Dama PaxtonaTekst

Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ 3


NIKKI

Koszmar mojego dzieciństwa podchodzi bliżej i dopiero teraz czuję różnicę między nami. Jego wysoka, masywna postura góruje nad moim metr sześćdziesiąt dwa. Pomimo wysokich butów i tak czuję, że gdyby mógł, po prostu by mnie zmiażdżył.

Sięga po moją bezwładną, drobną w porównaniu z jego własną, dłoń i przykłada do ust, rozsyłając jednocześnie fale elektryczne, które docierają do każdego zakątka mojego ciała. Jestem przekonana, że to efekt kumulującej się we mnie urazy do tego człowieka. Pomimo wszystko...

Hays patrzy mi głęboko w oczy, a ja, by ukryć emocje, zaczynam się wiercić w miejscu. Z głębi mojej torebki wydobywają się wibracje, więc wyrywam mu dłoń i, ignorując nagłe, wkurzające poczucie straty, szperam w poszukiwaniu telefonu.

Wyjmuję komórkę i zerkam na ekran, na którym wyświetla się imię mojego brata. Cholera, nawet nie zadzwoniłam do rodziców z informacją, że dojechałam.

Odbieram połączenie.

– No nareszcie! Mama panikuje, bo nie dałaś znaku życia. – A to nowość, wyrażanie emocji w wykonaniu jednego z moich rodziców.

– Zapomniałam, miałam kilka... ważnych spraw do załatwienia, możesz przekazać, że żyję i mam się dobrze – odpowiadam i słyszę westchnienie po drugiej stronie.

– Kiedy wracasz?

– Nie wiem, Collin, może już tu zostanę. Zastanowię się – stwierdzam, zerkając na braci.

Nie wiem, czy to moja odpowiedź tak ich zbulwersowała, ale spoglądają na siebie niezadowoleni. Mam wrażenie, że odbywają telepatyczną rozmowę. Morderczy wzrok Paxtona chyba za chwilę wypali wszystko w swoim zasięgu, natomiast Reed sprawia wrażenie, jakby chciał mu powiedzieć, żeby się uspokoił.

O co im chodzi?

– Słuchasz mnie?! – krzyczy Collin do słuchawki.

– Muszę kończyć, oddzwonię. – Nie czekając na odpowiedź, rozłączam się, a Pax wwierca we mnie wściekłe spojrzenie.

– Naciesz się swoją małą przyjaciółeczką i wyjedź. Nie ma tu nic dla ciebie, nie pasujesz do tego miejsca – warczy, po czym odwraca się i kieruje w stronę restauracji, ostrym tonem przywołując Reeda przez ramię.

Stoję tak chwilę z rozdziawionymi ustami, dopóki nie znikają w budynku, z którego po chwili wybiega Ellie. Przekonuje mnie, że obsługa da sobie radę i proponuje, że pojedzie ze mną do biura Heatona.

Skołowana wydarzeniami z ostatnich kilkunastu minut przemierzam w towarzystwie przyjaciółki niewielki odcinek drogi.

Dojeżdżamy do małego, ciemnego, drewnianego budynku. Proszę Ellie, żeby na mnie zaczekała. Wchodzę bocznym wejściem do niewielkiego pomieszczenia, które służy chyba jako poczekalnia. Dwa krzesła i postawiony między nimi okrągły stolik zdecydowanie proszą się o wymianę. Panuje tu mrok i jest strasznie duszno, jakby nikt nie otwierał nigdy okien. W leśnym otoczeniu spodziewałabym się czegoś zupełnie innego. Podchodzę do drzwi przeszklonych mleczną szybą i pukam, po czym, nie czekając na odpowiedź, wchodzę.

Przy małym biurku, w kącie po prawej stronie siedzi dziewczyna, może trochę starsza ode mnie. Kiedy mnie zauważa, trzęsącymi dłońmi zaczyna nerwowo gładzić, i tak już ciasno upięte z tyłu głowy, czarne włosy. Spogląda na mnie znad okularów, jakby wiedziała, po co tu jestem.

– Dzień dobry. – Staram się przybrać łagodny ton głosu, żeby ta biedna istota nie zeszła na zawał. – Moje nazwisko Preston, chciałabym porozmawiać z panem Heatonem.

– Nie ma go i nie wiem, kiedy wróci – tłumaczy przestraszona dziewczyna.

– Jak to nie wie pani, kiedy będzie? – pytam zirytowana i spoglądam na kolejne drzwi, zapewne od biura tego faceta. – Zapłaciłam kupę kasy, żeby jego pracownicy doprowadzili mój dom do porządku. Jest piątek, gdzie teraz znajdę kogoś, kto pozbędzie się tych krzaków?!

Dziewczyna telepie się już teraz na maksa, jakbym trzymała pistolet przy jej skroni.

Serio?

Próbując opanować temperament, silę się na głęboki wdech i wydech.

– Zróbmy tak, wrócę tu jutro rano, jeśli Heatona nie będzie, zadzwonię na policję i zgłoszę oszustwo – warczę, odwracam się, po czym wychodzę.

Nigdy nie było z tym facetem problemów, już wcześniej zajmował się domem. Po śmierci dziadka Heaton otworzył firmę porządkową, z której korzystało wiele osób z okolicy i nikt nigdy nie narzekał.

Wsiadam do samochodu i, odjeżdżając, opowiadam Ellie całą sytuację. Dziewczyna proponuje, żebym została na noc w jej mieszkaniu, które znajduje się nad restauracją. Jedziemy więc jeszcze do domku po ciuchy.

– Właściwie w klubie mają dzisiaj imprezę, więc Paxtona nie będzie wieczorem w barze, możemy iść się upić – proponuje Ellie.

– W jakim klubie? – Zerkam na nią przelotnie.

– Nie zwróciłaś uwagi na ich kamizelki? – pyta znacznie ciszej, jakby bała się, że ktoś nas usłyszy. – To klub motocyklowy, a Paxton jest wiceprezesem. – Marszczę brwi, znów spoglądając na nią, a dziewczyna śmieje się z mojej niewiedzy. – Oglądałaś kiedyś serial Synowie Anarchii?

Coś mi świta, mój brat to oglądał.

Chwileczkę! Narkotyki, broń, jakieś przemyty. Spoglądam teraz wielkimi oczyma w jej kierunku, na co unosi brwi i powoli kiwa głową, potwierdzając moje przypuszczenia.

– Co Reed robi w tym klubie? – pytam i wstrzymuję oddech, bojąc się odpowiedzi.

– Jest jakimś sierżantem – oświadcza Ellie. – Naprawdę nie zerknęłaś na te wszystkie naszywki – stwierdza.

– Jak on się tam znalazł?

– Nie wiem. Kilka lat temu bracia wyjechali i słuch po nich zaginął. Wrócili rok temu w barwach klubu, wyglądając, jakby przedawkowali sterydy. Zresztą, sama widziałaś, jacy są wielcy. – Kątem oka zauważam, że dziewczyna zaczyna się wiercić. – Wiem jeszcze tyle, że mają oddział w Phoenix i prezydentem jest jakiś Liam. Pewien facet po pijaku trochę o tym opowiadał w barze, ale na drugi dzień zaginął. Chociaż tuż po przyjeździe tutaj klub obiecał chronić mieszkańców miasteczka, to po tym zdarzeniu wszyscy się ich boją.

Bez jaj! No ja już też.

***

Resztę dnia spędzamy na opowiadaniu, co się u nas działo przez tych kilka lat i dalszym wspominaniu dzieciństwa. Cały czas staram się powstrzymywać chęć wypytania Ellie o klub i to, co jeszcze może o nim wiedzieć.

Wieczorem w końcu idziemy do baru. Jeszcze przed wejściem słychać gwar rozmów i czuć dym papierosów, który dodatkowo drażni oczy. Sama czasem popalam, więc woń mi nie przeszkadza, ale tu jest tego trochę za dużo.

Już po przekroczeniu progu Ellie łapie mnie za rękę i ciągnie do baru naprzeciwko wejścia. Za ladą stoi zgrabna kobieta, mniej więcej po pięćdziesiątce. Skąpy top odkrywa wytatuowane ramiona, a pofarbowane na czerwono włosy ma związane na czubku głowy w kok, przez co odsłania wygolone na zero boki.

Obserwuję ją, bawiąc się swoimi niesfornymi, rozpuszczonymi blond lokami i podziwiam tę kobietę za jej luz. Zauważa moje spojrzenia i uśmiecha się szeroko.

– To jest Gina, właścicielka baru – mówi Ellie, a kobieta natychmiast wyciąga rękę na powitanie.

– Nikki, miło mi – przedstawiam się, odwzajemniając gest.

– Co wam podać, dziewczynki? – pyta, krzywiąc się na dźwięk stłuczonego gdzieś za nami szkła.

– Piwo – odpowiadamy jednocześnie z Ellie.

Kobieta podaje nam butelki i żartuje, że gdyby ktoś nas zaczepiał, mamy jej to zgłosić, żeby mogła skopać tyłek tego gościa.

A może nie żartuje?

Idziemy na lewo i siadamy przy stoliku w kącie, dość blisko siebie, żebyśmy podczas rozmowy nie musiały się przekrzykiwać. Na początku w lokalu oprócz nas siedzi kilkoro mężczyzn, ale im robi się później, tym więcej osób przybywa.

Gina zadbała o to, żebyśmy miały dość alkoholu, przysyłając jedną z kelnerek. Promile pomagają mi przetrawić ciekawskie spojrzenia nowo przybyłych klientów.

Zatracone w rozmowie z Ellie śmiejemy się, ale po pewnym czasie czuję, że coś jest nie tak. Głosy wokół cichną podobnie jak rano w restauracji. Nie muszę spoglądać w stronę drzwi. Wiem, że tu są.

– Mówiłaś, że ich nie będzie – szepczę do dziewczyny.

– Bo nigdy ich tu nie ma w piątek – odpowiada spanikowana. – Z ręką na sercu, Nikki, sama nie odważyłabym się przyjść – tłumaczy.

Zbieram się na odwagę i spoglądam w końcu w ich kierunku. Kilkunastu facetów i kilka kobiet rozsiada się przy stolikach, zajmując prawie wszystkie miejsca w lokalu.

– Czyli te kobiety też należą do klubu? – pytam cicho.

– Te, które mają kamizelki... każda z nich należy do jednego z członków, są jakby własnością klubu. Te bez są... jakby ci to powiedzieć? To dziewczyny, które kręcą się przy nich i dosłownie z każdym uprawiały seks. – W tym momencie mam wrażenie, że zawartość żołądka podchodzi mi do góry.

– Jasna cholera, to jakiś harem. Albo kobieta jest własnością, albo jakąś nałożnicą. One się na to godzą? – pytam z odrazą, a Ellie natychmiast wybucha niepohamowanym śmiechem.

Odruchowo spoglądam na grupę motocyklistów. Oczywiście wszyscy się na nas gapią.

Mhm! Świetnie!

Przełykam nerwowo ślinę, a Ellie przestaje się śmiać i wlepia teraz we mnie nerwowe spojrzenie.

Dzięki Bogu sytuację ratuje Gina, która podchodzi do grupy bikerów i skupia ich uwagę na sobie. Wykorzystuję tę chwilę, żeby się rozejrzeć, szukając drogi ucieczki. Ku mojemu rozczarowaniu stwierdzam, że wyjdziemy stąd, jedynie poruszając się między członkami klubu. Postanawiam więc jakoś przetrwać.

 

Kontynuujemy nasze spotkanie, udając zainteresowanie rozmową. Przez jakąś godzinę siedzimy jak na szpilkach z nadzieją, że sprawcy naszego zdenerwowania wyjdą i udadzą się na swoją prywatną imprezę. Sądząc po zamawianych kolejkach alkoholu, nie zanosi się jednak na to.

Biję tego dnia swój rekord w dawce promili i zaczyna mi się kręcić w głowie, a mętny wzrok mimowolnie wędruje do zgromadzenia bliżej baru i skupia się na pewnej parze. Kobieta siedzi na kolanach jednego z członków klubu, a ten porusza nieznacznie ręką wsuniętą pod jej króciutką spódniczkę.

Zszokowana spoglądam na twarz kobiety, która wyraża głębokie podniecenie. Wierci się, a w końcu wygina plecy w łuk.

Zdając sobie sprawę z tego, czego właśnie jestem świadkiem, odwracam głowę w innym kierunku, tylko po to, żeby ujrzeć podobną scenę. Szczęka mi opada. To nie bar, tylko jakaś cholerna świątynia rozpusty.

Zniesmaczona bełkoczę do przyjaciółki, że idę do toalety. Wstaję i kieruję się na lewo korytarzem. Sięgam już do klamki, gdy ktoś szarpie mnie za ramię i przyciska przodem do ściany. Dyszę i przerażona próbuję przez ramię dojrzeć napastnika, ale w korytarzu jest zbyt ciemno.

– Podobało ci się to, co widziałaś? – Znam ten głos.

Cholera jasna!

ROZDZIAŁ 4


NIKKI

Ignorując idiotyczne pytanie, próbuję uwolnić się z pułapki, ale moje drobne ciało nie ma żadnych szans z jego masywną sylwetką.

– Czego chcesz, Paxton? – pytam, a raczej bełkoczę zrezygnowana.

– Żebyś odpowiedziała na moje pytanie, czy podobało ci się to, co widziałaś? – mruczy, sunąc dłońmi po mojej talii.

Wybałuszam oczy, bo przez głowę przechodzi myśl, że to zmierza w bardzo, bardzo złym kierunku. Słyszałam kiedyś, że można wytrzeźwieć w ekspresowym tempie pod wpływem emocji i to właśnie mi się przytrafia.

– Hej, Pax! Wracamy?

Słyszę wołanie chyba jednego z członków klubu. Zaciskam powieki, wypuszczając powoli powietrze. Błagam w myślach, żeby dał mi spokój i poszedł sobie.

– To jeszcze nie koniec, Nikki.

Odsuwa się ode mnie, po czym odchodzi.

Wbiegam szybko do toalety z obawy, że Paxton wróci. Załatwiam potrzebę i doprowadzam się do porządku. Kiedy wracam do baru, pomieszczenie jest prawie puste, a z zewnątrz słychać ryk oddalających się motocykli.

Uff!

***

Budzi mnie przeraźliwy dźwięk dzwonka, a potem odgłos uderzenia ręką. Unoszę nieznacznie powieki i marszczę brwi, kiedy Ellie głośno przeklina ze swojej sypialni budzik.

Wczoraj po powrocie z baru proponowała mi, żebym spała w jej łóżku, a ona sama chciała zająć miejsce na kanapie. Odmówiłam, wiedząc, że musi znowu wcześnie wstać i zejść do restauracji.

Podziwiam jej malutkie, ale bardzo przytulne mieszkanko. W salonie mieści się bordowa kanapa, mały stolik kawowy i drugi z telewizorem. Kuchnia też jest ciasna, ale dla jednej osoby wystarczająca. Niewielki stół stoi przy oknie, z którego widać cały plac.

Wędruję do łazienki, biorę prysznic i ogarniam swój wygląd, a przyjaciółka proponuje, żebyśmy zjadły śniadanie na dole, bo jej prywatna lodówka świeci pustkami. Nie mam nic przeciwko temu.

Po posiłku, który, na szczęście, tym razem przebiega bez udziału ekipy przerażających bikerów, żegnam się z Ellie i decyduję się na wizytę u Heatona.

Dzisiaj nie mam zamiaru odpuścić, bo wcale nie żartowałam, ostrzegając jego sekretarkę, że zgłoszę oszustwo.

Tuż przy jego biurze stoją trzy zaparkowane z boku motocykle. Ja to mam szczęście. Gdzie się nie pojawię, zaraz trafiam na ten klub.

Wysiadam z samochodu i niepewnie udaję się do budynku. W środku od razu kieruję się w stronę sekretarki, lecz staję jak wryta, widząc, co się dzieje. Przed gabinetem Heatona niczym posąg stoi blond olbrzym z rękoma skrzyżowanymi na klatce piersiowej.

Zerkam na siedzącą za biurkiem dziewczynę. Pochyliła głowę i trzęsącymi rękoma poprawia okulary. Ignorując faceta i hałasy dobiegające z pomieszczenia obok, podchodzę do niej i pytam, czy wszystko w porządku, a kiedy spogląda na mnie i zauważam jej załzawione oczy, dochodzę do wniosku, że tego już za wiele.

Jeśli ta banda myśli, że może sobie urządzać dzikie rajdy po miasteczku na tych swoich bestiach i doprowadzać kobiety do płaczu, to jeszcze nie mieli do czynienia ze mną. Prawdziwą Nikki Preston.

Wkurzona odwracam się i zbliżam do wielkoluda. Dłonie formuję w pięści i opieram na biodrach. Spoglądam do góry, napotykając jego rozbawione błękitne spojrzenie.

– Co się tutaj dzieje? Co jej zrobiłeś!? – Wskazuję ręką w kierunku dziewczyny, nie odrywając od niego wzroku.

W odpowiedzi unosi lekceważąco brwi, a ja mam wrażenie, że krew w moich żyłach zaczyna wrzeć.

– Te wasze imprezy wypaliły ci mózg i język, Hulk!?

Najpierw przechodzą mnie ciarki na widok jego miny. Zaciska szczękę i pewnie, gdyby mógł, zacząłby puszczać nosem parę. Wyobrażam sobie, jak przelatuję przez całe pomieszczenie, ale on chwilę później odrzuca głowę do tyłu i wybucha głębokim, gardłowym śmiechem.

Nagle drzwi za tym pajacem otwierają się i kiedy olbrzym się odsuwa, dostrzegam Reeda. Zauważa mnie i wygląda, jakby czuł się winny. Wiem, że ma to coś wspólnego ze mną. Wykorzystuję moment i przeciskam się do gabinetu.

Na miejscu właściciela siedzi Paxton z zarzuconymi na biurko i skrzyżowanymi w kostkach nogami. Na mój widok kąciki jego ust unoszą się nieznacznie, chociaż w spojrzeniu maluje się niezadowolenie.

Gapimy się na siebie przez chwilę. Nagle on zrywa się z miejsca i wstaje. Obchodzi mebel i im bliżej jest, tym bardziej tracę pewność siebie, ale robię wszystko, aby tego nie zauważył. Tłumaczę sobie, że nie jestem już dzieciakiem, którego mógł ustawiać w kącie.

Paxton z powagą spogląda za mnie, w kierunku Reeda i Hulka.

– Na dzisiaj to wszystko, jedziemy – oświadcza. Jego wzrok, tym razem poważny, powraca do mnie. Znowu czuję, jakby stał przede mną sam Lucyfer. – Nigdy, ale to nigdy nie przerywa się mojemu klubowi. Tym razem ujdzie ci to na sucho, ale lepiej, żebyś się nie przekonała, co się stanie, jeśli ta sytuacja się powtórzy.

Po czym wychodzi.

Kiedy drzwi się za nim zamykają, ktoś z boku odchrząkuje. Spoglądam na starszego mężczyznę. O mój Boże, to Heaton?! Co ja sobie myślałam, że tylko ja się starzeję, a inni nie?

Siwiuteńki starszy pan w kraciastej marynarce podchodzi do biurka i wyjmuje z szuflady kopertę, z którą następnie do mnie podchodzi.

– To są wszystkie pieniądze, które mi przelałaś, Nikki. – Ręka wyciągnięta w moim kierunku drży niemiłosiernie. – Nie mogę się podjąć pracy u ciebie, przykro mi.

Teraz mi to mówi?

Miał wystarczająco dużo czasu, a przypomniało mu się teraz, żeby łaskawie mnie poinformować, że będę mieszkała w ruinie?

Biorę od mężczyzny pakunek, a ten odwraca się i podchodzi do fotela, po czym siada.

– Dlaczego? Nie ma pan nikogo do pomocy? – pytam, bo nie widzę innego wytłumaczenia, a po jego kondycji wnioskuję, że sam nie za bardzo nadaje się do takich robót.

Mężczyzna rozgląda się z żalem po pomieszczeniu i wzdycha.

– Mój syn miał przejąć interes, ale wolał robić coś innego. Na dodatek zwinął mi sprzed nosa pracowników i wyjechał. Nie pozostaje mi nic innego, jak tylko to wszystko sprzedać. – Na dźwięk ostatniego słowa, coś świta mi w głowie.

Przez ostatni rok pracowałam w firmie deweloperskiej ojca. Mieliśmy swoich projektantów wnętrz i specjalistów od planowania ogrodów. Nie wiem, czy nauczyłam się wystarczająco dużo przez ten czas, ale może warto spróbować. Nie będę przecież tu siedzieć z założonymi rękami od rana do wieczora.

– Kupię to od pana, choćby w tej chwili – wypalam zadowolona z siebie, lecz mężczyzna nie wygląda, jakby się cieszył.

– Co to, to nie. Chcę sobie spokojnie żyć na emeryturze.

Najpierw się oburzam, bo nie rozumiem, o co mu chodzi, ale po chwili to do mnie dociera.

Cholerny Paxton!

– To on zakazał panu remontów u mnie, prawda? – pytam wkurzona.

Heaton ożywa, wstaje i zaczyna zbierać dokumenty z biurka, pakując je do teczki.

– A bijcie się w cholerę o tę ziemię, ale mnie w to nie mieszajcie! – wybucha nagle, a ja zamieram.

O jaką ziemię? Co ten facet bredzi?

Wypadam jak strzała z budynku, wsiadam do samochodu i dzwonię do koleżanki, z którą pracowałam, z prośbą o sprawdzenie kilku informacji.

Siedzę w Louise chyba z pół godziny, co chwilę zerkając na komórkę i czekam, aż Leah oddzwoni. W końcu kobieta lituje się i odbieram połączenie.

– Nikki, jakieś dwa kilometry za twoim domem powinien być stary magazyn, prawda?

– Tak – potwierdzam informację i słyszę, jak dziewczyna wzdycha, a ja ponaglam ją, aby w końcu powiedziała to, na co czekam.

– Magazyn i ziemia dookoła zostały wykupione i zarejestrowane jako własność Sinners & Reapers, klubu motocyklowego. Nikki, wszystkie działki od skrzyżowania, poza twoją, należą do nich. – Po drugiej stronie nastaje cisza, a wnętrze samochodu wypełnia dźwięk mojego szaleńczo bijącego serca.

ROZDZIAŁ 5


NIKKI

Dziękuję Leah za informację i kończę połączenie, po czym rzucam telefon na siedzenie obok.

Z każdą minutą ogarnia mnie coraz większa furia. Zaciskam dłonie na kierownicy i dyszę wściekle, obserwując, jak bieleją mi knykcie.

– Myśl, Nikki, myśl, cholera – warczę sama do siebie przez zaciśnięte zęby.

Nie ma opcji, żeby Paxton razem ze swoją zgrają łatwo odpuścił, jeśli tak bardzo zależy mu na mojej działce. Po co im taki kawał ziemi? Cholera wie, ale będzie mnie dręczył tak długo, aż zdobędzie to, czego pragnie. Jestem pewna.

Nagle coś przychodzi mi na myśl i aż podskakuję. Rodzice byliby jednak dumni, gdyby wiedzieli, jakie genialne pomysły miewa ich córeczka.

A może jednak nie?

Może gdyby dowiedzieli się o tej sytuacji, natychmiast zażądaliby, żebym wróciła do domu i wyszła za jakiegoś wspólnika, idiotę. Potem moje zadanie polegałoby na leżeniu, pachnieniu i czekaniu na męża, który przed powrotem do domu przeleciałby jeszcze swoją sekretarkę. Miałam już przedsmak tego i bardzo dziękuję, ale nie skorzystam.

Sięgam znów po komórkę i dzwonię do Leah. Mam do niej dwie ogromne prośby. Dziewczyna wyklina mnie za zrujnowanie jej weekendu, ale skamlę do słuchawki tak błagalnie, że w końcu się zgadza.

Skoro załatwiłam już jedną sprawę, pozostaje teraz odwiedzić dwa miejsca.

Jadę do restauracji i z ulgą stwierdzam, że na parkingu nie ma żadnych jednośladów. Wchodzę do środka i proszę Ellie w ustronne miejsce, żeby z nią porozmawiać i wyjaśnić całą sprawę. Dziewczyna zakrywa dłonią szeroko otwarte usta, a jej oczy robią się ogromne.

– Wiesz, z kim walczysz, Nikki? – pyta, kiedy już dochodzi do siebie.

– Chyba jeszcze nie, ale mam o co – odpowiadam, wzruszając ramionami.

Żegnam się z przyjaciółką i ruszam dalej.

Kilka minut później przejeżdżam obok zdewastowanego domu babci Rose i serce mi pęka.

A co, jeśli mój plan nie wypali?

Jadę jeszcze przez chwilę, kierując się drogą do starego magazynu, ale po chwili okazuje się, że cały teren jest ogrodzony wysokim, białym murem.

Zwalniam, rozglądając się za jakimś wjazdem, aż docieram do olbrzymiej czarnej bramy. Zatrzymuję się, po czym wysiadam i podchodzę do dwóch młodych chłopców. Mają może około osiemnastu lat i oczywiście skórzane kamizelki, a także dla odmiany ogolone na zero głowy. Przyglądam się teraz naszywkom z napisem: Kandydat. Jeden z nich podchodzi do mnie.

– To teren prywatny, muszę panią prosić o jego opuszczenie. – Znalazł się chociaż jeden grzeczny.

– Chciałabym porozmawiać z Paxtonem.

Na moje oświadczenie chłopak gwiżdże, po czym cwaniacko się uśmiecha.

– Nasz VP nie rozmawia z kobietami, on je tylko...

– Wpuść ją, debilu! – Rozlega się nagle głos Paxtona. Zerkam w kierunku wjazdu i dostrzegam kamery, a także jakiś panel.

 

Chłopak natychmiast podchodzi do wejścia, po czym wystukuje jakiś kod.

Kiedy brama się otwiera, wsiadam do samochodu i wjeżdżam na teren posesji. Droga do samego magazynu przebiega szybko. Parkuję przed wejściem i rozglądam się z zaciekawieniem.

Budynek jest piętrowy i bardzo długi, musiał być też odnowiony, w miejsce okien z powybijanymi szybami wstawiono nowe, a ściany zostały pokryte tynkiem. Po prawej stronie dobudowano jeszcze kilka parterowych budynków, zdaje się, że między innymi garaże. Liczba zaparkowanych motocykli jest imponująca.

Wysiadam z pojazdu i podchodzę do drzwi, a gdy unoszę rękę, żeby zapukać, otwierają się i staje w nich olbrzym, ten od Heatona.

Automatycznie przybieram pewną siebie postawę.

– Cześć, Hulk – witam się, machając ręką, a z jego gardła wydobywają się dziwne odgłosy. Bez słowa odwraca się i idzie w nieznanym mi kierunku.

Podążam za nim, przebierając szybko nogami, żeby nadążyć i przelotnie omiatam wzrokiem wnętrze.

Jedynie nieznaczną część ogromnej hali odgrodzono ścianą. Wielkie pomieszczenie z potężnymi filarami zostało umeblowane. Dominują tu kanapy, fotele i stoliki, a w centrum stoi największy telewizor, jaki w życiu widziałam. Dalej bar.

Chciałabym wyłapać z ciekawości więcej, ale gigant skręca w prawo i po chwili metalowymi schodami wchodzimy na górę. Wokół jest mnóstwo, chyba prywatnych, pokoi. Kierujemy się do bardziej oddalonej części. Facet puka do drzwi, po czym wchodzi, zamykając mi je przed nosem.

Miło.

Stoję przez kilka minut, gapiąc się w jeden punkt, aż pojawia się przede mną olbrzym i wskazuje ręką, że mogę wejść.

Kiedy przekraczam próg pomieszczenia, od razu go widzę, siedzi za biurkiem naprzeciwko, pewny siebie, jakby był panem i władcą wszechświata. Ignorując jego obecność, rozglądam się i doznaję szoku. Spodziewałam się czegoś bardziej w stylu... Paxtona, a to biuro nie odbiega poziomem od tego, które ma mój ojciec. Dębowe, masywne meble, narożnik po lewej i fotele przy biurku, też z wyższej półki.

Skąd oni mają tyle pieniędzy?

– Zdziwiona? – pyta mój... wróg.

– Nic mnie już nie zdziwi, jeśli chodzi o twoją osobę – odpowiadam, po czym podchodzę do narożnika i siadam w centrum, im dalej od Paxtona, tym lepiej.

Hays odwraca fotel w moim kierunku i unosi brwi.

– Co cię do mnie sprowadza? – pyta nadzwyczaj normalnie.

– Wyjeżdżam, miałeś rację – nie pasuję tu, to nie moje klimaty – wypalam od razu, a na jego twarzy przeplata się kilka emocji naraz i mogłabym przysiąc, że jedną z nich jest rozczarowanie. Pewnie żałuje, że nie będzie miał okazji się nade mną poznęcać, chociaż...

– Och, Paxton, będziesz tęsknił? – pytam z udawanym smutkiem, przykładając dłoń do klatki piersiowej.

– Co z twoim domem?

No proszę, proszę. Od razu o konkretach.

– Na dniach przyjedzie ekipa remontowa, a kiedy tylko wrócę do Phoenix, wystawię go na sprzedaż. – Diabeł studiuje moją twarz, mrużąc powieki. Nie wierzy mi, widzę to. Cholera jasna. – Tam mam pracę, rodzinę, znajomych – dodaję, po czym wstaję i zmierzam do wyjścia, a kątem oka zauważam, że też podnosi się z siedzenia. Przystaję i odwracam się w jego kierunku.

– Znam drogę do wyjścia. Żegnaj, Paxton. – Nie czekając na odpowiedź, wychodzę.

Przed drzwiami czeka na mnie olbrzym, który ponownie zaczyna kroczyć przede mną.

– Wiesz, tak dobrze się nam rozmawia. Może wypijemy kiedyś kawę, zaprzyjaźnimy się – żartuję i znów biegusiem podążam za nim, a w odpowiedzi słyszę po raz kolejny dziwną serię odgłosów.

Wychodzimy na zewnątrz i dosłownie staję twarzą w twarz z kobietą z restauracji, która rzucała wzrokiem sztylety w moim kierunku.

Na mój widok robi minę, jakby przed chwilą zjadła coś cholernie gorzkiego.

– Zostaw Paxtona w spokoju. Tutaj ma wszystko, czego potrzebuje – oświadcza, wskazując rękoma na swoje ciało.

– Masz na myśli pełen zestaw zarazków i bakterii? – prycham i w tym momencie ta wpada w szał. Hulk wkracza do akcji, łapiąc kobietę w pasie, jeszcze zanim dopada do mnie.

Posyłam jej uśmiech, po czym wsiadam do samochodu i odjeżdżam, żeby wdrożyć w życie swój plan.

***

PAXTON

Zaraz po wyjściu Nikki wzywam kandydatów i daję im wytyczne odnośnie do jej pilnowania. Ma być obserwowana dzień i noc.

Nie wierzę jej. Coś mi tu nie pasuje. Ale co, jeśli jednak mówiła prawdę i dlaczego wkurwia mnie fakt, że wyjeżdża?

Przesuwam dłońmi po twarzy, starając się ogarnąć, jak ta mała mysz znów zalazła mi za skórę. Ile klubowych panienek bym nie wypieprzył, przy każdej zamykam oczy i wyobrażam sobie ją.

Kurwa!

– Ogarnij się, Pax – mruczę sam do siebie.

Klub jest najważniejszy. Pierwszy. Zawsze. Nikki jak na razie jest przeszkodą, ale nadejdzie moment, w którym ją odnajdę i przywłaszczę, choćbym miał ją przykuć do łóżka kajdankami.