Siła przeznaczeniaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Siła przeznaczenia
Siła przeznaczenia
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 61,90  49,52 
Siła przeznaczenia
Siła przeznaczenia
Audiobook
Czyta Agata Bieńkowska
32 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Copyright © Agnieszka Stec-Kotasińska

Copyright © Wydawnictwo Replika, 2020

Wszelkie prawa zastrzeżone

Redakcja

Magdalena Kawka

Korekta

Joanna Podolska

Projekt okładki

Mikołaj Piotrowicz

Skład i łamanie

Maciej Martin

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Dariusz Nowacki

Wydanie eletroniczne 2020

eISBN 978-83-66481-86-2

Wydawnictwo Replika

ul. Szarotkowa 134, 60-175 Poznań

replika@replika.eu

www.replika.eu

Rozdział 1

Maj 2018

Henley-on-Thames

Anglia

Marcelinko!

Jak zwykle piszę do Ciebie tradycyjny list. Wiesz przecież, że te wszystkie nowoczesne maile zdecydowanie nie są dla mnie. Mam nadzieję, że zdążysz go otrzymać, zanim na dobre zacznie się lato. Ostatnio nie odzywasz się często. Pewnie jesteś bardzo zajęta. Ja natomiast robię się na stare lata coraz bardziej sentymentalna. Wspominam dawne czasy, gdy mieszkaliśmy z Leonem zaledwie kilka metrów od domu Anieli i Henryka, oraz gdy Wy dwie przychodziłyście do nas często po szkole. Kochana, proszę, przyjedźcie do mnie na wakacje w tym roku. Bardzo chciałabym Was zobaczyć. Być może macie już z Pawłem jakieś plany urlopowe, ale będę bardzo szczęśliwa, jeśli uda Ci się wykroić bodaj odrobinę czasu dla starej ciotki. Przypomnij mi, jak długo się nie widziałyśmy? Dwa, trzy, cztery lata? Tak to wszystko szybko biegnie, że nawet nie mogę dokładnie umiejscowić w czasie Twojej ostatniej wizyty. Pamiętam, że była wiosna. Chyba kwiecień, bo magnolie kwitły w moim ogródku. Przyjechałaś razem z Pawłem. I chyba było wolne z okazji Świąt Wielkanocnych. Tak, to musiało być jakoś w kwietniu. Natusi, jak sama wiesz, nie widziałam znacznie dłużej. Zdecydowanie za długo. Nic mi o niej ostatnio nie piszesz. Czy jej sprawy mają się lepiej? Przyjedźcie, na jak długo chcecie. Może być nawet na całe lato. Ja przecież i tak nie mam żadnych innych planów. Jedynie obrazy, warsztaty, tak jak zwykle, ale jeśli tylko przyjedziecie, to postaram się z Wami trochę pobyć. Pewnie wolałabyś spędzić lato z Pawłem w ciepłych krajach, a nie na Deszczowych Wyspach ze starą ciotką. Ja to rozumiem, ale chociaż na tydzień lub dwa przyjedźcie, Kochana moja. Chcę Wam znowu poopowiadać o moich obrazach i ogrodzie, jak za dawnych czasów. Proszę, przekaż Natusi to, co napisałam.

Całuję mocno,

Ciocia Basia


Nie czekała długo. Najpierw usłyszała regularny, narastający stukot kół o szyny, następnie kątem oka zauważyła zbliżający się pociąg. Właśnie ten, o który jej chodziło. Na peronie od razu zrobiło się gwarno. Wsunęła w pośpiechu zakładkę do książki, którą trzymała w ręku, i wraz ze swoim zbyt dużym i nie do końca wygodnym bagażem (wbrew zapewnieniom pewnej ekspedientki z warszawskiej galerii handlowej) ustawiła się tuż przy rozsuwanych drzwiach, gdy tylko pociąg się zatrzymał. Weszła do niego pewnym krokiem, a dziesiątki, może nawet setki nieznanych jej ludzi, zrobiło to samo. Ludzi z własnymi historiami, myślami, marzeniami i problemami. O różnych kolorach skóry. Mówiących coś do swoich telefonów i trzymających w dłoniach gazety, niektóre po angielsku, inne w nieznanych jej językach. Z bocznej kieszonki torebki zawieszonej na ramieniu wyjęła bilet, aby móc dokładnie zobaczyć, gdzie znajduje się jej miejsce w pociągu. Znalazła je i usiadła szczęśliwa, że choć przez godzinę nie będzie musiała ciągnąć za sobą swojej torby na kółkach. Popatrzyła przez okno, odruchowo łapiąc palcami prawej dłoni złotą podkówkę wiszącą od wielu lat na jej szyi na niedługim, solidnym łańcuszku.

Londyn. Musi przyjechać tu z Marceliną. A jeśli ona nie będzie chciała, to przyjedzie nawet sama, ale na pewno to zrobi. Przydadzą jej się dłuższe wakacje, zwłaszcza teraz, gdy po powrocie do domu istniała nadzieja, że będzie na nią czekać nowa praca, a wraz z nią nowe życie i nowe wyzwania. Włożyła rękę do torby, by dotknąć laptopa. Nic nie było jeszcze pewne, ale z każdym dniem stawała się coraz bardziej zdeterminowana, aby przejść ostatni etap kwalifikacyjny i dostać wymarzoną posadę. W zasadzie nie dopuszczała do siebie żadnej innej myśli. Wreszcie coś nowego. Wreszcie będzie inaczej. A w międzyczasie, skoro perspektywa długiego, wyczekiwanego odpoczynku pojawiła się tak nagle, tak niespodziewanie, musi zrobić wszystko, aby móc go dobrze wykorzystać.

Może jej przyjaciółka również zapragnie zapomnieć na ten czas o swoich problemach? Chciała wreszcie zobaczyć te wszystkie rzeczy, o których czytała, uczyła się i rozmyślała miliony razy. No i oczywiście nazbierać nowe magnesy na lodówkę i dołączyć je do pozostałych, tych z północy Anglii i Szkocji.

Uśmiechnęła się do swoich myśli. Pociąg ruszył po kilku minutach, odrywając ją od nich na chwilę. Czuła się w nim dosyć anonimowo i wcale jej to nie przeszkadzało. Pamiętała, że na początku było tak samo w Warszawie. Szczególnie w metrze, którym codziennie jeździła do pracy. Jednak z upływem czasu zaczęła rozpoznawać coraz więcej twarzy. Zdarzało się nawet, że z kimś rozmawiała. O niekończącej się zimie, rosnących cenach, upale, sukcesach polskich skoczków narciarskich czy korkach na mieście. Jednak bardzo rzadko, ponieważ pasażerowie metra nie należeli do specjalnie rozmownych, zwłaszcza że większość z nich spieszyła się do pracy w korporacji, aby móc odhaczyć kolejny dzień dzielący ich od nadchodzącego weekendu.

Osobą, z którą rozmawiała szczerze o swoim życiu, była od jakiegoś czasu tylko Marcelina. Przed nikim innym wolała do końca się nie otwierać. Nawet ze znajomymi ze studiów podyplomowych rozmawiała jedynie na bieżące tematy. Wspomniała, owszem, co takiego sprowadziło ją do stolicy i o tym, jak wyglądało jej wcześniejsze życie, ale zrobiła to w dużym skrócie, fragmentarycznie, ciesząc się, że nie zadają pytań. Lubiła być choć trochę anonimowa.

Dlatego też tutaj, w pociągu wyjeżdżającym ze stacji London Paddington w kierunku Readingu, Natalia poczuła się wyjątkowo dobrze. Jeszcze tylko autobus do miejsca docelowego. Marcelina powiedziała jej przez telefon, że nie odważy się wsiąść do samochodu cioci Basi, który przecież ma kierownicę „po złej stronie”. Nie odpali go i nie pojedzie po nią na stację, choćby nawet miała do pokonania jeden kilometr, a nie szesnaście, jak było w rzeczywistości.

– To ciocia jeździ jeszcze samochodem? – zapytała Natalia.

– Czasami. Nieźle, co? Wprawdzie mówi sama, że chyba już nie powinna. Jej reakcje nie są już takie szybkie. Pewnie jeszcze trochę i będzie musiała go sprzedać. Zresztą ona jeździ już w zasadzie tylko na swoje warsztaty i czasami na zakupy. Resztę spraw załatwia w mieście na piechotę.

– I tak dobrze, jak na jej wiek.

– Talka, słuchaj, właśnie… – mówiła dalej Marcelina – bo ciocia wtedy, jak przyjedziesz, będzie cały dzień w galerii sztuki, na tych swoich warsztatach. Chodzi o to, że ona też nie będzie mogła po ciebie przyjechać. Ale ty sobie poradzisz prawda? No ty byś sobie nie poradziła…? Znasz tak dobrze język i w ogóle… Wiesz, że ja musiałam tutaj przyjechać ze słownikiem i rozmówkami? I byłam cały czas z Pawłem na telefonie od momentu, kiedy wysiadłam z samolotu. Nawet nie chcę myśleć, ile poszło na to pieniędzy. I myślałam, że się rozpłaczę. Normalnie, że usiądę i będę płakać, jak zobaczyłam tych wszystkich ludzi i że oni tak biegną w różnych kierunkach, tak się spieszą, i ja z tym moim bagażem, no dosłownie mówię ci, że ja dałam radę… Paweł jest ze mnie dumny. Ja sama jestem z siebie dumna. No mówię ci, Talka.

– W porządku, Marcela, nie przejmuj się mną. Powiedz cioci, żeby też nie zawracała sobie głowy. Zresztą jak dotrę do Readingu, to już naprawdę zostanie mi najkrótszy i najłatwiejszy odcinek do pokonania.

– Super, nie mogę się doczekać. Nie wierzę, że wreszcie się spotkamy po tak długim czasie.

– Ja też, kochana, do zobaczenia.

Cała Marcelina, pomyślała Natalia i zastanowiła się nad tym, co jeszcze może wyciągnąć ze swojego bagażu, aby uniknąć płacenia za dodatkowe kilogramy na lotnisku. Jej przyjaciółka zadzwoniła akurat wtedy, gdy prawie kończyła pakowanie. Marcelina nie byłaby sobą, gdyby nawet najkrótsza podróż nie spędzała jej snu z powiek. Najprawdopodobniej tak też było i tym razem na wiele dni przed samym wylotem. Nie byłaby sobą, gdyby nie snuła mrożących krew w żyłach wyobrażeń o porywających ją dla okupu członkach obcej mafii, gdzieś pewnie między kolejnymi stacjami, historii o możliwym zgubieniu dowodu, portfela, telefonu, bagażu, torebki, głowy, wszystkiego, co tylko można zgubić. Nie byłaby też sobą, gdyby faktycznie nie wisiała na telefonie z Pawłem zaraz po wyjściu z samolotu.

Zresztą Natalia nie mogła wyjść z podziwu, że wspomniany małżonek zgodził się puścić swoją żonę, Marcelinę, w tak daleką i pełną samych niebezpieczeństw podróż w nieznane. Samą! No, nie samą, z Natalią wprawdzie. No, nie z Natalią, bo miały spotkać się dopiero na miejscu. Ale czy jego żona mogła czuć się bezpiecznie ze swoją „niewiedzącą czego chce, niedojrzałą przyjaciółką”, jak ją kiedyś nazwał? No, nie do końca też w nieznane, ale czy siedemdziesięcioletnia ciocia mogła zapewnić należyte bezpieczeństwo jego małżonce i matce jego przyszłego dziecka, czekającego gdzieś tam na swoich rodziców w ciekłym azocie w którejś z klinik?

 

Tego nie wiedziała. Wiedziała jednak, że cieszy się na spotkanie z przyjaciółką. Już ponad trzy lata jak nie rozmawiały ze sobą na żywo, co było dla obydwu dość trudnym doświadczeniem. A przecież kiedyś mieszkały zaledwie kilkadziesiąt metrów od siebie, potem dzieliły pokój w internacie. Przestały widywać się codziennie, odkąd Natalia zaczęła studia, a Marcelina wyszła za mąż i zamieszkała razem z Pawłem w jego rodzinnej miejscowości, ale mimo wszystko, miały ze sobą bardzo częsty kontakt. Aż nadeszło rozstanie. Według Marceliny zupełnie niepotrzebne, według Natalii najpotrzebniejsza na tamten moment dla niej rzecz na świecie.

Ponad trzy długie lata w kolejnych mailach obiecywały sobie, że przecież to nie jest tak daleko, że jedna drugą może swobodnie odwiedzić, nigdy jednak do tych odwiedzin nie doszło. Natalia nawet na święta nie wracała do Zajączków, wsi pod Częstochową, z której pochodziła. Czuła, że drętwieje na całym ciele, na samą myśl o powrocie. Marcelina wprawdzie już tam nie mieszkała, ale niechęć Natalii do jej męża sprawiała, że ich nowe miejsce na ziemi również omijała szerokim łukiem. Urządziła się Warszawie. To ona teraz zapraszała tatę i Joannę. Przyjeżdżała też Ewa. I to było wszystko, czego Natalia w tamtym czasie chciała od życia. I tak minęły trzy lata.

„Może w końcu nadszedł czas dla Ciebie, abyś związała się z kimś na stałe?” – pytała Marcelina w mailach. „Nie możesz rozpaczać w nieskończoność. Czas Ci ucieka, trzydziestka zbliża się wielkimi krokami. Kiedy w końcu przyjedziesz do domu? Ja też wtedy przyjadę do rodziców. Zobaczysz, będzie jak dawniej”.

„Marcela, proszę Cię, nie dręcz mnie już ciągle tym uciekającym czasem” – odpisywała. „Wiem, ile mam lat. Do domu? Jestem w domu. To znaczy jestem w mieszkaniu, ciasnym, ale własnym, ładnie urządzonym, dwupokojowym, przejrzystym, na miłym, spokojnym warszawskim osiedlu. Nie do końca też moim, jeśli miałby się ktoś przyczepić, bo mieszkanie należy w większości jeszcze do banku, ale przecież w końcu je spłacę. I będę w nim cholernie szczęśliwa, zobaczysz. Co ja piszę, już jestem. Zapraszam! Nie pierwszy raz zresztą, ale i tak wiem, że znajdziesz sto powodów, dla których nie możesz przyjechać. Jak nie Ty, to Twój mąż z pewnością się o nie postara. Marcela! Jeśli będę gotowa na to, aby się z kimś związać, na pewno dowiesz się o tym pierwsza. Obiecuję Ci to. Na razie przez dłuższy czas nie byłam, a wydawało mi się zupełnie inaczej i dlatego też ten Karol z pracy się trafił… no i sama wiesz. Na szczęście tutaj, z racji tego, że jest to duże miasto, stolica, nikt nie pokazuje mnie palcami, bo takie rzeczy po prostu się tutaj zdarzają. I wszystkie inne również. A do domu rodzinnego w odwiedziny oczywiście, że wrócę. Myślisz, że nie tęsknię? Jasne, że tak! Ale sama wiesz, jak było. Przyjadę kiedyś na kilka dni, jak będzie ciepło. Wtedy przyjedziesz też Ty, jeśli łaskawie zgodzi się Twój mąż. I spędzimy ze sobą trochę czasu, chciałabyś?”.

I w końcu teraz, gdy Natalia zechciała wrócić do rodzinnego domu na kilka wakacyjnych dni, Marcelina zadzwoniła z propozycją wyjazdu do Anglii.

Rozdział 2

Maj 2018

Gaworzyce

Polska


Droga Ciociu,

bardzo Cię proszę, nie nazywaj siebie starą. Siedemdziesiąt lat to jeszcze nie jest tak dużo. Zresztą mieszkasz w kraju, w którym ludzie w Twoim wieku bawią się, podróżują i korzystają z życia. A Ty? Artystka, malarka, przez tak wielu podziwiana kobieta miałaby mówić, że jest stara? Tak nie można!

A teraz do sedna, ciociu. Nie będę Cię dłużej trzymać w niepewności. PRZYJEŻDŻAMY do Ciebie, to znaczy ja i Natalia. Przyjeżdżamy i to na półtora miesiąca! Oj ciociu, gdybyś Ty wiedziała, jak bardzo ciężko było mi sprawić, aby Paweł się zgodził na mój wyjazd. Nawet sobie nie wyobrażasz. Nasz sklep jest oblężony w sezonie letnim. Ludzie robią remonty domów, kupują farby, kleje, wkręty, śruby, gwoździe i całą resztę. Musimy być o krok do przodu przed konkurencją, musimy mieć dłużej otwarte, pracować w weekendy i tak dalej, bo jeśli tego nie będziemy robić, to klienci po prostu pojadą do miasta, a my stracimy źródło dochodu. No i druga osoba oczywiście jest Pawłowi cały czas potrzebna tutaj na miejscu, aby zająć się fakturami, cenami i wszystkimi innymi rzeczami, podczas gdy on najczęściej rozwozi i odbiera towar. Ciociu, mówię Ci, istne urwanie głowy. Paweł mówi, że musimy się teraz jeszcze więcej przyłożyć, jeśli chcemy wreszcie mieć rodzinę. To znaczy, jeśli chcemy, no wiesz, znowu spróbować, a to jest przecież takie drogie. Ale teraz już musi się udać. Paweł już nie zakłada inaczej. Nie mogę przy nim mówić tego, że boję się kolejnego rozczarowania, wiem, że gdybym tak powiedziała, to byłby zły, on tak bardzo przecież chce tego dziecka. Byłby świetnym ojcem. Nie mogę dokładać mu cierpienia moimi wątpliwościami i lękami co do powodzenia całej procedury.

No i oczywiście, że w związku z tym nie planowaliśmy żadnego urlopu. Byliśmy w tamtym roku kilka dni nad morzem, a w tym myśl o jakimś dłuższym odpoczynku nie przyszła nam nawet do głowy. Tak więc Paweł na początku nie zgodził się na żaden wyjazd, ale pojawiło się światełko w tunelu, gdy pomoc zaoferował jego tata. On już od dawna nie zajmował się czynnie firmą, więc jest to dla niego niemałe poświęcenie. I jeszcze ten Twój pomysł, żeby przyjechać z Natalią, naprawdę Ciociu, bardzo Ci dziękuję. My już od ponad trzech lat planujemy się wreszcie spotkać albo u nas w Gaworzycach, albo w Zajączkach, albo u niej w Warszawie, ale wiecznie którejś z nas coś nie pasuje i do spotkania nie dochodzi.

Do Gaworzyc Natalia nie chce przyjechać, bo niestety, jak wiesz, nie przepada za Pawłem. Ciągle mi mówi, że jest zapatrzony w siebie, w interesy związane ze sklepem, że jest egoistą, który myśli tylko o sobie. Nie jest łatwo słuchać takich rzeczy od najbliższej przyjaciółki o mężu, którego się przecież kocha. Czasami myślę, że Natalia żyje wciąż w jakimś mrzonkowym śnie z czasów nastoletnich i nie do końca zdaje sobie sprawę z tego, że miłość to poświęcenie wielu rzeczy, często osobistych planów, dla ukochanej osoby. Ona chyba nie do końca sobie z tego zdawała sprawę nawet, wtedy gdy, no wiesz, stało się to, co się stało. My już nie mamy czasu na mrzonki o rycerzu na białym koniu. Nam obydwu, ciociu, stuknie już w tym roku trzydziestka.

Najwyższy czas, aby Natalia wzięła odpowiedzialność za swoje życie. Nie chciała zgodzić się na wszystko, co proponował jej Radek. Wciąż do końca nie mogę zrozumieć, dlaczego odrzuciła to, co miała. Może gdyby od początku zachowywała się w stosunku do niego inaczej, to i finał byłby inny.

Jedno się nie zmieniło, Ciociu: to nadal moja najbliższa przyjaciółka, jestem niezmiernie szczęśliwa, że ją zaprosiłaś i że w ogóle wszystko tak właśnie idealnie się ułożyło. To znaczy widzisz, prawie idealnie. Otóż gdy tylko dowiedziałam się, że będziemy mogły się spotkać i gdy Natalia powiedziała mi przez telefon, że dwudziestego drugiego czerwca ma zakończenie roku w szkole, poprosiłam Pawła, żeby zarezerwował mi bilet lotniczy do Londynu już na dwudziestego trzeciego. Na co tu było czekać? Tymczasem Natalia oświadczyła, że oni tam jeszcze mają jakąś konferencję, jakieś spotkanie, i koniec końców nie będzie wolna wcześniej niż trzydziestego czerwca. Mogłam niby zmienić tę rezerwację, aby przylecieć razem z nią, ale, Ciociu, ja się kompletnie na tym nie znam, jeszcze bym coś zrobiła źle. Paweł nie miał czasu mi pomóc, więc po prostu postanowiłam przylecieć do Ciebie dwudziestego trzeciego, a Natalia dołączy tydzień później. I tak czeka nas przecież prawie całe lato wspólnego pobytu w Twoim czarującym Henley-on-Thames. Na pewno wiele się zmieniło od czasu, kiedy byliśmy tam wspólnie z Pawłem. Cieszę się, Ciociu, skaczę ze szczęścia, nie mogę się doczekać, ściskam Cię i przesyłam pozdrowienia od całej rodziny i od Pawła.

Całuję,

Marcelina

P.S. Ciociu, nie byliśmy u Ciebie na Wielkanoc, coś musiało Ci się pomylić. W kwietniu parę lat temu odwiedzili Cię moi rodzice, pamiętasz? To nie my widzieliśmy Twoje kwitnące magnolie. My z Pawłem przylecieliśmy do Ciebie na weekend osiem lat temu. Zaraz po naszym ślubie.


Godzina i cztery minuty. Tyle dokładnie jechał pociąg na stację w Readingu. Ten czas minął Natalii wyjątkowo szybko. Zaglądała, wprawdzie do zamkniętej poprzednio książki, ale łapała się na tym, że jedno zdanie czyta po kilka razy. Emocje związane z rychłym spotkaniem z Marceliną sprawiały, że wspomnienia były jedyną rzeczą, na której mogła się skupić. Umiała z aptekarską dokładnością oddzielić te dobre od tych złych i próbowała skoncentrować się tylko na tych pierwszych, których było przecież tak dużo. Całe dzieciństwo, cała młodość. To samo przedszkole.

– Popatrz, może pobawisz się z tamtą dziewczynką? – powiedziała mama Marceliny pierwszego dnia do swojej nieśmiałej córki. I nieśmiała córka jakimś cudem podeszła do Natalii. I od tego wszystko się zaczęło. I nagle już nic nie było takie samo. Okazało się, że jedna bez drugiej nie może żyć.

– Maciek, proszę, powiedz, że Natalka już niedługo wyzdrowieje – rozpaczała mama Marceliny przez telefon. – Nie mam już co zrobić z małą, my do pracy, a ona już drugi tydzień mówi, że bez Talki do przedszkola nie pójdzie. Nie może ciągle siedzieć moim rodzicom albo cioci Basi na głowie.

I wszystko było takie samo: ubrania, kredki, zabawki i nawet worki na obuwie zmienne. Koniecznie musiały być takie same. Tata Natalii przeszukał kiedyś całą Częstochowę, aby znaleźć worek, z niebieską biedronką (tak, niebieską właśnie), ponieważ taki miała Marcelina. W końcu udało mu się dorwać nieszczęsnego owada, wymyślonego przez jakiegoś niespełnionego ilustratora.

– To na pewno jakiś podstarzały kawaler, który nie ma pojęcia o dzieciach i ich zapracowanych rodzicach – mówił tata Natalii, kiedy dziewczynki następnego dnia dumnie maszerowały z takimi samymi workami opatrzonymi idiotycznymi niebieskimi biedronkami.

Tak niewiele było im wtedy potrzebne do szczęścia. Ta sama ławka w podstawówce i gimnazjum. Takie same przybory szkolne. Takie same drugie śniadania. Ten sam nauczyciel historii, w którym obie były zakochane. Nie przeszkadzało im to wcale, tym bardziej że przystojny historyk podobał się większości żeńskiej społeczności szkolnej, nie tylko tej kilku-lub kilkunastoletniej. Ale dziewczyny myślały, że pan Adam-Adonis właśnie je lubił najbardziej. Ach, jakie były aktywne i chętne do nauki. Przychodziły na kółko historyczne nawet z gorączką i katarem w trzydziestostopniowym mrozie.

Przyszłyby zapewne nawet wtedy, gdyby wybuchła epidemia cholery albo wojna, a wszyscy inni pouciekaliby do schronów. Nawet trzęsienie ziemi, trąba powietrzna i dzień sądu ostatecznego nie byłyby w stanie ich powstrzymać. Natalia z Marceliną marzyły o tym, aby pewnego dnia, gdy dorosną, przystojny pan Adam-Adonis, chodzący ideał, poprosił którąś z nich o rękę. (Oczywiście każda w marzeniach widziała siebie samą w roli głównej). Szczęśliwa wybranka miałaby wystąpić wtedy w olśniewającej, białej jak śnieg sukni ślubnej, w towarzystwie zachwyconej i płaczącej ze szczęścia rodziny. A przyjaciółka? Wcale nie będzie zazdrosna. Podczas wesela wygłosi wzruszające przemówienie i, stukając łyżeczką o brzeg kieliszka do szampana (dziewczyny widziały na jakimś amerykańskim filmie, że tak właśnie się robi). powie: „Od samego początku przecież wiedziałam, że będą razem. Jak tylko Adam (bo oczywiste jest, że wtedy już będą mówić sobie po imieniu) przekroczył drzwi klasy i jak tylko jego wzrok padł na moją przyjaciółkę”.

Druga z dziewczyn miała nie być zazdrosna też PRZEDE WSZYSTKIM dlatego, że miało się okazać, iż pan Adam-Adonis ma równie przystojnego i równie szarmanckiego brata bliźniaka, który miał się już na owym weselu w niej z miejsca zakochać. I wszyscy mieli żyć długo i szczęśliwie. Kto wie? Może nawet mieszkać w jednym, dużym domu. I znowu nosić takie same ubrania, a swoim mężom-Adonisom przygotowywać takie same kanapki do pracy. Takie było ich marzenie.

Pan Adam-Adonis przestał uczyć nagle, z dnia na dzień, gdy dziewczynki były w drugiej klasie gimnazjum. Historia przestała być fascynującym przedmiotem, a stała się najnudniejszą nauką świata z tysiącami dat, miejsc i nazwisk do zapamiętania. Pani histeryczka (bo tak została nazwana nowa nauczycielka) lubiła zadać kilka stron do przeczytania na początku lekcji i postraszyć wszystkich wokoło, że na następnej będzie pytać i stawiać same jedynki. Często po tym udawała się do kantorka z paczką papierosów w ręce i z odwiedzającą niby przypadkiem klasę panią pedagog. Po niedługiej chwili z zaplecza dochodziły śmiechy i zapach dymu papierosowego.

 

W klasie w tym czasie również było wesoło. Zwłaszcza że nikomu nawet przez myśl nie przeszło, aby przeczytać to, co zadała histeryczka. Dzwonił dzwonek i pora była wybiec na korytarz, aby zająć się innymi sprawami. Nie były to czasy, w których pod szkołę przyjeżdżała telewizja, gdy tylko istniał cień podejrzenia, że któryś z pedagogów nie wywiązuje się do końca ze swoich obowiązków.

Marzenie o panu Adamie-Adonisie odeszło powoli w zapomnienie. Taka była ich pierwsza, platoniczna miłość, która (Natalia była pewna) mimo swojej naiwności odcisnęła na dziewczynach piętno, otwierając je na możliwość zakochania się w kimś bez pamięci. Tym kimś miał być rycerz na białym koniu, pojawiający się znienacka w klasie, w życiu, w sercu i zostający na zawsze. Bo przecież musi być happy end.

Dorosła już Natalia po latach zastanawiała się nawet, czy jej szybki, krótkotrwały, aczkolwiek intensywny romans z Karolem z obecnej pracy nie był jakimś dziwnym, psychologicznym przełożeniem sytuacji z dzieciństwa. Dopiero co przeprowadziła się do Warszawy. Nie znała nikogo, nikt nie znał jej, a rany po wydarzeniach w Zajączkach sprawiały, że wbrew pozorom wcale nie była bardziej doświadczona. Czuła się jak mała dziewczynka, która potrzebowała akceptacji i która mogłaby przejść przez pole minowe, aby być na kółku historycznym.

„Bo to wszystko przez to, że pojechałaś tak nagle, tak tam sama, bez nikogo do dużego miasta, po tym wszystkim co Cię spotkało” – pisała Marcelina. Natalia jednak wiedziała, że jest dobrze. Im więcej się dzieje, tym mniej żałuje, im mniej żałuje, tym mniej rozmyśla, im mniej rozmyśla, tym więcej robi, im więcej robi, tym bardziej żyje. I tak w kółko. I tak chciała żyć nowa Natalia. Bez żalu, bez złych wspomnień. Tylko przyszłość. Nowa Natalia – warszawianka, Polka, Europejka. Nie: dawna Natalia – nauczycielka języka angielskiego w Zajączkach. Nie w miejscu, w którym normy moralne wyznaczają babcie siedzące w pierwszych ławkach w kościele i czyhające na każdego, kto ośmieli się te normy naginać.

Dziewczyny skończyły Zespół Szkół w Zajączkach, po którym pozostała pierwsza lekcja życia głosząca, że pojawiający się w nim ludzie często znikają z niego bez żadnej zapowiedzi. Odchodzą, nie wyjaśniając niczego, a słońce nadal wschodzi i zachodzi, a życie wciąż się toczy. Bo taka właśnie jest jego natura. Z takim oto przesłaniem stanęły na pierwszym schodku ku dorosłości, a było nim liceum w Częstochowie.

– Dlaczego tak daleko? – pytali rodzice. – Dlaczego nie gdzieś bliżej, na przykład w Kłobucku? Nie musiałybyście wtedy mieszkać w tym internacie.

Ale nikt nie rozumiał (i całe szczęście dla dziewczyn), że to przecież o ten internat się najbardziej rozchodziło.

– Bo tam jest przecież taki wysoki poziom – mówiły. – Na pewno więcej tam się nauczymy. Na pewno więcej skorzystamy.

No i stało się, trafiły do tego samego liceum w Częstochowie i zamieszkały w jednym pokoju w internacie. Znowu ta sama ławka i podobne, choć już nie takie same ubrania. Życie znowu nabrało barw, gdy oprócz nauki (która obydwu szła dosyć łatwo) poszerzały grono znajomych, zaczęły chodzić na pierwsze imprezy i nic nieznaczące randki.

Pierwsze wagary i plotki o tym, co, kto z kim i dlaczego. Pierwsze doroślejsze próby odróżnienia dobra od zła. Obozy pod namiotami, wakacje nad morzem, osiemnastki, studniówki. Duże miasto i możliwości, jakie ze sobą niesie – tak właśnie chciały wtedy żyć. Natalia cieszyła się, że jej nieśmiała przyjaciółka rozkwitła nagle jako dusza towarzystwa. Gdy z biegiem czasu zauważyły, że oprócz wielu rzeczy, które je łączą, mają też indywidualne zainteresowania, oczywistym stał się fakt, że zaczęły spędzać coraz więcej czasu osobno.

Natalia w wolnych chwilach przebywała najczęściej w bibliotece. Czasami też w księgarni, ale fundusze dostarczane przez ojca pozwalały jedynie na skromne licealne życie, więc rzadko kiedy kupowała książki. Częściej je po prostu pożyczała i pochłaniała w całości w swoim skromnym internatowym pokoiku, głucha na bodźce ze świata zewnętrznego, nawet te, które dostarczała jej przyjaciółka.

Marcelina korzystała z uroków miejskiego życia, często dopiero późno wieczorem wracając do domu. Na jej szczęście dyrekcja internatu przymykała oko na przestrzeganie ciszy nocnej i punktualne powroty swoich podopiecznych. Ścisły, analityczny umysł i niezastąpiona pomoc Natalii w przedmiotach humanistycznych pozwoliły Marcelinie cały czas być w czołówce uczniów. Pomimo wielu bliższych lub dalszych koleżanek i kolegów, dziewczyny wciąż zajmowały u siebie nawzajem pierwsze miejsce w przyjaźni i były przekonane, że zostanie już tak do końca ich życia.

I nagle wszystko się zmieniło, gdy w klasie maturalnej w życiu Marceliny pojawił się Paweł.

*

Gdy autobus do Henley-on-Thames spóźniał się już o kilka minut, Natalia zaczęła się zastanawiać, czy nie będzie lepiej pojechać taksówką. W końcu do miasteczka nie było daleko, a taksówka zawiozłaby ją aż pod sam dom cioci Basi. Już chciała tak zrobić, kiedy zauważyła nadjeżdżający autobus numer dziesięć.

– Czy on na pewno jedzie do Henley? – zwróciła się do stojącego nieopodal starszego mężczyzny w okularach na samym czubku nosa i z rozłożoną przed oczami gazetą. Duże, czarne litery układały się w napis: „Daily Express”.

– No, jeśli nie, młoda damo – mężczyzna dopiero teraz spojrzał na nadjeżdżający pojazd – to chyba oboje mamy poważny problem.

Skinął dystyngowanie głową i widząc jej bagaż, przepuścił ją w ustawiającej się do autobusu kolejce. Weszła do środka i kupiła bilet.

Anglicy, pomyślała, gdy usiadła wygodnie i uśmiechnęła się lekko na widok wchodzących i zajmujących miejsca ludzi. O ile pociąg ze stacji Paddington był istnym tyglem kulturowym różnych narodowości, to angielski autobus numer dziesięć zaraz miał ruszyć ze stacji wraz z typowymi przedstawicielami tego kraju.

Dwie panie w średnim wieku siedzące naprzeciwko Natalii narzekały na pogodę i na upał, który rzekomo trwał nieprzerwanie od dłuższego czasu. Dziewczynka w wieku około dwunastu lat ubrana w szkolny mundurek – granatową spódnicę, jasnoniebieską koszulę z krótkim rękawem i krawat – pokazywała właśnie kierowcy swój miesięczny bilet. Za oknem formowała się wciąż jeszcze długa kolejka czekających na wejście do autobusu. Stali równo, nawet niespecjalnie kręcąc się na boki i cierpliwie czekali na swoją kolej. Natalia oparła się o fotel i znów wyjęła czytaną wcześniej książkę, jednak jedynie po to, aby się nią powachlować. Wciąż nie wierzyła, że już za kilka godzin, po tak długim czasie, znowu zobaczy ciocię Basię.

Pamiętała doskonale panią Barbarę z czasów beztroskiego dzieciństwa, spędzonego w Zajączkach. Podobnie jak przyjaciółka, również nazywała ją ciocią. Była ona młodszą siostrą babci Marceliny – Anieli. Natalia zapamiętała ją jako osobę charakterną, mającą własne zdanie i - co najważniejsze – żyjącą zupełnie inaczej niż większość kobiet w jej wieku. Nigdy nie wyszła za mąż, ale silne, odwzajemnione uczucie, jakim obdarowywała swojego wieloletniego partnera – Leona – mogłoby być przykładem dla wielu tak zwanych wzorowych małżeństw. Jednak to właśnie te małżeństwa, a szczególnie ich lepsze połowy, często krytykowały ciocię Basię za sposób, w jaki żyje, strasząc ją karą boską i wiecznym potępieniem, które miało na nią czekać po opuszczeniu tego łez padołu, zwanego ziemią.

Ciocia Basia i wujek Leon nie mieli dzieci, co również nie podobało się mieszkańcom wsi. Przez wiele lat plotkowali, że widocznie są bezpłodni, co bez wątpienia miało być wynikiem kary wymierzonej przez Pana Boga, któremu nie podobało się ich życie na kocią łapę. Alternatywą była teoria, że nie mają dzieci, bo ich nie chcą. Tym bardziej krytykowali to mieszkańcy wsi Zajączki i tym większa kara czekała na bezbożników żyjących już nie tylko bez wstydu, ale i bez serca.

Kolejną cechą cioci Basi, która raziła w oczy pozostałych przykładnych, bogobojnych obywateli, był fakt, że zarabiała na życie, malując obrazy i sprzedając je w galeriach i na wystawach. Nie było z tego zbyt wielu pieniędzy i choć ciocia zajmowała się malowaniem praktycznie przez całe życie, po tym, jak postanowiła zarejestrować swoją działalność, musiała trochę poczekać, zanim zaczęła wychodzić na prostą. Ciocia Basia jako jedyna z rodzeństwa ukończyła studia. Studiowała malarstwo na Akademii Sztuk Pięknych w Łodzi, a później przez jakiś czas wykładała na tym samym kierunku. Porzuciła to jednak, gdy zaczęło brakować jej czasu na to, co kochała najbardziej – malowanie. Dostarczyła tym samym mieszkańcom wsi Zajączki jak zwykle tematów do plotek.