Wieża Eiffla nad PinąTekst

Z serii: Reportaż
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

W serii ukazały się ostatnio:

Paweł Smoleński Pochówek dla rezuna (wyd. 3)

Cezary Łazarewicz Tu mówi Polska. Reportaże z Pomorza

Ilona Wiśniewska Białe. Zimna wyspa Spitsbergen (wyd. 2)

Filip Springer Miedzianka. Historia znikania (wyd. 4)

William Dalrymple Dziewięć żywotów. Na tropie świętości we współczesnych Indiach (wyd. 2)

Barbara Demick Światu nie mamy czego zazdrościć. Zwyczajne losy mieszkańców Korei Północnej (wyd. 2)

Jacek Hugo­-Bader Dzienniki kołymskie (wyd. 2)

Ben Rawlence Miasto cierni. Największy obóz dla uchodźców

Dariusz Rosiak Biało­-czerwony. Tajemnica Sat­-Okha

Jean Hatzfeld Więzy krwi

Aleksandra Boćkowska Księżyc z peweksu. O luksusie w PRL

Barbara Seidler Pamiętajcie, że byłem przeciw. Reportaże sądowe

Ewa Winnicka Był sobie chłopczyk

Cezary Łazarewicz Żeby nie było śladów. Sprawa Grzegorza Przemyka (wyd. 3)

Paweł Smoleński Syrop z piołunu. Wygnani w akcji „Wisła”

Marcin Kącki Poznań. Miasto grzechu

Piotr Lipiński Bierut. Kiedy partia była bogiem

Tomasz Grzywaczewski Granice marzeń. O państwach nieuznawanych

Cezary Łazarewicz Koronkowa robota. Sprawa Gorgonowej

Zbigniew Rokita Królowie strzelców. Piłka w cieniu imperium

Swietłana Aleksijewicz Czarnobylska modlitwa. Kronika przyszłości (wyd. 4)

David I. Kertzer Porwanie Edgarda Mortary. Skandal, który pogrążyłPaństwo Kościelne

Rana Dasgupta Delhi. Stolica ze złota i snu (wyd. 2)

Karolina Bednarz Kwiaty w pudełku. Japonia oczami kobiet

Paweł Smoleński Królowe Mogadiszu

Rob Schmitz Ulica Wiecznej Szczęśliwości. O czym marzy Szanghaj

Marek Szymaniak Urobieni. Reportaże o pracy

Ola Synowiec Dzieci Szóstego Słońca. W co wierzy Meksyk

Jacek Hołub Żeby umarło przede mną. Opowieści matek niepełnosprawnych dzieci

Marcin Michalski, Maciej Wasielewski 81 : 1. Opowieści z Wysp Owczych (wyd. 2)

Marta Madejska Aleja Włókniarek

Ilona Wiśniewska Lud. Z grenlandzkiej wyspy

Remigiusz Ryziński Dziwniejsza historia

Maria Hawranek, Szymon Opryszek Wyhoduj sobie wolność. Reportaże z Urugwaju

Marcelina Szumer-Brysz Wróżąc z fusów. Reportaże z Turcji

Mariusz Surosz Pepiki. Dramatyczne stulecie Czechów (wyd. 2 zmienione)

Swietłana Aleksijewicz Czasy secondhand. Koniec czerwonego człowieka (wyd. 3)

Wojciech Górecki Buran. Kirgiz wraca na koń

W serii ukażą się m.in.:

Piotr Lipiński, Michał Matys Niepowtarzalny urok likwidacji. Reportaże z Polski lat 90.

Grzegorz Szymanik, Julia Wizowska Długi taniec za kurtyną. Pół wieku Armii Radzieckiej w Polsce

Agnieszka Rybak, Anna Smółka

Wieża Eiffla nad Piną

Kresowe marzenia II RP


Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.


Projekt okładki Agnieszka Pasierska / Pracownia Papierówka

Projekt typograficzny Robert Oleś / d2d.pl

Fotografia na okładce: Państwowe Kamieniołomy Janowa Dolina. Słupy bazaltowe, pocztówka, lata 30., Biblioteka Narodowa w Warszawie

Wybór zdjęć Karolina Andrzejewska-Batko

Copyright © by Agnieszka Rybak i Anna Smółka-Gnauck, 2018

Opieka redakcyjna Łukasz Najder

Redakcja Anastazja Oleśkiewicz

Korekta d2d.pl

Redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Skład Alicja Listwan / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8049-795-5

Spis treści

Seria

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Flota niedorzeczna

Twierdza

Kukułka

Raj na Wołyniu

Pięćdziesiąt stopni Celsjusza

Świat ze sklejki

Podziękowania

Bibliografia

Przypisy końcowe

Przypisy

Kolofon

Jedna z nas opowieści o Kresach słuchała w domu, choć ta nazwa rzadko padała. Mówiło się po prostu Szczara. Niewielki folwark Szczara nad rzeką o tej samej nazwie oddany prababce – nieposłusznej córce ziemiańskiej, która bez pozwolenia rodziców wyszła za zaściankowego, przystojnego inteligenta – był jak kalejdoskop. Raz widać spalony dom i ruiny budynków gospodarczych, bo tamtędy przechodził front I wojny, a potem hulali bolszewicy. Innym razem łódkę na wodzie w letni, słoneczny dzień i niosący się z niej po rzece słynny wówczas sopran spinto zaprzyjaźnionej z pradziadkami Matyldy Polińskiej­-Lewickiej. Ulubiony koń wsadzający łeb przez okno, żeby podkradać cukier z nieopatrznie postawionej na parapecie cukiernicy. Święto Kuczek u żydowskiej koleżanki babki z gimnazjum w Słonimie.

Druga z nas co rusz spotykała Kresowiaków podczas pracy. Słuchała opowieści o kolejarzu z Tarnopola, który podczas wojennej zawieruchy zbierał rozrzucone tomy Kraszewskiego, o poziomkach z majątku Marsów w Sądowej Wiszni transportowanych samolotem do Harrodsa. No i miała to szczęście, że Antoni Rosen, osiadły pod Warszawą ziemianin z kowieńskich Gaczan, obdarzył ją swoją przyjaźnią. A o Kresach, ich niezwykłości i obyczajach mógł rozmawiać „do rannego udoju”. To właśnie jego dwór opisał Józef Weyssenhoff w Sobolu i pannie.

W szarym PRL­-u te opowieści – bez cenzury w wersji domowej i starannie wyselekcjonowane przez cenzurę w wersji książkowej – brzmiały niczym baśń z Księgi tysiąca i jednej nocy. Po upadku komunizmu pojawiło się wiele publikacji, w większości z dworkiem, koniem i sopranem w tle. Zaczęłyśmy szukać innej twarzy Kresów, tej najbardziej zapomnianej. Bo kto dziś pamięta o bitwie polskich marynarzy pod Czarnobylem lub o odbudowie Brześcia – najbardziej zniszczonego w czasie I wojny światowej miasta II Rzeczypospolitej? Po odzyskaniu niepodległości Polska mierzyła się z wyzwaniem cywilizacyjnym, jakim była odbudowa materialna Kresów i zespolenie ich z resztą kraju. Odrodzona Polska jest obolała. Prawie pięćdziesiąt procent terenów, które przed rozbiorami należały do I Rzeczypospolitej, po I wojnie przypadło Rosji i Litwie. Okrojone Kresy stanowią najbardziej zniszczoną i najtrudniejszą do rządzenia część kraju. Nowoczesność nie przyjmuje się łatwo w tym starym, feudalnym świecie. Postanowiłyśmy przyjrzeć się kilku projektom rozwojowym w województwach wschodnich II RP. Przeglądałyśmy archiwa, gazety, wspomnienia i docierałyśmy do ostatnich świadków. Odbyłyśmy wiele podróży, ­również po to, żeby zobaczyć, co z tych inwestycji zostało do dziś.

Praca zaczęła się od szperania w przedwojennych gazetach. „W Pińsku musi być lotnisko!” – krzyczy „Echo Pińskie” w 1934 roku. „Zasięg musi być o wiele większy niż stacji krakowskiej” – pisze wileńskie „Słowo” o swojej nowej stacji radiowej. „Zawrzała w tempie iście amerykańskim ciężka walka człowieka z naturą, który postanowił tej puszczy wyrwać skrzętnie skryte bogactwa” – pisze dziennikarz o kopalni bazaltu w Janowej Dolinie na Wołyniu.

Tak odnajdywałyśmy przedwojenne marzenia i plany II RP związane z województwami wschodnimi. Chwilami jest egzotycznie – Polska Marynarka Wojenna toczy swoje pierwsze boje na Polesiu, na Wołyniu wojewoda Józewski zmaga się z niechętnymi Polsce Ukraińcami. A chwilami znajomo – ambicja, żeby dogonić Zachód w nowoczesności, codzienne potyczki rodzimych firm z działającymi na naszym rynku zagranicznymi potentatami, polskie kompleksy i traumy.

Ignacy Konopacki ma dwanaście lat i trzyma w dłoni różowo­-niebieskiego spranego rubla. Zaraz kupi swojego pierwszego królika. Królik zamieni się w wielką fabrykę w Mostach na Grodzieńszczyźnie. Komandor Zajączkowski kreśli na piasku w pińskim porcie model nowego kutra uzbrojonego. Witold Hulewicz ustawia z ekipą dźwiękowców mikrofony nad Wilią i martwi się o pogodę w dniu pierwszego polskiego słuchowiska radiowego. Jakże są nam bliscy w swojej krzątaninie.

 

Flota niedorzeczna

Jesień 1926 roku. Łąka nad Wisłą w rejonie Warszawy. Coś w kształcie ogromnego żelazka połyskuje metalicznie wśród traw. Obok pasą się krowy. Nowiutki, błyszczący stalą monitor rzeczny flotylli pińskiej wykonany w Polskich Fabrykach Maszyn i Wagonów L. Zieleniewski S. A. w Krakowie utknął na mieliźnie w drodze do swojego portu w Pińsku na Polesiu. Ktoś złośliwy zrobił zdjęcie.

Baron w pałacu Mostowskich

Grudzień 1918 roku. Trzydziestoletni baron Karol Taube siedział w pałacu Mostowskich w Warszawie i czekał na rozmowę o swojej przyszłości. Opuścił bolszewicką Rosję i przyjechał do Warszawy, żeby się zaciągnąć do polskiej marynarki wojennej. Przypatrywał się z ciekawością innym ochotnikom – marynarzom ze wszystkich trzech zaborów, nieprawdopodobnej mieszaninie strojów, mowy i akcentów. Siedzieli w mundurach hallerowskich, legionowych, pruskich i austriackich. Każdy zabór wytwarzał nie tylko odmienny typ Polaka, ale i odmienny typ oficera.

Baron był wesołym gadułą z dalekiego Podola. W dzieciństwie broił razem z braćmi. Kiedyś z Józiem, w przyszłości jednym z dowódców garnizonu w Brześciu[1], wrzucili do stawu zawsze zbyt starannie ubranego ich zdaniem młodszego kuzyna Jarka Iwaszkiewicza. Nie odważyliby się na to wobec innego krewnego – utykającego lekko i starszego od nich o parę lat Karola Szymanowskiego.

Polska nie miała jeszcze morza, jej flota składała się z paru jednostek rzecznych zabranych Niemcom, a dowództwo stanowiła niewielka Sekcja Marynarki w Ministerstwie Spraw Wojskowych, gnieżdżąca się w paru pokoikach pałacu Mostowskich. Baron mógł spotkać tu wielu znajomych – w polskiej marynarce osiemdziesiąt procent marynarzy pochodziło z floty rosyjskiej, piętnaście z pruskiej, a zaledwie pięć z austriackiej. Wśród oficerów także dominowali Rosjanie: „Byli to przeważnie Polacy kresowi, synowie tamtejszych ziemian, a więc o tradycji ziemiańskiej i charakterystycznym kresowym temperamencie”1 – pisał jeden z oficerów pół wieku później w wydawanych w Londynie „Naszych Sygnałach”.

Taube w maju 1919 roku został oddelegowany z grupą kilkunastu marynarzy do obsadzenia motorówek szykowanych do walki z bolszewikami. Pierwsze boje Polska Marynarka Wojenna toczyła nie na Bałtyku, ale na Polesiu. Baron był nie tylko ich uczestnikiem, ale i najlepszym kronikarzem; w Figlach diablika błot pińskich pełno anegdot, a w Zarysie historji wojennej flotyll rzecznych napisanym z kolegą – plastycznych opisów.

Cztery motorówki na pińskim morzu

„W czasie roztopów wiosennych 1919 roku błota pińskie wyglądały jak morze. Gdzie niegdzie tylko wyłaniały się jak wyspy, nieznaczne piaszczyste wzgórza, a na nich wsie. Oddziały polskie grupy generała Listowskiego, porozrzucane po wsiach, znalazły się w bardzo ciężkim położeniu”2 – pisał baron.

W Brześciu na Muchawcu kiwały się smętnie cztery drewniane poniemieckie łodzie motorowe. Silniki rozkradła miejscowa ludność. Porucznik, książę Jan Giedroyć, zaproponował generałowi Antoniemu Listowskiemu wyremontowanie ich i utworzenie małej flotylli. Kiedy w maju Giedroyć dostał do pomocy Taubego z nowymi ludźmi, zaczęli od rozwożenia meldunków, żywności i amunicji. Palili się do walki, ale Listowski odpowiadał niezmiennie: „Podziurawią wam te duszegubki. Nic nie zrobicie i potopicie się – to nie ma żadnego sensu”3.


1. Jedna z motorówek flotylli pińskiej podczas wojny polsko-bolszewickiej, Pińsk, 1919

Źródło: Gotlieb-Pińsk / Ośrodek KARTA

Bolszewicy mieli swoją flotę rzeczną i próbowali atakować polskie posterunki nad Prypecią z wody. Polskie motorówki, uzbrojone głównie w karabiny maszynowe, czasem w jakieś działko, ruszyły na zwiady i któregoś dnia po raz pierwszy zaliczyły strzelaninę z bolszewikami. „W ciągu całej tej drogi widok Horodyszcza nie schodził nam z oczu” – pisał baron. „Hen w dali, po lewej burcie, ponad szumiące morze oczeretów i tataraków, wśród których łyskały srebrzyste tafle małych jeziorek i sieć strumieni – wznosiło się odrzewione gęsto wzgórze z górującym ponad wszystko złocistym krzyżem na kościelnej wieży”4. Był to kościół Świętej Anny, chroniący wyjątkowe freski, na których tematy biblijne przeplatały się z historią Rzeczypospolitej. Lwowiak mat Netreba mówił głośno to, co myśleli wszyscy: „Ot, zrobićby, panie poruczniku, wypad na Horodyszcze”5. W końcu generał pozwolił.

Pełne bolszewików Horodyszcze stało na drodze do ważnego węzła kolejowego w Łunińcu – głównego celu ataku polskich wojsk. Wieczorem 2 lipca na jedną z motorówek Giedroycia załadowali się żołnierze 34 Pułku Piechoty. Było trochę śmiechu, bo niejeden piechur pierwszy raz wsiadł do łodzi, więc sprawdzał przede wszystkim, gdzie leżą koła ratunkowe. Na dwie pozostałe wsiedli marynarze. O świcie, niewidoczni w tumanie mgły, popłynęli Jasiołdą w kierunku Horodyszcza. Kiedy zbliżali się do wsi, promienie wschodzącego słońca rozproszyły opary. Stanowili teraz znakomity cel dla wroga. „Sam czułem, jakbym miał w piersiach sopel lodu”6 – wspominał baron. Przywitał ich silny ogień karabinów maszynowych. Odpowiedzieli strzałami, klucząc zręcznie. Bolszewickie kule trafiały w wodę. Desant udało się wysadzić od strony Jeziora Horodyskiego. Kiedy słońce już porządnie grzało, w Horodyszczu nie było ani jednego bolszewika. Był 3 lipca 1919 roku – dzień narodzin flotylli pińskiej. Przez kolejne dwadzieścia lat będą co roku obchodzić tutaj uroczyście swoje święto.

Potem znów wpadli w szarzyznę służby transportowej. Stare wilki morskie z obrażonymi minami tachały po rzece grubaśne berlinki napakowane wszelkim dobrem szczurów lądowych. ­Rosło napięcie, a któregoś dnia omal nie doszło do buntu. Giedroyć i Taube po cichu podzielali frustrację załogi. „Ogarnęła nas mania szukania miejsc na zasadzki”7 – pisał baron. Marzyli o zdobyciu okrętów.

Któregoś dnia zaczaili się na sowieckie kanonierki na Prypeci. Siedzieli tak, siedzieli, a bolszewików ani widu, ani słychu. Za to pojawili się wracający z połowów Poleszucy. Jedna łódka, druga, trzecia… Nie sposób puścić ich dalej, bo a nuż spotkają wroga i wydadzą kryjówkę. Giedroyć kazał ich zatrzymać. Poleszucy zaczęli jęczeć, że głodni.

– Rybkę suszoną pewnie macie – a soli i chleba wam damy.

– Panoczku, soli! – wykrzyknął z zachwytem Poleszuk. – To my soli ne baczyły chyba z hod!

– A i chliba dawno ne jiły – dodał drugi.

Cztery łódki w zgodnym ordynku stanęły przy motorówkach. […]

– Ładna historia! To cały obóz koncentracyjny tu założymy – mruknąłem8

– wspominał baron. Słońce już zachodziło i czerwieniło pnie drzew. Bolszewików jak nie było, tak nie ma. Marynarska krew płynęła do żołądków komarów, a prowiant – do poleszuckich brzuchów. Giedroyć i Taube siedzieli wściekli. Wrócili z niczym.

Jednak nie zawsze zasadzki kończyły się niepowodzeniem. Flotylla coraz częściej staczała zwycięskie potyczki z wrogiem i pływała na zwiady. Dostała nowe działa artyleryjskie. Zatopiła bolszewicki okręt Wołga. Sypały się kolejne pochwały od dowodzącego tym odcinkiem pułkownika Władysława Sikorskiego. Aż nadszedł listopad 1919 roku i motorówki wróciły do Pińska. Lód w każdej chwili mógł uniemożliwić im poruszanie się po rzekach.

Narodziny portu

Port w Pińsku zbudowano dla stateczków pasażerskich i towarowych, które na bagnistym Polesiu, pozbawionym dróg, odgrywały kluczową rolę w komunikacji między miasteczkami. Większość poleskich wieśniaków poruszała się na lekkich i wywrotnych drewnianych łódkach zwanych duszegubkami. W listopadzie 1919 roku utworzono w pośpiechu port wojenny z pierwszym komendantem Witoldem Szulcem. Czterdzieści lat później kolega pisał o nim w relacji dla Muzeum Marynarki Wojennej w Gdyni: „wychowanek Kronsztadu. Był to człowiek energiczny, ale przy tym apodyktyczny, często uparty. Trzymał żelazną ręką swoich podwładnych, którzy też przed nim drżeli”9. Szulc postawił na brzegu drewniane szopy – pierwsze warsztaty naprawcze flotylli. Zatrudniał w nich głównie pracowników dawnych carskich zakładów naprawczych kolei.

W marcu 1920 roku w polskie ręce wpadły miasteczka na Polesiu, a wraz z nimi część sowieckich jednostek rzecznych. W tym miodzie była i łyżka dziegciu – wymarzone okręty zdobyli dla marynarzy żołnierze lądowi. Flotylla dostała od kierownictwa w Warszawie dodatkowe łodzie i trzystu ludzi, żeby je obsadzić. Stała się poważną jednostką.

Jeden ze zdobytych statków przeszedł do legendy. Ochrzczono go Pancerny­-1.

Nasz towarzysz pancerny morza jednak nigdy nie widział. Mało tego, nawet nie był „od urodzenia” okrętem wojennym, lecz zwyczajnym silnym holownikiem. W czasie pokoju holował po Dnieprze pękate berliny pełne pszenicy, żyta lub pociągi tratew po Prypeci. Aż przyszła wojna i spokojny holownik musiał iść walczyć10

– wspominał z czułością baron. Żeby holownik stał się wojownikiem, musiał dostać gruby pancerz z żelaznej blachy, przez co „nie posiadał rasowej sylwetki bojowego okrętu. Miał swoistą grozę, lecz ta groza nie była piękna tym pięknem, jakie ma prawdziwy wojenny okręt morski czy nawet monitor rzeczny”11. Po jednej z bitew lody zostały przełamane. Pancerny­-1 walił ogniem w nieprzyjaciół jak w bęben i szybko manewrował po trudnych wodach Prypeci.

Czarnobyl. Największa bitwa polskiej marynarki w dwudziestoleciu

Kwiecień 1920 roku. Czarnobyl jeszcze bez elektrowni atomowej, za to z resztkami świetności dawnej Rzeczypospolitej: ruinami zamku, zniszczonym klasztorem Dominikanów, błyszczącymi kopułami cerkwi Świętego Eliasza. Tutaj, gdzie Usza wpada do Prypeci i gdzie za kilkadziesiąt lat dojdzie do największej na świecie katastrofy elektrowni jądrowej, rozegrała się największa w dwudziestoleciu bitwa polskiej marynarki wojennej. Starcie z bolszewicką flotyllą dnieprzańską trwało dwanaście godzin. „Walka staje się coraz bardziej zażarta. 6 kanonierek nieprzyjacielskich z kilkunastu swych dział zasypuje silnym ogniem zbliżającą się flotyllę. Fontanny wody i mułu co chwila podnoszą się w pobliżu burt statku oraz motorówki, manewrujących na szerokiej, blisko kilometrowej przestrzeni rzecznej”12 – relacjonował Taube. Pancernym dowodził Giedroyć, obok szalał Taube na motorówce. Zwycięstwo należało do Polaków, udało się zdobyć banderę wroga. Po wojnie trafiła razem z pięćdziesięcioma bolszewickimi sztandarami do muzeów. Największa kolekcja znalazła się w Muzeum Wojska Polskiego w Warszawie, gdzie w nowym gmachu przy Alejach Jerozolimskich wystawiono ją w Sali Honorowej 1920 roku. Ówczesny dyrektor zlecił zrobienie starannej dokumentacji zarówno fotograficznej, jak i rysunkowej, co było znakomitą decyzją, bo w latach 1950–1951 na żądanie ZSRR wszystkie sztandary oprócz dwóch zostały zwrócone. Jedną z ocalałych w zbiorach muzeum jest bandera flotylli dnieprzańskiej, zdjęta pod Czarnobylem.

W kwietniu 1920 roku na lądzie trwała polska ofensywa. Po bit­wie pod Czarnobylem droga rzeczna na Kijów stanęła otworem. „Wypłynąwszy z burych wód Prypeci, motorówki zda się skurczyły, stały się całkiem maleńkie na wielkiej, ciemnosiwej roztoczy wód dnieprowych. […] Już słońce skłaniało się ku zachodowi, gdy ujrzano w dali wyłaniające się z mgły złote kopuły cerkiewne”13. To był Kijów. Wśród maszerujących 9 maja po Chreszczatiku w paradzie zwycięstwa wojsk polskich szli marynarze. Polacy razem z miastem zagarnęli port ze statkami i warsztatami. Flotylla pińska potężniała – przez cały miesiąc była dumną posiadaczką flotylli kijowskiej.

 

Sowieckie statki krążyły na południe od Kijowa i po dopływach Dniepru. Polacy próbowali je wytropić. Część motorówek miała zabezpieczać transport drzewa opałowego zgromadzonego na brzegach Prypeci dla oddziałów Edwarda Rydza­-Śmigłego. Polska flotylla rozciągnięta w różnych miejscach wielkiego Dniepru cierpiała z powodu braku remontów. Cały ten naprędce sklecony sprzęt coraz wyraźniej domagał się naprawy. Nie było na to czasu. Ruszyła bolszewicka kontrofensywa.

Pancerny poszedł na Dniepr, a z nim Karol Taube. Kręcili się po wodach bez wytchnienia – patrole, potyczki, bitwy – aż okręt zaczął niedomagać. Stary wysłużony kocioł miał dość. Pancerny po całonocnej bitwie pod Witaczowem dobił do portu w Kijowie. Mechanik doczekał się upragnionego pozwolenia na wyczyszczenie kotła i zajął się radośnie spuszczaniem pary. Dowództwo też odpoczywało. „Siedzieliśmy wszyscy w mesie Pancernego, gwarząc wesoło przy butelczynie, rojąc o różnych lądowych przyjemnościach, gdy naraz w szum pary bijącej głośnym echem w ciszę nocy, wdarł się ostry dźwięk samochodowej trąbki”14 – wspominał baron. Przyszedł rozkaz – ruszać i zablokować bolszewikom przeprawę! „A tu tymczasem w naszym okręcie zaczyna się objawiać stary gruchot, pełen zachcianek pokojowych, zupełnie nielicujących z chwilą tak groźną”15. Mechanik desperował. Dowódca sucho powtórzył rozkaz. Taube rozumiał mechanika.

Był to tylko wynik ostrego zetknięcia sumiennego fachowca, wychowanego w terrorze porządku niemieckiej marynarki, z polską wojenną rzeczywistością, w której panowała improwizacja. Nie ma koni do armat, niech woły je ciągną. Nie ma dobrych samolotów, lata się na gratach. Nie ma dobrych armat, idą w bój stare francuskie czy zdobyczne rosyjskie działa, itd.16.

Manewrowanie na pełnym letnich mielizn Dnieprze było grą va banque. Pancerny próbował stawić czoła bolszewikom sam jeden, bo towarzyszące mu motorówki były za słabe na starcie z ich okrętami. Rażony ogniem wroga, musiał uciekać. Przegrał, „cichutko odchodził na południe, potykając się o mielizny, jak zdrożona szkapa”17. Wrócił do Kijowa z rozgoryczonymi z jego powodu marynarzami. Zawiódł.

Rozkaz opuszczenia Kijowa padł 8 czerwca. Flotylla została przydzielona do osłony wycofujących się oddziałów pułkownika Józefa Rybaka. Uszkodzone jednostki były niszczone i zatapiane. Taki los spotkał też Pancernego. Załoga patrzyła ponuro z wysokiego brzegu Dniepru, jak granaty rozrywają pierwszy polski okręt od czasów Władysława IV. Resztki flotylli, już tylko pińskiej, wpłynęły na Prypeć. Czerwcowe słońce wysuszyło rzeki i wody gwałtownie opadły. Flotylla w czasie odwrotu ofiarnie przewoziła wojsko i ratowała tabory.

W lipcu 1920 roku nowym dowódcą flotylli został pułkownik Jerzy Wołkowicki, słynny na całą Rosję z tego, że pod Cuszimą protestował przeciwko poddaniu się Japończykom. Scenę opisaną w najlepiej znanej książce najpopularniejszego rosyjskiego marynisty znały kolejne pokolenia Rosjan:

admirał oznajmił:

– Panowie oficerowie, chcę poddać pancernik. Widzę w tym jedyny sposób uratowania was i załogi. Co o tym myślicie? […]

– Wysadzić pancernik i ratować się – skromnie odezwał się miczman Wołkowicki18.

Młody miczman został odznaczony najwyższym wojskowym medalem Rosji – Orderem Świętego Jerzego. W 1939 roku w stopniu generała trafił do Kozielska, gdzie oficer NKWD zapytał go, czy jest krewnym sławnego miczmana. Odpowiedź brzmiała: „To ja”. Był jednym z dwóch generałów, którzy przeżyli Katyń.

Wołkowicki swoją pierwszą walkę jako dowódca flotylli stoczył nie z bolszewikami, ale z mieliznami. Statki szorowały brzuchami po piachu. Wysłał pogłębiarki, które od rana do nocy i od nocy do rana ryły dno Prypeci. Przegrał. Jedyne, co mu pozostało, to zatopić flotyllę i uchodzić z wojskami na zachód.

Inne książki tego autora