Do jutra w AmsterdamieTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Do jutra w Amsterdamie
Do jutra w Amsterdamie
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 61,80  49,44 
Do jutra w Amsterdamie
Audio
Do jutra w Amsterdamie
Audiobook
Czyta Anna Mrozowska
33,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Z dnia na dzień zostałam bez środków do życia, gdyż szef wisiał mi jeszcze wynagrodzenie za ostatni miesiąc. Chcąc nie chcąc, musiałam z podkulonym ogonem wrócić na garnuszek rodziców na Pomorze. Mama przebąkiwała coś o propozycji pracy w redakcji miejscowej „Gazety Pomorskiej”. Redaktor naczelny szukał dziennikarzy „w terenie”, którzy w miarę sprawnie posługiwali się piórem i byli w posiadaniu prawa jazdy. Dla świeżo upieczonej absolwentki prestiżowego wydziału dziennikarstwa Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu praca w redakcji prowincjonalnej gazetki była swoistą degradacją, ale nie miałam wyboru i musiałam schować dumę do kieszeni. Z czegoś przecież trzeba było opłacać rachunki.

W „Gazecie Pomorskiej” przyjęłam więc funkcję latającego reportera. Miałam wolną rękę. Sama wyznaczałam sobie nowe zadania i wynajdywałam interesujące i chwytliwe tematy. Hitem stał się mój cykl reportaży o działalności miejscowych urzędów państwowych, takich ja skarbówka, ZUS czy poczta. Ośmieszałam przestarzałe i skostniałe mechanizmy działania tychże instytucji, kumoterstwo i politykę manus manum lavat, znaczy: ręka rękę myje. Mieszkańcy mojego miasteczka bardzo chwalili przystępny i pełen humoru styl moich reportaży, zatrzymywali na ulicy, klepali po plecach i dopingowali do dalszej pracy „wykrywacza afer i nieprawidłowości”.

Rozochociłam się i naiwnie myślałam, że wolność słowa oznacza, że mogę pisać bez żadnego nadzoru i cenzury o każdym, nawet jeśli jest burmistrzem czy naczelnikiem miejscowego urzędu skarbowego. Bez ogródek i bez pardonu. Moje ideały legły w gruzach, kiedy wezwał mnie do siebie na dywanik redaktor naczelny i surowo nakazał stępienie pazurków. Byłam właśnie na tropie śmierdzącej afery w urzędzie miejskim. Już od dawna pracowałam nad dokumentacją dotyczącą przetargów na niezwykle atrakcyjne turystycznie tereny nad chlubą naszego regionu, niezwykle malowniczym jeziorem Zgubie. Chodziło o grube miliony. W aferę wplątane były wszystkie znaczące miejscowe fisze. Już byłam w ogródku i witałam się z gąską, gdy nagle szast-prast – koniec kariery. Szef postanowił, że od teraz będę zajmowała się mało znaczącym i spychanym zawsze na koniec kolumny działem „Ciekawostki z okolicy”. Opisywane tu były śmiertelnie nudne „rekordy” mieszkańców miasta i gminy typu: kto złowił największą rybę w miniony piątek czy upiekł najwięcej pączków na szykującą się imprezę dożynkową. Nie widziałam się w roli miejscowego buchaltera regionalnych wypieków czy połowów, złożyłam więc rezygnację z zajmowanej dotychczas funkcji, ze skutkiem natychmiastowym. Miałam trochę oszczędności, poza tym udzielałam korepetycji z angielskiego uczniom miejscowej podstawówki. Wieczorami żaliłam się przy piwie najlepszej przyjaciółce z czasów dzieciństwa, Gośce, na podły świat i ogólnie niesprawiedliwość dziejową. Razem planowałyśmy z rozmachem wyjazd do pracy do Londynu. Rozmach był tym większy, im więcej piw zdążyłyśmy obalić. Pod koniec wieczoru, zaśmiewając się do rozpuku, przyjmowałyśmy nawet propozycje pracy jako osobiste asystentki księcia Karola, jeżeli oczywiście bardzo ładnie by nas poprosił.

Właśnie po jednym z takich zakrapianych wieczorów zadzwoniła do mnie Julka z propozycją nie do odrzucenia.

– Resztę znasz. – Spojrzałam znacząco na Prospera i ziewnęłam szeroko. – Przepraszam cię, padam z nóg. Gdzie jest łazienka?

– WC jest wspólne, na korytarzu – odpowiedział szybko Prosper, nie patrząc na mnie. – Miniaturowa kabina prysznicowa znajduje się w kuchni za kotarą. Akurat starczy miejsca dla małej, drobnej Agnies – uśmiechnął się szelmowsko, sprytnie ukrywając zakłopotanie.

– Drobnej! Mam sto siedemdziesiąt dwa centymetry wzrostu! – obruszyłam się. Czułam jednak takie zmęczenie, że było mi naprawdę wszystko jedno, choć wizja wspólnej toalety z obcym bądź co bądź współlokatorem napawała mnie lekkim przerażeniem.

– Jutro pokażę ci, gdzie zaczynasz pracę od poniedziałku – powiedział Prosper. – Na dziś wystarczy tych opowieści. Jestem pod wrażeniem. – Uśmiechnął się ciepło, po czym, życząc mi dobrej nocy, wyszedł z mieszkanka.

Wymknęłam się jeszcze cichcem chwilę po nim, aby skorzystać z toalety. Była mała i schludna, przy umywalce wisiał czysty ręcznik, a obok muszli klozetowej, na stojaku, znalazłam dwie rolki dobrej jakości papieru toaletowego.

Nie wiem, jakim cudem udało mi się potem jeszcze wejść pod prysznic dla krasnoludków. Umyłam się w każdym razie szybko i z ulgą wskoczyłam pod moskitierę. Materac był miękki, a pościel czysta. Pachniała płynem do płukania o zapachu lawendy. Po krótkiej chwili zapadłam w twardy sen.

Rozdział szósty

Obudził mnie obłędny zapach kawy i delikatne pukanie do drzwi. Wyskoczyłam z łóżka i wyjrzałam na korytarz. Prosper stał przede mną boso, uśmiechając się promiennie, ubrany tym razem w błękitną tunikę w białe pasy. W dłoniach trzymał sporą tacę z kolorowymi owocami, ciemnym, pokrojonym w grube pajdy pieczywem i małym poobijanym czajniczkiem.

Goedemorgen! Lekker geslapen?[5] – Prosper błysnął swoimi śnieżnobiałymi zębiskami.

– Nie wiem, o czym do mnie mówisz, ale na wszystko się zgadzam! – Ziewnęłam szeroko. – Królestwo za kawę! Wchodź, dobry człowieku. – Poklepałam Prospera po chudych plecach.

Sięgałam mu zaledwie do ramienia. Prosper postawił tacę na stole i uciekł wzrokiem w bok. Spojrzałam zdziwiona na niego, a potem na siebie. Shit! Byłam odziana jedynie w kusą koszulkę na ramiączkach, która zdecydowanie więcej odsłaniała, niż przysłaniała. Złapałam rzucony wczoraj w pośpiechu na oparcie krzesła puchaty różowy szlafrok Julii, owinęłam się nim dokładnie i mrugnęłam zawadiacko do Prospera.

– Teraz lepiej? Chodź, napijemy się twojego napoju bogów! – Z lubością wciągnęłam w nozdrza aromatyczny zapach dobrej kawy, unoszący się cieniutką strużką pary nad załadowaną tacą.

Mogę przysiąc na pamięć dziadka Wincentego, że Prosper zarumienił się lekko, ale nie zaprzątałam sobie tym długo głowy. Rozlałam kawę do kubeczków, po czym zatopiłam zęby w soczystym miąższu pokrojonego w duże kostki mango. Prosper smarował starannie kromki chleba truskawkową marmoladą.

– Rower Julii stoi na dole, pod schodami – powiedział. – Pamiętaj, musisz go zawsze przypinać do stojaka. Julka ciągle o tym zapomina i już parę razy spotkała ją przykra niespodzianka. Jednoślady kradną tu na potęgę! – westchnął Prosper, po czym wręczył mi zapięcie do roweru wraz z miniaturową kłódką. Nagle zaczął się spieszyć. – Ubierz się szybko, za piętnaście minut czekam na ciebie na dole. Pojeździmy po okolicy i pokażę ci, co i jak.

– Prosper, litości! Piętnaście minut?! Nie zdążę umyć włosów, o pomalowaniu facjaty nie wspomnę! – Złożyłam ręce jak do modlitwy.

– Okay, to dwadzieścia i ani minuty dłużej! – roześmiał się głośno. – Facjaty? Co to jest? Po co masz ją malować?

– Potem ci wyjaśnię! – Machnęłam ręką i zajrzałam do plecaka w poszukiwaniu czystych ciuchów.

Byłam na dole punktualnie. Wilgotne kosmyki włosów przylepiły mi się do policzka, gdyż nie zdążyłam ich dobrze wysuszyć. Założyłam biały T-shirt z napisem „amazing” i poszarpane dżinsowe spodnie. Prosper patrzył na mnie jak na ducha.

– Wyglądasz dokładnie tak jak Julia…

Roześmiałam się.

– Prosper! Jesteśmy zupełnie inne! Julka to wybujała blondynka! – Poklepałam się znacząco po biuście. – Ja jestem przecież brunetką i mam z pewnością dłuższe nogi! Dostałam w spadku po dziadku ułanie! – dodałam z dumą i z ukontentowaniem popatrzyłam na swoje opalone, szczupłe kończyny obute w czerwone conversy.

– Lubię, jak ten… kobieta jest… jak to mówisz… wybujała. – Prosper wykonał niesprecyzowany ruch rękami w okolicach klatki piersiowej i tym razem na pewno się zaczerwienił!

Popatrzyłam na niego podejrzliwie i popukałam się znacząco w głowę. Prosper wzniósł oczy ku niebu i pokazał mi język. Roześmialiśmy się oboje, po czym ruszyliśmy w drogę.

Haarlem oczarowało mnie od pierwszej chwili, w której je zobaczyłam. Kocham stare, zabytkowe miasta z sercem i duszą. Prawie osiemsetletnia dusza Haarlemu miała się tutaj wyjątkowo dobrze. Unosiła się delikatną i niewidzialną chmurką ponad dachami kamieniczek przy Grote Markt, otulała czule ramionami wody płynącej leniwie rzeki Spaarne, dotykała nieśmiało monumentalnej budowli kościoła Świętego Bawona z jego imponującą, górującą nad miastem prawie osiemdziesięciometrową wieżą.

– Jeżeli lubisz shopping – powiedział Prosper – to znalazłaś w Haarlemie raj na ziemi. Od placu głównego odchodzą w trzech kierunkach bardzo popularne, również wśród turystów, ulice, wzdłuż których usytuowane są butiki znanych marek.

Prychnęłam jak kot mojej siostry.

– Czy ja wyglądam na kobietę, która ubiera się w luksusowych butikach? Mam nadzieję, że normalne sklepy też tu są!

– Oczywiście! Jak najbardziej! Wszystko, czego pragniesz, princess! – Prosper uśmiechał się tajemniczo. – A teraz w drogę! Pokażę ci domy twoich pracodawców.

Najchętniej pobawiłabym się w turystkę i pozwiedzała okolicę. Nie było jednak rady.

– Im szybciej, tym lepiej – oznajmiłam. – Czyń, kacie, swoją powinność!

Prosper spojrzał na mnie dziwnie, ale nic nie powiedział.

Ruszyliśmy dalej ścieżką rowerową na południe, wzdłuż rzeki Spaarne.

Pierwszy dom, którym miałam się zajmować, znajdował się w oddalonym o sześć kilometrów miasteczku Heemstede. Należał do wspomnianego już zamożnego prokuratora z Amsterdamu, który całe swoje zawodowe życie poświęcił walce z przemytnikami żywego towaru, głównie młodych dziewczyn z krajów Europy Wschodniej. Pan prokurator żył od wielu lat jako wdowiec i samotnik. Jego największą miłością był niderlandzki kodeks karny, który recytował z pamięci nawet wyrwany w nocy z najgłębszego snu.

 

– Nie jest wymagający – mówił Prosper, pedałując zawzięcie na swoim wysłużonym batavusie. – Zresztą bardzo rzadko przebywa w Heemstede. Miejscami świętymi w jego domu są biblioteka i gabinet. W bibliotece przechowuje drogocenne manuskrypty, białe kruki, jest podobno w posiadaniu pierwszych wydań dzieł samego Erazma z Rotterdamu.

– I nie boi się, że ktoś go okradnie? – Zasapałam się trochę na mojej damce, choć droga była gładka i płaska jak stół.

– Ma ochronę. Bardzo dyskretną. Wykonuje niebezpieczny zawód. Sama wiesz… – ściszył głos. – Pamiętaj, Julka pracuje u niego legalnie. Ma do niej bezgraniczne zaufanie. Załatwił jej na początku wszystkie pozwolenia na pobyt i pracę, ciągle pomaga we wszelkich formalnościach prawno-podatkowych. To służbista o nieskazitelnej opinii. Rzadkość w dzisiejszym świecie. – Prosper zamyślił się, a po chwili dodał: – Nie wiem, jak Julka przeforsowała pomysł, żeby zatrudnił ciebie. Szczegółów tej „operacji”, niestety, nie znam.

– A według moich obserwacji wiesz prawie wszystko! – zaśmiałam się niedyskretnie. Prosper spłonął brązowym rumieńcem i mruknął coś niewyraźnie w odpowiedzi. Popatrzyłam na niego przez chwilę, zastanawiając się, co tak właściwie łączy go z Julką.

Pedałowaliśmy zgodnie ramię w ramię, miałam na szczęście niezłą kondycję. Rower był moim ulubionym środkiem transportu. Przyjeżdżając do Holandii, trafiłam niewątpliwie do rowerowego raju. Liczba jednośladów w tym kraju przekraczała nawet liczbę jego mieszkańców, a rozbudowana infrastruktura ścieżek rowerowych, jak już zdążyłam zauważyć, była naprawdę imponująca.

Postanowiłam zabawić się w Sherlocka Holmesa i rozwikłać zagadkę dotyczącą stopnia zażyłości mojej siostry z egzotycznym sąsiadem, potrzebowałam jednak na to więcej czasu. „Zagadnę go w domu”, postanowiłam w duchu i przyspieszyłam nagle, mocniej dociskając pedały. Ucichło między nami, ale tak było dobrze.

Zamyśliłam się tak bardzo, że przegapiłam moment, w którym znaleźliśmy się w kolejnym malowniczym miasteczku. Jechaliśmy wolno wzdłuż ciągnących się szeroką wstęgą uliczek z pięknymi, zadbanymi kamienicami, przed którymi znajdowały się miniaturowe ogródki pełne kwiatów. Ceglaste domy stały ciasno jeden przy drugim, wyglądały bardzo podobnie. Ozdabiały je od frontu wysokie, wąskie okna i małe balkony z pomalowanymi na biało balustradami.

Właśnie przed jednym z takich domów zatrzymał się nagle Prosper.

– Tutaj mieszka pan prokurator – powiedział cicho. – W mieszkaniu Julki, w kuchni wisi grafik dyżurów, łatwo możesz sprawdzić, kiedy i o której wypada ci praca tutaj. Wolałem pokazać ci osobiście wszystkie domy, żebyś potem nie błądziła. Nazwiska i adresy zapisane są w grafiku.

– A jak nazywa się pan prokurator? – Spojrzałam pytająco na Prospera.

– Jan van der Linden.

Ruszyliśmy dalej.

– Następna willa, w której będziesz pomagać w obowiązkach domowych, jest w pobliżu, około pięciuset metrów stąd. Należy do właściciela firmy specjalizującej się w instalacjach przeciwpożarowych. Nowobogaccy! Z pewnością najmniej lubiani pracodawcy Julki. Zawsze wraca stamtąd zła jak osa. Mówi, że pani domu, Charlotte, poprzewracało się od dobrobytu w głowie. Jakbyś miała z nią problemy, od razu dawaj znać, coś wymyślimy! – próbował dodać mi otuchy Prosper.

– Nie bój się, poradzę sobie! Mam doświadczenie w obsłudze takich laluniek – prychnęłam z przekąsem. – Żona mojego redaktora naczelnego jest dokładnie taka sama. Jej głównym zadaniem zawsze było leżeć i pachnieć, i wydawać pieniądze męża na podrobione vuittony i inne chanele. Tak że niestraszna mi jakaś tam jej holenderska wersja. – Machnęłam ręką z lekceważeniem.

W tym momencie u zbiegu dwóch ulic ujrzałam imponujące domostwo należące, jak się domyśliłam, do nielubianych pracodawców Julki. Na podjeździe stał czarny jeep i czerwony kabriolet. W ogrodzie przed posiadłością pracowało dwóch ogrodników. Jeden podlewał idealnie gładki trawnik, a drugi delikatnie przycinał żywopłot otaczający willę ze wszystkich stron. W pewnym momencie z domu wyszła drobna, ubrana w białą sukienkę kobieta, przystanęła na chwilę i zajrzała do torby (a jakże Chanel!). Wyciągnęła z niej lusterko oraz pomadkę i przejechała nią szybko po wydatnych ustach. Nawet nie spojrzawszy na pracujących w ogrodzie ludzi, wsiadła do kabrioletu i z piskiem opon ruszyła w kierunku miasta.

Prosper i ja spojrzeliśmy na siebie, po czym oboje, nie wiadomo dlaczego, wybuchliśmy śmiechem.

– To była na pewno zapracowana pani domu. Co za zaszczyt nas kopnął, mój przyjacielu. – Mrugnęłam do Prospera.

– Nie wiem, czy to ona, znam ją tylko z opowiadań Julki – odpowiedział. – Ale sądząc po aparycji i obfitej chmurce perfum, którą czuć aż tutaj – Prosper pociągnął znacząco nosem – ujrzeliśmy właśnie Charlotte… – Klasnął w dłonie i zawołał: – Na rower! Czeka nas teraz ostatnia, najprzyjemniejsza przejażdżka. Ruszamy nad Morze Północne!

Wsiedliśmy ponownie na nasze rumaki i popedałowaliśmy dalej, w kierunku Zandvoort, gdzie mieszkała trzecia, ostatnia pracodawczyni Julki.

Zandvoort był jednym z najpopularniejszych kurortów wypoczynkowych Holandii i ulubionym miejscem wypoczynku mieszkańców sąsiadujących z nim wielkich miast. Na wczasowiczów czekała tutaj przepiękna, szeroka, piaszczysta plaża, wzdłuż której pobudowano kompleks luksusowych hoteli i apartamentów dla zamożnych Holendrów. Wraz z Prosperem skierowaliśmy się w stronę usytuowanego trzy kilometry od Zandvoortu kąpieliska Bloemendaal aan Zee, gdzie wśród cienia sosnowego lasu miała swój dom Annemarie, pianistka i wdowa po potentacie kawowym z Brazylii.

Willa była niewielka, biała, porośnięta winoroślą. Od ulicy oddzielał ją pas przystrzyżonego starannie trawnika i kute w wymyślne wzory ogrodzenie z automatycznie otwierającą się bramą. Okiennice i drzwi wejściowe willi pomalowano na ciemnozielony kolor. Z prawej strony do domu przylegała duża przeszklona weranda, tonąca w kwiatach. Na żwirowanym podjeździe stał wielki srebrno-czarny motor marki Harley Davidson.

– To właśnie tutaj mieszka ulubienica Julii – rzekł cicho Prosper. – Starsza pani jest niezwykle sympatyczna, otwarta i pomimo podeszłego wieku pełna życia i wigoru.

Patrzyłam w milczeniu na dom Annemarie. Nie znałam jeszcze mieszkanki willi w sosnowym lesie, a już czułam podskórnie, że ją pokocham. Nie będzie jedyną osobą w tym domu, która skradnie moje serce…

Rozdział siódmy

Już od ponad pół godziny próbowałam otworzyć miniaturowym kluczykiem kłódkę od stalowego pałąka, który zabezpieczał mój rower przed kradzieżą. Wyglądało na to, że zacięło się coś w zamku. Ze złością szarpnęłam za pałąk i przeklęłam głośno i siarczyście po polsku. Pat! Prosper miał dziś nocną zmianę na lotnisku Schiphol w Amsterdamie, wrócił nad ranem i nie chciałam go budzić z powodu takiej bzdury. Musiałam jednak podjąć jakieś sensowne działania, gdyż od dawna powinnam już być w drodze do Heemstede, gdzie zaczynałam swój pierwszy dzień pracy u Charlotte i jej męża, potentata na rynku instalacji przeciwpożarowych. Rozejrzałam się wokół z desperacją i nagle pod schodami dostrzegłam skrzynkę z narzędziami. Zostawił ją tu zapewne właściciel restauracji, który był złotą rączką i non stop coś konserwował, naprawiał, przybijał i malował. Podeszłam do skrzynki wypełnionej po brzegi najróżniejszymi gadżetami wytrawnego majsterkowicza. Wyciągnęłam ze stosu narzędzi dosyć spore nożyce do blachy, po czym jednym stanowczym ruchem przecięłam metalowy pałąk. Teraz mogłam bez problemu wsiąść na rower. Pedałowałam szybko, z przerażeniem spoglądając od czasu do czasu na zegarek. Byłam haniebnie spóźniona! Pani dyrektorowa będzie miała używanie. Cholera, pierwszy dzień i taka wtopa! Lekki wietrzyk rozwiewał mi włosy. Wystawiłam buzię do słońca i próbowałam dodać sobie w myślach otuchy. Nie będzie tak źle. W końcu każdemu może się zdarzyć.

Na podjazd przed willą zajechałam dokładnie czterdzieści dwie minuty po czasie. Przed wejściem stała Charlotte z zaciętą miną i trzymała w ręku najnowszy model telefonu komórkowego Nokia.

– Dzień dobry – powiedziałam przyjaźnie po angielsku. – Przepraszam panią…

Kobieta przerwała mi w pół słowa.

– Juliet NIGDY się nie spóźnia! Wiedziałam, że to nie był dobry pomysł, żebyś ją zastępowała! – Zlustrowała mnie od stóp do głów, po czym, pozornie zdziwiona, dodała: – Nie mówisz po holendersku?

Damn!”, rzuciłam w myślach, a głośno powiedziałam:

– Niestety, nie… Jestem po raz pierwszy w Holandii.

– Trudno! Mam nadzieję, że z resztą obowiązków poradzisz sobie wzorcowo – rzekła zimno kobieta. – Spóźnienie będzie oczywiście odliczone od twojej dniówki! – Spojrzała na mnie znacząco.

– Oczywiście! – potaknęłam szybko.

– W takim razie chodź za mną. Pokażę ci naszą rezydencję i zapoznam pokrótce z obowiązkami. Ehkm, jak właściwie masz na imię?

– Agnes. – Uśmiechnęłam się promiennie, pomimo że w sercu czułam chłód i niechęć.

Kobieta skrzywiła się nieznacznie.

– Agnes… takie germańskie imię! – Po czym dodała: – Ja mam na imię Charlotte. Charlotte van der Vegt. Możesz się do mnie zwracać madame. Jestem wielbicielką Francji i niezwykle bogatej kultury tego kraju, poza tym myślę, że zwrot „madame” idealnie do mnie pasuje. – Poprawiła władczym gestem włosy. – Co roku jeździmy z mężem i córkami na Côte d’Azur – powiedziała, wymawiając bardzo z francuska głoskę „r”.

„Ha, ha...”, zaśmiałam się drwiąco w myślach. „Zapewne twoja znajomość bogatego dziedzictwa kulturowego Francji zaczyna się i kończy na torebce Coco Chanel!”.

Charlotte otworzyła polakierowane na biało drzwi, weszła do domu, a ja posłusznie podążyłam za nią. Znalazłyśmy się w dużym kwadratowym holu z ogromnym lustrem w pozłacanej ramie, wiszącym na ścianie naprzeciw wejścia. Po obu stronach lustra znajdowały się drewniane drzwi z kolorowymi szybkami. Były zamknięte. Po lewej stronie pięły się dumnie schody z ozdobną czarną balustradą. Na każdym stopniu, pokrytym czerwonym chodnikiem, leżały jakieś drobiazgi: książki, damskie szpilki na niebotycznych obcasach, lalki Barbie, stał nawet duży, ciemny flakon perfum. Charlotte spostrzegła, że patrzę z ciekawością na górę, więc objaśniła szybko:

– Na piętrze są nasze sypialnie, pokoje dziewczynek, garderoba, pokój gościnny oraz łazienka. Tutaj, na parterze, znajduje się obszerny living room. – Otworzyła drzwi prowadzące do salonu. Był rzeczywiście bardzo przestronny. Na pierwszym planie wisiał ogromny obraz olejny przedstawiający mężczyznę w mundurze, siedzącego na koniu.

– To mój mąż, Henk. – Patrzyła rozanielonym wzrokiem na ukochanego. – Obraz namalował wybitny portrecista z Amsterdamu. To kunszt najwyższej próby! Henk co prawda nigdy nie był w wojsku, ale przyznasz sama, że wygląda w tym uniformie nadzwyczaj nobliwie! Mój portret oraz podobizny dziewczynek są jeszcze nieskończone. Ale właściwie po co ja ci to wszystko mówię?! – Spojrzała na mnie pretensjonalnie. – Przecież ty się na sztuce nie znasz, jesteś tylko pomocą domową z Polski. Nie traćmy już więcej czasu! Następnym razem pokażę ci resztę domu. Dzisiaj będziesz myła okna! Umiesz? – W jej głosie dało się wyczuć powątpiewanie.

Skinęłam potwierdzająco głową, zostałam więc zaprowadzona do małego pomieszczenia gospodarczego tuż przy kuchni, gdzie znajdowały się wszelkie niezbędne do sprzątania utensylia.

– Zacznij od okien frontowych! – poleciła Charlotte. – A potem umyj te wychodzące na ogród! Jakbyś czegoś potrzebowała, zawołaj. Będę na górze, położę się, mam dzisiaj wyjątkowo dokuczliwą migrenę. – Kobieta pomasowała się znacząco po skroniach. Obrzuciłam ją badawczym wzrokiem. Była idealnie umalowana. Na jej twarzy lalki, otoczonej chmarą blond loków, nie zauważyłam nawet śladu choroby. – Tak więc nie hałasuj zbytnio – dodała i udała się na piętro.

Zostałam sama. W końcu mogłam rozluźnić się nieco i odetchnąć z ulgą. Lustrowałam szybko zawartość półek w pomieszczeniu przy kuchni. Były pełne kolorowych butelek wypełnionych różnorakimi płynami. Nalepki na butelkach nic mi nie mówiły, same obce nazwy, których znaczenia nie rozumiałam. „Muszę się podszkolić u Prospera”, pomyślałam rozbawiona, ale właściwie nie było mi wcale do śmiechu. Bałam się o cokolwiek pytać Charlotte, pardon, madame, wolałam zostawić ją dziś w spokoju. Musiałam radzić sobie sama. Z tyłu każdej butelki były obrazki, z których od biedy mogłam wyczytać, do czego służy dany detergent. Na dolnej półce wypatrzyłam jeden, ze spryskiwaczem, który idealnie pasował mi na płyn do mycia szyb. Pachniał dość przyjemnie, rozpylał się bez problemu na szklanej tafli gigantycznych rozmiarów okien, zabrałam się więc dziarsko do roboty. Znalazłam nawet ułatwiającą pracę ściągaczkę do wody, która wyglądała na nigdy nieużywaną. Problem pojawił się wtedy, kiedy moje ramiona okazały się za krótkie, by dosięgnąć do górnej partii okien. Ale i na to znalazłam radę. Za półką z plastikową skrzynką na ścierki dostrzegłam bowiem wciśnięty kij teleskopowy, który idealnie nadawał się do akrobacji na wysokościach. Rozłożyłam go szybko, miał z pewnością co najmniej trzy i pół metra długości. Zamontowałam na nim zmywak i bez problemu dokładnie wypucowałam wszystkie szyby. Nie dziwił mnie już brak firan w oknach, Prosper wyjaśnił mi wczoraj ten dziwny, jak wydawało mi się na początku, zwyczaj.

 

Wszystko zaczęło się w dziewiętnastym wieku, kiedy protestanci zamieszkujący Holandię zaczęli masowo propagować hasło: „Nie mamy nic do ukrycia, Bóg i tak wszystko widzi”. W myśl tej zasady Holendrzy zaczęli masowo odsłaniać okna, udowadniając, że żyją zgodnie z przykazaniami i mają czyste sumienia. Chodziło tu głównie o marynarzy, którzy z racji swojego zawodu często opuszczali domostwa, wyruszali w długie rejsy na Morze Północne, zostawiając swoje żony. Brak firan w oknach był zatem metodą dyscyplinowania i kontrolowania ukochanych, które mogły być bez problemu obserwowane w nagich oknach przez „życzliwych” sąsiadów.

Rozmyślając o holenderskich tradycjach, machałam zawzięcie myjką do szyb i przyglądałam się z ukontentowaniem pięknemu ogrodowi Charlotte, który rozpościerał się przede mną w całej okazałości. Pod oknami kwitła pachnąca nieziemsko lawenda, na idealnie przystrzyżonym trawniku nie było ani jednego listka, a pod płotem z drewnianych sztachet pysznił się purpurowy hibiskus. W rogu ogrodu, pod obszernym płóciennym parasolem, stał komplet wypoczynkowy z rattanu. Na kanapie leżały wielkie poduchy, wygodne siedziska zapraszały, aby na nich spocząć, poprzeglądać leżące na stoliku czasopisma i ukoić pragnienie łykiem stojącej w szklanym dzbanku cytrynowej lemoniady.

Nagle strasznie zachciało mi się pić, ale nie miałam śmiałości, by poprosić Charlotte o wodę. Nie wiedziałam, jakie są przyjęte zwyczaje, jeżeli chodzi o jadło i napoje w miejscu pracy. Postanowiłam, że następnego dnia zabiorę ze sobą kanapki i butelkę mineralnej oraz szczegółowo wypytam Prospera, jak w przypadku pracodawców Julii ma się kwestia poczęstunku. Zdałam sobie ponownie sprawę, że bez życzliwej pomocy mojego sąsiada z Senegalu przepadłabym w Holandii z kretesem. Cierpliwie odpowiadał na każde moje pytanie, tłumaczył i objaśniał miejscowe zwyczaje i dziwactwa, a wszystko robił z życzliwym i pełnym ciepła uśmiechem na twarzy. Wczoraj próbowałam wyciągnąć z niego, jakie relacje łączą go z moją siostrą, ale poza zdawkowym „po prostu bardzo się lubimy” nie dowiedziałam się niczego. Prosper był bardzo dyskretny i tajemniczy. Musiałam to uszanować, nie było innego wyjścia…

Nagle w szybie, którą przecierałam dla pewności na sucho ściereczką z mikrofibry, dostrzegłam odbicie stojącej za mną Charlotte. Przyglądała mi się w milczeniu, marszcząc brwi. Odwróciłam się szybko w jej stronę i zapytałam niepewnie:

– Wszystko w porządku, madame?

Kobieta podeszła do mnie i bez słowa wskazała butelkę z płynem do mycia szyb.

– Co to jest? – rzuciła oskarżycielsko w moją stronę, unosząc wysoko wyskubane brwi.

– Środek do czyszczenia okien – powiedziałam, patrząc jej prosto w oczy.

Prychnęła jak rozzłoszczona kotka.

– To jest ONTVETTER! Spray przeciwko tłuszczowi! Na pewno nie do okien! Nie umiesz czytać? Kogo mi tu Juliet przysłała, analfabetę?! – mówiła podniesionym głosem Charlotte.

Spojrzałam na trzymaną przez nią w dłoni żółtą butelkę ze środkiem do czyszczenia. Shit! Rzeczywiście! Mogłam lepiej przyjrzeć się obrazkom. Choć na pierwszym z nich zdecydowanie widniało okno przysłonięte roletą… Na pewno chodziło o tę roletę, a nie o szyby… Czułam się potwornie głupio, choć szyby, które już umyłam, wyglądały na nieskazitelnie czyste!

Charlotte badała wzrokiem z milimetrowej odległości stan „zmasakrowanych” przeze mnie szyb.

– Ile smug! Ile zadrapań! – Zadrapań? Od odtłuszczacza? Kotłowało mi się w głowie. – Niewiarygodne! Jak to Henk zobaczy! Twoja siostra myje okna gorącą wodą z dodatkiem octu! Potem dla pewności poleruje jeszcze dokładnie szyby gazetą, żeby nie było śladów! Specjalnie pocięłam stare czasopisma! – Tu wskazała stos gazet leżący równo na podłodze przy wyjściu na taras.

– Przepraszam panią… znaczy madame, ale dlaczego nie powiedziała mi pani tego wcześniej? – Spojrzałam na nią pytająco.

– Jak śmiesz! Jeszcze podnosisz na mnie głos i pouczasz?! – Kobieta poczerwieniała gwałtownie na twarzy.

– Co się tu dzieje, Char? Co to za krzyki? – Do salonu wszedł wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna w jasnym garniturze, w którym rozpoznałam widocznego na portrecie z koniem pana domu.

– Henk! Gelukkig ben je terug! Die stomme meid, zus van Juliet, heeft vandaag onże ramen gelapt. Met een ontvetter!! Ongelofelijk!! Ik betaal haar niet hoor![6] – Żywo gestykulując, obmawiała mnie w języku tubylców pani domu. Czułam się, jakbym co najmniej podpaliła im dom.

Henk popatrzył na mnie znacząco i zaczął się śmiać.

– Kochanie, nie rób afery! Przecież nic takiego się nie stało! Mówisz po angielsku? – zagadnął mnie zachęcająco mężczyzna. – Potwierdziłam skinieniem głowy. Henk przeszedł więc płynnie na angielski i zwrócił się do żony: – Następnym razem objaśnij dokładnie, o co ci chodzi. Skąd dziewczyna miała wiedzieć, jakim środkiem umyć okna, skoro niczego jej nie pokazałaś ani nie wytłumaczyłaś?

– A więc to wszystko moja wina? – zaperzyła się Charlotte.

– Nikt tak nie twierdzi, skarbie! – Uśmiechnął się przymilnie do żony Henk. – Tyle masz na głowie, że nie sposób wszystkiego spamiętać. Dom, ogród, dzieci, zakupy. Następnym razem obgadacie na spokojnie z… – Spojrzał na mnie pytająco.

– Agnes! – pospieszyłam z odpowiedzią.

– Właśnie z Agnes – dokończył. – Obgadacie, co i jak, a jestem pewien, że ten przykry incydent już się nie powtórzy! – Wzniósł komicznie oczy ku niebu Henk i patrząc ze źle udawanym niepokojem na Charlotte, dodał szybko: – Kochanie, wyglądasz tak blado, idź się połóż. Na pewno miałaś dzisiaj atak migreny, tak? – Mrugnął do mnie porozumiewawczo. Był zabawny i niegroźny, a poza tym doskonale umiał radzić sobie z własną żoną.

– Tak, schatje[7]. Masz rację, pójdę się położyć. Tyle stresu przez to wszystko. – Spojrzała na mnie oskarżycielsko, po czym bez słowa pożegnania wyszła z salonu.

Henk uśmiechnął się ciepło i położył mi rękę na ramieniu.

– Nie przejmuj się Char! Ma taki szorstki sposób bycia, ale to w gruncie rzeczy dobra dziewczyna!

„Jasne!”, pomyślałam z przekąsem, ale nic nie powiedziałam.

– To co, nie gniewasz się? – Popatrzył mi w oczy.

– Nie! – roześmiałam się. – A już na pewno nie na pana.

– Mów mi Henk. Napijesz się czegoś? – Henk zdjął marynarkę i powiesił ją na oparciu fotela. – Jestem wykończony! – dodał i ruszył do kuchni.

– Dziękuję – rzuciłam za nim. Strasznie chciało mi się pić, ale marzyłam tylko o jednym: żeby jak najszybciej wrócić do domu.

Zaczęłam sprzątać bałagan na parapecie, po czym odniosłam wszystkie utensylia do pomieszczenia gospodarczego.

Kiedy wróciłam, Henk siedział już w pokoju i sączył powoli jakiś drink z oszronionej szklanki.

– To ja już sobie pójdę – powiedziałam pojednawczo.

– Poczekaj, Agnes. – Wstał z fotela, podszedł do małej skórzanej aktówki stojącej przy stole i wyciągnął z niej gruby portfel. – Ile ci jestem winien?

Spojrzałam na niego pytająco i uświadomiłam sobie z przerażeniem, że ja kompletnie nie wiem, ile zarabia w tej pracy Julia.