Gdy zakwitną poziomki

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Gdy zakwitną poziomki
Gdy zakwitną poziomki
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 44,98  35,98 
Gdy zakwitną poziomki
Gdy zakwitną poziomki
Audiobook
Czyta Joanna Derengowska
24,99  17,99 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Agnieszka Walczak-Chojecka

Gdy zakwitną poziomki

Saga

Gdy zakwitną poziomki

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

Copyright © 2014, 2021 Agnieszka Walczak-Chojecka i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788726806267

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

www.sagaegmont.com

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Najdroższej córeczce Gabrysi

Rozdział 1

Kwiecień 2012

Ostry ból w podbrzuszu wyrywa mnie ze snu.

– Nie, proszę, tylko nie to...

Po chwili jest jakby lepiej, a może tylko mi się zdaje... Kolejny skurcz nie pozostawia złudzeń. Mój stłumiony jęk budzi Filipa. Zapala nocną lampkę.

– Kochanie, źle się czujesz? – Patrzy na mnie nieprzytomnym wzrokiem.

Dopiero w świetle widzę czerwoną plamę na prześcieradle. Filip natychmiast trzeźwieje.

– O, cholera! – Teraz i on rozumie, co się dzieje.

Wyskakuje z łóżka i drżącymi rękami naciąga spodnie. Modne rurki oplątują mu się wokół kostek. Klnie, próbując się z nich uwolnić. Gdyby nie ten ból, pewnie wydałoby mi się to śmieszne.

Po dwudziestu minutach jesteśmy na izbie przyjęć jednego z warszawskich szpitali. Odpowiadam na jakieś pytania, coś podpisuję i już mnie gdzieś wiozą. Filip, blady jak kreda, puszcza moją rękę, niestety musi zostać za szklanymi drzwiami. Wszystko dzieje się tak szybko, że nie nadążam za własnym ciałem i akcją, która się wokół niego toczy. Mam poczucie, jakbym stała obok i w zupełnym bezruchu przyglądała się wysokiemu doktorowi z pociągłą twarzą i jego grubej, energicznej przybocznej w białym kitlu. Wiem, że próbują mi pomóc, słyszę jak bezbarwnym tonem wymieniają uwagi, ale docierają do mnie tylko pojedyncze słowa, niczym z zaświatów. Przymykam oczy. Jestem winna, to prawda, bo kiedyś nie pragnęłam dzieci, ale to było dawno. Nie żebym w ogóle ich nie planowała, jednak... miałam tyle czasu...

Gdy byłam nastolatką przerażała mnie myśl, że mogłabym przedwcześnie zajść w ciążę. Właściwie nie było ku temu sposobności, bo moje doświadczenia ograniczały się do pocałunków z języczkiem i drobnych macanek, ale pewnie ten strach zrodził się we mnie dlatego, że jedna z koleżanek została mamą, mając zaledwie szesnaście lat. Nie mogłam uwierzyć, że poszła na całość, wtedy gdy ja pierwszy raz dałam chłopakowi dotknąć krągłości chowanych w niewielkim staniku. To było w liceum, w prehistorycznych czasach, jednak jej wpadka na długo utknęła w mojej głowie.

W kolejnych latach było trochę lekcji anatomii i kilku mężczyzn, lecz żaden z nich nie zagościł w moim sercu i łóżku wystarczająco długo, bym mogła go sobie wyobrazić jako ojca mego dziecka. A potem, kiedy już byłam z Filipem... któregoś dnia, sama nie wiem dlaczego, zaczęłam zerkać na maluchy w wózkach. Nagle poczułam bliżej nieokreśloną tęsknotę, potrzebę podzielenia się czułością, jaka wzbierała we mnie od dawna i nie znajdywała ujścia. To było jak objawienie. Instynkt macierzyński wybuchł we mnie z niezwykłą siłą, zawładnął całą mną. Był jednak pewien problem – zbliżałam się do czterdziestki.

No, ale w dzisiejszych czasach późne macierzyństwo to prawie standard! Media wbijają nam do głowy, że zajście w ciążę to niemal jak połknięcie pastylki. Z okładek kobiecych pism uśmiechają się mocno dojrzałe celebrytki, ściskające w objęciach dopiero co narodzone kruszynki. Wszystko jest proste, wszystko jest kolorowe! Jeśli tak, to dlaczego ściany tej szpitalnej sali są tak bezwzględnie szare? I brudne?

Nagle, czuję, że dzieje się coś złego, wytężam wszystkie siły, by temu zapobiec, lecz... Drętwieję, bo wypływa ze mnie życie. Pielęgniarka z niewzruszoną miną odstawia na bok stalową „nerkę”. To koniec. Kobieta zdecydowanym krokiem podąża w stronę drzwi, unosząc wraz z nią resztki mojej nadziei.

Nawet nie spytała, czy chcę się pożegnać... Zresztą i tak nie wiem, czybym umiała, nie teraz. Nadal nie czuję ziemskiej grawitacji, bo przecież tam, na łóżku to nie mogę być ja. To wszystko nieprawda! To jakiś koszmar, z którego za chwilę się obudzę. Dzieje się jednak dokładnie odwrotnie, pod wpływem środków, które mi zaaplikowano, zapadam w sen jak w wielką czarną dziurę.

Mam w sobie trzy ogromne jaja, prawdziwe kokony. Są otoczone lepką przezroczystą błoną. Noszę w sobie obcych, jak w filmie Ósmy pasażer Nostromo. Przerażające. Jednak nie chcę ich stracić. Gdy się budzę, trzymam rękę na brzuchu. Jest ciepły i pusty.

Jaki to dzień? Poniedziałek, wtorek? Nie pamiętam dokładnej daty, wiem tylko, że początek kwietnia. Rok 2012. Przez ostatni miesiąc cieszyłam się, bo zrobiło się cieplej, drzewa zaczęły okrywać się zielenią. Zaczęło inaczej pachnieć i warszawiacy stali się jacyś pogodniejsi. Telewizyjne gadające głowy w politycznych programach, które Filip lubi oglądać, wydzielały mniej agresji. Cały świat jakby złagodniał, przynajmniej tak to widziałam, bo miałam w sobie skarb i byłam dumna. To miała być moja wiosna! Miała być...

– Co zrobili z moim maleństwem? Jeszcze go prawie nie było... – Próbuję się pocieszać. – Szósty tydzień. To mniej niż ziarenko... – Wielka łza zwilża mój policzek.

– Pani Karolino, jak tam samopoczucie? – Wysoki lekarz pojawia się przy moim łóżku. Jak w ogóle można zadać tak durne pytanie? – zastanawiam się w duchu. – Wiem, wiem. Teraz nie jest łatwo, ale wróci pani do domu i od razu będzie lepiej. Następnym razem się uda.

– Ale dlaczego? Dlaczego to się stało? – Z wyczekiwaniem wpatruję się w jego obojętną twarz.

– Proszę przyjść do mnie w przyszłym tygodniu. Zrobimy kilka badań i może to nam coś wyjaśni.

Głośno wzdycham, lecz pan doktor nie zwraca już na mnie uwagi. Uśmiecha się do młodej dziewczyny z łóżka obok. Czuję się porzucona. Tak bym chciała zrozumieć... Tak bardzo pragnę, by to był tylko sen. Zamykam oczy, lecz gdy je znów otwieram, szpitalny pokój zdaje mi się jeszcze okrutniej realny. Odczuwam rozczarowanie. Pęcznieje we mnie i wypełnia całą salę zionącą sterylną bielą.

Przecież naprawdę o siebie dbałam. Wychodziłam z agencji o piątej. Nie brałam pracy do domu, by nie ślęczeć wieczorami przed komputerem. Alina jako szefowa nie była zachwycona nagłym spadkiem pracoholizmu u swojej głównej graficzki, ale jako kobieta rozumiała mnie dobrze. No cóż, teraz będę mogła wszystko nadrobić.

Wtulam głowę w poduszkę, zakrywam twarz kołdrą. Nie chcę, by moja sąsiadka słyszała, jak szlocham.

W takiej pozycji spędzam większość dnia, aż do siedemnastej, gdy przychodzi Filip, by zabrać mnie do domu. Jego widok na chwilę pomaga mi się wyrwać z odrętwienia, ale tylko na chwilę. Noga za nogą zmierzam w stronę wyjścia, w stronę życia. Niebo na dworze jest wciąż błękitne, choć to już prawie wieczór, nie ma na nim żadnej chmury, jakby na przekór wszystkiemu dawało mi znaki, że jeszcze będzie dobrze. Filip jedną ręką trzyma kierownicę volvo, drugą głaszcze mnie po włosach. Jest czuły jak zwykle. Nic nie mówimy. Co tu mówić? Na drzewach na naszej ulicy widać małe pączki. Nie wiem, czy dam radę jeszcze raz próbować.

– Przygotuję ci kąpiel z dużą ilością piany, a potem obejrzymy jakiś dobry film. Co ty na to? – Głos Filipa brzmi prawie beztrosko. Tak się stara, kochany.

– Jak chcesz – mamroczę pod nosem.

Leżę w wannie i wydaję się sobie stara. Mam trzydzieści osiem lat. Może już jest za późno? Przegapiłam właściwy moment. Wszystko spieprzyłam. Zanurzam się cała pod wodę. Zostać tu...?

– Karola, wszystko dobrze? – Filipa niepokoi brak odgłosów dochodzących z łazienki.

– W porządku! – odkrzykuję niechętnie. Po co ma się martwić? Mój chłopak ma w sobie ciepło rzadkie u przystojnych facetów. Poznaliśmy się sześć lat temu na imprezie zorganizowanej przez studio graficzne, w którym pracuję. Julka, koleżanka z pokoju, robiła projekty dla jego firmy. Strasznie jej się podobał, gadała o nim jak nakręcona. Miała nadzieję, że z tej imprezy wyjdą razem. Na błyszczącą miniówkę wydała chyba z pół pensji. Twierdziła, że Filip ma klasę, więc kiecka musi być z najlepszego butiku. Zrobiła paznokcie, odlotową fryzurę, wyglądała naprawdę świetnie. Facetom się oczy świeciły. A Filip pod koniec imprezy poprosił o telefon... mnie.

Julka nie chciała ze mną gadać przez dwa tygodnie. Jakbym specjalnie sprzątnęła jej faceta sprzed nosa. A ja? Nawet nie planowałam iść na tę imprezę. Byłam w podłym nastroju, bo niedawno rozstałam się z chłopakiem i gdyby nie szefowa, która kazała nam wszystkim ładnie się uśmiechać do klientów, wcale by mnie tam nie było. Do tego wyglądałam okropnie – oczy podkrążone, włosy trzy dni niemyte. Pracowałam nad ważnym zleceniem i prawie nie wychodziłam z biura. Więc kiedy Filip zadzwonił do mnie następnego dnia, mocno się zdziwiłam. Byłam pewna, że chodzi o jakąś służbową sprawę, a on... zaproponował teatr. Kulturalny – pomyślałam. Wypad do teatru to nie randka, zwykłe spotkanie znajomych, zgodziłam się. Zawsze miał wyczucie. Jeśli zaprosiłby mnie wtedy na kawę, pewnie bym odmówiła. Nie byłam jeszcze gotowa. To cała ja, nigdy nie jestem gotowa, kiedy nadchodzi właściwy moment.

Po nocy spędzonej w szpitalu czuję się wykończona, więc kładę się wcześniej i wtulam w mojego mężczyznę. Co by było, jakbym spotkała innego faceta? Może tamten chciałby mieć dzieci i by na mnie napierał? I może nie miałby takich zimnych nóg i... by nie chrapał? Pewnie to znów ten zatkany nos. Cmokam głośno kilka razy, ale nie pomaga. Mogłabym go szturchnąć, jednak nie chcę, by się zbudził. Wiem, że ma w pracy urwanie głowy. Mój pan architekt!

 

Jest taki napalony, jak gada o robocie. Czasem myślę, że bardziej niż gdy jest ze mną w łóżku. Kiedyś było inaczej. Tylko że wtedy nie musieliśmy na komendę wskakiwać na siebie w płodne dni.

Co prawda w naszym związku nie zawsze kipiała namiętność. Na samym początku Filip był raczej stonowany, wysyłał mi sprzeczne sygnały. Dzwonił codziennie, umawiał się ze mną, lecz jednocześnie zachowywał się tak, jakby w upalny dzień zamiast wskoczyć na główkę do morza, wchodził do niego po kamykach, ostrożnie, rozglądając się, czy nie ma gdzieś rekina. A przecież to ja się sparzyłam na partnerach. Zawsze miałam niezwykłą zdolność wybierania niewłaściwych facetów. Filip był pierwszy, który dobrze rokował. Nic więc dziwnego, że moje serce wyraźnie przyspieszało, gdy na wyświetlaczu telefonu pojawiało się jego imię. Kończyliśmy rozmowę, a ja już za nim tęskniłam. Potrafiłam co minutę sprawdzać, czy w komórce nie pojawiła się nowa wiadomość. Nocami pisałam do niego maile, ale żadnego nie wysłałam.

I wtedy Filip zaprosił mnie na weekend do Katowic. Szary Śląsk wydał mi się dziwnym miejscem na romantyczną randkę, jednak zgodziłam się bez wahania. Tym razem zamiast w teatrze wylądowaliśmy w nieco obdrapanym klubie pełnym papierosowego dymu. Grała Kobranocka – ulubiona kapela Filipa z dawnych lat. Zaskoczyło mnie, że potrafi być sentymentalny. Przy piosence Kocham cię jak Irlandię mocno ściskał mnie za rękę. Wydawało mi się, że się wzruszył. Ja wzruszyłam się jeszcze bardziej, gdy tamtego wieczoru w trzygwiazdkowym hoteliku ciało Filipa przywarło do moich niezbyt idealnych kształtów. Teraz też chcę, by mnie przytulił. Czuję, że zbliża się sen i że nie będzie dobry.

Rano budzi mnie telefon.

– Moja droga, tak mi przykro. – Głos matki dobiega z daleka.

Filip już jej powiedział. A miałam plan, by udawać, że nic się nie stało. Może znów zaszłabym w ciążę i mama by się nie połapała w datach? Teraz będzie próbowała pokazać, jak bardzo mi współczuje.

– Dziecko, musisz dbać o siebie. Tyle razy mówiłam, że za dużo pracujesz. Mam nadzieję, że posiedzisz trochę w domu na zwolnieniu. – Dobiera właściwe słowa, lecz jej ton jest suchy. – Może byś do mnie przyjechała? Wiosna w Kazimierzu jest taka piękna.

– Mamo, na razie nie mam ochoty na żadne wyjazdy. Właściwie na nic nie mam.

– Tak właśnie myślałam. Nie możesz popaść w marazm. Trzeba wziąć się w garść i próbować, próbować!

– Nie mów do mnie, jakbym była maratończykiem, który musi dobiec do mety. – Zaczynam się wkurzać. Nie lubię tych motywacyjnych gadek.

– Nie denerwuj się, córka. Jak nie chcesz przyjechać, to nie, twoja sprawa.

Obiecuję, że jeszcze się zastanowię i kończę rozmowę. Już po chwili mam wyrzuty sumienia, że nie byłam dla niej miła, chociaż ona się stara. W końcu ma mnie tylko jedną. Kiedyś była jeszcze siostra... Kiedyś... No i mama miała męża.

Mój ojciec, znany rysownik komiksów, zawsze był trochę... inny, bardziej szalony od wszystkich znanych mi rodziców. Aż dziwne, że przez tyle lat dobrze funkcjonował w związku z mocno stąpającą po ziemi matką. Uzupełniali się doskonale, przynajmniej tak mi się wydawało. Wszystko zmieniło się, jak odeszła Ola, moja siostra... Rozpacz, niczym niewidzialny kornik, zniszczyła nasz rodzinny organizm. Każdy z nas zasklepił się w swoim własnym smutku, nawet nie próbowaliśmy sobie nawzajem pomóc...

Ola była młodsza ode mnie o dwa lata. Przy porodzie poszło coś nie tak i skutków niedotlenienia nie dało się odwrócić. Szybko stało się jasne, że jest opóźniona. Pamiętam, że nie chciała się ze mną bawić klockami, a z najprostszych puzzli nie potrafiła nic ułożyć. Stopniowo miała coraz większe problemy z chodzeniem. Potem doszły napady padaczkowe, zaburzenia widzenia... Kochałam małolatę, ale jednocześnie miałam do niej żal, że odebrała mi całą uwagę rodziców.

Tata woził Olę na konie, a ja musiałam jej towarzyszyć, choć bałam się dużych zwierząt. Nienawidziłam tych chwil w stajni. Modliłam się, by ojciec w końcu przejrzał na oczy, że te konie i tak mojej siostrze nic nie dają, brak poprawy, wielkie nic! Miała dziewięć lat, gdy nastąpiło nagłe pogorszenie. Wtedy już jeździła tylko na wózku i nic nie słyszała. Pewnej nocy obudził mnie sygnał karetki. Rano dom był strasznie cichy. Na stole znalazłam kartkę od rodziców, którzy byli właśnie z Olą w szpitalu. Nie zdążyłam się z nią nawet pożegnać. Zupełnie jak teraz... Tak strasznie trudno iść dalej bez pożegnania. Tylko kto to zrozumie, może ojciec...? Z nim jednym łączyła mnie zawsze szczególna więź, ale... dawno z nim nie rozmawiałam. Odkąd ożenił się z dziewczyną młodszą ode mnie, nasze kontakty mocno się rozluźniły. Mam obawy, że symbioza finansowo-łóżkowa nie wyjdzie mu na dobre. Piękna Kinga jest jak pijawka, wysysa z niego soki. Sączy je powolutku, po kropelce, po złotóweczce... Jednak może się mylę? Może to prawdziwa miłość? W końcu chyba nigdy nie widziałam taty tak zachłyśniętego życiem jak w dniu, w którym Kinga przyjęła jego oświadczyny.

A mama? Znów czuję wyrzuty sumienia, jakbym to ja ją opuściła. Ona jest sama i zgorzkniała. Ja też mogę tak skończyć, jeśli nie wezmę się w garść. Muszę zapomnieć o kropeczce, która nie była gotowa, by we mnie na dobre zamieszkać. Wiem, że muszę, ale...

Gdy po tygodniu znów wchodzę do szaroburego budynku szpitala, mam nadzieję, że mój lekarz pomoże mi zrozumieć, co ze mną jest nie tak. Odstaję swoje w długiej kolejce do rejestracji, w końcu skrzywiona panienka wydaje mi kartę zdrowia niczym kupon na złoty los na loterii i już mogę udać się do kolejnej kolejki pod gabinet w przyszpitalnej przychodni. Siadam na twardym krzesełku i wpatruję się w swoje krótkie, niezbyt zgrabnie opiłowane paznokcie. Wolę patrzeć na nie niż na kobiety z pokaźnymi brzuchami, których cała grupka zgromadziła się w wąskim holu. Widok ich zadowolonych twarzy sprawia, że czuję nieprzyjemne ukłucie w dołku. Chwilowo nic na to nie poradzę.

– A pani ma nudności? – szczebiocze jedna do drugiej. – Bo ja wcale. Czuję się lepiej niż przed ciążą! Mam tyle energii, jak ten króliczek z reklamy baterii Duracell! Wie pani który?

– Ja zwracałam tylko kilka razy, ale za to męczą mnie zaparcia – wyznaje bez skrępowania panna w błękitnej sukience opiętej na szerokich biodrach.

– To wszystko nic, dziewczyny – wtrąca swoje trzy grosze inna przyszła matka, blondynka z natapirowaną grzywką, wyraźnie starsza i bardziej doświadczona niż dwie pierwsze. – Gdy ja byłam w ciąży z Franiem, czyli z moim pierworodnym, to miałam nogi jak dwa balony. Toczyłam się na nich, jakbym pijana była. A w nocy skurcze mnie łapały, jakby kto do prądu mnie podłączył. – Wzdryga się cała i próbuje zilustrować swoje doznania.

Wszystkie trzy parskają śmiechem.

– A pani, złociutka? – zwraca się blondynka do mnie. – U pani to chyba pierwszy trymestr – stwierdza ze znawstwem, przyglądając się mojej figurze. – Ma pani zachcianki na kwaśne czy na słodkie?

Robię głupią minę, otwieram usta, ale na szczęście słyszę swoje nazwisko. Pulchna pielęgniarka wystawia głowę z gabinetu i wykrzykuje je tubalnym głosem na cały korytarz. Nawet nie wie, że ratuje mnie z opresji. Co bym miała powiedzieć? Że nie mam żadnych zachcianek, bo nic nie mam, jestem pusta? A może, że właśnie mam – jedną wielką, która z jakiegoś powodu nie chce się ziścić? Na szczęście nie muszę odpowiadać, bąkam tylko pod nosem „To moja kolej” i szybko przeciskam się między postawną siostrą a framugą drzwi do małego pomieszczenia, gdzie urzęduje wysoki mężczyzna w białym kitlu i drewnianych chodakach. Chodaki...? To nietypowe obuwie zwróciło moją uwagę już tydzień temu. Zapamiętałam klapiący pogłos drewniaków o szpitalne kafle, gdy lekarz w pamiętną noc krzątał się przy moim łóżku. Ten odgłos chyba na zawsze kojarzyć mi się będzie z rozczarowaniem.

W ogóle jakoś tak mam, że buty wywołują we mnie różne skojarzenia. Na przykład w kościele. Nie żebym była specjalnie religijna, ale święta bez odwiedzenia smukłej budowli z czerwonej cegły z pięknym ołtarzem, do której mam kilka kroków, byłyby jakieś niepełne. Więc tak siedzę sobie niedawno w kościelnej ławie i przyglądam się ludziom, co ze złożonymi na piersiach rękami do komunii idą, a właściwie ich nogom. I co mnie zdziwiło? Wszystkie buty, choć bardzo różne, bo i kozaczki, i pantofle, i trzewiki na koturnach, i męskie lakierki, i zamszaki tam były, otóż wszystkie one miały wspólną cechę. Nieważne, że niektóre pochodziły z wytwornej Baty czy Venezii, a inne ze zwykłego CCC lub Deichmanna, wszystkie, mimo że świeciły czystością, miały pewną rysę. Widać było, że niejedno już przeszły, tak jak ich właściciele. Te noski okrągłe i te szpiczaste, lekko skrzywione obcasy i zdarte podeszwy były w tylu miejscach! Tyle doświadczyły! I nagle poczułam moc historii tupiących przez kościelną nawę! Mówi się czasem, że psy upodabniają się do swoich panów, a ja myślę, że tak jest przede wszystkim z butami, bo to one nawet w trumnie nam towarzyszą.

Stwierdziłam, że muszę kupić sobie kalosze. Jak będę miała takie gumowe buty, prawdziwie nieprzemakalne, to może łatwiej przez życie przejdę, może staną się moim pancerzem i nie będę się tak wszystkim przejmować? Głupie myśli, ale łapię się każdej nadziei. Teraz jednak przejmuję się bardzo, bo mój doktor, obuty w chodaki, nic nie mówi. Wpatruje się w ekran komputera i zapisuje coś na małej kartce.

– I co pan tam widzi? – Próbuję zwrócić na siebie jego uwagę.

– Ma pani w drogach rodnych bakterie. To może być niebezpieczne dla płodu. Musimy się ich pozbyć.

– Czy to mogła być przyczyna poronienia?

– Mogła – odpowiada beznamiętnie.

– Bakterie są groźne? – Rozpaczliwie chcę, by na mnie spojrzał. On jednak nadal nie odrywa wzroku od ekranu komputera.

– Groźne. Mogą powodować dolegliwości, upławy, zapalenia, przemieścić się w górę organizmu. Może nastąpić zakażenie całej miednicy, a w najgorszym wypadku sepsa. Mam jeszcze wymieniać?

– Wystarczy.

Doktor S. podaje mi receptę. Nic nie tłumaczy.

Wyciągam rękę po długopis, chcę coś zanotować. Lekarz cofa dłoń jak dziecko, które nie chce oddać zabawki. Śmieszna, niezręczna sytuacja.

– Nie może pani pisać na recepcie! – Oburza się.

– Przecież nie miałam takiego zamiaru – tłumaczę się niczym uczennica.

Szura nogami pod stołem, znów to klapanie chodaków! Jakby chciał wstać, pójść do innej piaskownicy. A może to znak, że wizyta skończona? Nie ma mi nic więcej do powiedzenia, zrobił swoje. Doktor S. ma renomę świetnego położnika, ja jednak do niego nie wrócę. Chcę, by mój lekarz ze mną rozmawiał.

Przede mną miesiąc zabijania bakterii. A potem... znajdę innego doktora, w normalnych butach, i może znów spróbuję?

Wychodzę ze szpitala na zalaną słońcem ulicę, na której pachnie wiosną. Jestem prawie radosna, bo wiem, co mam robić.

Podchodzę do miejsca, w którym porzuciłam samochód, spiesząc się do lekarza i... staję jak wryta. Zostawiłam go właśnie tutaj, jestem absolutnie pewna. Jednak teraz zamiast mojej wysłużonej alfy przy krawężniku stoi srebrny nissan. Do diabła! Gdzie jest moje auto? Idę jeszcze kawałek ulicą. Może jednak zaparkowałam nieco dalej? Ale nie. Stawałam przy tamtych słupkach. Nawet bałam się, żeby nie obetrzeć wozu. W końcu do mnie dociera: ktoś mi podpieprzył samochód! Kręcą mi się łzy w oczach. Dzwonię do Filipa i łamanym głosem mówię, co się stało.

– Ubezpieczyłaś go, tak jak cię prosiłem, prawda? – dopytuje.

– No właśnie miałam to dzisiaj załatwić... – wyznaję już całkiem rozbita.

– Karolina! Czy ty jesteś dzieckiem? Jak mogłaś tego nie dopilnować?

Kręcę głową i nie bardzo wiem, co dalej mówi. Wzbiera we mnie żal, o wszystko. Znów słyszę tupot chodaków, jest głośny, cholernie głośny. To bije moje zranione serce. Po chwili ktoś stuka mnie w ramię.

– Szuka pani auta?

– Tak... – Patrzę ze zdziwieniem na starszego pana w ochronnym kasku i roboczym kombinezonie. Dopiero teraz spostrzegam, że jest tu budowa. Mężczyzna stoi w rozkroku, podpiera się pod boki i się do mnie uśmiecha.

– Takie czerwone? – pyta.

Kiwam głową.

– No, to właśnie odjechało.

– Jak to odjechało? – Nadal jestem w szoku.

– Straż miejska go wywiozła. Tu nie można parkować. – Wskazuje na znak, który jak wół stoi przy ulicy.

– Ach! To dobrze. – Jestem uradowana nieoczekiwanym obrotem sprawy.

 

– Dobrze? – Dziwi się. – Wybuli pani z osiem stówek.

– Ile?! – Nie mogę uwierzyć własnym uszom.

– Wiem, co mówię. Oni tu codziennie mają plony. A ja każdego informuję, gdzie dzwonić. – Przymyka oczy z zadowolenia jak kot, który dostał właśnie ochłap mięsa.

Nie wiem, czy dziękować mu za życzliwość, czy raczej podejrzewać, że może być zamieszany w ten proceder. Jest coś dziwnego w spojrzeniu jego szarych oczu. Mój żal przeradza się w złość. Przecież na tej ulicy stoi cały sznur samochodów! Dlaczego zabrali właśnie mój?!

Resztę dnia spędzam na nieudanym mizdrzeniu się do urzędnika straży miejskiej, zbieraniu forsy na opłatę i poszukiwaniu parkingu, na który zaciągnęli moje autko. Gdy pod wieczór do niego wsiadam, czuję się wykończona. Może bakterie doszły mi już do mózgu? Jestem wyżarta od środka, skorodowana jak złom. Czy jakieś dziecko będzie chciało mieć taką matkę?