Dama PaxtonaTekst

Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ 6


NIKKI

Jazda powrotna do Phoenix przebiega w miarę szybko. Mam jedynie dziwne wrażenie, że czarny pikap, ukazujący się raz po raz we wstecznym lusterku, to nie przypadek.

Zjeżdżam na stację benzynową, żeby zatankować Louise i moje obawy się na szczęście nie potwierdzają. Auto jedzie dalej.

Kupuję jeszcze wodę i gumy miętowe, żeby zabić ochotę na papierosa, która pojawia się u mnie zawsze w nerwowych sytuacjach, i ruszam w drogę.

Kilka kilometrów dalej czarny pojazd znów jest za mną. Coś mi się zdaje, że zbyt lekko to rozegrałam. Dzwonię do Leah, żeby ją ubłagać o jeszcze jedną przysługę.

***

PAXTON

– Jak to możliwe, że ją, kurwa, zgubiliście?! – wydzieram się na dwóch kandydatów, trzęsących się jak panienki. – I wy chcecie zostać pełnoprawnymi członkami klubu?!

– Szefie, naprawdę, odkąd wjechała na teren firmy swojego ojca, ani śladu. Chłopaki z Phoenix cały czas pilnują budynku. Nic nie wskazuje na to, żeby stamtąd wyjeżdżała.

Dziesięć pieprzonych dni, tyle minęło od jej odjazdu. Działkę wystawiła na sprzedaż, ale numer kontaktowy po prostu nie istnieje. Ta mała, przebiegła...

Liam, prezydent klubu, ma dosyć gówna na głowie i nie będę mu zawracał dupy takimi sprawami. Cholerna błahostka, a same problemy. Pieprzone utrapienie ta Preston.

Każę kandydatom się wynosić, chwytam ze stolika w kącie butelkę „Jacka”, odkręcam ją, po czym siadam przy biurku i biorę dużego łyka, kiedy do biura wchodzi Jay, mój sierżant, najlepszy zresztą.

Kiedy przenosiłem się z Phoenix, on był pierwszym, którego wybrałem do tego oddziału, bo nie wyobrażam sobie nie mieć go u swego boku. Ze wszystkich braci właśnie z nim najlepiej się dogaduję, nawet Reed, mój rodzony brat, nie ma ze mną tak dobrego kontaktu.

Chociaż Jay jest największy z nas wszystkich, a ludzie na jego widok srają w gacie, to ma zajebiście miękkie serce. Oczywiście do spraw klubu podchodzi twardo i nie ma zmiłuj – klub i bracia zawsze są na pierwszym miejscu.

Blondyn rozsiada się na miejscu, gdzie ostatnio siedziała Nikki i mam ochotę skopać mu za to tyłek.

Co, do chuja?

Kiedy byliśmy dzieciakami, bez żadnych skrupułów znęcałem się nad nią i jakoś mnie sumienie nie ruszało, chociaż zawsze było w tym drugie dno. Teraz mam ochotę ją odnaleźć, skręcić jej ten drobny, pieprzony kark, a jednocześnie chronić ją przed samym sobą.

– Zaszła ci za skórę, skoro od rana już urzędujesz z butelką. – Potężny głos Jaya wypełnia pomieszczenie.

Spoglądam na niego w sposób, który wystarczająco tłumaczy stan emocjonalny, w jaki wprowadziła mnie ta mała, wkurzająca istota.

– Nie dziwię się, nawet mnie się skubana nie boi. Wiesz, że nazwała mnie Hulk i chciała się umówić na kawę? Czaisz to, stary? – prycha.

Dobrze, że w tym momencie akurat nie piłem, bo przez tę rewelację bym się chyba zadławił.

– Nie zbliżaj się do niej nigdy więcej – warczę. – Mówię poważnie.

Jedynym mężczyzną, z którym kiedykolwiek, cokolwiek będzie robiła, jestem ja i nie mam na myśli picia kawy, ale coś znacznie ostrzejszego.

Na samą myśl, co mógłbym z nią zrobić, mój fiut budzi się do życia i poprawiam spodnie w kroku. Jay śmieje się, bo skurczybyk bardzo dobrze wie, co się dzieje.

– Nie dziwię ci się, niezła z niej sztuka. Może kiedyś wyślemy jej zaproszenie na klubową imprezę i sama zdecyduje, z którym chce się zabawić. – Wiem, że mówi to specjalnie i testuje moją wytrzymałość.

– Chyba zapomniałeś, że kobiety w tym klubie nie mają prawa wyboru. A teraz jako twój VP nakazuję ci, żebyś wrócił do roboty... Hulk.

Mina Jaya jest bezcenna. Ostudziłem jego chęć do żartów.

– I po cholerę ci to powiedziałem? – Wstaje i w kilku krokach jest przy drzwiach, które po chwili zamyka za sobą z hukiem.

***

Minęło kilka następnych dni i nic. Mógłbym załatwić tę sprawę szybciej, ale nie chcę robić szumu, jeśli chodzi o nasze plany. Za dużo pieprzonych wrogów siedzi nam jeszcze na plecach i sprawa jest delikatna.

Wczoraj do domu Nikki dostarczono nowe meble i to utwierdziło mnie w przekonaniu, że ta przebiegła żmija mnie oszukała. Kto, sprzedając dom, wyposaża go w nowe meble, w dodatku białe?

Chce wojny? Będzie ją miała. Jeszcze nie wie o nałogach swojego braciszka, które zamierzam wykorzystać. Wtedy sama przyniesie na złotej tacy klucz i papiery dotyczące ziemi.

Po całym dniu załatwiania papierkowej roboty zbieram się, żeby zejść na dół, gdzie od godziny trwa impreza. Na dźwięk telefonu zatrzymuję się i zerkam na wiadomość.

Krew odpływa mi do uszu i nastaje jedno wielkie dudnienie.

Na ekranie widzę Nikki bawiącą się w jakimś klubie. Jej czerwona sukienka ledwo zakrywa tyłek, którym kręci przed jakimś debilem. Ten się ślini i dobiera do niej łapskami.

Chęć mordu, oto co czuję. Nikt, ale kurwa nikt, nie dotyka tego, co moje. Dzwonię z instrukcjami do kandydata, który przysłał mi wiadomość, i schodzę na dół.

Podchodzę do baru i kiwam do Jess, starej Nate’a, jednego ze starszych członków klubu. Podaje mi szklankę mocniejszego trunku, którą pochłaniam na raz, po czym podstawiam naczynie po więcej.

Nie wiem, ile jeszcze wypijam, ale chcę wymazać obraz Nikki tańczącej i wystawiającej się na pokaz innym facetom.

Odwracam się i opieram plecami o ladę, po czym ogarniam pijanym wzrokiem, jak bawią się moi bracia.

Niewiele udaje mi się jednak zobaczyć, bo tuż przede mną zjawia się Miranda. Mrużę powieki, kiedy zaczyna uwodzicielsko wodzić rękoma po mojej klatce piersiowej, potem zjeżdża nimi coraz niżej.

Ostatnio uczepiła się mnie i nie widzę, żeby była zainteresowana kimś innym. Po scenie z Nikki, o której opowiedział mi Jay, podejrzewam, że za dużo sobie ubzdurała względem mojej osoby. Nie chce mi się jednak w tym momencie o tym myśleć. Łapię ją za rękę i ciągnę za sobą, między ocierającymi się o siebie ciałami. Potem schodami na górę i do mojej sypialni.

Kiedy wchodzimy do pomieszczenia, dziewczyna uwiesza mi się na szyi, próbując przyciągnąć do pocałunku. Odchylam gwałtownie głowę do tyłu. Chyba się jej coś popieprzyło, bo dobrze wie, że ja nigdy, przenigdy nie całuję. Przynajmniej nie klubowe panienki. Nigdy nie wiadomo, co miała jeszcze pięć minut temu w ustach, a raczej kogo.

– Na łóżko – rozkazuję twardo, odsuwając ją od siebie.

Miranda zdejmuje ubrania, ja robię to samo i idę po zapas gumek do łazienki. Kiedy wracam, otwieram folię i nakładam prezerwatywę. Podchodzę do łóżka, na którym dziewczyna czeka już na mnie z uśmiechem.

– Na brzuch, tyłek do góry. – Robi, co jej każę i wtedy wchodzę w jej wilgotne wnętrze.

I znów to samo, co za każdym razem, odkąd wróciła Nikki. Łapię garść włosów dziewczyny, zamykam oczy i poruszam się szybko, wyobrażając sobie ją.

Jej błyszczące oczy i rozchylone usta. Jej rozpuszczone blond fale, opadające na idealne piersi. To jak pachnie, jak się porusza...

Od idealnego obrazu odrywają mnie jęki Mirandy.

Dlaczego ona musi być taka głośna?

Puszczam jej włosy i łapiąc ją za biodra, wdzieram się coraz głębiej i głębiej, wracając do swoich wizji.

Wyobrażam sobie teraz przede mną małą Preston, w tej cholernej, czerwonej sukience podwiniętej do góry i to wystarczy, żeby ciśnienie zaczęło rozwalać mnie od środka.

– Nikki, kurwa! – warczę.

Odrzucam głowę do tyłu i zaciskam zęby, wystrzeliwując swój ładunek.

Daję sobie kilka sekund na dojście do normalnego stanu, po czym wychodzę z dziewczyny, zdejmuję zużytą prezerwatywę, wrzucam do śmietnika przy łóżku i kieruję się do łazienki.

– Debil – mruczy pod nosem Miranda. Zatrzymuję się i powoli odwracam.

– Coś ty powiedziała? – Dziewczyna wyskakuje z łóżka, chcąc się tłumaczyć, ale nie daję jej dojść do słowa – Pamiętaj o swoim miejscu w szeregu i od czego tu jesteś. Jeśli coś ci nie pasuje, nikt cię nie trzyma na siłę i możesz odejść. A teraz wypieprzaj z mojego pokoju!

Szatynka zbiera szybko ciuchy z podłogi i wybiega za drzwi jak poparzona.

Idę pod prysznic, gdzie pod strumieniem ciepłej wody zastanawiam się, co przed chwilą zaszło. Nigdy nie byłem takim chamem względem dziewczyn z klubu, zawsze w łóżku dbałem o obopólne zadowolenie.

Ta kobieta za bardzo wdarła się do mojego świata i zrobiła to w ciągu zaledwie kilku dni. A może się okłamuję i ona była w nim już od dawna?

Dość tego, nie mam zamiaru niszczyć swojej rodziny dla nikogo z zewnątrz. Nawet dla Nikki Preston, choćby oznaczało to, że nagle będzie musiała zniknąć z powierzchni ziemi.

ROZDZIAŁ 7


NIKKI

Udało się. Choć kosztowało mnie trochę zachodu, żeby załatwić sprawę za plecami rodziców i Paxtona, było warto.

Dzisiaj razem z Leah przyszłyśmy do baru, aby świętować nasze zwycięstwo. Oczywiście tuż za nami pojawiło się kilku parobków Paxtona, krążąc wokół jak sępy.

Pewnie nie jest przypadkiem też to, że żaden facet, który ze mną tańczył, nie wrócił już z toalety. Jeśli sprawca tego zamieszania myśli, że popsuje tym mój dobry humor, to się myli.

Leah patrzy na mnie zielonymi oczyma z niedowierzaniem, a kiedy wychyla się w moją stronę jej ogniste, rude włosy opadają na ramiona.

 

– Jeśli twój ojciec dowie się, że nasza ekipa w weekendy ogarniała dom w Prescott, jutro będę bezrobotna – mówi głośno, żeby przekrzyczeć panujący dookoła gwar i muzykę.

– Nigdy bym na to nie pozwoliła. Jeśli się dowie, wytłumaczę mu, że cię zmusiłam – zapewniam. – Poza tym, płaciłam z własnej kieszeni.

Kończymy pić drinki, a w międzyczasie rozglądam się na boki, żeby sprawdzić, ilu bikerów przysłał Paxton na obserwację. Och, jak wielkie będzie jego zdziwienie, gdy jutro zobaczy, że wróciłam. Teraz zresztą nie ma to już znaczenia, osiągnęłam to, czego chciałam.

Zbieramy się i wychodzimy z lokalu, po czym wsiadamy do taksówki. Dzisiejszą noc spędzę u Leah, bo nie ma sensu się już ukrywać w swoim dawnym biurze.

***

Po wniesieniu wszystkich walizek wychodzę na zewnątrz. Staję przed odnowionym domem babci Rose i podziwiam pracę ekipy. Ściany zewnętrzne i okna zostały odświeżone, a teren dookoła uprzątnięty.

Podchodzę piaszczystą ścieżką do schodów ganku i siadam na nich. Rozglądam się dookoła, planując jeszcze kilka drobnych szczegółów, żeby mieć swój udział w tej metamorfozie.

Z prawej strony słyszę ryk silnika, a po chwili przed posesją parkuje czarny harley. Reed zsiada z maszyny, zdejmuje kask i potrząsa głową, a czarne fale rozsypują się wokół jego twarzy. Podchodzi i bez słowa zajmuje miejsce obok mnie.

Oboje siedzimy chwilę, po prostu patrząc przed siebie. Kiedyś nie mogliśmy się ze sobą nagadać, a usta nam się nie zamykały. Zawsze mieliśmy jakiś pilny temat do omówienia.

– Dowiedziałaś się – oznajmia, przerywając w końcu tę niezręczną ciszę.

– Tak – odpowiadam. – Po co wam pół miasteczka? Zajęliście już chyba wystarczająco dużo miejsca.

Brunet wzdycha i obejmuje mnie, a ja opieram głowę na jego ramieniu.

– Nikki, to już nie są czasy, kiedy beztrosko wskakiwaliśmy prawie nadzy do stawu i wyprawialiśmy pogrzeby zdechłym robakom. – Uśmiecham się na wspomnienie tamtych momentów. – Nie jestem już tym chłopcem, tak jak i ty nie jesteś już małą, beztroską dziewczynką.

Żal, że tamte chwile już nie wrócą, zaczyna mnie męczyć i mam wrażenie, jakby coś kłuło mnie w żołądku.

– Wiem, życie toczy się dalej, ale miałam cichą nadzieję, że wracając tutaj, odzyskam choć cząstkę tego – szepczę i wtulam się w niego mocniej, przesuwając dłoń na jego brzuch.

Nagle przypomina mi się to, co powiedział Reed. Naprzeciw domku była kiedyś ścieżka, która prowadziła do naszego ulubionego miejsca. Wstaję i ciągnę go za rękę. Zdezorientowany marszczy brwi, ale daje się prowadzić.

Przechodzimy na drugą stronę drogi i rozglądam się chwilę, po czym ścieżką między krzakami schodzimy w dół. Docieramy w końcu na miejsce i spoglądam na niego szczęśliwa, że znów stoimy tu razem. Brakuje tylko Ellie.

Reed prycha na moje dziecinnie podekscytowanie, po czym przytula mnie do siebie.

– Oj Nikki, Nikki. – Trzymając mnie w objęciach, przesuwa dłonią po moich plecach i chwilę później nieruchomieje.

Odchylam się nieznacznie, a jego poważny wzrok ląduje na moich ustach.

Schyla się powoli, w międzyczasie zerkając w moje oczy, aby upewnić się, czy nie spanikuję. Wiem, co za chwilę nastąpi, do czego on dąży, ale... chcę tego. Tej chwili bezmyślnej wolności i oderwania się od świata zewnętrznego. Popadnięcia w krótkie zapomnienie.

Jego usta są coraz bliżej i bliżej, w końcu dotykają moich i zaczynają je niezdecydowanie muskać. Aby okazać mu, że zainteresowanie jest odwzajemnione, rozchylam wargi, a wtedy jego napięte ramiona wyraźnie się rozluźniają i wdziera się w końcu językiem.

– Co, do chuja?! – Oboje odskakujemy od siebie na dźwięk wrzasku.

Odwracam się i moje oczy otwierają się z przerażenia na widok zmierzającego w naszym kierunku wściekłego Paxtona.

Nawet nie mam czasu zareagować, kiedy podchodzi, jednym ruchem podnosi mnie i przerzuca przez swoje ramię. Warczy jeszcze coś do Reeda i rusza.

Przez chwilę moja świadomość jest jakby wyłączona. Nie potrafię wykonać żadnego ruchu. Jednak w momencie, gdy dociera do mnie, co się dzieje, zaczynam się szarpać, uderzać pięściami w jego plecy i wrzeszczeć, żeby mnie puścił.

– Jeśli się w tej chwili nie uspokoisz, to przez miesiąc nie usiądziesz na tyłku. – Mając gdzieś jego groźby, uderzam coraz mocniej, do momentu, kiedy daje mi mocnego klapsa. Krzyczę z bólu.

– Oszalałeś?! Puść mnie, Hays!

Słysząc dookoła gwizdy i śmiech, unoszę głowę. Kilku motocyklistów stojących na ścieżce nabija się z tej sceny. Paxton, nie zwracając na nich uwagi, wchodzi po schodach i otwiera drzwi od domu, po czym z hukiem je zamyka.

Wchodzi do salonu i w końcu sadza mnie na mojej nowej kanapie. Zawroty głowy powodują, że łapię za nią oburącz i zaciskam powieki, biorąc kilka głębokich oddechów.

Kiedy ten stan ustępuje, unoszę wzrok i spoglądam na wciąż rozwścieczonego Paxa. Zaciska wargi w cienką linię i wpatruje się we mnie, jakby czemuś nie dowierzał.

– Chcesz być powodem śmierci Reeda?

Nie wiem, co mam odpowiedzieć na to głupie pytanie i jak moja przyjaźń z Reedem ma się do tego, że Paxton przegrał walkę o mój dom.

– ODPOWIEDZ! – ryczy, a ja podskakuję na dźwięk furii wydobywającej się z jego gardła.

Po chwili jednak dochodzę do siebie i podrywam na równe nogi. Mam dość, a on się za chwilę przekona, że Nikki Preston nie ustawia się po kątach. Już nie.

– Czego chcesz, Paxton, co?! – Obchodzę dzielący nas stolik, aby zbliżyć się do niego. Niech wie, że się nie boję. – Jeśli tak bardzo boli cię, że nie udało ci się zdobyć mojej działki, to pogódź się z tym. Ona. Nie. Jest. Na. Sprzedaż – syczę, zaciskając zęby.

Choć w jednej chwili stoję przed nim, już sekundę później zostaję znów uniesiona i przygwożdżona do ściany.

– Myślisz, że tu chodzi tylko o to, co? – szepcze, delikatnie przesuwając ustami po moim uchu. – Tu chodzi o to, że jeśli ktokolwiek będzie cię miał, to będę to tylko ja.

Chciałabym zaśmiać się z tego głupiego żartu, ale po prostu zamieram. Paxton odchyla głowę i dokładnie, jak jeszcze niedawno Reed, wlepia wzrok w moje usta.

Jasna cholera. Co jest z tymi braćmi Hays, że w ciągu jednego dnia obaj nagle interesują się moją osobą?

Przeczuwając, co nadchodzi, zaciskam wargi w momencie, gdy atakuje je swoimi. Próbuję okręcić głowę, ale on nie daje za wygraną, wolną dłonią przytrzymuje moją twarz, nachalnie się wpraszając.

– Wpuść, cholera – warczy.

Chciałabym krzyknąć, że nigdy w życiu na to nie pozwolę, lecz to ułatwiłoby mu sprawę.

Kiedy oboje jesteśmy zmęczeni całą szamotaniną, Paxton odpuszcza i stawia mnie na podłodze. Niewiele myśląc, ile sił policzkuję go i w nosie mam konsekwencje. Nie jestem jedną z klubowych panienek i nigdy nie będę.

Masując policzek, na którym pewnie nic nawet nie poczuł, Paxton uśmiecha się gorzko.

– Przyjdzie taki dzień, że dasz mi to, czego chcę, Nikki, a nawet będziesz błagała, żebym to wziął.

– Jesteś chorym psycholem, Paxton! Nigdy nie zniżę się do takiego poziomu! – wrzeszczę, dźgając go palcem, a ten, chwytając mnie za nadgarstek, przyciąga z powrotem do siebie.

– Ależ tak będzie Nikki, ja zawsze dostaję to, czego chcę, a jeśli ktoś staje na mojej drodze, odbieram to w bardzo drastyczny sposób i nie chcesz poznać mnie od tej strony. – Uwalnia mnie i opuszcza mój dom.

Nienawidzę go.

ROZDZIAŁ 8


NIKKI

Rano budzi mnie ryk silników. Wyskakuję z łóżka, po czym podbiegam do okna – cały klub wybiera się chyba na jakąś przejażdżkę. Zaspanym jeszcze wzrokiem obserwuję, jak mijają mój dom.

Poznaję ostatni motocykl należący do Reeda. On też jakby wyczuł mój wzrok na sobie i zerka przelotnie na okno sypialni.

Od razu przypomina mi się wczorajszy dzień i niespodziewany pociąg braci Hays do mojej osoby. Nie potrafię nadal rozgryźć sytuacji z Reedem. Co mnie nagle naszło z tym pocałunkiem? Zawsze był moim bliskim przyjacielem, a nawet myślę, że był mi droższy niż własny brat.

Odchodzę od okna i zerkam na budzik pokazujący siódmą godzinę. Wskakuję jeszcze do łóżka, ale nie mogę zasnąć, więc wstaję i idę pod prysznic. Zakładam dres i schodzę, żeby zjeść lekkie śniadanie.

Dopóki nie zostaną mi przesłane ostateczne dokumenty, nie mam właściwie zajęcia, więc kręcę się bez celu. Wychodzę za dom i przez chwilę stoję na tarasie. Spoglądam na koniec podwórka i uśmiecham się na widok huśtawki zawieszonej na drzewie. Nogi same niosą mnie w tamtym kierunku, w końcu siadam, łapiąc sznury po bokach i odbijam się delikatnie od podłoża.

Zamykam oczy i odchylam głowę do tyłu, pozwalając sobie na tę chwilę beztroski. Dosłownie chwilę, bo czuję, że pewna osoba mieszkająca niedaleko nie da mi spokojne żyć.

***

Dni mijają, a członkowie klubu jak wyjechali, tak nie wracają. I dobrze. Zapoznaję się na powrót z mieszkańcami, ale też nową częścią miasteczka.

Rzeczywiście od czasu, kiedy wyjechałam, bardzo się rozbudowało. Jest nawet małe kino z kilkudziesięcioma miejscami, nieźle. Nie zauważyłam jednak żadnego gabinetu kosmetycznego. Trudno, trzeba będzie jeździć do Phoenix.

Podjeżdżam do restauracji i chwytam klamkę drzwi samochodu, żeby wysiąść, lecz słysząc dźwięk telefonu, wyjmuję go szybko z torebki.

To Leah. Jestem pewna, że ma dla mnie dobre wiadomości, odbieram więc podekscytowana.

– Nareszcie, kiedy przyjedzie prawnik z dokumentami? – wypalam od razu.

– Mnie też miło cię słyszeć, Nikki. – Następuje chwila ciszy, a potem dziewczyna wzdycha. – Nie przyjedzie, ktoś nas uprzedził.

Kręcę głową zrezygnowana. Co znowu poszło nie tak? Mieli wykupić budynek Heatona na siebie, żeby nie podejrzewał, że to ja mam być nową właścicielką.

– Nikki, po prostu ktoś nas uprzedził i, zanim wpadniesz w szał, wiedz, że to nie ten cały Paxton.

– Kto? – pytam bez emocji w głosie.

– Jeden z byłych klientów Heatona. Ale hej, jeśli zależy ci na kupnie czegoś, to możesz skorzystać z pewnej oferty, ale budynek jest duży.

Biorę namiary i umawiam się z właścicielem na popołudnie, po czym idę w końcu coś zjeść.

Wchodzę do lokalu, zajmuję miejsce i zamawiam danie, a potem bawię się serwetką zatopiona w myślach nad tym, co zrobię z tak dużym budynkiem.

– Hej! – Unoszę głowę. Przy moim stoliku stoją dwie kobiety w skórzanych kamizelkach. Obie mniej więcej w moim wieku.

Pierwsza ma włosy do ramion pofarbowane na kolor bordowy, który świetnie podkreśla ciemnoniebieską barwę jej oczu. Druga jest, podobnie jak ja, blondynką, ale jej włosy są może o dwa tony ciemniejsze. Jej szare oczy błyszczą, kiedy się uśmiecha.

– To ty jesteś sprawczynią całego zamieszania? – pyta, a ja zdezorientowana błądzę wzrokiem między kobietami.

– Mmm, nie bardzo wiem, o co chodzi – śmieję się.

– Paxton i Reed o mały włos się ostanio nie pozabijali – wyjaśnia, śmiejąc się, ta druga.

– Jess! – słyszę i odwracam się w stronę właściciela tego głębokiego głosu.

Przy drzwiach stoi wkurzony Hulk. Nie do wiary – on mówi! Normalnie zaczęłabym żartować, ale cały czas nurtuje mnie to, co powiedziały dziewczyny.

– Cholera – warczy blondynka w kierunku mężczyzny, po czym spogląda na mnie i wyciąga rękę w moim kierunku. – Jestem Jess, stara Nate’a, a to Sophie, stara Chada. – Wskazuje na koleżankę.

Podaję w końcu dłoń na powitanie i wykrztuszam z siebie imię. Słyszę, jak Hulk znowu wydaje dziwne odgłosy, a dziewczyny śpieszą w jego stronę. Sophie jeszcze przez ramię dodaje, że na pewno się spotkamy.

Chwilę później kelnerka przynosi mój obiad, ale zamiast jeść, gmeram widelcem w sałatce, myśląc o tym, co się przed chwilą wydarzyło.

Dlaczego te kobiety pozwalają się tak traktować? Stara? Gdyby mój facet powiedział do mnie „stara”, byłyby to zapewne ostatnie sekundy naszego związku.

***

Docieram pod wskazany rano przez Leah adres i, czekając na właściciela, lustruję wzrokiem budynek.

Widać, że wzniesiono go niedawno. Zewnętrzne ściany są ciemnoszare, z dużą liczbą okien od podłogi do sufitu.

W końcu pojawia się mężczyzna w średnim wieku i po powitaniu wchodzimy do środka.

Na parterze znajduje się przestronny hol z czterema filarami i kilka pomieszczeń. Jestem kierowana w prawo, a potem schodami na górę, gdzie z kolei przechadzam się po dużej, jasnej przestrzeni.

 

Choć kupno tego budynku z pewnością byłoby dobrą inwestycją, zbieram się, żeby odmówić. Nie ma sensu udowadniać czegoś na siłę, bo co niby miałabym tu robić.

– Wybudowałem to dla żony, bo jej marzeniem było mieć swoją siłownię. Miesiąc temu wręczyła mi do podpisu papiery rozwodowe – oświadcza z żalem mężczyzna, stając obok mnie.

– No ja bym na rękach takiego męża nosiła – wypalam bez zastanowienia, a facet się śmieje.

Kiedy nadchodzi pora decyzji, myślę nad tym, co powiedział właściciel i zastanawiam się, czy dałabym radę poprowadzić taką siłownię.

Decyduję się jednak na kupno. A co mi tam. Nie będę przecież siedzieć w czterech ścianach i czekać na cud. Kto nie ryzykuje, nie pije szampana.

Dobijam targu i podpisuję niezbędne dokumenty. W drodze powrotnej wpadam jeszcze do Ellie na ploteczki, które przeciągają się aż do zmierzchu.

Wracam późno i zaraz po prysznicu padam zmęczona na łóżko, praktycznie od razu zapadając w sen.

***

Rano budzą mnie dziwne odgłosy i krzyki z zewnątrz. Kiedyś to była taka spokojna okolica, a teraz jak nie harleye, to wrzaski.

– Idźcie sobie pokrzyczeć gdzieś indziej – jęczę w poduszkę.

Kiedy hałas nie ustaje, wściekam się i zwlekam z łóżka. Przysięgam, jeśli Paxton wrócił i postanowił robić mi na złość, to go uduszę.

Podchodzę do okna, a widok dosłownie mrozi krew w żyłach. Przy drodze stoi grupa nastoletnich chłopaków i znęcają się nad jakimś biednym psem.

Bez zastanowienia wybiegam z pokoju, zgarniając w drodze szlafrok, który narzucam na siebie na schodach.

– Co wy do cholery robicie, zostawcie go! – krzyczę, wychodząc z domu, czym zwracam na siebie ich uwagę.

Gówniarze wybuchają tylko śmiechem i kontynuują tortury, kopiąc bezbronne zwierzę. Słysząc pisk i kwilenie futrzaka, wymiękam.

Nie pamiętam, kiedy ostatnio płakałam od śmierci babci Rose. Chyba jako dziecko. Teraz łzy płyną mi po policzkach i, nie bacząc na konsekwencje, biegnę w ich kierunku.

Jeden z chłopaków unosi w ręku metalowy pręt. Jeśli na to pozwolę, nie wybaczę sobie do końca życia.

Wdzieram się między nich i rzucam na poranione zwierzę. Sekundę później ból nie do opisania rozchodzi się po moich żebrach z prawej strony.

Krzyczę, mając jednak gdzieś w podświadomości myśl, że ci cholerni sadyści w końcu odpuszczą. Kiedy jednak nadchodzi kolejne uderzenie, nie mam już bladego pojęcia, co mnie czeka. Wiem tylko, że muszę ochronić futrzaka.

Przy kolejnym uderzeniu ból znika i zastępuje go chłód. Nie wydaję z siebie nic poza cichym jękiem, nie mam siły na więcej.

– Pieprzona Samarytanka, chciałaś zająć miejsce tego kundla, to cierp! – wrzeszczy jeden z chłopaków.

Kilka kolejnych łez wypływa na moją twarz. Wtulając się w czarne futro, oczekuję na następną dawkę tortur, ale ta nie nadchodzi. Zamiast tego słyszę, jak grupka chłopaków odsuwa się ode mnie i ucieka, a upuszczony pręt ląduje obok mnie.

Nadzieja, że jednak ktoś mnie uratuje, nadchodzi, gdy słyszę odgłos opon na piaszczystej drodze, a potem trzaśnięcie drzwiami.

– O kurwa! Nikki! – Pamiętam ten głos, to Jess. – Co oni ci zrobili?

Ktoś mnie dotyka i próbuje odwrócić, ale wydzieram się w agonii i, przykładając rękę do zbolałego miejsca, kulę się z bólu. Nie mogę oddychać. Dlaczego nie mogę oddychać?

– Jay! Nie ruszaj jej debilu, być może ma złamane żebro, mogło przebić jej płuco! – To ostatnie słowa, które słyszę, zanim nastaje ciemność.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?