Do jutra w AmsterdamieTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Do jutra w Amsterdamie
Do jutra w Amsterdamie
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 61,80 49,44
Do jutra w Amsterdamie
Do jutra w Amsterdamie
Do jutra w Amsterdamie
Audiobook
Czyta Anna Mrozowska
33,90
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Rozdział pierwszy

– Ludzie, opanujcie się! Powoli! Wszyscy się zmieszczą! A pani co w tych torbach wiezie? Wołu z kopytami? – Młody wąsaty kierowca międzynarodowego busa relacji Szczecin–Amsterdam załamał ręce nad górą tobołków pyzatej kobiety w długiej, kwiecistej spódnicy.

– A co! Wałówkę wiozę! Dla syna! Już od roku na emigracji bieduje i ciągle jeść woła. Wołu może nie mam, ale kopytka, a jakże. Świeżuchne, prosto żem ze stolnicy ściągnęła! – Uśmiechnęła się z rozanieleniem zapobiegliwa gospodyni i dodała: – Mój Tadzik kochany, wygnaniec za chlebem. – Otarła zamaszyście skrajem spódnicy łzę matczynej tęsknoty, po czym z energią zaczęła wpychać tobołki do przeładowanego na amen bagażnika busa.

Ściągnęłam mocniej paski pamiętającego jeszcze czasy liceum plecaka i wrzuciłam go beztrosko na górę innych bagaży spoczywających cierpliwie na chodniku. Kierowca, mrucząc pod nosem jakieś nieparlamentarne słowa, dwoił się i troił, wkładał, wykładał, przekładał, a góry waliz i plecaków nie ubywało. Szybko wskoczyłam do środka autobusu, który pomimo panującego na zewnątrz wieczornego chłodu nagrzany był jak kocioł piekielny i wypełniony, jak mamę kocham, drażniącym nozdrza zapachem jajek na twardo!

Zajęłam ostatnie wolne miejsce przy oknie. Z podręcznej torby wyciągnęłam małą podróżną poduszkę i discmana, nacisnęłam przycisk play i po chwili otoczyły mnie mocne bity piosenki Chciałbym być sobą. W końcu mogłam spokojnie pomyśleć. Zamknęłam oczy i jeszcze raz przeanalizowałam w myślach wczorajsze, zaskakujące wydarzenia…

– Aga! Telefon! – Mama stała w drzwiach łazienki, trzymając w ręku moją nowiutką komórkę wibrującą natarczywym sygnałem dzwonka.

– Mam ręce całe w mydlinach. – Podniosłam głowę znad miski z gorącą wodą, w której odmakały moje ukochane dżinsy. Cała prawa nogawka zalatywała lekko piwem, które wylała na mnie przedwczoraj najlepsza przyjaciółka Gośka, kiedy to rozgestykulowane rozprawiałyśmy nad opłakanym stanem swoich finansów i brakiem pracy.

– Odbierz, proszę!

Spojrzałam na mamę, ale ta położyła wibrujący aparat na pralce i wyszła z łazienki.

Shit – mruknęłam pod nosem. Wytarłam mokre ręce w obszerny T-shirt i chwyciłam telefon. – Halo!

– W KOŃCU! Gdzie ty się podziewasz?! – Po drugiej stronie odezwał się niecierpliwy głos mojej starszej siostry Julii. – Mam do ciebie pilną sprawę! Niecierpiącą zwłoooki! – Jak zwykle przeciągała wyrazy, co nie zwiastowało niczego dobrego.

– Co za panika! W domu jestem, piorę!

– PRZEPRASZAM, ŻE CO? PIERZESZ? TY? – Julka zaśmiała się szyderczo. – Od kiedy?

– Nie mów do mnie drukowanymi literami! – weszłam jej w słowo zniecierpliwiona. – O co chodzi?

– Mam do ciebie romans. Musisz mi pomóc. Właściwie nie masz wyjścia! – Zawiesiła się na moment Julka, by po sekundzie kontynuować: – Jutro jedziesz do Holandii! Wszystko już załatwiłam, bilet odbierzesz w kasie na… – paplała coraz szybciej.

– Moment! – Przerwałam tę radosną tyradę. – Jak to do Holandii? – Usiadłam z wrażenia na zamkniętej, na szczęście, klapie sedesu. – Ja?

Julia już od ponad trzech lat pracowała jako wyrobnik pańszczyźniany, jak sama to określała, w domach dobrze sytuowanych „tulipanów” w okolicach Amsterdamu. Mądra, obrotna, świetnie wykształcona dziewczyna, która przeinwestowała beztrosko na giełdzie uczuć i do tej pory przyszło spłacać jej odsetki od naiwności. Te, jak wiadomo, bolą najbardziej, ale Julka nie narzekała. Pani magister filologii polskiej i klasycznej dzielnie zamieniła uniwersyteckie skrypty na mopa i ścierki i bez słowa skargi regulowała cudze długi.

– Jula, skarbie – odblokowałam się w końcu – cóżeś ty wymyśliła? – Energicznie westchnęłam prosto w wiszącą na uchwycie rolkę papieru toaletowego, który malowniczo rozwinął się i spłynął bladoniebieską wstęgą do moich stóp.

– Aga! Jest nadzieja, że w końcu się odkuję i porzucę jarzmo życia służebnicy pańskiej. Mam już dość prania cudzych gaci! – Głos Julii zadrżał niebezpiecznie, ale ja znałam doskonale jej sprytne metody zmiękczania przeciwnika.

– Dobra, dobra, nie bierz mnie na litość – parsknęłam ironicznie. – Kawa na ławę! Bo mi dżinsy w kąpieli doszczętnie się rozpuszczą. – Udawałam obojętność, ale w gruncie rzeczy ogromnie ciekawiło mnie, co ma mi do powiedzenia.

Siostra zaśmiała się cicho, po czym wyłuszczyła mi genialny, w swoim mniemaniu of course, plan.

Od jakiegoś czasu Julia pracowała w domu niezwykle zamożnych holenderskich architektów. Państwo byli bezproblemowi, cisi i bezwonni. Nie narzekali i nie wisieli jej nad głową, a raczej mopem z tego prostego powodu, że nigdy nie było ich w domu. Wielka, nowoczesna willa z zewnątrz wyglądała niepozornie. Zgodnie z holenderskimi regułami architektonicznymi wszystkie fasady domów na reprezentacyjnych ulicach miast i wsi miały wyglądać identycznie, łącznie z kolorem drzwi wejściowych, które pomalowane były w tej właśnie okolicy na butelkową zieleń. Za zielonymi wrotami kryła się urządzona z niezwykłym smakiem industrialna, otwarta przestrzeń z minimalną liczbą mebli, za to z powalającym księgozbiorem liczącym około dwunastu tysięcy woluminów.

Państwo architekci bardzo często wyjeżdżali w podróże służbowe, ciągnące się niekiedy tygodniami. Wówczas praca siostry ograniczała się do przejechania odkurzaczem kilometrów betonowych i drewnianych podłóg oraz podlania dwóch imponujących i niezwykle rzadkich odmian kaktusów sprowadzonych na specjalne zamówienie właścicieli z Ameryki Południowej. Sumienni pracodawcy zawsze zostawiali dla siostry skrupulatnie odliczoną sumę pieniędzy oraz drobne napiwki lub prezenty.

W miniony piątek wezwali ją na poważną rozmowę.

– Nie domyślisz się w życiu, co mi zaproponowali! – Siostra uczyniła dramatyczną pauzę w celu wzmocnienia efektu bomby, jaką miała mi do przekazania.

Wzruszyłam ramionami i przesunęłam koniuszkiem palca u nogi zwój papieru na podłodze, kombinując, jak uniknąć wkrótce mozolnego nawijania go ponownie na rolkę.

– Zaproponowali, żebym tym razem pojechała RAZEM Z NIMI!

Mogę przysiąc na pamięć naszego dziadka, że Julka w tym momencie wypięła w geście zwycięzcy swoją bujną pierś.

– Jak to razem? Dokąd? – Entuzjazm siostry udzielał się powoli i mnie. Podniosłam się w ekspresowym tempie z deski klozetowej i przeniosłam swoje ponad sześćdziesięciopięciokilogramowe ciało na skraj wanny, patrząc z niepokojem na kompletnie zapomniane dżinsy w zimnej już kąpieli wodnej.

– Do AFRYKI! Masz pojęcie?! Ja w życiu nie wystawiłam stopy poza Europę, ba! w życiu nie leciałam samolotem! – bujała już w obłokach Julia.

– Byłaś na wczasach w Bułgarii i na Węgrzech – mruknęłam cicho. – Małym fiatem! To przeżycia mogące równać się co najmniej z safari w Kenii! Wliczając w to biegające na wolności lwy! Ale czekaj, czekaj, a co ja mam właściwie z tym wszystkim wspólnego?

– Tu dochodzimy do sedna sprawy – oświadczyła uroczyście Julka i w końcu dowiedziałam się, w jakim celu w takim pośpiechu mam pakować manatki i jechać do Holandii, zwanej przez ludność napływową mało zachęcająco: krainą deszczowców.

Małżeństwo architektów otrzymało niezwykle intratny kontrakt w RPA na zaprojektowanie luksusowego kompleksu hotelowego. Ponieważ praca wymagałaby od nich absolutnego skupienia na wykonywanym projekcie, nie mieliby naturalnie głowy do zajmowania się tak przyziemnymi sprawami zwykłych śmiertelników jak pranie, gotowanie czy – nie daj Boże – prasowanie. Nikt nie potrafił tak dopieścić żelazkiem idealnie białych, firmowanych logo znanego projektanta koszulek polo pana domu, jak właśnie Julia.

– Kto by pomyślał, że najlepsza na roku z łaciny może sobie co najwyżej jej wersji podwórkowej poużywać nad stertą ralphów laurenów czy lacostów – rzekła z przekąsem siostra.

Pecunia non olet, jak mawiali najstarsi Rzymianie. – Użyłam swojej ulubionej sentencji jeszcze z czasów podstawówki: pieniądze nie śmierdzą. – Ale myślę, że nie o prasowanie tu chodzi. Pan szanowny architekt może na miejscu znaleźć dziesiątki chętnych do usługiwania państwu z Europy, nie musi ciągnąć ze sobą pomocy domowej z biednego kraju nad Wisłą. Tu chodzi o twoje gołąbki i pierogi ruskie. Ja ci to mówię. Jego holenderskie podniebienie, przyzwyczajone do rozkosznego smaku naszych rodzimych polskich dań, nie da rady przeżyć na afrykańskich specjałach. Co oni tam jedzą? Bawołu? – Próbowałam, bezskutecznie, przypomnieć sobie lekcje geografii o Czarnym Lądzie.

– Oszalałaś! Żarcie podobnie jak u Holendrów. Frykadele i bobotie! – obruszyła się Julka.

– Cokolwiek to jest, brzmi ohydnie. Wolę żurek! – Poczułam nagle głód i nieodpartą ochotę na naleśniki mamy, które na kolację smażyła w ilościach hurtowych.

Julia zakaszlała znacząco i nieco już zniecierpliwiona ponownie przystąpiła do ofensywy.

– Do rzeczy, siostra, bo gadamy i bijemy pianę jak w tanim serialu, a konkretów ciągle brak. Przyjedziesz na sześć miesięcy, żeby zastąpić mnie u pozostałych rekinów holenderskiej finansjery? Szkoda by mi było tracić te domki, płacą nieźle, nie marudzą, robota lekka, łatwa i przyjemna, szybko się przyuczysz! Przecież teraz siedzisz bezproduktywnie w domu. Zarobiłabyś! – kusiła.

 

– Nie ściemniaj mi tu, bo i tak nie uwierzę! I pamiętaj jedno: na pranie brudnych gaci się nie piszę. Nawet za milion euro, bejbe! No way! – Postanowiłam być twarda i stanowcza jak nigdy.

Deal! Żadnych męskich gaci. No może parę stringów! Koronkowych! – chichotała siostra.

– Że ja się na to godzę! Na kiedy zorganizowałaś ten mój wyjazd? – Zrezygnowana wyjrzałam za okno, bo zachmurzyło się nagle. Poczułam chłód na odkrytych ramionach.

– Mówiłam już. Na jutro… Mamy mały niedoczas!

Złapałam się za głowę, próbując wyobrazić sobie logistycznie całe to przedsięwzięcie.

Do dziś nie wiem, jakim cudem udało się to wszystko zorganizować i dograć, ale słowo ciałem się stało. Niespełna dwadzieścia cztery godziny po naszej rozmowie wylądowałam w busie mającym powieźć mnie w nieznane. Julka obiecała odebrać mnie na przystanku końcowym – Amsterdam Centraal. Na wdrożenie w obowiązki doświadczonej gospodyni domowej miałam siedem dni. Siostra poleciła mnie w trzech domach, które uznała, według sobie tylko znanych kryteriów, za najbardziej atrakcyjne.

Pierwszy należy do znanego prokuratora specjalizującego się w ściganiu przemytników żywego towaru do znanych na całym świecie amsterdamskich burdeli. Dlatego bez problemu zgodził się na zaufaną Polkę, nawet jeżeli jej doświadczenie w kategorii mopy, ścierki i odplamiacze było bardzo ograniczone. Najważniejsza była dyskrecja. Druga willa wystawiona jest na nazwisko dyrektora dużej prywatnej firmy chlubiącej się montażem w hotelach instalacji przeciwpożarowych jedną z najnowocześniejszych technik. Właściciel – jak powiedziała Julia – jest niegroźny, zresztą nigdy go nie ma domu. Ale jest jego żona… ją mamy ogarnąć na miejscu! A trzeci luksusowy obiekt, który miałam „przejąć”, usytuowany jest nad samym Morzem Północnym. Należy do byłej wdowy po potentacie kawowym z Brazylii. Niezwykle eteryczna i wrażliwa staruszka, pianistka i wielbicielka Fryderyka Chopina. „Poczytaj sobie trochę o jego życiu i twórczości, a będzie twoja! – zachęciła mnie Julia. I słusznie, bo jedyne, co w tej chwili wiedziałam na temat Chopina, to miejsce, w którym się urodził, i nazwisko ekscentrycznej francuskiej pisarki, z którą romansował.

Moje rozmyślania o życiu polskiego wirtuoza, czym miałam zaczarować swoją nową chlebodawczynię, przerwał nagle niesprecyzowany harmider niebezpiecznie blisko mojego autobusowego fotela. Niechętnie otworzyłam oczy i wyjęłam słuchawki discmana z uszu. Obok mnie rozsiadała się właśnie, i to z impetem, właścicielka długiej kwiecistej spódnicy i obfitego biustu, na którym bez użycia tacy mogła spokojnie serwować skrzynkę piwa. Jej ciekawskie spojrzenie bez pardonu przewiercało mnie na wylot. „No tak, zatem podróż zapowiada się niezwykle interesująco”, pomyślałam zrezygnowana. Długo czekać nie musiałam.

– A paniusia ile ma sztang? – zagaiła konfidencjonalnym szeptem.

– …? – Chyba po raz pierwszy z życiu kompletnie straciłam rezon. – Przepraszam, czego?

– Nie ma pani za co przepraszać, to wyłącznie pani strata – zaśmiała się z lekką pogardą. – Sztanga. Marlboro. Cygarety. Co ty, dziewczyno, nie z tego świata? – Widocznie uznała mnie za nadto głupią, żeby tytułować mnie panią, więc gładko przeszła na per ty.

– Nie palę – mruknęłam niewyraźnie w odpowiedzi.

– To tak jak my wszyscy! – rozpromieniła się Kwiecista. – Marlborasy na handel wieziemy. Do krajów zgniłego kapitalizmu. Kto handluje, ten piję wódeczkę!

– Chyba szampana – odważyłam się skorygować.

– Co za różnica? – zdziwiła się. – Chłooopaki, chodźcie tu! – Nad moim uchem rozległ się okrzyk niczym wystrzał z armaty. – Mamy tutaj pierworódkę! Ganc nieuświadomiona, co w wielkim świecie piszczy!

Przy naszych fotelach szybko zmaterializowało się dwóch mężczyzn nikczemnego wzrostu, ubranych w identyczne koszulki. Stanęli mi przed oczami Daltonowie w swoich więziennych pasiakach i mimowolnie zaśmiałam się pod nosem.

– Panienka, jak widzę, wesoła z natury. – Błysnął złotym zębem pierwszy z Daltonów. – To też moja dewiza. Jak to się mówi po łacińsku: Karpia zjem! Dla nieuświadomionych znaczy: łap życie za jaja. Tylko nie wiem, czemu akurat niewinnego karpia tu wplątali… – Zamyślił się.

O mało co nie zakrztusiłam się mineralną popijaną z butelki – nagrzana w torbie, smakowała jak letnia przegotowana woda ze starego czajnika.

– Karpia zjem? Ma pan na myśli carpe diem? – skorygowałam ostrożnie ową sentencję.

– Co za różnica! – wtrącił Dalton numer dwa. – I to, i to brzmi bez sensu, i znaczy to samo! Ale panienka, jak widzę, kształcona, po łacińsku rozmawia, nie pali, delikatna, niedzisiejsza. Przepraszam, nie przedstawiłem się jeszcze. Romek! – I wyciągnął do mnie rękę. Po męsku uścisnęłam prawicę swojego nowego kumpla i spojrzałam pytająco na jego towarzysza.

– A ty, Jerzyk, nie przedstawisz się? – Romek szturchnął kumpla i sztucznie ściszonym szeptem dodał: – To brachol. Musi nabrać trochę ogłady, dlatego zabieram go w wielki świat. Może jeszcze będą z niego ludzie. Jerzyk skinął tylko głową.

W tym momencie do busa wskoczył zziajany kierowca i oznajmił gromko:

– Ludziska! Wszyscy są? No, to jedziemy!

Ruszyliśmy powoli z dworca autobusowego Szczecin Główny…

Rozdział drugi

Amsterdam. Nazywana Wenecją Północy, stolica Królestwa Niderlandów. Miasto perła, położone częściowo poniżej poziomu morza i poprzecinane pajęczą siecią kanałów. Amsterdamskie kanały i wyspy to serce i dusza tego miasta, odwiecznego symbolu niezależności, tolerancji i liberalizmu. Stolica Holandii z otwartymi ramionami przyjmowała zawsze wszelkie przejawy inności. Może dlatego, że sama przeżyła w przeszłości wiele plag: głód, choroby i wojny. Poraniona i wielokrotnie rozgrabiana, rozkwitała za każdym razem ponownie, uparcie podnosiła się z kolan i w magiczny sposób odradzała niczym Feniks z popiołów.

Bracia Daltonowie i ich kwiecista towarzyszka zdawali się idealnie pasować do kolorowego tłumu, jaki spodziewałam się spotkać na ulicach rozbawionego, bez względu na porę roku, Amsterdamu. Co do nieograniczonych możliwości szybkiej i bezbolesnej identyfikacji moich współpodróżnych z holenderską mentalnością nie miałam żadnych obaw, bałam się trochę o siebie samą, chociaż, wbrew pozorom, umiałam odnaleźć się w każdej, nawet najdziwniejszej sytuacji. Byłam zwykłą prowincjuszką, a potem słoikiem, pochodziłam bowiem z malowniczego miasteczka na Pomorzu Zachodnim, skąd w wieku osiemnastu lat wyjechałam na studia do Poznania. Moje serce przesiąkło mentalnością małej miejscowości, gdzie wszyscy wszystko o sobie wiedzą, do najbliższego teatru jest ponad sto kilometrów, a centrum życia mieszkańców stanowi mała biblioteka oraz budynek szumnie i dumnie nazywany miejskim ośrodkiem kultury. W takiej bibliotece się wychowałam, a swoją pierwszą książkę przeczytałam pośród zakurzonych półek bibliotecznego magazynu, siedząc pod, nomen omen, dziełami zebranymi Adama Mickiewicza. Prowincja mnie ukształtowała, a późniejszy wyjazd do stolicy Wielkopolski dał solidnie po głowie, nauczył samodzielności i wytrwałości.

Siedzę dziś w autobusie do „wielkiego świata”, w którym mam być zdana wyłącznie na siebie, czując na barkach podwójny ciężar i obawy dziewczyny z prowincji. Czy dam sobie radę? Czy jestem wystarczająco silna i zaradna? Decyzję o wyjeździe do „krainy deszczowców” podjęłam bardzo szybko, ale z pełną premedytacją. Pomimo tych wątpliwości wierzę w siebie, w swój głód nowych doświadczeń, a za drogowskazy w nieznanej, emigracyjnej dżungli postanowiłam obrać otwartość, tolerancję, ciekawość świata i życzliwość do ludzi. Muszę przezwyciężyć pojawiające się coraz częściej w miarę zbliżania się do celu mojej podróży: strach, tęsknotę i samotność. Chcę wyjść w końcu poza swoją comfort zone. Szczyt to kwestia umowna, a jego wierzchołek to siła naszej woli. Przekonuję w duchu sama siebie, by dodać sobie animuszu, że prowincjuszka i twarda dziewczyna, jaką jestem, ma wystarczająco dużo siły, żeby poradzić sobie wszędzie tam, gdzie zaprowadzi ją przeznaczenie. Limit nie istnieje. To my sami go sobie wyznaczamy.

Moje filozoficzne rozważania tak mnie zmęczyły, że bezwiednie przysnęłam z głową opartą o niezbyt czystą szybę autobusu mknącego rączo niemiecką autostradą A1.

Obudził mnie nagły rozgardiasz i gwałtowne szturchanie Kwiecistej z sąsiedniego fotela.

– Wstawaj, dziewczyno! Ostatnia kontrola paszportowa! – Nie wiem, jakim cudem przegapiłam pierwszą! – Zaraz wjeżdżamy do Holandii! Wyciągaj papiery! – Moja towarzyszka w popłochu grzebie w wielkim torbiszczu i klnie na czym świat stoi. – Gdzie ja wsadziłam ten cholerny… a, jest! – Zamachała mi przed nosem paszportem i z ukontentowaniem poprawiła się na siedzeniu.

Do autobusu weszli ubrani w ciemnozielone uniformy funkcjonariusze niemieckiej służby granicznej[1].

Zeigen Sie bitte Ihre Reisepass![2] – rozległo się stanowcze polecenie służbistów.

W autobusie zapadła cisza. Słychać było tylko dobiegające zewsząd odgłosy otwierania zamków błyskawicznych w torbach podróżnych i szelesty wertowanych w pośpiechu dokumentów.

Kontrola przesuwała się systematycznie w naszym kierunku, w końcu stanęła przy fotelu Kwiecistej.

Haben Sie etwas zu verzollen? – zwrócił się do mojej towarzyszki niemiecki celnik.

Zdenerwowana kobieta szturchnęła mnie lekko i zapytała dramatycznym szeptem:

– Czego on chce?

– Pyta, czy ma pani coś do oclenia – mówię cicho.

– Władzuchno kochana, a jakże! – rozgadała się nagle Kwiecista. – Nic zdrożnego nie wiozę. Mam tylko parę, tam tego, papierosków, Zigaretten po waszemu. Na potrzeby własne, naturliś! – zastrzegła, oczywiście po polsku, sąsiadka.

Przetłumaczyłam szybko celnikom odpowiedź kobiety. Popatrzyli na nią przez chwilę, po czym zażądali, by otworzyła swoją torebkę, odpowiadającą z grubsza rozmiarowi wora na ziemniaki.

Kwiecista pobladła nagle i z ociąganiem rozsunęła zamek torbiszcza.

Celnicy poszperali chwilę w niezmierzonych otchłaniach jasnobrązowej, skajowej torby, po czym wyciągnęli z dumą cztery sztuki charakterystycznych biało-czerwonych sztang z napisem „Marlboro”…

– Powiedz im, że dwie są twoje – wysyczała w moją stronę Kwiecista. – Błagam! Potem się rozliczymy!

Die zwei Marlboro Stangen sind von mir – przetłumaczyłam automatycznie na niemiecki, złoszcząc się w duchu na samą siebie za uległość, która mogła zaowocować problemami, na które nie miałam najmniejszej ochoty.

– Jeżeli należą do pani – odezwał się do mnie surowo jeden z celników – to dlaczego przewozi je pani w bagażu innej pasażerki?

Zaklęłam siarczyście w duchu, ale odpowiedziałam pewnie:

– Koleżanka ma więcej miejsca! – Wzmocniłam prawdziwość stwierdzenia efektem wizualnym, podnosząc swoją niewielkich rozmiarów torbę podróżną i triumfalnie machając nią przed oczami celników.

Funkcjonariusze szeptali przez chwilę coś między sobą, popatrzyli na nas z rezygnacją, po czym przeszli w kierunku kolejnego fotela.

Kwiecista łypnęła na nich złym okiem, a kiedy znaleźli się w bezpiecznej odległości, zajęci przetrząsaniem klamotów innych podróżnych, zagadała do mnie poufale:

– Dzięki… eee, jak masz na imię?

– Agnieszka. Nie ma za co! Choć wolałabym być uprzedzona wcześniej o twoich ewentualnych planach przemytniczych. – Przeszłam automatycznie z Kwiecistą na „ty”.

– Oj tam, zaraz przemytniczych! – obruszyła się kobieta. – Nigdy mi wcześniej do torby nie zaglądali, france jedne! A tak w ogóle to jestem Bożena! Ty chyba pierwszy raz do Holandii, bo jakaś taka jesteś… niedorobiona, za przeproszeniem.

Ponownie westchnęłam, nie miałam wyboru, a chciałam w końcu z kimś pogadać, nawet jeżeli miała to być Bożena od Marlboro. Jechała do swojego dziecka, dorosłego syna, który już od roku pracował w kraju tulipanów przy pielęgnacji i „kręceniu” sadzonek papryki. Nadopiekuńcza mamusia nazywała go wygnańcem za chlebem. Zaprezentowała mi z dumą cały wachlarz zdjęć potomka, ocierając przy tym brzegiem dłoni łzy, które pojawiły się na rumianych policzkach od razu, gdy tylko wymówiła imię synka: Tadeusz, Tadzik.

– Jest prawie tak samo przystojny jak ten, no, ten aktor, który Tadeusza grał w Panu Tadeuszu, jak mu tam było?

– Michał Żebrowski – podpowiedziałam szybko, przypatrując się podobiźnie Tadzika na podsuniętym jeszcze raz przez Bożenę zdjęciu. Patrzył z niego na mnie ogolony prawie na zero, mocno umięśniony, średniego wzrostu chłopak, który stał na tle jednego z amsterdamskich, jak się domyśliłam, coffee shopów, triumfalnie paląc skręta i patrząc buńczucznie w obiektyw aparatu. Próbowałam dopatrzyć się choćby nikłego podobieństwa do Żebrowskiego, ale poza imieniem nie łączyło ich kompletnie nic. Równie dobrze mogłabym siebie porównywać do Cindy Crawford lub Claudii Schiffer.

 

Tadzik był dzieckiem miłości. Platomicznej, jak to określiła jego matka. Jej były oblubieniec nosił zaszczytne miano kierownika kolonii letniej w szkole, gdzie Bożena dorabiała jako kucharka i konserwatorka powierzchni płaskich. Szkoła znajdowała się kilkaset metrów od Bałtyku, romantyczna lokalizacja sprzyjała więc rozwojowi bujnego romansu kierownika z podwładną. Owocem upojnych nocy na plaży był właśnie Tadeusz.

– Po ojcu, nicponiu – chlipnęła Bożena. – Chciałam chłopakowi z początku nadać imię Bohun, bo ślepia czarne jak węgiel miał i od razu zaprezentował kozacki temperament, ale urzędnik, gbur, do którego poszłam dzieciaka zarejestrować, wyśmiał moje plany i zarzucił mi, że dziecko moje rodzone unieszczęśliwić chcę. Cóż było robić. Bohunek został Tadeuszkiem juniorem, szkoda tylko, że senior wykazywał zerowe zainteresowanie synem.

Po zakończeniu turnusu ojciec Tadzika wyjechał do Sosnowca, skąd pochodził. Wkrótce potem Bożena zadzwoniła z budki przy plaży, na której wspólnie poczęli synka, by z radością oznajmić ukochanemu, że zostanie ojcem, ale ten bez słowa odłożył słuchawkę i wszelki ślad po nim zaginął. Kobieta pochlipała tydzień w poduszkę, poużalała się nad losem biednej, opuszczonej w potrzebie matki in spe, po czym zakasała rękawy i wzięła sprawy w swoje ręce. Pracowała z brzuchem pod brodą jeszcze pod koniec ósmego miesiąca ciąży, dorabiała jako bileterka, sprzedawczyni lodów, kucharka, sprzątaczka, słowem: kobieta orkiestra. Tadeuszka urodziła, wychowała i wykształciła sama. Był jej całym światem, radością i miłością największą. Tęskniła teraz za nim tak, że nie zastanawiając się długo, postanowiła pojechać dorobić do Holandii, gdzie pracował synek, i przy okazji dopilnować go, a tak naprawdę porozpieszczać tak, jak tylko matka potrafi.

Słuchałam opowieści Bożeny z zaciekawieniem i złapałam się na tym, że zupełnie inaczej zaczęłam postrzegać tę przaśną, jaką wydawała mi się na początku, kobietę. Ile siły i determinacji wymagało od niej sprostanie tej niełatwej sytuacji w przeszłości. A jednak sobie poradziła! W myślach zakiełkowała mi nieśmiała nadzieja, że skoro ona dała radę, to i ja sobie poradzę. W końcu mam łatwiej, bez dziecka przy piersi, bez tylu wydatków i widma niepewnego jutra. Nie ciąży na mnie paraliżująca odpowiedzialność za drugiego człowieka. Musi być dobrze. I będzie!

Poprawiłam się w fotelu, spojrzałam na przemykające za szybą autobusu holenderskie równiny i spontanicznie uścisnęłam rękę dzielnej kobiety. Źle ją oceniłam i poczułam wyrzuty sumienia. Bożena dodała mi odwagi i animuszu, pewności siebie, której było mi brak. Nigdy nie lubiłam osób fanatycznie zafiksowanych, zarozumiałych, zadzierających nosa i pozbawionych pokory. Bożena wymykała się jakimkolwiek schematom. Była prostą kobietą, bez konkretnego zawodu, jednak hartu ducha i wiary we własne możliwości mógłby jej pozazdrościć niejeden świetnie wykształcony i oczytany bufon. Poczułam nagłą sympatię do tej barwnej postaci, pełnej ciepła, kochającej świat i ludzi. Obserwowałam dyskretnie, jak dzieli się stosem kanapek z towarzyszami podróży siedzącymi tuż za nami, jak szczerze śmieje ze sprośnego dowcipu, który – rechocząc na cały autobus – opowiadał jeden z Daltonów, jak wyciąga z torby-worka ciepły sweter i podaje go starszej kobiecie siedzącej po drugiej stronie przejścia, która skarżyła się cicho, że jej za chłodno w wyziębionym po nocy pojeździe.

W tej trosce o drugiego człowieka Bożena przypominała mi mojego zmarłego tatę, który również miał serce na dłoni i wrodzoną empatię. Kiedy tak sobie o nim myślałam, za szybą autobusu zobaczyłam malowniczo rozpościerające się pola kwiatowe, które lśniły tysiącem różnokolorowych barw w pierwszych promieniach holenderskiego słońca. Zaśmiałam się cicho. Gdziekolwiek był teraz mój tata, właśnie dał mi znak, że jest ze mną. Lubiłam go wspominać. Rankiem wczesną wiosną przynosił mi do łóżka całe naręcza żółtych narcyzów, za domem mieliśmy plantację tych kwiatów – tata siał spustoszenie wśród zagonów, bo wiedział, że to moje ulubione. Przywołałam w pamięci jego spracowane dłonie, w których trzymał całe morze narcyzowego kwiecia. Kładł je na mojej kołdrze i śmiał w głos z mojego udawanego zaskoczenia. Zawsze te detale w mojej głowie… zniszczone dłonie taty, kolor jego koszuli, nawet wzór dywanu, który leżał wtedy na podłodze w pokoju. Minęło tyle lat, a ja ciągle widziałam cień jego uśmiechu, zblakły błękit oczu, w których widać było cały ocean miłości, czułości i troski, których teraz tak cholernie mi brak. Tęskniłam za nim, szczególnie dzisiaj, ale wierzyłam, że czuwa nade mną i nie da mi zginąć.

– Wszystko dobrze? – Bożena patrzyła mi uważnie w oczy. – Nie bój się, Aga! Jakby co, pamiętaj, zawsze możesz do mnie zadzwonić. Podam ci swój numer telefonu, będę w okolicach Amsterdamu. Na początek załatwiłam sobie pracę na dwa miesiące, potem zobaczymy. Obiecaj mi, że jakby co, dasz znać.

– Obiecuję… – szepnęłam cicho.

W tej samej chwili oślepiło nas ostre światło jarzeniówek. Właśnie dotarliśmy do międzynarodowego dworca autobusowego Amsterdam Centraal, celu naszej podróży.