Do jutra w Amsterdamie

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Do jutra w Amsterdamie
Do jutra w Amsterdamie
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 61,80  49,44 
Do jutra w Amsterdamie
Audio
Do jutra w Amsterdamie
Audiobook
Czyta Anna Mrozowska
33,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Stawka taka, jaką płacimy twojej siostrze, jak rozumiem – stwierdził i wyciągnął kilka banknotów z portfela. Po krótkim namyśle dodał jeszcze jeden. – Za straty moralne. – Uśmiechnął się łobuzersko i wręczył mi pieniądze.

Podziękowałam grzecznie, powiedziałam „do widzenia” i wyszłam na zewnątrz.

Czułam się, jakbym przekopała cały zagon pola. Westchnęłam ciężko i wskoczyłam na rower.

Nie mogłam się doczekać, kiedy usiądę z Prosperem do wspólnej kolacji. Bardzo potrzebowałam dziś życzliwej duszy.

Rozdział ósmy

Siedziałam w pokoju Prospera na grubym materacu przykrytym pomarańczową narzutą z frędzlami i piłam gorącą, niesamowicie słodką herbatę. Prosper wychodził z założenia, że im więcej cukru, tym lepiej. Cukier był bowiem według niego najlepszym antidotum na stres czy smutki.

W całym pomieszczeniu nie było ani jednego krzesła, ba, nie posiadał nawet miniaturowej szafy. Jego kolorowe ubrania wisiały na metalowym stojaku w kącie pokoju, obok starej wieży stereofonicznej. Przy stojaku stały w równym rządku trzy pary sandałów i jedna para adidasów. Na lewo od drzwi wejściowych, na plecionym chodniczku, spoczywał największy skarb Prospera, gitara. Sznurkowe chodniczki oraz miękkie poduchy (wyłącznie zielone, żółte i czerwone!) leżały praktycznie w każdym kącie. Pomimo widocznej ascezy w umeblowaniu było przytulnie oraz nieskazitelnie czysto.

– Prosper, dlaczego w niewątpliwie uroczym wystroju twojej komnaty przeważają tylko trzy kolory? – Siorbnęłam łyk herbaty z wielkiego kubka z napisem: „My boss my hero”.

Prosper uśmiechnął się z rozrzewnieniem.

Raaya wu Senegaal… flaga mojej ojczyzny. Zielony, żółty, czerwony. Zielony to las – bujne sawanny na południu kraju, eukaliptusy, baobaby. Żółty to Sahel ciągnący się od Senegalu aż po Sudan. Złote piaski Sahary. Niekończąca się przestrzeń i wolność. Wreszcie czerwony to ogień. Piekło suszy siejącej spustoszenie i śmierć. – W ciemnych oczach Prospera pojawiły się nagle łzy.

Poderwałam się szybko i podeszłam do niego. Delikatnie objęłam jego wychudłe ramiona i wyszeptałam cicho:

– Kiedyś tam wrócisz, Prosper.

Senegalczyk otarł oczy wierzchem dłoni i uśmiechnął się z przymusem.

– Przecież to ja ciebie miałem pocieszać. Charlotte dała ci się we znaki, prawda?

Machnęłam ręką i wróciłam na swoje miejsce na materacu.

– To wariatka! Patrzy na mnie z góry jak na ubogą emigrantkę z krajów Trzeciego Świata. Nieczytatą i niepisatą.

– Kraje Trzeciego Świata? Czyli to o mnie mowa? Ale przecież ja i czytać, i pisać jako tako umiem! – Patrzył na mnie z udawanym wyrzutem.

Rzuciłam w niego poduszką. Zaczęliśmy się śmiać.

– Jesteś świetnym facetem! Skąd się tacy biorą? – Upiłam ponownie łyk herbaty i spojrzałam na niego.

– Z dalekiego kraju – odpowiedział powoli. – Ale nie wiem, czy jestem aż taki fajny, jak myślisz. Ciężko pracuję, pomagam rodzinie, płacę podatki, żyję spokojnie i uczciwie. Nie narzekam. Przyjazd do Holandii to był mój wybór. Wymarzyłem sobie, że będę tu mieszkał. I, jak widzisz, udało się. Tylko…

Popatrzyłam na niego z ciekawością.

– Tylko co? Powiedz!

Prosper westchnął.

– Tylko jestem trochę samotny. W Senegalu żyłem w grupie. Przyjaciele, rodzina, znajomi. Ciągle coś się działo, spędzaliśmy dużo czasu razem, tańce, śpiewy, rozmowy do rana. Bywało, że co wieczór grałem na gitarze… teraz stoi nieużywana. – Prosper machnął ręką w kierunku instrumentu. – Ostatni raz miałem ją w rękach, kiedy była tu Julka… bardzo lubiła moje ballady. – Zamyślił się, a ja patrzyłam na niego w milczeniu.

– Prosper, a dla mnie kiedyś zagrasz? Nawet nie wiesz, jaką mi zrobisz przyjemność! Jestem starą drużynową, uwielbiam rajdy, ogniska, wspólne śpiewanie, pogaduszki. Ogniska wprawdzie nie rozpalimy, chyba że na plaży w Zandvoort, ale pośpiewać możemy i tutaj. Nauczę cię paru polskich piosenek harcerskich, chcesz? – Snułam dalekosiężne plany, które Prosperowi chyba przypadły do gustu, bo w jego oczach znowu pojawiło się światło.

– Jesteś romantyczką, Agnies. Julia jest inna. Stoi twardo na ziemi. Niezależna, silna kobieta – powiedział Prosper, patrząc gdzieś w bok.

– Julce życie bardziej dało po dupie niż mnie, może dlatego masz wrażenie, że jest twarda – odparłam. – Ale wierz mi, bo znam ją dłużej niż ty, w głębi serca jest dokładnie taka jak ja. – Po czym wytoczyłam najcięższe działa. Teraz albo nigdy. – Co łączy cię z moją siostrą?

Prosper długo nie odpowiadał. Nastała cisza. Myślałam nawet przez chwilę, że nie usłyszał mojego pytania albo go nie zrozumiał. Wtedy spojrzał prosto na mnie i zobaczyłam w jego oczach niemą odpowiedź. Nie musiał już nic mówić. Zrozumiałam wszystko. Ogarnął mnie smutek, gdyż wiedziałam, jak surowe i nieprzejednane stały się po rozwodzie poglądy mojej siostry na instytucję związku i małżeństwa. Julia nie chciała się z nikim wiązać. Być może ten jej szybki i niespodziewany wyjazd był też formą ucieczki przed uczuciem, którego po prostu się bała. Jednak co do tego nie mogłam mieć stuprocentowej pewności.

Postanowiłam, że przy pierwszej nadarzającej się okazji wypytam Julkę o Prospera. To były bardzo delikatne sprawy, ale chciałam wiedzieć, jakie ma zamiary wobec człowieka, którego bardzo polubiłam. Nie chciałam, żeby cierpiał.

Zapragnęłam rozweselić go choć trochę i jak gdyby nigdy nic, zaczęłam przedrzeźniać Charlotte.

– Agnes! Jakie to okrropne imię! – Wstałam i zgięłam się w ukłonie niczym markiza de Pompadour. – Tak, moja madame, ma pani rację! To brzydkie imię! Ja też jestem brzydka i nie mam w posiadaniu ani jednej torrrebki z kolekcji Coco Chanel! SKANDAL! – Gięłam się w ukłonach i skakałam niczym klaun po pokoju Propera.

– Jesteś niepoprawną wariatką. – Śmiał się głośno i zatykał uszy, po czym nagle spoważniał i spytał. – Charlotte naprawdę krytykowała twoje imię?

– Nie tylko imię! – Opadłam zdyszana na wielką zieloną poduchę leżąca pod oknem. – Uważa mnie całą za kompletną pomyłkę. Nie pasuję do jej cukierkowatego świata, gdzie każda rzecz ma metkę od znanego projektanta!

– A jej mąż? Jak on się zachowywał? – zainteresował się Prosper. – Julia mówiła, że jest w porządku.

– Też tak myślałam, ale teraz mam jakieś dziwne przeczucia. Pozornie nie zrobił niczego nagannego, bronił mnie przed tą furią, swoją żoną, ale… trudno mi to określić. Jest w nim coś niepokojącego, coś śliskiego, brrr! – Wzdrygnęłam się. – Zapłacił mi dwadzieścia euro więcej. Za, jak to wyraził, straty moralne. Chodziło mu o to, że Charlotte prawie zmiotła mnie z powierzchni ziemi za te nieszczęsne okna.

– Naprawdę czyściłaś szyby ODTŁUSZCZACZEM? – Prosper patrzył na mnie jak na uciekiniera z domu wariatów.

– Tak! – zachichotałam. – A ty czym byś je umył?

– Najpopularniejszy środek do mycia okien w Holandii to Glassex.

– Nie u madame Charlotte! Julka myje u niej okna wodą z octem – oznajmiłam z triumfem.

– Można i tak. – Prosper się uśmiechnął. – To stare metody naszych, a raczej waszych babć, bo w naszej wiosce w Senegalu zbyt wielu okien nie posiadamy. – Mrugnął do mnie porozumiewawczo. – Musisz, kochana, przejść u mnie przyspieszone szkolenie z dostępnych na holenderskim rynku detergentów.

– Wiem – westchnęłam z rezygnacją. – I pomyśleć, że pani redaktor wyspecjalizowana w tropieniu afer gospodarczych musi teraz studiować etykietki na butelkach do czyszczenia piekarników. Świat się kończy! – Złapałam się za głowę i mistrzowsko zagrałam czarną rozpacz.

Prosper popatrzył na mnie smutno.

– Julka też skończyła studia, a popatrz, czym się tutaj zajmuje. Wiele kobiet, u których sprząta, nie ma nawet skończonej szkoły średniej. Wiem, że to ją boli, dlatego uczy się pilnie języka holenderskiego i ma nadzieję znaleźć lepszą pracę.

– To Julka chce tu zostać na stałe? – zapytałam zdziwiona. – Byłam przekonana, że po spłaceniu długów wróci do Polski!

– Mówiła, że na razie nie planuje. Ma wiele pomysłów na siebie tutaj. Ale nie jestem upoważniony, żeby je zdradzać. Sama ci o nich powie. By the way, dzwoniła już do ciebie? – zainteresował się nagle Prosper.

– Ostatni raz rozmawiałyśmy tuż przed moim wyjazdem do Holandii. Od tamtej pory się nie odezwała. Pewnie boi się, że będę na nią zła!

– A będziesz?

– Byłam. Teraz już nie jestem. A wiesz dlaczego? Bo zostawiła mi coś, co jest dla mnie w tej chwili najcenniejsze na świecie. A raczej kogoś… Ciebie. Nie dałabym sobie rady, gdyby nie ty. Dziękuję ci za to i nigdy tego nie zapomnę. Julia jest szczęściarą, że spotkała tutaj kogoś takiego. Nikt nigdy nie był dla niej taki dobry, troskliwy, czuły. Do tej pory wszyscy mężczyźni w jej życiu ranili ją i oszukiwali. Byłaby głupia, gdyby…

– Nie kończ! – przerwał mi ostro Prosper. W jego oczach dostrzegłam rozgoryczenie i żal. – Co ja mogę ofiarować Julii? Kim ja jestem? NIKIM! Przyjechałem tutaj biedny jak mysz kościelna, pracuję fizycznie na lotnisku po dwanaście godzin na dobę, a jeszcze niczego się nie dorobiłem i z pewnością się nie dorobię! Mieszkam w wynajmowanej klitce, nie mam wykształcenia ani perspektyw. Mówię łamanym holenderskim i jestem czarny. Rozumiesz? Czarny! Julia zasługuje na stabilizację, której ja nie mogę jej dać!

– Julia zasługuje na miłość, Prosper! Tak jak każdy z nas.

Nastała cisza. Przerwałam ją pierwsza.

– Chciałabym, żeby ktoś kiedykolwiek kochał mnie tak bardzo jak ty moją siostrę. To jest tani banał. Ale taka jest prawda – dodałam cicho.

Prosper podniósł powoli głowę.

– Masz rację. Kocham ją najbardziej na świecie – szepnął. – Zrobiłbym dla niej wszystko. Zgodziłem się, żeby wyjechała, choć serce mi pękło z rozpaczy. Obiecałem solennie, że zaopiekuję się tobą, że będę pilnował i dbał o to, żeby nic ci się nie stało. Mówisz, że jesteś mi za to wdzięczna. Nawet sobie nie wyobrażasz, jaką wdzięczność czuję ja. Jesteś w tej chwili jedynym wesołym promykiem w moim życiu, rozmawiasz ze mną, żartujesz, dzięki tobie nareszcie czuję się potrzebny. Łagodzisz moje cierpienie. Tylko dlatego, że po prostu jesteś. Pijesz ze mną herbatę, opowiadasz o sobie, radzisz się mnie. I tak bardzo przypominasz mi moją ukochaną Julię. Masz jej oczy, jej uśmiech. Dzięki tobie jest mi lżej. Nie wiem, co by było, gdyby nie ty.

 

Prosper poruszył mnie do głębi tym wyznaniem. Najchętniej zadzwoniłabym do Julki i natychmiast kazała jej wracać. Ale to nie było takie proste.

– Prosper, a Julia… Co ona czuje? To samo co ty? Proszę, powiedz, że tak jest… – Złożyłam ręce jak do modlitwy.

Prosper uśmiechnął się ciepło i odpowiedział pozornie nie na temat.

– Moja babcia opowiadała mi często starą senegalską przypowieść. Według niej ludzie w naszym życiu są jak podróżni w pociągu. Wychodzą i wchodzą do przedziału, zajmują miejsca, by po krótszej lub dłuższej chwili je zwolnić. Nie zapamiętujemy ich, przelatują korytarzami naszych myśli jak krajobraz za oknem pędzącego pociągu. Są również tacy pasażerowie, których zaczepiamy bezwiednie, przypadkiem, coś nas do nich przyciąga i wdajemy się w pogawędkę, ze zdumieniem odkrywając, że ich życiowe historie przypominają nasze, że bagaże, które kładą na półkach doświadczeń, równie dobrze mogłyby należeć do nas. Kiedy zbliża się stacja końcowa, wychodzą z nami na peron i już wtedy wiemy na pewno, że to nie przypadek. Nie dajemy im się zagubić ani zostawić jak pary rękawiczek lub parasola na półce przedziału. Pilnujemy ich niczym oka w głowie i nie pozwalamy, aby odjechali bez nas innym pociągiem… – Prosper na chwilę zamilkł. – Krótko przed wyjazdem Julia powiedziała, że nigdy nie pozwoli mi się zgubić. Zabiera mnie ze sobą… nie zapomni. I wróci do mnie… – Nagle wstał i nie patrząc na mnie, poszedł do kuchni. – Agnies, dosyć tego gadania i użalania nad sobą! Zabieram się za gotowanie! Spécialité de la maison! Jak spróbujesz, pokochasz mnie nad życie, jestem pewien!

– I tak już cię kocham – zaśmiałam się głośno. I dodałam cicho: – I zrobię wszystko, żebyście z Julką byli razem…

Prosper pogwizdywał w kuchni, nie podejrzewając niczego, a ja obmyślałam scenariusz z happy endem. Sama nie wiem, kiedy przysnęłam. Obudził mnie dopiero smakowity zapach gotującej się na kuchence senegalskiej potrawy. Za oknem zapadał zmrok. Byłam przykryta troskliwie miękkim zielonym kocem. Patrzyłam na krzątającego się ukochanego mojej siostry i poczułam nagle nieprzepartą tęsknotę za kimś, kto by patrzył na mnie w taki sposób, w jaki Prosper patrzył na Julkę. Zapragnęłam jak nigdy dotąd kochać i być kochaną. Ciekawe, jaką niespodziankę szykuje mi przewrotny los?

Rozdział dziewiąty

Zaparkowałam rower tuż obok zielonego kontenera na odpadki, stojącego za żelaznym parkanem otaczającym ceglasty dom w szeregowej zabudowie.

Dochodziła ósma. Byłam on time. Za moment miałam spotkać niezłomnego pana prokuratora Jana van der Lindena. Zastukałam mosiężną kołatką do drzwi wejściowych. Serce biło mi równie mocno jak ona. Po chwili drzwi otworzyły się i stanął w nich wysoki na dwa metry i przeraźliwie chudy mężczyzna. Ubrany był w bardzo elegancki ciemny garnitur w prążki.

Goedemorgen, Agnieszka. – Bezbłędnie, bez śladu obcego akcentu, wymówił moje imię i uczynił ręką gest zapraszający do środka.

Weszłam do obszernego przedpokoju wyłożonego ciemną boazerią. Jedynym źródłem światła był wiszący na suficie staromodny żyrandol z zielonym abażurem. Na wyfroterowanym do połysku parkiecie leżał gruby dywan w orientalne wzory.

– Zapraszam cię do mojego gabinetu – powiedział, przechodząc płynnie na angielski. Czułam się tak, jakbym przyszła na rozmowę kwalifikacyjną w sprawie pracy na prestiżowym stanowisku najwyższego szczebla.

Znaleźliśmy się w przepięknym pomieszczeniu wypełnionym regałami i przeszklonymi witrynami pełnymi książek. Wskazał mi krzesło naprzeciwko masywnego biurka zarzuconego najróżniejszymi dokumentami w przezroczystych plastikowych koszulkach. Na środku papierowego chaosu królował otwarty laptop z charakterystycznym logo nadgryzionego jabłka. Pan domu usiadł w eleganckim fotelu biurowym typu chesterfield. Promień słońca padający ukośnie przez wysokie francuskie okno zaplątał się filuternie pomiędzy srebrne pasma jego włosów. Uśmiechnęłam się bezwiednie. Pan prokurator wyglądał w słonecznej aureoli jak anioł z nieba.

Przyglądał mi się teraz uważnie, więc błyskawicznie przybrałam poważną minę.

– Twoja siostra to bardzo sumienny pracownik – zaczął przemowę. – Jest punktualna, dyskretna i pracowita. Specyfika mojego zawodu wymaga ode mnie częstych wyjazdów. Julia jest w posiadaniu klucza do mojego domu, darzę ją więc bezgranicznym zaufaniem. Mam nadzieję, że mogę w tej kwestii liczyć również na ciebie. – Pan prokurator przewiercił mnie na wylot swoim przenikliwym spojrzeniem.

– Zrobię wszystko, co w mojej mocy, żeby pana nie zawieść – zapewniłam solennie.

– Mów mi Jan. My, Holendrzy, jesteśmy bardziej liberalni w kwestiach hierarchii i tytułomanii niż Polacy.

– To prawda – zaśmiałam się cicho. – Zna pan… znaczy… znasz dobrze Polskę?

– Można tak powiedzieć – rzekł Jan, ale nie kontynuował tematu.

– Jeżeli pozwolisz, chciałabym wiedzieć, co będzie należało do moich obowiązków. – Postanowiłam być rzeczowa.

Na twarzy Jana pojawił się cień uśmiechu.

– Lubię konkretnych ludzi. Myślę, że będzie nam się dobrze współpracowało. – Spojrzał na zegarek. – Przepraszam, nie zaproponowałem ci niczego do picia, ale ogromnie się spieszę. Za kilka godzin mam samolot do Londynu. Międzynarodowa konferencja w dziedzinie ścigania handlu ludźmi oraz wsparcia ofiar tego przestępstwa. Jestem tam zaproszony jako ekspert. Choć w żadnym wypadku za takiego się nie uważam. – Jan wstał i podał mi rękę. – Moja gospodyni, Anneke, która pracuje u mnie już od ponad dwudziestu lat, pokaże ci dom i zapozna cię z zakresem twoich obowiązków. Nie ma tego dużo. – Teraz uśmiechnął się naprawdę, pokazując rząd równych, pięknych zębów. – Twoja siostra nienagannie dba o czystość tego domu. Muszę się zbierać! Bardzo było mi miło cię poznać.

– I vice versa! – odpowiedziałam szczerze. – Dziękuję.

Jan pokiwał z ukontentowaniem głową i dodał:

– Anneke znajdziesz w kuchni. Pierwsze drzwi na prawo – rzekł już z pewnym roztargnieniem. Założył okulary w rogowej oprawce i zaczął coś szybko pisać na srebrnej klawiaturze swojego laptopa.

Duża, przestronna kuchnia umeblowana była bardzo nowocześnie jasnymi drewnianymi szafkami. Na jej środku, przy obszernej wyspie, stała odwrócona do mnie plecami postawna kobieta ubrana w białą koszulę i ciemne dżinsy.

Goedemorgen! – powiedziałam w języku tubylców, mając nadzieję, że zjednam sobie w ten sposób jej sympatię.

Anneke odwróciła się do mnie, chwytając jednocześnie kuchenną ściereczkę, w którą wytarła dokładnie dłonie. Miała około pięćdziesięciu lat, przycięte na pazia brązowe włosy i ciepły uśmiech, którym szczodrze mnie obdarzyła.

– Siostra Julii! Jesteście takie podobne! – powiedziała. Podeszła do mnie i poklepała przyjaźnie po ramieniu. – Jak ci się podoba Holandia? Jesteś tu pierwszy raz? Zaraz zaparzę nam dobrej kawy. Chyba że wolisz coś innego do picia?

– Poproszę kawę – odpowiedziałam wzruszona jej serdecznym przywitaniem.

Anneke podeszła do srebrnego ekspresu ciśnieniowego stojącego pod oknem i wsypała do niego kilka solidnych łyżeczek z opakowania z napisem Douwe Egberts. Po chwili doszedł mnie obłędny zapach świeżo zmielonej kawy.

– Siadaj, kochanie – zachęciła mnie gospodyni i wskazała ręką jedno z barowych krzeseł stojących z boku wyspy. – Zaraz mi wszystko opowiesz! – Postawiła przede mną porcelanową filiżankę z aromatycznie parującym napojem. Z wiszącej nad ekspresem szafki wyjęła okrągłe metalowe pudełko z niebieskim wiatrakiem na wieczku, otworzyła je i podsunęła w moim kierunku. – Ciasteczko? – zapytała wesoło. Z chęcią chwyciłam maślany herbatnik. Anneke zatrzasnęła pudełko i schowała je z powrotem do szafki. – A teraz opowiadaj. – Rozsiadła się wygodnie naprzeciwko mnie i upiła łyk kawy z filiżanki.

– W Holandii jestem po raz pierwszy. Pracuję od wczoraj. Tu, niedaleko. – Machnęłam ręką w kierunku okna.

– Jak ci się podoba w naszym kraju? Chyba nie widziałaś jeszcze zbyt wiele? – Patrzyła na mnie z zainteresowaniem.

– Właściwie nie. Chcę najpierw wdrożyć się we wszystkie obowiązki w domach, które przejęłam od Julii. Na zwiedzanie przyjdzie jeszcze czas – odpowiedziałam.

– Racja. Mieszkamy w Randstad, skupisku największych miast Holandii. Oprócz Amsterdamu w jego obręb wchodzą również Rotterdam, Utrecht, Haga i Haarlem. Koniecznie musisz pojechać też nad morze. Mamy niedaleko świetne kurorty: Zandvoort, Bloemendaal aan Zee.

– Jutro właśnie tam zaczynam pracę – ożywiłam się. – Mam nadzieję, że popołudniami będę mogła chodzić na spacery po plaży.

– Na pewno – przytaknęła Anneke. – Znam ze słyszenia rodzinę, u której będziesz pracować. Julia opowiadała mi o nich. Annemarie de Bruin była w przeszłości niezwykle znaną i utalentowaną pianistką. Porzuciła karierę, kiedy poznała męża, bogatego przedsiębiorcę, z którym wyjechała do Brazylii. Mieli tam fabrykę kawy… Wszystko szło dobrze do czasu tego strasznego pożaru… – Kobieta przerwała nagle, po czym szybko dodała: – Ale my tu gadu-gadu, a robota sama się nie zrobi. Dopiła kawę i wstała z krzesła. – Chodź, kochanie, pokażę ci dzisiaj, jak konserwować niezwykle wymagające parkiety…

Wracałam do domu po pięciu godzinach pracy kompletnie wykończona. Anneke przegoniła mnie solidnie po całym domu. Najpierw w doskonale utrzymane podłogi wcierałam dokładnie listwa po listwie, centymetr po centymetrze, płyn do konserwacji drewna, a później froterowałam je na wysoki połysk. Na kolanach! Anneke pomogła mi uporać się ze schodami, była życzliwa i pomocna, choć do przesady dokładna i pedantyczna. Mówiła dużo, chętnie opowiadała o Holandii, o panujących tu zwyczajach, ale ani razu nie zająknęła się na temat swojego mocodawcy. Dowiedziałam się tylko, że jest wdowcem i nie ma dzieci.

– Złoty człowiek. – Anneke zawzięcie machała szmatką i z zadowoleniem przyglądała się efektom swojej pracy. – Samotnik oddany bez reszty sprawie. Takich ludzi ze świecą szukać – westchnęła. I tyle na temat Jana. Żegnając mnie w drzwiach, powiedziała serdecznie: – Odpocznij teraz, dziecko. Napracowałaś się dzisiaj. A to dla ciebie. – I wcisnęła mi w dłoń kopertę. – Julia pracuje u Jana legalnie, ale nie było jeszcze okazji, żeby załatwić wszystkie formalności związane z tobą, a żyć z czegoś trzeba. Gdybyś potrzebowała pomocy, daj znać. Musimy jak najszybciej wyrobić ci sofi[8] i otworzyć rachunek bankowy. Wiem, że wiele kobiet z twojego kraju pracuje tutaj na czarno, ale u Jana to nie przejdzie, jest służbistą. Nie toleruje nawet najdrobniejszego uchybienia w tych swoich kodeksach. Mówi, że napatrzył się w swoim życiu wystarczająco na łamanie i naginanie prawa i pod jego dachem takie praktyki nie mogą mieć miejsca. Dura lex, sed lex – to jego ulubiona łacińska sentencja.

„Twarde prawo, ale prawo”, powtarzałam w myślach motto Jana i lawirowałam zgrabnie pomiędzy gęstwiną rowerów na ścieżce do Haarlemu. W pewnej chwili zauważyłam jadącego szosą jeepa męża Charlotte. Henk siedział rozparty za kierownicą, a obok niego nieznana mi krótko obcięta blondynka, która obejmowała go czule za szyję i śmiała się całą sobą. Właściwie nie byłam zdziwiona, to tylko potwierdziło moje przypuszczenia, że nie można mu ufać. Z drugiej strony nie wiedziałam, kim jest towarzysząca mu kobieta, może była jego siostrą, znajomą, przyjaciółką rodziny? Moja intuicja podpowiadała mi jednak, że chodzi o jakiś potajemny romans…

Po drodze postanowiłam wstąpić do supermarketu, żeby zrobić drobne zakupy. Chciałam przygotować pyszną kolację dla Prospera. Obmyślałam właśnie, jakimi to typowymi daniami polskiej kuchni mogę go zaskoczyć, gdy wtem w mojej torbie odezwał się natarczywy dzwonek telefonu. Sięgnęłam jedną ręką do przepastnego worka i wydobyłam z niego brzęczącą komórkę.

– Słucham?!

– Aga? – Po drugiej stronie telefonu usłyszałam z bardzo daleka głos Julii.

Zatrzymałam rower i stanęłam na środku ścieżki. Ponownie poczułam złość na siostrę.

– Wszelki duch! W końcu raczyłaś się do mnie odezwać! Jak mogłaś mi to zrobić? – krzyczałam do słuchawki z rozżaleniem.

 

– Przepraszam cię, kochanie. Nie mogłam inaczej. – Połączenie nie było najlepsze, słyszałam na linii jakieś piski i trzaski.

Bullshit! Zaplanowałaś ten cały wyjazd w najdrobniejszych szczegółach! Okłamałaś mnie! – Ściskałam coraz mocniej aparat w dłoni.

– Masz rację. Nie mam nic na swoje usprawiedliwienie – powiedziała cicho siostra.

– Wiesz, co jest najgorsze? Nie to, jak potraktowałaś mnie! Najgorsze jest to, jak potraktowałaś Prospera! Na głowę upadłaś? To jest jedyny facet, dla którego jesteś ważna, który cię kocha, a ty to spieprzył…

– Nie mieszaj się w to, Aga – weszła mi w słowo Julka. – To nie jest twoja sprawa!

– Wręcz przeciwnie! To jest teraz jak najbardziej moja sprawa! – rzuciłam ostro i rozłączyłam się, naciskając ze złością przycisk z czerwoną słuchawką.

Nie miałam ochoty na rozmowę. Byłam zirytowana i rozgoryczona. Wsiadłam ponownie na rower i nacisnęłam z furią stopami na pedały. Marzyłam o tym, żeby położyć się do łóżka, przykryć kocem i zapomnieć o całym bożym świecie! Gdyby to było takie proste…