzmiała niezwykle kusząco. – Ale ja... nie mówię po holendersku.

Annemarie klasnęła z ukontentowaniem w ręce.

– To ja będę twoją nauczycielką! Co ty na to? W bibliotece znajdziemy na pewno jakieś stare podręczniki do nauki języka, jeszcze po moim wnuku. Pracował kiedyś jako wolontariusz w obozie dla uchodźców z Afganistanu. Komt goed, meisje![10] – dodała pokrzepiająco po holendersku.

Poszłyśmy do kuchni, by posmakować obiecanej szarlotki z bitą śmietaną...

Przerwałam swoją opowieść, gdyż zauważyłam, że Prosper nie patrzy na mnie, tylko gdzieś hen wysoko, ponad moją głową, na przepływające za oknem ciężkie deszczowe chmury.

– W ogóle mnie nie słuchasz! – poskarżyłam się.

– Słucham, Agnies, słucham – powiedział powoli i spojrzał prosto na mnie. – Opowiadasz tak pięknie, plastycznie… musiałem pomyśleć o Julii. Ona też lubiła siadać ze mną przy stole wieczorami i relacjonować, jak jej minął dzień…

– Wiedziałeś, czym Julka zajmuje się u Annemarie? – Nalałam sobie trochę prosecco do pustego już kieliszka.

– Mówiła enigmatycznie, że ta praca to bardziej przyjemność niż obowiązek. O wiele mocniej skupiała się na Charlotte. Mówiła, że plotkowaniem o niej rozładowuje stres i złość na tę okropną babę!

– Po co więc naraiła mi pracę u tej hetery?

– Henk dobrze płaci – pospieszył z odpowiedzią. – Chciała, żebyś w miarę szybko zarobiła parę groszy. A poza tym była pewna, że zdecydowanie lepiej niż ona poradzisz sobie z rozpuszczoną Holenderką. Aga da jej popalić! Moja siostra potrafi być prawdziwą bitch!

– mówiła Julia, śmiejąc się.

Udałam oburzenie.

– Jak Julia śmiała mnie tak oczerniać! – Ale Prosper przejrzał moją grę, gdyż oczy mi się śmiały. Przybiliśmy sobie piątkę.

– I co dalej z Annemarie? Dokończ, proszę. Ile kawałków ciasta unicestwiłyście wtedy we dwie? Przyznaj się! – Pogroził mi figlarnie palcem.

– Całą blachę! A jak myślałeś?

Szarlotka była przepyszna. Delikatna w smaku, aromatyczna i lekko wilgotna. W całej kuchni unosił się zapach jabłek i cynamonu. Annemarie przedstawiła mi swoją kucharkę i pomoc domową. Obie kobiety przyglądały mi się z nieufnością, ale wcale się mnie to nie zdziwiło. Pomyślałam, że powoli zaskarbię sobie ich sympatię. Odnosiły się do starszej pani z niezwykłym szacunkiem i zwracały do niej per mevrouw de Bruin.

Po południu odprowadziłam Annemarie na krótką drzemkę do jej pokoju. Pomogłam jej położyć się do łóżka i przykryłam ją ciepłym, puchatym kocem. Jest drobna i krucha niczym porcelanowa figurka.

– Nie pozwól mi spać dłużej niż dwie godziny. – Annemarie przytrzymała mnie lekko za rękę. – Potem zjemy razem późny lunch. Karin z pewnością przygotowała coś pysznego. Wieczorem przyjeżdża do mnie mój wnuk, Stijn. Nie widziałam go prawie dwa tygodnie. Jest pilotem w KLM[11]. Gna go po całym świecie, zupełnie tak jak jego dziadka. – Starsza pani uśmiechnęła się blado, po czym zapadła w sen.

Na palcach wyszłam z pokoju i najciszej, jak umiałam, zamknęłam za sobą drzwi. Miałam dwie godziny wolnego. „Następnym razem zabiorę ze sobą książkę”, postanowiłam. A tymczasem z zaciekawieniem zaczęłam przyglądać się galerii czarno-białych portretów członków rodziny de Bruinów. Fotografie wisiały w obszernym, wyłożonym jasną, grubą wykładziną korytarzu prowadzącym do wyjścia na oszkloną werandę. Rozpoznałam młodą Annemarie w sztywnym fartuszku pensjonariuszki jakiejś prestiżowej szkoły dla dziewcząt. Obok niej zauważyłam podobiznę jej męża, Etienne’a, w czapce gimnazjalisty. Inne twarze były mi nieznane. Powoli przesuwałam wzrok po portretach ludzi, którzy byli kiedyś częścią życia starszej pani i których z pewnością kochała. Zatrzymałam się przy ostatniej fotografii. Była niewątpliwie najnowsza. Uśmiechał się z niej do mnie młody mężczyzna o intensywnie niebieskich oczach. Ubrany był w białą koszulę z błękitnym krawatem i ciemnogranatowy mundur lotnika z czterema paskami ze złotej taśmy, naszytymi na mankietach. Miał jasne, krótko przystrzyżone włosy i piękną twarz o regularnych rysach oraz zdecydowanie zarysowanym podbródku. Nie mogłam oderwać od niego wzroku. Właśnie wtedy po raz pierwszy zobaczyłam Stijna de Bruina…