Rhys

Tekst
Z serii: Synowie zemsty #1
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ 3


VIVIANA

Gdy szofer widzi, że wybiegam z budynku, otwiera drzwi i pomaga mi wsiąść do limuzyny. Na siedzeniu natychmiast dostrzegam swoją torebkę. Dzięki Bogu, że nie zostawiłam jej w domu Rhysa Millera, bo nie wiem, jak miałabym po nią wrócić.

Kiedy kierowca odwozi mnie do sklepu, Beth od razu zauważa, iż nie czuję się najlepiej. Nie wiem, czy potrafiłabym się skupić na pracy, dlatego cieszę się, gdy szefowa daje mi wolne do końca dnia.

Będąc już w domu, szukam babci. Okazuje się, że ucięła sobie drzemkę, więc idę do swojej sypialni, a następnie padam na łóżko. Jestem dziko rozkojarzona, ponieważ nie mogę pozbyć się wrażenia, jakie wywarł na mnie poznany dzisiaj mężczyzna. Myślę o nim bardzo długo, jednak w końcu wraca mi rozsądek. Przypominam sobie, że nie potrzebuję żadnego faceta w swoim zwyczajnym, poukładanym życiu.

***

Nadchodzi jedyna wolna w tym miesiącu sobota. Wstaję, ogarniam się, zjadam śniadanie, a potem robię zakupy spożywcze. Kiedy rozpakowuję torby, do kuchni wchodzi moja rodzicielka. Staje obok i zaczyna przeglądać produkty.

– Nie kupiłaś niczego ciekawego – mówi z kpiną.

Niewdzięczny babsztyl.

– Zawsze możesz zrobić zakupy za swoje pieniądze i coś ugotować. Chętnie sprawdzimy z babcią twoje umiejętności kulinarne. – Krzywię się na myśl o jakiejś dziwnie pachnącej papce.

– Nie bądź taka pyskata, z matką rozmawiasz – warczy.

Odwracam się, patrząc na nią z niedowierzaniem. Jak w ogóle śmiała to powiedzieć?

Kiedy miałam dziewięć lat i zachorowałam na ospę, wyprowadziła się na dwa tygodnie do znajomej, żeby się nie zarazić. Gdy przychodziłam, aby porozmawiać o moich sukcesach lub problemach była zbyt zajęta planowaniem kolejnego wypadu z przyjaciółmi. Przez całe życie starałam się, by zauważyła we mnie swoją córkę. Dość tego.

– Mylisz się – oznajmiam stanowczo. – Rozmawiam z kobietą, która mnie urodziła, moja prawdziwa mama siedzi w ogrodzie.

– Uważaj gówniaro, bo...

– Bo co? – Przerywam. – Wyrzucisz mnie z domu? Nie sądzę. Pamiętaj, że to ja płacę rachunki. – Minął czas, gdy próbowałam nawiązać z nią nić porozumienia.

– Nie bądź taka pewna siebie. Kiedyś ten dom będzie mój.

Co za żmija!

Po pierwsze, jak może być taka bezduszna, by myśleć, co zrobi, gdy babci już nie będzie? Po drugie, nawet nie wie, w jakim jest błędzie.

– Tak, tak. Wtedy mnie wyrzucisz, a potem zamieszkasz tu sama – stwierdzam ironicznie.

***

Po południu siedzimy z Helen w salonie, oglądając kolejny teleturniej. W międzyczasie babunia marudzi, że nie mam znajomych i nigdzie nie wychodzę. To prawda, ale jak mogłabym ją zostawiać z tą zołzą? Zresztą, dzisiaj matka pewnie odwiedzi wszystkie bary oraz kluby w Phoenix.

– Daj spokój, babciu, mam ciebie – odpowiadam nieco urażona.

– No, ja wiecznie żyła nie będę – mruczy.

– Helen Thomson. – Spoglądam na nią groźnie. – Powinnaś dostać porządnego kopniaka za te bzdury.

– Tylko spróbuj. Oglądałam film karate, więc znam kilka ciosów. – Nie odrywa wzroku od ekranu telewizora.

Kręcę głową, bo już po prostu brakuje mi słów na tę staruszkę.

Nagle rozlega się dzwonek, a następnie słychać, jak nasza księżniczka zbiega po schodach. Proszę, ile ma energii, kiedy znajomi się schodzą.

– Viviana, ktoś do ciebie! – krzyczy niepocieszona.

Zerkamy na siebie z babcią. Wychodzę z salonu, po czym podchodzę do drzwi wejściowych. Gdy je otwieram, jestem w szoku.

– Cześć, pamiętasz mnie? – pyta piękna brunetka o oczach szarych niczym ciemna stal.

Ta dziewczyna była kiedyś moją sąsiadką. Przypominałyśmy takich trochę odludków, lecz, może właśnie dlatego, potrafiłyśmy się dogadać.

Pewnego dnia jej rodzina się wyprowadziła, natomiast kilka lat później zrobiło się o nich bardzo głośno. Okazało się bowiem, że Amelia jako noworodek została porwana, jednak nie przez przyszywanych rodziców. Ci adoptowali ją, dopiero kiedy jako niemowlę trafiła do sierocińca.

– Amelia! – wykrzykuję, uśmiechając się. – Proszę, wejdź! – Otwieram szerzej drzwi, nadal zszokowana, aczkolwiek szczęśliwa, że mogę ją znowu zobaczyć.

– Nie, nie – mówi dziwnie onieśmielona. – Jestem zmęczona. Dosłownie kilka godzin temu wróciłam do kraju i nie zdążyłam się ogarnąć. Wstąpiłam tylko zapytać, czy... Czy umówiłabyś się ze mną na kawę? Pasowałoby ci za tydzień, bo muszę jeszcze załatwić kilka spraw? – Patrzy na mnie wyczekująco.

– Oczywiście, że tak – odpowiadam radośnie.

– Super! Bardzo się cieszę.

Wymieniamy się numerami, po czym Amelia odchodzi. Kiedy zamykam za nią drzwi, dopada mnie pewna myśl.

O matko kochana!

Babcia jest wiedźmą. Jak inaczej wytłumaczyć fakt, że w jednej chwili moje życie towarzyskie nie istnieje, a w drugiej jestem zapraszana na kawę przez dawną przyjaciółkę?

***

Niedziela mija na słodkim lenistwie, początek tygodnia w pracy też upływa spokojnie. Nadchodzi wtorek. Podaję Lucy, naszej kasjerce, ubrania klienta do skasowania i odchodzę uporządkować rzeczy, na które się nie zdecydował.

– Widziałaś tego faceta? – szepcze Tia, kolejna współpracownica.

Gdy się oglądam, serce natychmiast zaczyna bić jak oszalałe. Rhys Miller stoi w wejściu pewny siebie, otoczony przez grupę potężnych mężczyzn. Zatapia dłonie w kieszeniach spodni i unosi głowę, a jego czarne oczy są skupione na mnie.

Kiedy rusza z miejsca, nerwowo przełykam ślinę. Odnoszę wrażenie, jakby w moim brzuchu uformował się młynek, który kręci się z nieopisaną prędkością. Im bliżej podchodzi Rhys, tym szybsze stają się obroty. Mam bardzo złe przeczucia co do tej wizyty.

Widząc, że do sklepu wchodzi kolejny klient, wpadam na pewien pomysł.

– Przystojniaczek jest twój. Bierz go, Tia.

– Z przyjemnością – odpowiada uradowana dziewczyna.

Nachalnie wręcz doskakuję do nieźle wyglądającego mężczyzny, czując na plecach wzrok Millera. Po kilku minutach podchodzi do mnie jakiś napakowany facet w czerni i gburowato oświadcza, że jestem proszona do przymierzalni.

Chyba nawet wiem przez kogo.

Grzecznie przepraszam klienta, którego zapoznawałam z ofertą, a następnie w asyście mięśniaka podążam na miękkich nogach we wskazane miejsce.

Wkraczam do strefy z trzema okrągłymi stolikami oraz kremowymi fotelami. Przed jedną z przymierzalni stoi Rhys z Tią.

– Pani już podziękuję, chcę Vivianę – oznajmia bezczelnie Miller, nie robiąc sobie nic z tego, iż dziewczyna wygląda, jakby ktoś ją spoliczkował.

Odchodząc, koleżanka obdarza mnie oczywiście nieprzychylnym spojrzeniem.

– Co mogę dla pana zrobić, panie Miller? – pytam zirytowana jego zachowaniem. Odruchowo marszczę brwi, zastanawiając się, czy pytanie nie zabrzmiało trochę dwuznacznie.

W jego oczach pojawia się dziwny błysk. Otworzywszy drzwi, zaprasza mnie, abym weszła do pomieszczenia. Czarno to widzę, ale klient nasz pan, prawda?

Rhys wchodzi za mną i staje przodem do wielkiego lustra umieszczonego w rogu przymierzalni.

– Chciałbym przymierzyć koszulę – informuje.

Zerkam na wieszaki z ubraniami, które musiała przynieść Tia.

– Jeśli te się panu nie podobają, mogę...

– Chcę, żebyś ty mi je zakładała, Viviano. – Przerywa.

Choć jego głos, w którym za każdym razem pojawia się lekka chrypka, wzbudza we mnie niewytłumaczalne emocje, skupiam się na tym, co powiedział.

– Słucham? – pytam kompletnie zmieszana.

– Zdejmij moją marynarkę – rozkazuje dziwnie mrocznym głosem.

Na całym ciele czuję gęsią skórkę. Moje prawdziwe „ja” chciałoby krzyknąć, że Bozia dała rączki, jednak zahipnotyzowana część chce przystąpić do działania.

– Panie Miller...

– Wybrałem to jako moją rekompensatę. Zrób to, Viviano – żąda.

Przysięgam, że jutro poproszę Beth o ekstra premię, a także nieprzyznawany u nas do tej pory tytuł pracownika miesiąca.

Podchodzę do niego od tyłu, po czym zsuwam odpiętą już marynarkę, którą następnie wieszam z boku. Staję przed mężczyzną i gapię się niepewnie, a on unosi jedną brew, jakby chciał zapytać: „Jakiś problem?”.

Przełykając gulę formującą się w gardle, prostuję kołnierz. Staję na palcach, by sięgnąć do karku Rhysa, jednak jestem tak roztrzęsiona, że wpadam na niego. Automatycznie łapie mnie za biodra, a ja niemal natychmiast rozpływam się pod jego dotykiem. Zaciągam się wspaniałym zapachem i spoglądam na jego twarz. Tonę w głębi czarnych oczu, aby po chwili podziwiać piękne, pełne, rozchylone wargi.

Jasna cholera! Kto wyłączył klimatyzację?

Gorąco. Tutaj jest zbyt gorąco.

Kiedy odzyskuję zdolność myślenia, powoli zdejmuję krawat, żeby nie uszkodzić idealnej fryzury Rhysa. Odłożywszy kawałek jedwabiu na ladę, przygotowuję się do najtrudniejszej części zadania. Będę musiała zdjąć koszulę. Próbuję wysunąć ją ze spodni, ponieważ nie mam zamiaru dotykać dolnej części garderoby. Nagle Miller chwyta moje nadgarstki i schyla się, tak, że jego usta znajdują się przy moim uchu.

– Zrób to, Viviano – mruczy zmysłowo, a ja zastanawiam się, czy można umrzeć w wyniku nadmiernego podniecenia. – Nie chcemy zniszczyć materiału, prawda? – Dziwnie otumaniona, od zbyt wielu sprzecznych emocji, posłusznie kiwam głową.

Co się ze mną dzieje, do diabła?!

Drżącymi dłońmi rozpinam pasek, a potem spodnie. Wyjmuję koszulę i, ignorując fakt, że właśnie zauważyłam brzeg białych bokserek, odpinam po kolei guziki, zaczynając od góry, co trwa chyba całą wieczność. Kiedy kończę, mogę jedynie przesuwać wzrokiem po ciele Rhysa.

 

Ten facet ma sześciopak.

O cholera.

Łapię się na tym, że unoszę rękę, by dotknąć pięknego ciała. W porę się jednak opanowuję, zaciskam dłoń w pięść, a następnie zamykam oczy. Po chwili otwieram je, aby ponownie na niego spojrzeć.

Co ja robię?

Niewiele myśląc, odwracam się i po raz kolejny uciekam.

Od niego oraz swoich niewytłumaczalnych uczuć.

ROZDZIAŁ 4


VIVIANA

Wpadam do pomieszczenia dla obsługi, opieram się o ścianę i osuwam na podłogę. Chowam twarz w dłoniach, które jeszcze drżą od... No właśnie, z jakiego powodu? Ze strachu, złości, a może ekscytacji, jaką ten mężczyzna we mnie wywołuje?

Zdaję sobie sprawę, iż powinnam wrócić do pracy, lecz boję się, że kiedy tylko stąd wyjdę, wpadnę na niego.

Po kilku minutach z leżącej na krześle torebki wydobywa się dźwięk informujący o nadejściu SMS-a. Zmuszam się, żeby wstać, i wyjmuję komórkę z przedniej kieszonki.

Rhys: Chciałbym przeprosić za moje zachowanie, ale nie będę kłamać. Nie jest mi ani trochę przykro, że mnie rozbierałaś. Jestem wręcz głęboko rozczarowany Twoją ucieczką. Mam nadzieję, że następnym razem to dokończysz, a ja będę mógł się odwdzięczyć.

Serce, które zaczęło się uspokajać, od nowa przyśpiesza. Pędzi chyba z prędkością światła i nie pomaga mu fakt, iż cały czas czuję na sobie zapach Rhysa. Mam dziwne wrażenie, jakby był tu obecny. Kim jest ten mężczyzna? Dlaczego potrafi wzbudzić we mnie takie dzikie emocje? Czuję się zagubiona. Ja, Viviana Anne Thomson, która na co dzień musi stawiać czoła matce smoczycy, stałam się nagle bezsilna. Po chwili przychodzą mi do głowy dwa nieprzyjemne pytania.

Skąd on, do diabła, zna mój numer?

A co najważniejsze, dlaczego mam go zapisanego w swoim telefonie?

Nagle do pomieszczenia wchodzi Beth, przerywając mi popadanie w jakiś rodzaj histerii. Fuka, że nie czas na odpoczynek, bo pojawili się klienci. Wracam więc na teren sklepu, rozglądając się, w obawie, iż zobaczę gdzieś Millera. Z ulgą odkrywam, że wyszedł, lecz i tak do końca zmiany jestem kompletnie roztrzepana i rozkojarzona.

***

Idąc po pracy na przystanek, dostaję następną wiadomość:

Rhys: Mimo wszystko mam nadzieję, że nie miałaś kłopotów z mojego powodu.

Teraz o tym pomyślał? Dupek!

Kręcę głową, po czym ruszam dalej, jednak szybko przystaję, słysząc dźwięk oznajmiający nadejście kolejnego SMS-a.

Rhys: Byłoby grzecznie, gdybyś odpowiedziała.

Czytając te słowa, czuję, jak skacze mi ciśnienie.

Za kogo on się, do diabła, ma?!

Najpierw świdruje mnie czarnymi oczami, a potem zmusza do oglądania pięknego ciała. Teraz z kolei uważa, że ma prawo mną manipulować? Po moim trupie! Jeśli chce, żebym mu odpisała, proszę bardzo. Skończyłam pracę, więc mogę powiedzieć, co tylko zechcę.

Viviana: Słuchaj, Ty bogaty, nadęty dupku, odczep się ode mnie raz na zawsze. Nie jestem zainteresowana!

Wlepiając wzrok w ekran, maszeruję przed siebie, aż się z kimś zderzam.

Zerkając znad telefonu, widzę rozwścieczoną kobietę, która zbiera zakupy. Schyliwszy się, pomagam jej, zwłaszcza że cały ten bałagan to moja wina. Podaję kilka rzeczy, przepraszam i idę dalej. Wtedy zauważam, że mój autobus właśnie odjeżdża.

– Cholerny dupek! – krzyczę, mając na myśli oczywiście Rhysa.

To przez jego głupie wiadomości będę dreptać na piechotę.

***

Kiedy wracam do domu, czuję się padnięta. Siadam na swoim ulubionym miejscu w kuchni i wypijam resztkę wody z butelki kupionej w drodze.

Zmyślam babci bajeczkę o tym, że musiałam zostać trochę dłużej w sklepie. Nie powiem jej przecież, że niemal rozebrałam faceta. Och, już to widzę! Byłaby zachwycona. Od razu planowałaby przyjęcie zaręczynowe.

W pewnym momencie przyglądam się staruszce ze zmartwieniem i zastanawiam, jak mogłam wcześniej nie zauważyć, iż schudła.

Pewnie ta wydra daje jej popalić.

– Babciu, co dzisiaj jadłaś? – pytam poważnie.

– Dwie bułki na śniadanie, a potem pyszną babeczkę i jogurt.

– Kłamczucha! – Wiem, że mnie oszukuje. Później się z nią rozmówię.

Idę na górę wziąć prysznic, bo cała jestem spocona; ubrania dosłownie się do mnie kleją. Zmęczenie również daje o sobie znać, dlatego wchodzę po schodach bardzo powoli, cały czas trzymając się balustrady.

– Zazdrościsz, bo mam taką świetną figurę! – krzyczy Helen. – Gdybym założyła jeszcze tę lawendową sukienkę, nawet ten cały Bieber by się do mnie zalecał.

Wymiękam, totalnie wymiękam. Padam w połowie drogi, wyjąc ze śmiechu.

***

Reszta tygodnia mija spokojnie; żadnych wiadomości od Rhysa. Najwyraźniej to, co napisałam, dotarło do przystojniaczka. W międzyczasie dzwoni Amelia i proponuje, żebym w sobotę wieczorem zjadła z nią kolację, a potem została na noc. Chce nadrobić stracone lata, a poza tym nie ma tu innej przyjaciółki. Zgadzam się, dopiero gdy Helen zapewnia, że przyjdzie do niej wtedy sąsiadka.

W pracy nagle pojawiają się problemy: albo magicznie znika utarg, albo dostawa się nie zgadza. Beth dostaje szału i wyżywa się na wszystkich. Owszem, to ona, jako kierowniczka, będzie miała kłopoty, kiedy przyjadą do nas właściciele sklepu, jednak bez przesady.

W sobotę po południu oddycham z ulgą, że czeka mnie choć jeden dzień wolny od tego wariatkowa. Mamuśka jest po „wypłacie”, więc mam z nią spokój na cały weekend. I dobrze. Przygotowana do wyjazdu, siadam przy kuchennym oknie i czekam na Amelię. Nagle przed domem parkuje czarna wypasiona limuzyna, z której po chwili wysiada kierowca. Nie mogę uwierzyć własnemu szczęściu, a raczej pechowi – to ten sam, który wiózł mnie do domu Rhysa Millera. Wstrzymując oddech, obserwuję, jak otwiera drzwi, a z samochodu wysiada Amelia.

Czy to jakiś żart?

Chciałabym schować się pod stołem. Chcę powiedzieć dziewczynie, że jednak nie mogę dzisiaj wyjść, ale widząc jej uradowaną twarz, nie mam serca tego zrobić. Poza tym to niemożliwe, żeby świat był aż taki mały.

– Limuzyna, co? – zagaduję, aby sprawdzić, czy moje podejrzenia są słuszne.

– Pożyczona – odpowiada szybko, chwytając mnie za rękę. – Chodź, jedziemy.

***

Zatrzymujemy się przed jakąś restauracją w bogatej dzielnicy i wysiadamy z pojazdu. Wchodzimy do pięknego, przeszklonego budynku, gdzie chyba wszyscy znają Amelię, ponieważ każdy wita ją ukłonem. Kelner prowadzi nas do ogromnej, jasnej sali. Na okrągłych stolikach, nakrytych śnieżnobiałymi obrusami, czeka już elegancka, lśniąca zastawa. W otoczeniu wielu ozdobnych donic z zielenią ustawiono białe, wyściełane krzesła z wysokim oparciem.

Znajdujemy się w bardziej prywatnej części lokalu. Mężczyzna odsuwa dla nas krzesła, po czym bez zbędnych pytań odchodzi. Jestem ogromnie zmieszana i mam nadzieję, że będzie mnie stać, by zapłacić rachunek.

– Coś się stało? – pyta Amelia.

– Wszystko w porządku, tylko... – Szukam odpowiednich słów, ale żadnych nie znajduję, więc po prostu się rozglądam.

– Pięknie tu, prawda? – szepcze przyjaciółka. – A poza tym możemy jeść i pić do woli, bo lokal należy do... rodziny.

Po chwili kelner nalewa nam wina. Taki kieliszek kosztuje pewnie fortunę. Gdy przychodzi pora, aby zamówić danie, wybieram stek, ponieważ całej reszty albo nie znam, albo nawet nie potrafiłabym wymówić nazwy.

Nasze posiłki zostają przyniesione i, jedząc, w końcu rozmawiamy o czasie, kiedy nie miałyśmy ze sobą kontaktu.

– Gdzie się podziewałaś przez tyle lat?

– Mieszkałam z rodzicami w Londynie. – Uśmiecha się lekko. – Musiałam, wszyscy musieliśmy układać życie od nowa.

– A... – Chcę zapytać o jej biologiczną rodzinę, lecz nie wiem jak.

– Moja włoska rodzinka? – zgaduje, robiąc mi przysługę. – Są cudowni. Właśnie wróciłam, żeby spędzić z nimi i z tobą więcej czasu.

– Cieszę się – oznajmiam, jednak jeszcze tyle chciałabym się dowiedzieć.

– W porządku, Vivi. Pytaj, o co chcesz – mówi Amelia, najwyraźniej wyczuwając moje niezdecydowanie. – Jesteśmy przyjaciółkami, w tej kwestii nic się nie zmieniło. Mam nadzieję, że uważasz tak samo. Nie mogę się doczekać, kiedy ich poznasz. – W odpowiedzi kiwam głową, a następnie kończę posiłek.

Przychodzi pora na deser oraz opowieści o mojej rodzinie. Oczywiście najbardziej skupiam się na Helen. Oszczędzam Amelii szczegółów dotyczących mamy, bo po prostu się wstydzę.

W końcu opuszczamy restaurację i udajemy się do domu dziewczyny. Jedziemy bardzo długo, a w pewnym momencie zdaje się, że wyjeżdżamy z Phoenix. Minąwszy potężną bramę, kierujemy się drogą otoczoną drzewami oraz krzewami. Wreszcie zajeżdżamy przed okazałą, parterową białą willę. Kierowca skręca w prawo, do garażu. Kiedy wysiadam z pojazdu, nie mogę złapać oddechu, bo wiem, co to za miejsce. Och, jaka ja jestem głupia i naiwna. Trzeba było zaszyć się w domu i nie otwierać drzwi, gdy zobaczyłam tę limuzynę.

Chwyciwszy moją dłoń, Amelia ciągnie moje odrętwiałe ciało do środka. Wchodzimy do salonu, oświetlonego jedynie przez małą lampę stojącą na stoliku przy przeszklonej ścianie. Obok w fotelu siedzi mężczyzna ze szklanką bursztynowego płynu w dłoni. Kiedy odwraca głowę, pozbywam się wszelkich wątpliwości.

Jednak to on.

Przysięgam, że zaraz po prostu zemdleję.

– Rhys, nie wiedziałam, że będziesz dzisiaj w domu – fuka Amelia. – Miałeś wyjechać na cały weekend!

– Postanowiłem zrezygnować w ostatniej chwili. Czy to jakiś problem? – pyta oschle.

Podnosi się, odstawia szklankę na stolik i powoli podchodzi. Jego wzrok jak zwykle wlepiony jest we mnie, jakby chciał zajrzeć w głąb mojej duszy. Staram się nie okazać frustracji, która zjada mnie od wewnątrz. W międzyczasie analizuję wszystkie zdarzenia z ostatnich dni i uświadamiam sobie, że mam milion pytań bez żadnych sensownych odpowiedzi.

– Już dobrze – odzywa się Amelia. – Vivi, poznaj mojego Rhysa.

ROZDZIAŁ 5


VIVIANA

Jasna cholera.

Ten facet żądał, abym go rozbierała, wypisywał dwuznaczne wiadomości, a teraz okazuje się, że ma dziewczynę. Ha! Jak na moje szczęście przystało, jest nią Amelia, przyjaciółka sprzed lat. Zawsze mówiłam, że nie chcę być w żadnym związku. Jeśli incydent, w którym uczestniczyłam z tym osobnikiem, można w ogóle nazwać zaczątkiem takowego, to zaliczyłam bolesny oraz bardzo pouczający falstart.

W tym momencie jestem niewyobrażalnie wściekła. Mam ochotę podejść i kopnąć gościa kilka razy w tę część ciała, którą zapewne najczęściej myśli. Robiłabym to tak długo, aż jego jaja nie upadłyby na podłogę, żebym mogła je jeszcze podeptać.

Morduję go wzrokiem, on zaś lustruje mnie bezczelnie, tak jak poprzednim razem. W ten sam sposób kieruje spojrzenie ku górze, zatrzymując je na piersiach.

Jak może zachowywać się tak przy swojej partnerce?

Założyłam jedyną elegancką sukienkę, jaką mam. Skoro wcześniej nigdzie nie wychodziłam, więcej takich kreacji nie było mi potrzebnych. Z tą kiecką jednak zaszalałam. Jest długa do połowy uda, na szerokich ramiączkach i z czarnej koronki. A dekolt... muszę przyznać, że mógłby być mniej głęboki. Do tego stroju dobrałam czerwone szpilki. Miller zdecydowanie za długo przygląda się mojemu biustowi. Amelia pewnie już nie chce, bym została na noc.

Wzrok mężczyzny przeskakuje w końcu na szatynkę.

– Sprostuj tę informację – rozkazuje.

– Oj, już dobrze – uspokaja go dziewczyna. – Wiesz, że lubię się tak z tobą droczyć, gdy przedstawiam cię kobiecie. Vivi, to mój kuzyn – oświadcza.

– Och! – W tym momencie tylko tyle potrafię wydusić. Nie żebym w ogóle nie była zazdrosna, ale przede wszystkim ominęła mnie wielka niezręczność.

– Tak. Nasi ojcowie byli braćmi, a mamy najlepszymi przyjaciółkami – dodaje.

Ponownie odnoszę wrażenie, iż kuzyn nie jest zachwycony jej zwierzeniami.

– Amelia, to ty?! – Dobiega krzyk z dalszej części domu.

 

– Xavier też tu jest? – pyta Amelia z pretensją w głosie. – Wiedzieliście, że chcę dzisiaj dom dla siebie i Vivi!

Odchodzi, zapewniając, że za chwilę wróci, a ja mam ochotę paść na kolana i błagać, aby nie zostawiała mnie z tym erotomanem.

Po prostu pięknie!

Znowu mi się przygląda, skubiąc zębami tę piękną dolną wargę. Nagle podchodzi niebezpiecznie blisko.

– Może czas, byśmy przedstawili się sobie należycie. – Wyciąga rękę. – Rhys Miller. Bogaty, nadęty dupek.

Po raz kolejny zamieniam się w słup soli. Pewnie zaraz będzie kazał mi się wynosić za tamtą wiadomość. Chociaż tak naprawdę nie wiadomo, co mu odbije. Od jakichś dziesięciu minut sama popadam ze skrajności w skrajność.

Kiedy nie reaguję przez dłuższą chwilę, unosi brew. Gdy odwzajemniam gest, nasze dłonie się spotykają, a ja automatycznie wstrzymuję oddech. Zamieram, żeby następnie poczuć się tak, jakby ktoś potraktował mnie defibrylatorem, aż w końcu zachłannie wciągam powietrze. Próbuję zrozumieć, co się dzieje, i nie potrafię logicznie wytłumaczyć emocji, które targają mną za każdym razem, gdy on jest blisko.

Rhys się schyla, a jego usta lądują na moim policzku, aby złożyć delikatny pocałunek. Na tym jednak nie koniec. Drażni moją skórę delikatnym zarostem, aż jego wargi znajdują się przy uchu i czuję gorący oddech.

– Powiedz, co czujesz – szepcze.

Zbyt oszołomiona, kręcę głową. Nie mogę wymięknąć. Nie mogę sobie na to pozwolić, cokolwiek to jest.

– Nic – wyduszam.

– Nie kłam, Viviano – mówi stanowczo. – Nigdy mnie nie okłamuj.

– Kim ty jesteś?

– Jestem twoją przyszłością, słodka Viviano Thomson...

– Rhys! – Słysząc krzyk Amelii, odskakuję od niego, jak oparzona. – Weź Xaviera i jedźcie do klubu. Albo zróbcie ze sobą cokolwiek innego. To miał być babski wieczór.

Nagle obok dziewczyny pojawia się blondyn od pstrykania palcami. Obserwuje mnie, coraz szerzej otwierając oczy.

– Ty! – Wskazuje palcem.

– Xavi, zachowuj się. – Amelia uderza go w ramię. We mnie natomiast znów narasta potrzeba obrony. Nie dam rady powstrzymać nadmiaru uczuć.

– Jaki problem masz tym razem? Nadal nie wiem, co takiego wtedy zrobiłam, że musiałam znosić twój totalny brak wychowania! – wybucham. – Nie jestem jakąś jałówką, która będzie biegała za tobą w tę i z powrotem, jak tylko pstrykniesz palcami!

O mój Boże, skąd mi się to wzięło?

Zmrużywszy oczy, mężczyzna podchodzi powoli, po czym uśmiecha się promiennie.

No, wariat.

– Witaj w rodzinie – oznajmia, po czym więzi mnie w niedźwiedzim uścisku.

Kim są ci ludzie?

– Xavier – warczy Miller.

– Ach, tak – szepcze blondyn i szybko się odsuwa.

O co znowu chodzi?

***

Nie tak wyobrażałam sobie nockę u Amelii. Godzinę później siedzimy na ogromnych czarnych sofach w salonie. Amelia z Xavierem wybrali tę naprzeciw telewizora usytuowanego nad kominkiem, ja zaś zajmuję miejsce na bocznej, ustawionej na wprost przeszklonej ściany. W fotelu naprzeciwko mnie siada Rhys. Jak mam oglądać film, skoro on nie przestaje się gapić? Gdy już nie wytrzymuję tego dziwnego napięcia, proszę Amelię, by pokazała mi pokój. Przyjaciółka, widząc moje zagubienie, bez wahania spełnia prośbę.

Wchodzę do sypialni, która zapiera dech w piersiach. Jak zresztą wszystko w tym domu. Na ogromnym łóżku z kremowym posłaniem leży już moja torba.

Idę do łazienki, w centrum której umieszczono piękną olbrzymią wannę z kryształu. Owszem, zauważyłam, że facet jest bogaty, ale aż tak? Obrobił chyba wszystkie banki świata.

***

Po wieczornej toalecie kładę się do łóżka i znów o nim myślę. To niezdrowe, że kiedy Rhys Miller znajduje się w pobliżu, przenoszę się do jego magicznej krainy, całkowicie odrywając od rzeczywistości. Muszę stąd uciec.

Zakładam cienki szlafrok i opuszczam pokój. Na bosaka powoli kieruję się korytarzem do salonu. Rozsuwam szklane drzwi, wychodzę na zewnątrz, a następnie siadam na jednym z leżaków.

Obserwując podświetloną taflę wody w basenie, biję się z myślami.

– Nie rób tego. – Zamykam oczy, słysząc jego głos.

Czuję, jak się zbliża, po czym siada obok. Kiedy unoszę powieki, widzę, iż nadal ma na sobie garnitur.

– Czego mam nie robić? – pytam cicho.

– Nie uciekaj – odpowiada łagodnie. – Mojej kuzynce przyda się damskie towarzystwo. Cieszy się, że ma cię z powrotem.

– To nie przed nią chcę uciec. – Niemal zbieram się na odwagę, aby powiedzieć, jak bardzo czuję się przez niego przytłoczona, lecz wiem, że wyznałam za wiele. Nie potrafię nawet rozsądnie myśleć.

– Nie zrobię ci krzywdy, Viviano – zapewnia. – Nigdy się mnie nie obawiaj.

– Skąd wiesz, czego się boję?

– Wiem o tobie wszystko. – Zatapia usta w moich włosach, składając pocałunek, po czym wstaje i odchodzi. – Ach, jeszcze jedna sprawa – dodaje, stojąc przy drzwiach. – Nigdy nie skradaj się po domu. Dla własnego dobra.

Jestem jeszcze bardziej skołowana. Zdaję sobie sprawę, że żyję w małej, zapewne nudnej dla wielu bańce, i do tej pory jedyną najważniejszą osobą w moim życiu była babcia. Nie żebym stroniła od towarzystwa, ale po ukończeniu liceum nie miałam za wiele czasu na zawieranie znajomości. Nigdy nie chciałam poznać mężczyzny. Nie potrzebowałam go, przynajmniej nie w aspekcie związku bądź randkowania. Teraz jednak pojawił się on. Dziwny, jak z innej galaktyki, pojawiający się dosłownie wszędzie... A wraz z nim te niewytłumaczalne zbiegi okoliczności, które wiodą do naszych spotkań.