Mniej strachu. Ostatnie chwile z Januszem KorczakiemTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Redakcja i korekta: JOLANTA SHEYBAL

Skład i łamanie: „Radon” RADOSŁAW KIEREŁOWICZ vel KIERYŁOWICZ

Opracowanie kartograficzne mapy: „Radon” RADOSŁAW KIEREŁOWICZ vel KIERYŁOWICZ

Projekt okładki: EWA MAJEWSKA

Na czwartej stronie okładki wykorzystano fotografię pochodzącą ze zbiorów Korczakianum, pracowni naukowej Muzeum Warszawy

Copyright © by Agnieszka Witkowska-Krych and Wydawnictwo Akademickie DIALOG Sp. z o.o., 2019

Wszelkie prawa zastrzeżone


Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

pochodzących z Funduszu Promocji Kultury

ISBN e-pub 978-83-8002-815-9

ISBN mobi 978-83-8002-814-2

Wydanie elektroniczne, Warszawa 2019

Wydawnictwo Akademickie DIALOG Spółka z o.o.

00-112 Warszawa, ul. Bagno 3/218

tel./faks (+48 22) 620 87 03

e-mail: redakcja@wydawnictwodialog.pl WWW: www.wydawnictwodialog.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Spis treści

Karta redakcyjna

Dedykacja

Przedmowa

Motto

Zamiast wstępu

Dom odzyskanego dzieciństwa

Pierwszy rok wojny, czyli wciąż na Krochmalnej 92

Chłodna 33, czyli wygnanie

Sienna 16/Śliska 9, czyli „dom, który nie jest nasz i my nie jesteśmy jego”

Ostatnie tygodnie życia w getcie

Ostatnia droga

Zakończenie, ale nie podsumowanie

Bibliografia

Spis ilustracji

Podziękowania

Mapa

Przypisy

O wydawnictwie

Mojemu Mężowi

PRZEDMOWA

Wiemy, że piątego sierpnia 1942 roku było szalenie upalnie. Dzieci z Domu Sierot, Janusz Korczak, Stefania Wilczyńska i inni pracownicy wyruszyli wczesnym przedpołudniem z ulicy Siennej 16 w kierunku Umschlagplatzu. Wiemy, dokąd szli, choć nie sposób dokładnie ustalić, jak tę drogę przemierzyli i jak dużo im to czasu zajęło. Może dwie, a może cztery godziny...

W filmie Andrzeja Wajdy i w wielu relacjach przedstawiony jest obraz kolumny dzieci idących przez miasto, z Korczakiem na czele i flagą sierocińca niesioną przez któregoś ze starszych wychowanków. Są świadkowie, którzy zapamiętali Starego Doktora, jak prowadził jedno dziecko za rękę, a drugie trzymał w ramionach. Szli otoczeni przez niemieckich żołnierzy, ci zaś trzymali karabiny z bagnetami postawionymi na sztorc. Marek Rudnicki, świadek tych dni, pisał: „Była straszliwa, zmęczona cisza. Korczak wlókł się noga za nogą, jakiś skurczony, mamlał coś od czasu do czasu do siebie. Dzieci początkowo czwórkami, potem jak popadło, w pomieszanych szeregach, gęsiego. Któreś z dzieci trzymało Korczaka za połę, może za rękę, szły jak w transie”. Inny obserwator wspominał: „Ów orszak był bardzo smutny, Korczak był przygnębiony, szedł o lasce”. Podobno ledwo dotarł na Umschlagplatz, gdzie kłębiły się tłumy oszalałych ze strachu ludzi. Wtedy nie było już wątpliwości. Korczak zrozumiał przeznaczenie, widząc wysypane wapnem wagony. Wszystko stało się dla niego jasne, gdy kopniakami, nahajkami, strzałami wpychali Niemcy, Ukraińcy i żydowscy policjanci przerażonych ludzi do pociągu. Wiedział, że tej podróży „na Wschód” nie przeżyje, modlił się tylko o to, by móc umierać świadomie i przytomnie. Wcześniej pisał w Pamiętniku: „Nie wiem, co powiedziałbym dzieciom na pożegnanie. Pragnąłbym powiedzieć wiele i to, że mają zupełną swobodę wyboru drogi”. Takie było niespełnione marzenie Korczaka. O czym mógł jednak z nimi rozmawiać na Umschlagplatzu, w pociągu, w obozie? Nie wiadomo. Jeszcze jedno zdanie warte jest tutaj przywołania: „Ciężka to rzecz urodzić się i nauczyć się żyć. Pozostaje mi o wiele łatwiejsze zadanie: umrzeć”. Z tych słów wyłania się ktoś otoczony smutkiem, poczuciem samotności, czasem przegranej; człowiek chory, zmęczony, oddany tylko dzieciom. One chroniły go przed dorosłymi. Żył dla nich, ale zarazem obok nich. Obserwował je, pomagał, uczył, ale miał własne życie. Pisał: „Życie moje było trudne, ale ciekawe. O takie właśnie prosiłem Boga w młodości. – Daj mi, Boże, ciężkie życie, ale piękne, bogate, górne”. Do siebie, do swoich tajemnic nikogo nie dopuszczał. Nikomu się nie zwierzał. „Rozmawiam, gdy jestem sam”, pisał.

Autorka książki Mniej strachu. Ostatnie chwile z Januszem Korczakiem, Agnieszka Witkowska-Krych, daje nam bogaty obraz losu Domu Sierot Janusza Korczaka, jego gettowej tułaczki i wreszcie ostatnich, wyjątkowo trudnych, naznaczonych głodem, ciężkich tygodni jego życia oraz marszu ku śmierci. Nie jest to typowa biografia, a raczej rzetelna, skromna opowieść o bohaterze naszych czasów. Nie umiem myśleć o nim inaczej, choć sam zapewne nie uważał się za bohatera.

Pociąg z transportem Żydów, w tym dzieci z sierocińca, najprawdopodobniej dotarł do Treblinki rano, szóstego sierpnia 1942 roku. Do południa wszystkich zagazowano. Potem zwłoki wywleczono z komór gazowych i wrzucono do dołów. Tam, pośród 900 000 innych ofiar Zagłady, leży także on, jego współpracownicy i wychowankowie. Niech ich dusze zostaną włączone w wieczny pochód życia. Baruch Dayan HaEmet. Niech będzie błogosławiony Prawdziwy Sędzia.

Paweł Śpiewak, profesor Uniwersytetu Warszawskiego,

dyrektor Żydowskiego Instytutu Historycznego

Nie róbcie dzieciom niespodzianek, jeśli nie chcą.

Powinny wiedzieć, zawczasu być uprzedzone.

Czy będą strzelać, czy na pewno, kiedy i jak.

Trzeba się przygotować do długiej, dalekiej, niebezpiecznej podróży.

(Janusz Korczak)

ZAMIAST WSTĘPU

Janusz Korczak[1] opuścił warszawskie getto 5 sierpnia 1942 roku, gdy wraz z dziećmi i personelem żydowskiego Domu Sierot wsiadł do wagonu pociągu towarowego jadącego do Treblinki. O tym wiemy. To wydarzenie unieśmiertelniło go w ludzkiej pamięci i zmieniło jego życie w legendę, której zostały podporządkowane prawie wszystkie elementy jego doświadczenia i twórczości. Legenda ta w dużej mierze przesłoniła zaś człowieka z krwi i kości, jego problemy, niepokoje, wątpliwości, okresy trudne i bolesne. Przesłoniła także złożoność jego egzystencji, wachlarz postaw i różnorodnych funkcji społecznych, które do końca życia pełnił. Badacz życia i spuścizny Korczaka stoi zatem wobec niełatwego problemu. Z jednej strony nie jest w stanie całkowicie odejść od legendy (która zapewne wyrosła z prawdy...) i w sumie wcale nie chciałby jej przeczyć, z drugiej zaś powinien zrobić wszystko, by oddzielić fakty od zapisów zachowanych w społecznej pamięci, niejednokrotnie opierającej się jedynie na zasłyszanych historiach, domysłach i plotkach. Dotyczy to szczególnie ostatniego okresu życia Janusza Korczaka.

Książka ta jest próbą odtworzenia ostatnich lat, miesięcy, tygodni, dni, a nawet godzin funkcjonowania Domu Sierot, a tym samym, przez wzgląd na tragiczny splot okoliczności, także losu prowadzącego tę instytucję Janusza Korczaka. Chciałabym pokazać, że te ostatnie wojenne lata były czasem niewyobrażalnie trudnym, ale przy tym twórczym i przez to niezmiernie ciekawym, czyli dokładnie takim, o jaki sam Korczak ponoć prosił Boga w młodości[2]. Zależy mi, by ten wyjątkowy okres istnienia sierocińca pokazać jako czas niezachwianego trwania zakładu, ciągłej pracy pedagogicznej i ustawicznego podejmowania prób zachowania placówki w stanie jak najmniej zmienionym w stosunku do przedwojennego. I mimo że Dom Sierot i Korczak są nierozdzielni, to, nie chcąc zubożyć ani pomniejszyć wielkości dzieła tego drugiego, chciałabym jednak ten pierwszy uczynić równie ważnym bohaterem mojej książki. Co więcej, wspominając Korczaka i prowadzoną przezeń placówkę, chcę pamiętać także o wszystkich innych wychowawcach i opiekunach dzieci, którzy w latach wojny zdecydowali, że będą ze swoimi podopiecznymi do końca. „Przecież ich nie zostawię”[3] – powiedziała Markowi Edelmanowi opiekująca się dziećmi Hendusia Himelfarb, gdy ten, już na Umschlagplatzu, zaproponował jej ratunek. Taka postawa była dla niej logiczną konsekwencją wyboru, którego dokonała wcześniej[4]. Zresztą nie tylko ona.

 

Ludzi tego pokroju było bowiem więcej. Sam Korczak w ostatnim tekście opublikowanym za swojego życia, w styczniu 1942 roku na łamach „Gazety Żydowskiej”, pisał wprost: „Dom Sierot nie był, nie jest, nie będzie Domem Sierot Korczaka. Za mały, za słaby, za biedny i za głupi na to, by dwie setki bez mała dzieci wybrać, ubrać, zgromadzić – wyżywić, ogrzać – otoczyć opieką i w życie wprowadzić... Tej wielkiej pracy dokonał wysiłek zbiorowy wielu setek ludzi dobrej woli i światłego zrozumienia sprawy dziecka... sieroty. Są wśród nich liczne piękne imiona, są liczni bezimienni... – ich praca, pomoc, rada, doświadczenie budowały materialnie i duchowo wartości tego warsztatu i bogatego przedsiębiorstwa”[5]. Myśląc o swoich współpracownikach, zakładał także obecność innych, sobie osobiście nieznanych, ale bliskich przez wzgląd na wierność swoim podopiecznym.

Pisząc o historii Domu Sierot w latach 1939−1942, nie da się uniknąć nawiązania do tradycji, z jakiej sierociniec wyrósł i z jaką wszedł w ten wojenny czas. Nie da się także pominąć kontekstu społecznego, w jakim istniał i rozwijał się. Losy tej instytucji przedstawiam zatem na tle wielkich wydarzeń: od powstania placówki jeszcze w czasie zaborów, poprzez Wielką Wojnę, twórcze lata dwudzieste oraz, niestety, kryzysowe trzydzieste, zwieńczone wybuchem kolejnej, tragicznej w skutkach wojny, która pociągnęła za sobą miliony cywilnych ofiar. To zakorzenienie w rzeczywistości dwudziestolecia jest dla mnie bardzo istotnym punktem odniesienia, a czas tuż przedwojenny staje się swoistym momentem wyjściowym, chwilą, w której, jak w lustrze, będą odbijać się późniejsze wydarzenia związane z Domem Sierot.

Oczywistym jest także, że nie da się uniknąć krótkiego naszkicowania postaci Janusza Korczaka oraz Stefanii Wilczyńskiej[6], którzy byli twórcami, wiernymi krzewicielami i propagatorami, nie tylko w Domu Sierot, nowoczesnej, personalistycznej idei wychowania dzieci. I to dzieci szczególnych pod wieloma względami. Korczak w jednym ze swoich przedwojennych tekstów dość gorzko podsumował los tych, którymi się zajmował. Pisał: „Czy dobrze być dzieckiem? Tak sobie. Nie bardzo. Nie wiem. Zapomniałem. Ale wiem, że gorzej być dzieckiem żydowskim. A jeszcze gorzej być dzieckiem żydowskim, biednym i osieroconym”[7]. Warto być może dodatkowo zastanowić się, jak to krzyżowe wykluczenie wyglądało w wojennych realiach, kiedy to określenie „Jude” było często jednoznaczne z wyrokiem śmierci.

Oryginalność Domu Sierot na tle zarówno żydowskich, jak i polskich sierocińców okresu międzywojennego była wyraźna. Po pierwsze, już w założeniach, powstał on jako autonomiczna republika dzieci, w której to one same miały wydatny wpływ na zasady funkcjonowania placówki. Po drugie, był to zakład koedukacyjny, w którym liczba dziewczynek i chłopców była niemal równa. Po trzecie, od samego początku pomyślany był jako dom, w którym każdy mieszkaniec miał swoje konkretne obowiązki do wypełnienia, ale także jasno określone osobiste prawa, dzięki którym mógł w miarę bezkolizyjnie funkcjonować w społeczności dziecięcej oraz czuć się tam bezpiecznie i pewnie.

Tekst książki został podzielony na kilka zasadniczych części. Pierwsza z nich dotyczy stanu, w jakim Dom Sierot wkroczył w drugą wojnę światową. Umownie, czysto operacyjnie, jest to dla mnie moment tuż przed 1 września 1939 roku. W tym fragmencie maksymalnie szczegółowo odtwarzam rytm pracy Domu Sierot oraz metody wychowawcze, jakie tam stosowano. Dalej koncentruję się na pierwszym roku wojny, to jest okresie, kiedy Dom Sierot, mimo okupacji, wciąż znajdował się w swojej macierzystej siedzibie: w budynku przy ulicy Krochmalnej 92[8]. Ten czas, niemożliwy do precyzyjnego wyznaczenia, ograniczony jest datą pierwszego września 1939 roku oraz mniej lub bardziej umowną datą przeprowadzki do getta warszawskiego, która dokonała się najprawdopodobniej pod koniec listopada 1940 roku. Kolejna część dotyczy pierwszego roku funkcjonowania placówki na terenie getta, wtedy już przy ulicy Chłodnej 33. Ten okres ograniczony jest datą zmiany granic getta warszawskiego i związanej z nią kolejnej przeprowadzki, w październiku 1941 roku. Czwarty wyraźnie wyodrębniony fragment dotyczy pobytu Domu Sierot przy ulicy Siennej 16/Śliskiej 9 oraz tragicznego wymarszu Korczaka, personelu i wszystkich mieszkańców tej placówki w pierwszych dniach sierpnia 1942 roku. Tam też znajduje się próba dokładnego odtworzenia – na podstawie świadectw i wspomnień – ostatniej drogi Korczaka, Wilczyńskiej, pozostałych pracowników i sierot na Umschlagplatz. Wszystko, o czym mowa wcześniej, prowadzi do tej sierpniowej daty.

Celem nadrzędnym, jaki sobie stawiam, jest maksymalnie rzetelna rekonstrukcja historyczna wojennych lat funkcjonowania sierocińca oraz pokazanie ponadczasowości zasad, na których oparte było jego działanie. W związku z tym opieram się na źródłach archiwalnych z okresu wojny, związanych z Domem Sierot, ale także na świadectwach z epoki i późniejszych wspomnieniach osób jakoś zaprzyjaźnionych z tą instytucją. Posługuję się także bardzo wczesnymi – jeszcze przedwojennymi – wspomnieniami wychowanków, którzy w trakcie pobytu w Domu Sierot pisywali do „Małego Przeglądu” o swoich doświadczeniach z sierocińca albo też z perspektywy czasu, tuż po wojnie, próbowali przypomnieć sobie zasady funkcjonowania tej instytucji. Korzystam również z innych dokumentów, głównie z materiałów pochodzących z getta warszawskiego, między innymi ocalałych źródeł administracyjnych, a także tych, którym dane było przetrwać w Archiwum Ringelbluma. Nieocenionym, choć być może nieco kontrowersyjnym, źródłem jest dla mnie również koncesjonowana przez Niemców „Gazeta Żydowska” wydawana od połowy 1940 roku dla mieszkańców gett Generalnego Gubernatorstwa. Pomimo swojego ewidentnie propagandowego charakteru, stanowi ona rezerwuar wiedzy dotyczącej życia codziennego Żydów pod okupacją[9]. Dla zbudowania kontekstu interpretacyjnego oraz zrozumienia ówczesnej rzeczywistości obserwowanej w skali mikro, posługuję się też wojennymi pismami Korczaka. Szczególnie cenny jest dla mnie jego Pamiętnik pisany od maja do pierwszych dni sierpnia 1942 roku, ale również inne teksty wówczas powstające[10], w tym materiały bezpośrednio dotyczące Domu Sierot, które nie wyszły spod pióra Korczaka. W nich – niejako komplementarnie wobec Pamiętnika – oddane są realia gettowej codzienności instytucji. Pisząc o źródłach, muszę także dodać, że poddaję je analizie krytycznej, czasem wyraźnie je falsyfikując, a czasem korzystam z nich jedynie celem skonstatowania, że na niektóre pytania nie da się dziś już niestety odpowiedzieć. Mimo że, paradoksalnie, pula materiałów z warszawskiego getta dotyczących Korczaka i prowadzonego przezeń Domu Sierot jest zaskakująco obfita, to konieczna jest szczególna pokora wobec ogromnych wyrw w dokumentacji. Uważam jednak, że nawet ustalenie, iż do pewnych informacji nie można już dotrzeć, ma także swoją wartość. Dobrze zadane pytanie, nawet jeśli pozostaje bez odpowiedzi, pozwala bowiem zwrócić uwagę na istotne elementy historii czy zagadnienia.

Bardzo kuszące, ale jednak niewykonalne, wydaje się zrekonstruowanie każdego wojennego dnia funkcjonowania Domu Sierot. Oprócz niekompletnej dokumentacji, dzisiejszemu historykowi czy socjologowi brakuje także zdolności wczucia się w tamtą, wojenną, a później także i gettową, rzeczywistość. Jako osoba chcąca tamten świat opisać, muszę już na wstępie pogodzić się z faktem, że nie wszystkie szczegóły życia będą mi znane, że nie uda mi się ustalić wszystkich personaliów i że nawet próba rekonstrukcji ostatniej drogi dzieci na Umschlagplatz pełna będzie niedomówień, białych plam i poważnych wątpliwości. To, co interesuje mnie jednak przede wszystkim, i co staram się pokazać, to ów nieomal niemożliwy do pojęcia upór trwania Domu Sierot oraz podejmowane przez jego pracowników i mieszkańców próby utrzymania go w niezmienionym kształcie mimo pogarszających się warunków. I to, że Dom Sierot był „domem pracy i szkołą życia” dla kilkuset dzieci. Do ostatnich chwil swojego istnienia.

Tekst ten, podobnie zresztą jak materiały źródłowe, na których się opieram, jest zatem z konieczności obciążony. Rekonstrukcja historyczna, która jest podstawą do dalszych rozważań, nieuchronnie będzie miała zatem charakter selektywnego studium, złożonego z nie zawsze pasujących do siebie elementów, połączonych ze sobą zgodnie z pomysłem i wizją piszącego. Ów odautorski komentarz wobec źródeł jest więc jeszcze jedną, dodatkową warstwą impregnującą i scalającą post factum od zewnątrz tę opowieść. Jest to próba monograficznego, acz wyraźnie autorskiego, ujęcia wojennej historii Domu Sierot i niejako podsumowania społecznej świadomości dotyczącej jego funkcjonowania. Za wszystkie niedopowiedzenia i subiektywne – być może – sądy ponoszę pełną odpowiedzialność. Wiem jednak, że prawdopodobnie nie uda mi się ich uniknąć, pisząc na temat tak ważny i bliski.

DOM ODZYSKANEGO DZIECIŃSTWA

Jak wyglądał Dom Sierot w przededniu drugiej wojny światowej? Warto o to zapytać, bowiem była to niewątpliwie chwila, kiedy instytucja mogła poszczycić się już ponad dwudziestopięcioletnią tradycją działalności i wieloma sukcesami pedagogicznymi na swoim koncie[11]. Obraz życia Domu Sierot w dniu 31 sierpnia 1939 roku jest dla mnie stanem wyjściowym, stanem maksymalnej dojrzałości organizacyjnej placówki, a tym samym swoistym kapitałem, z jakim jego mieszkańcy weszli w kolejną wojnę. Chciałabym się im przyjrzeć i spróbować niejako wniknąć do wnętrza sierocińca. W każdym kolejnym rozdziale będę odwoływała się do tej części, jako że to właśnie wtedy powstała większość, jeśli nie wszystkie, ważne zwyczaje i tradycje Domu Sierot.

Zdjęcie 1: Janusz Korczak w latach 30.

W odtwarzaniu działalności tej instytucji korzystam głównie ze wspomnień wychowanków, współpracowników, bursistów oraz przyjaciół Domu na Krochmalnej 92. W tym i w kolejnych rozdziałach posiłkuję się również dokumentami życia społecznego dotyczącymi funkcjonowania Domu Sierot. Pomocne dla mnie są także wczesne pisma Korczaka, w których jako wychowawca mówi o codzienności sierocińca, owych na pierwszy rzut oka niezauważalnych czy niedocenianych „szczelinach istnienia”[12], w których tętniło życie. Posługuję się też, dziś wciąż nie dość znaną, spuścizną Stefanii Wilczyńskiej[13] – najbliższej współpracowniczki Janusza Korczaka, która, mimo że być może mniej widoczna, stanowiła niewątpliwie podporę tej dziecięcej republiki.

W 1910 roku Towarzystwo „Pomoc dla Sierot”, które już od dwóch lat zajmowało się opieką nad biednymi i opuszczonymi dziećmi żydowskimi, podjęło decyzję wybudowania własnego domu. W dniu 12 maja 1910 roku zakupiono plac przy ówczesnej ulicy Krochmalnej 92 za kwotę 24 000 rubli. Powołano Komisję Budowlaną pod przewodnictwem doktora Izaaka Eliasberga. Był to bliski kolega i współpracownik Korczaka. Znali się jeszcze ze Szpitala Bersohnów i Baumanów, czyli miejsca, w którym Janusz Korczak w 1905 roku jako młody lekarz rozpoczął swoją karierę pediatryczną. Projekt budynku sierocińca powstał w wyniku konkursu. Autorem zwycięskiego planu był Henryk Stifelman, wówczas popularny architekt, autor wielu warszawskich kamienic i budynków użyteczności publicznej. Dobrany prawie idealnie, by wymyślić przestrzeń domową dla szczególnej społeczności dziecięcej. Kamień węgielny pod budynek przeznaczony dla ponad setki wychowanków, położono 14 czerwca 1911 roku, natomiast 7 października 1912 roku Janusz Korczak – wtedy już dyrektor Domu Sierot − i Stefania Wilczyńska, kierowniczka placówki i jednocześnie naczelna wychowawczyni − wprowadzili do nowego domu pierwszych wychowanków, czyli osiemdziesięcioro pięcioro dzieci żydowskich. Korczak i Wilczyńska pełnili swoje obowiązki zawodowe bez wynagrodzenia, a jako ekwiwalent za pracę otrzymywali wyżywienie oraz mieszkanie. I – zapewne – całkiem niematerialne, ale niewątpliwie bezcenne poczucie, że robią coś niezwykle ważnego dla tych, dla których los i ludzie dotychczas nie byli zbyt łaskawi.

Warto oddać głos Korczakowi, który po pierwszym roku pracy na Krochmalnej, w sprawozdaniu Towarzystwa „Pomoc dla Sierot” w następujący sposób opisywał historię sierocińca, zanim ten jeszcze wprowadził się do nowego lokum na Woli: „Rok 1908 – pierwszy rok działalności. Przytułek, mieszcząc się w wynajętym lokalu w Grodzisku, przygarnia czterdzieścioro dzieci. W kwietniu tegoż roku zarząd uchwala, by nie brać do przytułku pod żadnym pozorem ani jednego dziecka więcej. I już w maju, łamiąc swoją uchwałę, przyjmuje znów dwoje sierot. Życie obala postanowienia niezgodne z jego niezłomnymi wymaganiami. [...] Przytułek mieści się znów w Warszawie, ul. Franciszkańska numer 2. Do obszerniejszego lokalu można zapisać dziesięcioro nowych sierot, wzięto ich dwadzieścia czworo. Założono dwie filie, pierwsze dwa ogniska, gdzie pod opieką ubogich rodzin umieszczono czternaścioro dzieci. A Towarzystwo jest tak biedne, że na posiedzeniu z dnia 21 października zastanawia się, czy założyć telefon, czy przyjąć jeszcze jedno dziecko – sierotę pod opiekę. [...] Bez własnego domu dalszy rozwój instytucji jest niemożliwy. Dalszy rozwój jest konieczny, a prośby nowe napływają. Więc potrzeba dojrzała. I pierwszy już miesiąc styczeń roku 1910 przynosi ofiarę dziesięciu tysięcy rubli na budowę Domu Sierot. 14 I – pierwsza ofiara, 19 I – druga, 26 I – trzecia ofiara. 9 II – czwarta i piąta ofiara, 16 II – szósta ofiara itd. 25 IV 1910 – nadzwyczajne zebranie w sprawie kupna placu na ulicy Krochmalnej nr 92. 26 V 1911 – dzień zatwierdzenia planu Domu Sierot. 14 VI 1911 – założenie kamienia węgielnego. 7 X 1912 – dzieci spędziły pierwszy dzień w nowym gmachu”[14]. Marzenie stało się rzeczywistością.

 

Szlomo Nadel, mieszkaniec Krochmalnej 92 w latach 1927−1935, pisał, że Dom Sierot w latach międzywojennych wyróżniał się wśród warszawskiego krajobrazu i królował bielą na tle szarej robotniczej Woli[15]. Najbliższa okolica nie należała bowiem do najbardziej reprezentacyjnych. Trzeba też wiedzieć, że w zasadzie od początku istnienia Domu Sierot ani Korczak, ani żydowskie dzieci nie byli mile widziani przez mieszkańców dzielnicy. Wynikało to być może z faktu, że ulica Krochmalna była dość wyraźnie podzielona na dwie części: polską i żydowską. Część żydowska lokowała się po stronie wschodniej (niskie numery), część polska po stronie zachodniej (wysokie numery), bliżej Woli. O budynkach znajdujących się przy żydowskiej Krochmalnej wspominał noblista Izaak Bashevis Singer[16]. Ten, w którym mieszkał, czyli przy Krochmalnej 10, nie wyglądał najlepiej. Pisał o nim: „Od dłuższego czasu nasza rodzina rozważała ewentualność przeprowadzki z mieszkania przy Krochmalnej 10, gdzie używaliśmy lampy naftowej, ponieważ nie było gazu, i mieliśmy na podwórku wspólny wychodek ze wszystkimi lokatorami. Ten wychodek stanowił zmorę mojego dzieciństwa. Było tam zawsze ciemno i brudno. Wszędzie biegały myszy i szczury, nad głową i po podłodze. Wiele dzieci cierpiało też na obstrukcję i zaburzenia nerwowe”[17]. Z pewnością pod wieloma względami interesująca, nie była to jednakże najbardziej komfortowa przestrzeń do życia. I nawet ożywienie budowlane, które miało miejsce tuż przed wybuchem pierwszej wojny światowej, nie zmieniło zasadniczo wyglądu i charakteru ulicy. Krochmalna należała wciąż do najbardziej zaniedbanych ulic Śródmieścia; wiele starych, skrajnie przeludnionych kamienic znajdowało się w katastrofalnym stanie i zostało przeznaczonych do rozbiórki[18]. Mieszkańcy ulicy także nie zaliczali się do zamożnych, zwykle byli to drobni rzemieślnicy, robotnicy oraz... złodzieje. Zapożyczone z jidysz, a istniejące w polszczyźnie, słowa takie jak: dintojra, machlojka czy szaber mogły być tam w ciągłym, nie tylko werbalnym zresztą, użyciu.

Dom Sierot został pobudowany jednak w centrum polskiej części. Stella Eliasbergowa, czyli żona Izaaka Eliasberga, a przy tym aktywna działaczka Towarzystwa „Pomoc dla Sierot” wspominała po latach: „Ludność okoliczna na Krochmalnej odnosiła się na początku nieufnie i nawet niechętnie do nowo powstałego Domu Sierot. Jednakże dobra wola Doktora, jego takt, uczynność, łagodny uśmiech dla spotykanych na ulicy dzieci – przełamały lody. Niektórym dzieciom – sąsiadom wolno było bawić się na dziedzińcu Domu Sierot, w razie nagłej potrzeby [dzieci te] Doktor bezpłatnie odwiedzał i leczył”[19]. Bez różnicy wyznania.

Zdjęcie 2: Dom Sierot przy ul. Krochmalnej 92 przed wojną

To właśnie w tej okolicy znajdował się największy warszawski browar Haberbusch i Schiele, fabryka cukierków, fabryczka wyrobów tytoniowych, skład materiałów budowlanych, firma blacharska oraz oddział fabryki farb i lakierów oraz inne drobniejsze przedsiębiorstwa[20]. Niemniej, pomimo dość dobrze rozwiniętego przemysłu, ulica ta, szczególnie w swoim wschodnim odcinku (zaczynając od okolic Ciepłej), była ogniskiem skrajnej nędzy, nierządu i przestępczości, a poziom higieny należał do najbardziej alarmujących w Warszawie. Poetycko zaświadczył o tym Konstanty Ildefons Gałczyński, który o jednej z najbliższych Domowi Sierot ulic, czyli o Towarowej, pisał, że ta „mgłami i alkoholem [...] rośnie i boli”[21]. Można zakładać, że okoliczne ciemne zaułki bolały podobnie.

W pobliżu ulicy Krochmalnej znajdował się także słynny bazar, zwany Kercelakiem, który zresztą bardzo często pojawia się we wspomnieniach wychowanków Domu Sierot[22]. Było to miejsce po wielokroć magiczne, kolorowe i pełne różnych, wprost niestworzonych rzeczy, które zdobyć łatwo było tylko tutaj. Kercelak był nieomal miasteczkiem, stragany były domami, a przejścia między nimi wyglądały jak labirynt, w którym można było się pogubić[23]. Można tam było posłuchać również charakterystycznej wolskiej gwary, którą posługiwała się tamtejsza ferajna, czy też – czego chyba nikt szczególnie sobie nie życzył – spotkać cieszącego się nie najlepszą sławą Tatę Tasiemkę, czyli chyba najsłynniejszego wolskiego gangstera, który wraz ze swoimi poplecznikami trudnił się wyłudzeniami. Wychowankowie Domu Sierot, głównie chłopcy, bywali tam często, kupowali jakieś drobiazgi, oglądali gołębie i farbowane wróble udające kanarki.

Czas przejść do Domu Sierot i jego najbliższego otoczenia. Budynek ten przetrwał wojenną pożogę i dziś (otoczony w większości blokami mieszkalnymi) przypomina przechodniom o dawnych czasach. Wspominała je Ida Merżan, jedna z młodych wychowawczyń pracujących tam w latach międzywojnia: „Na teren Domu Sierot wchodziło się od ulicy Krochmalnej. Na żelaznej bramie widniał numer 92. Nie pamiętam, czy szyld «Dom Sierot» wisiał na bramie, czy też na głównym budynku, na wprost bramy”[24]. Wzdłuż parkanu rosły bzy i drzewa. Tuż przy bramie, po lewej stronie stojąc twarzą do budynku, stał domek służbowy, w którym mieszkali niektórzy pracownicy Domu Sierot. Obok niego znajdował się gołębnik z niewielką królikarnią[25]. Tuż za wejściową bramą rozpościerało się frontowe, południowe podwórko, bardzo duże, w dni pogodne zalane słońcem. Dzieci grały tu w siatkówkę, dwa ognie, skakały na skakance, a także jeździły rowerami. Z lewej strony podwórko odgrodzone było od istniejącej tam od 1856 roku, znanej w całej Polsce, Fabryki Wyrobów Platerowanych Hennebergów, w której wyrabiano nakrycia stołowe srebrzone oraz niesrebrzone, niklowe, tak zwane alpakowe[26]. Fabryka ta mieściła się pod adresem Wolska 17, zaś bezpośrednio z działką Domu Sierot sąsiadował ogród, który znajdował się na jej tyłach. Blisko domu, przy głównym wejściu, pod rozgałęzionym drzewem stała ławeczka, na której lubił odpoczywać Korczak, prawie zawsze otoczony chmarą rozgadanych dzieci. Nieopodal Krochmalnej 92, przy ulicy Karolkowej 49, we wczesnych latach trzydziestych wybudowano także rzymskokatolicki kościół parafialny. Wzdłuż przeciwległej, wschodniej strony Domu Sierot, ciągnął się mur odgradzający dziedziniec od posesji Krochmalna 90 (znajdowało się tam niezbyt atrakcyjne „pijackie podwórko”[27]), tworząc długi korytarz – tam stały śmietniki[28]. Posesja mieszcząca się pod numerem 90, co wspominał po wojnie Michał Wróblewski, bursista i wychowawca z Domu Sierot mieszkający tu w latach trzydziestych, była siedliskiem niezbyt przyjaźnie nastawionej młodzieży, która co jakiś czas obrzucała przednie podwórko Domu Sierot kamieniami. Można by rzec: „niezła granda”, gdyby chcieć podsumować to działanie językiem tamtego miejsca i czasu. Z drugiej jednak strony, mieszkało tam także polskie małżeństwo dozorców, które zawsze oddawało żydowskim dzieciom piłki, przypadkiem przerzucone na drugą stronę muru[29]. W rogu podwórza posesji Domu Sierot stała budko-chatka, zbudowana przez chłopców ze starych desek i służąca do zabawy w ciepłe letnie dni[30]. Bliżej ulicy Wolskiej, przy północnej ścianie budynku znajdowało się jeszcze jedno podwórko, dużo mniejsze od frontowego i mniej komfortowe. Tam dzieci miały swoje grządki.

Dom Sierot wyróżniał się na tle fabrycznej Woli. Zbudowany w latach 1911−1912 był, jak na ówczesne czasy, bardzo nowoczesny i reprezentacyjny. Nieco oddalony od samej ulicy, sprawiał wrażenie bezpiecznej enklawy zanurzonej wśród drzew. W sam raz dla nieco ponad setki dzieci, którym chciano zapewnić przestrzeń tak do życia, jak i zabawy. Blisko Domu Sierot znajdowało się kilka innych instytucji opiekuńczych, takich jak chociażby Szpital imienia Karola i Marii przy ulicy Leszno 136, czy też żydowski Dom Schronienia Ubogich, Sierot i Starców Starozakonnych mieszczący się przy Wolskiej 18, z którym to w latach drugiej wojny losy Korczaka boleśnie się splotły.

Zdjęcie 3: Janusz Korczak, Stefania Wilczyńska i Izaak Eliasberg w otoczeniu dzieci z Domu Sierot, 1923

Zajrzyjmy teraz do przedwojennego Domu Sierot i spróbujmy przyjrzeć się układowi pomieszczeń. Budynek miał cztery kondygnacje, a ich rozmieszczenie i funkcja nie były przypadkowe. Do gmachu wchodziło się przez frontowe drzwi, które wychodziły na klatkę schodową. Prowadziła ona w dół do sutereny oraz na wysoki parter, wprost do sali rekreacyjnej. W suterenie, w specjalnie izolowanych od wilgoci pomieszczeniach[31], po prawej stronie drzwi tuż za schodami, znajdowała się obszerna kuchnia ze zmywalnią, wyłożona glazurą. Stały w niej małe stołki dla dyżurujących dzieci. Z kuchni wchodziło się do magazynu z produktami żywnościowymi. Naprzeciwko kuchni mieściły się pralnia oraz kotłownia centralnego ogrzewania. Ze względów bezpieczeństwa malcy nie mieli tu wstępu. Bywali tam tylko starsi wychowankowie – dyżurni kuchni i pralni. Po lewej stronie drzwi znajdowały się pomieszczenia przeznaczone dla dzieci: szatnia, rozbieralnia oraz pokój kąpielowy. W pokoju kąpielowym, jak czytamy w jednym z artykułów na temat Domu Sierot, który ukazał się w „Małym Przeglądzie” w 1933 roku, „znajdowało się sześć białych porcelanowych wanien oraz sześć pryszniców”[32]. Jak na owe czasy? Absolutny luksus.