Świat się roi od MarianówTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spis treści

Karta tytułowa

Stypendium

Bożydar

Królewicz

Różdżka

Bejsbolówka

Elf

Doktor Danusia

Troll

Piknik

Nowy Marian

Nocna wyprawa

Ospa

Niespodzianka

Przyjęcie

Karta redakcyjna

Okładka


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Stypendium

Telefon dzwonił i dzwonił… Ania doskonale słyszała go w swoim pokoju, w którym usiłowała przeczekać kolejną rodziną awanturę. Mama nazywała ją burzliwą wymianą zdań, ale według Ani była to zwykła kłótnia, jedna z wielu, jakie zdarzały się w tym domu, niestety. Z wymiany zdań można było wywynioskować, że rodzice podjęli swój ulubiony temat – podział obowiązków domowych. Jako wątek poboczny pojawiał się jak zwykle problem pracy i braku wolnego czasu, by realizować własne pasje. Rodzice niestety nie mieli jednej wspólnej pasji. Pominąwszy tę przysłowiową szewską pasję, jaka ich jednoczyła od czasu do czasu…

Mama zajmowała się domem i pisaniem książek, a tata był historykiem – doktorkiem doktoratu, jak mawiała Tosia, którego interesował wyłącznie „ten średniowiecz” (to znowu określenie Tosi).

Telefon umilkł na chwilę i Ania wstrzymała oddech. Może na dzisiaj wystarczy? Może zadzwoni jakaś dobra wróżka i rodzice skończą się kłócić? To takie nudne i do tego szkodliwe. Zupełnie jak zanieczyszczenie środowiska. Negatywnie wpływa na całą rodzinę.

Niestety, widocznie dobre wróżki miały dzisiaj inne plany. Po chwili ciszy w salonie znowu zawrzało.

– Chcesz powiedzieć, że tak po prostu wyjeżdżasz? – zapytała mama podniesionym głosem.

– Nie chcesz chyba, żebym zmarnował taką szansę. Nie codziennie dostaje się TAKIE stypendium – tłumaczył się tata.

– A moja książka? Jak ja ją skończę z całym domem na głowie? Mam jeszcze tylko miesiąc…

– Mam nie jechać? Nic cię nie obchodzi moja praca!

– To ciebie nie obchodzi MOJA praca!

– Raz dwa trzy, zmywasz ty? – zapytała Anię Tosia, rezolutna pięciolatka. – A jeżeli nie pozmywasz, bardzo brzydko się nazywasz! – Znowu się bawią w wyliczanie?

– Mysia tez bawi. Tsy las tsy – wtrąciła się natychmiast do rozmowy najmłodsza dziewczynka, Misia, która nazywała siebie Mysią (z wielkiej miłości, jaką zapałała do bohaterki bajeczek i książek, sympatycznej myszki Mysi).

– Chodźcie, nauczę was nowej wyliczanki – zaproponowała Ania, z nadzieją, że uda jej się odwrócić uwagę dziewczynek od tego, co działo się w salonie.

– Moja droga, teraz to absolutnie niemożliwe – zaprotestowała jej młodsza siostra. – Przecież czytam ważny artykuł – dodała i zamachała przed nosem Ani sfatygowanym numerem magazynu kobiecego.

– A o czym tam czytasz? – zainteresowała się Ania.

– O problemach – wyjaśniła enigmatycznie Tosia i pochyliła się nad czasopismem.

– Mysia ma kabliolet – odezwała się Misia, z czego można było wnosić, że i ona nie ma ochoty na naukę wyliczanki.

Ania wróciła więc do podręcznika dla pierwszej klasy gimnazjum, z którego usiłowała dowiedzieć się czegoś na temat części mowy. Na jutro I b miała zapowiedzianą klasówkę, której naprawdę nie wypadało lekceważyć. Wszak koniec roku był już bardzo blisko.

W salonie zapanowała cisza. Po chwili drzwi wejściowe trzasnęły z hukiem, a do pokoju Ani zajrzała mama.

– A, tu jesteście… – westchnęła na widok swoich trzech córek.

– Rozwodzicie się? – zapytała prosto z mostu Tosia.

– Na to się nie zanosi – odparła mama. – Przepraszam, że musiałyście tego słuchać… Jakoś nie możemy się ostatnio z tatą dogadać.

– Nie przejmuj się mamo. U nas w przedszkolu też tak jest – pocieszyła ją Tosia. – Dzisiaj Tomek pobił się z Jaśkiem o koparkę.

– Ale tata i ja nie bijemy się ze sobą o koparkę! – zaprotestowała mama.

– Bo nie macie koparki. Bijecie się słowami. To na jedno wychodzi – oznajmiła Tosia, do której zawsze należało ostatnie zdanie.

Mama zamilkła porażona tym celnym stwierdzeniem, a Tosia powróciła do lektury czasopisma (przy czym trzeba zaznaczyć, że nie umiała jeszcze czytać).

– Mysia ma kabliolet – powiedziała Misia i wjechała mamie na nogę różowym samochodem dla lalek Barbie.

– Tata dostał stypendium we Francji – oznajmiła mama i odsunęła samochód.

– Co to jest STOPENDIUM? Czy to ma związek ze stopami? – chciała wiedzieć Tosia.

– STY… stypendium – poprawiła ją mama.

– Od kiedy? – zapytała Ania.

– Od pierwszego lipca – głos mamy zadrżał. – Na rok…

– Na rok?! – wykrzyknęła Ania.

– Za długo – zdecydowała Tosia. – I nadal nie wiem co to jest! – dodała z wyrzutem.

– Rodzaj wyjazdu naukowego – wyjaśniła mama. – Będą mu tam płacić pieniądze, a on będzie sobie siedział w czytelni i czytał książki.

– A nie może tutaj czytać? – spytała Tosia. – Mogę mu pożyczyć trochę swoich jak ma za mało.

– Tam są specjalne czytelnie i specjalne książki – wyjaśniła mama.

Tosia wzruszyła ramionami. Jakoś nie przekonały jej słowa mamy.

– A wakacje? Miał przecież jechać z Tosią i Misią do babci Zuli – oburzyła się Ania.

– No właśnie. Nie wiem, co teraz zrobimy… Ja po prostu muszę skończyć moją powieść. – Mama westchnęła i spojrzała wymownie na Anię.

– Ale ja przecież miałam jechać do Baśki na Mazury – zaznaczyła Ania na wszelki wypadek.

– No to chyba nie pojedziesz… Nie możemy posłać Tosi i Misi do babci Zuli, bo babcia nie da sobie z nimi rady.

– To niech ona przyjedzie do nas – powiedziała Ania.

– Babcia ma kota – zaczęła mama.

– To zupełnie jak Ala ze starego elementarza – wtrąciła się Tosia.

– Miau… Miau… – zabrała głos Misia. – Mysia nie lubi kota.

– Ma kota, a kot nie lubi podróżować – dokończyła mama.

– Wymiotuje tak jak Misia? – Tosia była wyjątkowo dociekliwa. Jak zwykle.

– Ma złe samopoczucie w nowym miejscu – powiedziała mama.

– Ja też będę miała złe samopoczucie, jak mi każesz jechać z nimi do babci Zuli! – Ania miała łzy w oczach.

– Musisz mi pomóc, córeczko. Jakoś ci to wynagrodzę…

– Ja też – dodała Tosia.

– I Mysia. I Mysia! – zawołała Misia, skacząc w kółko.

Ania złapała się za głowę.

– Czy tata naprawdę musi wyjeżdżać akurat teraz i na tak długo? – wykrzyknęła drżącym głosem.

– To naprawdę duża szansa. Będzie miał dość czasu, by zająć się swoją pracą. Wiesz, jaka ona jest dla niego ważna…

– Ważniejsza od nas? – spytała ze złością Ania.

– Sama go zapytaj – odparła mama.

– A dokąd teraz poszedł?

– Nie wiem. Chyba się trochę obraził.

W tym momencie zaczął znowu dzwonić telefon. Tosia, która była najbliżej drzwi, rzuciła się w kierunku porzuconej na kuchennym stole słuchawki.

– Halo? Cześć babciu. Taty nie ma! – oznajmiła dobitnie. – Szykuje się na STOPENDIUM i wróci za rok.

Bożydar

Ania przewracała się z boku na bok, szeleszcząc pościelą. Życie było takie niesprawiedliwe! Co ona teraz powie Baśce? Że musi być niańką do dzieci? Ci dorośli to naprawdę nie mają o niczym pojęcia… Zamiast się ciągle kłócić, mogliby wymyślić coś mądrego.

Tylko co? Co tu można wymyślić mądrego?

Ani nic nie przychodziło do głowy. Poza tym, żeby jakoś pozbyć się kota, co pozwoliłoby babci Zuli przyjechać do Tosi i Misi. Wtedy mama mogłaby spokojnie pisać, a Ania pojechałaby z Baśką.

Ale ten pomysł także nie był doskonały. Babcia nie przeżyłaby spokojnie jednego dnia bez kota Tobiasza, a mama nie mogłaby pisać, patrząc na smutną babcię. Nie mówiąc już o tym, że Misia i Tosia nie dałyby mamie pracować. Zawsze tak było. Kiedy tylko zasiadała do komputera, od razu miały do niej sto spraw. Biednej mamie pozostawały więc tylko noce… I nic dziwnego, że była potem zmęczona. I zła.

 

Mama pisała kryminalne powieści o detektyw Danusi. Właściwie o doktor Danusi, która jest lekarzem dzień i noc, a w międzyczasie wpada na trop różnych tajemniczych historii. Książki mamy dobrze się sprzedawały i wydawca ciągle zamawiał kolejne części. Teraz właśnie nieuchronnie zbliżał się termin oddania kolejnego tomu przygód. Ania doskonale wiedziała, że to nie przelewki. Po prostu będzie musiała pomóc mamie. Nie ma innego wyjścia.

Pościel zaszeleściła smętnie i Ania wreszcie zasnęła. Śnił jej się Wydawca mamy, z rudym kotem Tobiaszem na ramieniu.

– Trzeba go zabrać do doktor Danusi – grzmiał Wydawca. – Zjadł wszystkie trzy tomy powieści pani Pawlickiej. Musimy mu zrobić płukanie żołądka.

– Po co męczyć zwierzę? – zaprotestowała Baśka, koleżanka Ani. – Zabierzemy go na Mazury. Tam dojdzie do siebie.

– Wykluczone. Wzywam karetkę! – zawołał Wydawca i sięgnął po dziecinną trąbkę, ulubioną zabawkę Misi.

– Eo, eo, eo! – zawyło pogotowie i zaraz potem na horyzoncie pojawiło się różowe auto Barbie z Tosią za kierownicą.

– Jest doktor Danusia! – ucieszył się Wydawca.

– To pomyłka. Ona nie jest Danusią. Ona jest Tosią! – zawołała Ania.

– Tosią eo, eo! Co panu dolega? – zapytała fachowo Tosia.

– Kot – odpowiedział Wydawca i podał Tobiasza pani doktor.

– Od kiedy dostał pan kota? – chciała wiedzieć Tosia.

– Wypraszam sobie – obruszył się Wydawca, a jego wąsy groźnie się nastroszyły. – Ja nie dostałem kota. To kot dostał kota i zeżarł trzy tomy powieści kryminalnej.

– Czy ten kot na pewno jest kotem? Może to koza? Kozy jedzą papier – wtrąciła się Baśka.

– Panią też zbadam. Jeśli ma pani kłopoty z odróżnieniem kota od kozy, może to oznaczać jakąś poważną wadę wzroku – zasugerowała doktor Tosia.

– Ratunku! Zaraz zwariuję! – zawołała Ania i obudziła się, siadając gwałtownie na łóżku.

Był już nowy dzień. Zegar wskazywał godzinę szóstą piętnaście i z kuchni dobiegały jakieś odgłosy. To pewnie tata szykuje sobie poranną kawę – pomyślała Ania i wyskoczyła z łóżka. Czasem lubiła wstać wcześnie i pogawędzić sobie z tatą w kuchni. Tylko we dwoje.

– Cześć tato – powiedziała. – Ale miałam sen…

– Ja też miałem… – westchnął tata i sięgnął do lodówki po mleczko do kawy.

– I co teraz będzie, tato? Tak sobie pojedziesz na cały rok? A wakacje? A my?

– Nie martw się. Jakoś to wszystko ułożymy.

Tata przytulił Anię.

– Przynajmniej nie będziemy się z mamą kłócić, bo chyba masz już dosyć słuchania w kółko tego samego. Prawda?

Ania wzruszyła ramionami.

– Kto się czubi ten się lubi – powiedziała dyplomatycznie. – Rodzice Baśki wcale się do siebie nie odzywają i ona twierdzi, że to jest jeszcze gorsze od kłótni.

– Poza tym, my się godzimy i przepraszamy – wtrąciła mama, która znienacka pojawiła się w kuchni i pocałowała tatę w policzek. – Proponuję kawę na zgodę – powiedziała cicho, a tata mocno ją przytulił.

Ta sielankowa scena nie potrwała jednak długo, bo do kuchni wpadła z impetem Tosia, odziana w piżamkę w różowe koty.

– Nie ma Flopecia! – krzyknęła z rozpaczą w głosie. – Na pewno został porwany! I nigdy, już nigdy go nie ujrzymy.

– O! To brzmi bardzo obiecująco! – ucieszył się tata, który osobiście nie przepadał za królikiem Tosi. Miał on być miniaturką, a tymczasem z każdym dniem stawał się coraz większy.

– Zobaczycie, że będzie z nim tak, jak z balonikiem – ostrzegał tata od czasu do czasu i przypominał powszechnie znany wierszyk: „baloniku nasz malutki, rośnij duży okrąglutki, balon urósł, że aż strach, przebrał miarkę, no i trach!

– Nie bądź okrutny! – zawołała Tosia. – Musimy wezwać detektyw Danusię. Natychmiast!

– Ależ ona nie jest postacią prawdziwą, tylko fikcyjną… – spokojnie wyjaśniła mama.

– To nic nie szkodzi – odparła Tosia. – A nawet lepiej. My jesteśmy prawdziwi i co z tego?

– Cóż, detektyw Danusia jest teraz bardzo zajęta… – mama usiłowała zachować powagę, ale było to trudne. Tata schował twarz w kubku z napisem „Nienawidzę poniedziałku”, a Ania udawała, że szuka czegoś w szafce pod oknem.

– Chcę mojego Flopecia. Zaraz! Na pewno porywacz go zagłodzi na śmierć. Dlaczego nie dzwonicie na policję? Tosia wyglądała na bardzo nieszczęśliwą, gdy tak stała rozczochrana, w swojej kociej piżamie i tupała ze złości nogą.

Ania pochyliła się nad siostrą i pogładziła ją po głowie.

– Ja zastąpię detektyw Danusię. Chodź, spróbujemy poszukać twojej Flopci.

– Flopecia! – poprawiła ją ze złością Tosia.

Ania ugryzła się w język. Nieszczęsny królik nazwany został na początku Flopcią, na cześć Flopci z opowiastki Beatrix Potter. Jednak podczas pierwszej wizyty u weterynarza okazało się, ze Flopcia jest chłopcem. Wtedy to właśnie Tosia przechrzciła swojego królika, nadając mu imię Flopeć, do którego Ania nijak nie mogła się przyzwyczaić. Nie ona jedna zresztą.

– Flopcia lobi baby! – odezwał się nagle czyjś zaspany głos.

To była Misia. Stała przy uchylonych drzwiach, prowadzących na taras i pokazywała palcem piaskownicę w ogródku.

– FLOPEĆ! – ryknęła uszczęśliwiona Tosia i popędziła boso na pokryty rosą trawnik.

Dalsza część poranka upłynęła na bezskutecznych próbach schwytania królika oraz ustaleniu, jak to się właściwie stało, że opuścił swoją klatkę.

Rodzina odznaczała się doprawdy niezwykłą pomysłowością, jeśli chodzi o metody łowieckie. Aby zmniejszyć stres, jaki mogłoby wywołać u Flopecia nagłe schwytanie, stosowano środki łagodne. Tata próbował schwytać królika w siatkę na motyle. Mama przyniosła z garażu stary hamak. Ania próbowała posłużyć się mocno sfatygowanym kapeluszem słomkowym, a Tosia białą firanką. Tylko Misia nie podjęła żadnych konkretnych działań. Siedziała na huśtawce i machając nogami wołała od czasu do czasu – Flopć! Flopć! Flopć! Klólicku!


Złościło to niezmiernie Tosię, która natychmiast protestowała, wołając, że jej Flopeć nie jest żadną kurą, gęsią, ani innym rodzajem drobiu.

W efekcie porannych zajść Ania spóźniła się do szkoły, a Tosia do przedszkola. Tylko Misia nigdzie się nie spóźniła. Zjadła spokojnie śniadanko i siedziała sobie samotnie w piaskownicy, spoglądając od czasu do czasu w kierunku królika, ukrytego w najgęstszym gąszczu, w kącie ogródka.

– La!La! La! – mruczała sobie Misia pod nosem. – Klatka była zła. La! La! La! Flopcia spacel ma.

Ania wpadła do klasy bardzo zdyszana, trzymając w dłoni długopis. Na pierwszej lekcji była klasówka z polskiego i pani Bielińska zdążyła już rozdać kartki z pytaniami.

Dziewczyna wyszeptała swoje przeprosiny za spóźnienie i usiadła obok Baśki, która błędnym wzrokiem wpatrywała się w arkusz papieru.

– Możesz kończyć na przerwie – łaskawie zgodziła się pani Bielińska i podała Ani zestaw pytań.

Nie były specjalnie trudne. Ania ochoczo zabrała się do pracy, od czasu do czasu zerkając z niepokojem na Baśkę. Chora była, czy co? Prawie nic nie napisała, a przecież z polskiego miała same szóstki. No, prawie same… więc czemu teraz tępym wzrokiem wpatrywała się w okno, za którym kwitły czeremchy?

Ania spojrzała w kierunku białych krzewów. No, ładnie wyglądały, owszem. Ale od kiedy to Baśka była taka romantyczna? Może z jej rodzicami coś nie tak? Z dorosłymi to naprawdę nigdy nic nie wiadomo. Jednego dnia się rozwodzą, drugiego żyć bez siebie nie mogą… Ale tej Baśce coś jest, bez dwóch zdań. I jak jej teraz powiedzieć, że z Mazur nici?

Kiedy pani Bielińska pochyliła się nad dziennikiem, Ania szepnęła do Baśki: – W czymś ci pomóc?

Ale koleżanka tylko wzruszyła ramionami i dalej gapiła się w okno.

Dopiero na następnej przerwie dziewczyny mogły spokojnie zamienić ze soba parę słów.

– Coś się stało? – zapytała Ania.

– A co się miało stać? – Baśka odpowiedziała pytaniem i sięgnęła po kanapkę.

– Dziwna jakaś jesteś…

Ania z rosnącym niepokojem patrzyła jak koleżanka rozwija bułkę z przezroczystej folii, ogląda ją dokładnie i znowu zawija.

Może to anoreksja albo bulimia? – pomyślała w panice. Zawsze jej się myliło, która choroba jest która. Ale obie były straszne w skutkach. O, matko! Biedna Baśka! Co tu zrobić?

Ania usiłowała przypomnieć sobie jakieś konkretne informacje, pochodzące z artykułów prasowych, jakie czasem podsuwała jej mama. Ale niestety, bezskutecznie. Miała w głowie kompletną pustkę.

– Mmmoggęę ci jakoś pomóc? – wyjąkała w końcu.

Baśka spojrzała na nią błędnym wzrokiem.

– Nie możesz. Nikt nie może – wydusiła z siebie w końcu.

– Baśka! Zlituj się! Przecież nie mamy przed sobą żadnych tajemnic… – zaapelowała do koleżanki Ania.

– To ci się nie spodoba… – zaczęła Baśka i odgarnęła włosy za uszy. Słońce wpadające na szkolny korytarz, przejrzało się w jej połyskujących perłowo paznokciach.

– Pomalowałaś paznokcie! – stwierdziła w osłupieniu Ania i szybko przeszukała swoją pamięć pod kątem objawów typowych dla anoreksji bądź bulimii. Ale na temat malowania paznokci nic nie znalazła. Pamiętała za to doskonale, co Baśka sądziła na temat lakierów do paznokci. Że śmierdzą, brudzą i są dobre dla dziewczyn typu Barbie. Takiego zdania była także i Ania.

– No to co, że pomalowałam? – wzruszyła ramionami Baśka i znowu przyjrzała się swojej kanapce.

– Głodna nie jesteś? – zapytała ją podstępnie Ania, pakując do ust kawałek razowca z żółtym serem i sałatą. Zawsze jak się zdenerwowała, odczuwała wilczy głód. A teraz była porządnie zdenerwowana.

– Jakoś tak mi niedobrze… – odparła Baśka i pomasowała swój chudy brzuch.

– To niedobrze – odezwała się Ania głupio i spostrzegła, że na bladych policzkach Baśki pojawia się nagły rumieniec. Powędrowała więc za wzrokiem koleżanki i ujrzała, jak korytarzem sunie zwolna Bożydar Kociołek z II c.

Osobnik ów odznaczał się nieprzeciętną wprost głupotą, krótką fryzurką ułożoną za pomocą żelu na sztorc oraz bardzo dużą ilością markowych metek wystających mu z majtek, spodni, bluzy i chyba nawet skarpetek.

– Haj! – rzucił niedbale w kierunku Baśki i beknął głośno.

Był mistrzem bekania. Trzeba mu przyznać, że była to chyba jedyna rzecz na świecie, jaką umiał robić dobrze.

Baśkę zalał jeszcze mocniejszy rumieniec, a Ania aż zakipiała ze złości. Głupi, bekający Kociołek! Już miała mu przygadać, gdy nagle Bożydar przemówił ludzkim głosem:

– Pamiętaj o sobocie, mała!

W odpowiedzi, Barbara Wąsiewicz, jej najlepsza przyjaciółka, wygadana i mądra skinęła głową jak jakaś głupia gęś.

– Jasne, Bożi – szepnęła. – Pod kinem o szesnastej.

– O je! – ryknął Bożi i bekając ruszył w dalszą drogę.

Ania spojrzała na Baśkę z niemym pytaniem w oczach.

– Więc już wiesz… – zaczęła Baśka. – Bożi i ja, no wiesz… Chodzimy ze sobą.

– Od dawna? – chciała wiedzieć Ania.

– Od pięciu dni, czterech godzin i piętnastu minut – wyznała Baśka i spłonęła kolejnym rumieńcem. Tym razem wyglądała jednak na bardzo z siebie zadowoloną.

Na szczęście to nie anoreksja ani bulimia – z ulgą pomyślała Ania. Ale, swoją drogą, czy bekający Bożi nie był jednak gorszy od najgorszej choroby? Jak to się mogło stać, że Baśka uległa jego urokowi? Jaki tam z niego Boży dar. Raczej Boży dopust. Babcia Zula tak czasem mówiła o psie sąsiada, pana Mariana – dopust Boży.

Co teraz będzie? Przecież obie ustaliły – żadnych chłopaków. I jeszcze się śmiały z tych wymalowanych laluń z III c, którym tylko randki w głowie… Ciekawe, czy Baśka upodobni się do Bożiego zgodnie z porzekadłem – kto z kim przestaje, takim się staje? – zastanowiła się Ania, a głośno powiedziała:

– Chyba powinnam ci pogratulować, ale jakoś nie mogę. I rozumiem, że nie jedziemy na rowery w sobotę?

– No wiesz, Bożi może się ze mną spotkać TYLKO w sobotę, więc…

– Jasne! – wkurzyła się Ania. – Jest tak zajęty przygotowaniami do festiwalu bekania, że nie ma ani chwili czasu. Pewnie na Mazury też nie pojedziemy?

– Właśnie miałam ci powiedzieć… Mama Bożiego zaproponowała, że mogę do nich przyjechać na działkę. Akurat na początku lipca.

– Ja też ci miałam powiedzieć, że moja mama zaproponowała mi posadę bejbisiterki. Akurat na początku lipca – powiedziała Ania, złośliwie przedrzeźniając koleżankę.

– No to świetnie się składa! – zawołała Baśka z wyraźną ulgą.

 

– A myślałam, że się zmartwisz – mruknęła Ania i odwróciwszy się na pięcie pobiegła do toalety, by tam w samotności zapłakać nad swoim ponurym losem.

– Miałam przyjaciółkę – oznajmiła mamie kilka godzin później, zatrzajskując drzwi wejściowe trochę za głośno.

– Czy Basi coś się stało? – zaniepokoiła się mama, która bardzo lubiła Baśkę.

– Można powiedzieć, że dostała dar. I to nie byle jaki. Boży… – wyjaśniła Ania i z płaczem zamknęła się w swoim pokoju.

– Czy to znaczy, że Basia będzie miała dzidziusia? – chciała wiedzieć Tosia.

– Co ty pleciesz, Tośka? – zdenerwowała się mama.

– Ja tylko powtarzam, co sama mówiłaś, że dzieci są darem Bożym…

– Bo są. Ale chyba nie o taki dar chodzi w tym wypadku – westchnęła mama. – Pobaw się tutaj z Misią, a ja spróbuję jakoś pocieszyć Anię.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?