Wędrowny zakład fotograficznyTekst

Z serii: Poza serią
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Agnieszka Pajączkowska
Wędrowny Zakład Fotograficzny


Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.


Projekt okładki Agnieszka Pasierska / Pracownia Papierówka

Projekt typograficzny Robert Oleś / d2d.pl

Jeżeli nie zaznaczono inaczej, fotografie © by Agnieszka Pajączkowska

Copyright © by Agnieszka Pajączkowska, 2019

Redakcja Ewa Polańska

Korekta d2d.pl

Redakcja techniczna i skład Robert Oleś / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8049-907-2

WYDAWNICTWO CZARNE sp. z o.o.

czarne.com.pl

Wydawnictwo Czarne

@wydawnictwoczarne

Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa

Wołowiec 2019

Wydanie I

Spis treści

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Dedykacja

Motto

Wstęp

Przed wyjazdem

2012

Granica z Litwą

Granica z Białorusią

2013

Granica z Białorusią

Granica z Ukrainą

2014

Granica z Litwą

Granica z Rosją

Granica z Białorusią

Granica z Ukrainą

2015

Granica z Rosją

Granica z Białorusią

2016

Dolny Śląsk

2017

Granica z Ukrainą

Podziękowania

Helenie

Te moje wędrówki (bez auta) i spotkania z tak różnymi ludźmi są wciąż jednakowo fascynujące.

ZOFIA RYDET

Biada temu, kto wyrusza i nie powraca.

OSKAR MIŁOSZ, NAPIS NAD WEJŚCIEM DO DWORU W KRASNOGRUDZIE

Fotografując, nie robisz portretów, ty je dostajesz.

JULIUSZ SOKOŁOWSKI

Wstęp

Wędrowny Zakład Fotograficzny powstał z chęci spotykania nieznajomych ludzi w słabo mi znanych rejonach Polski. To nie fotografia była celem, ale bycie w drodze. Gdy pierwszy raz ruszyłam w kierunku wschodniej granicy z zamiarem robienia zdjęć portretowych i wymieniania ich na jedzenie, miałam dwadzieścia sześć lat. Nie przypuszczałam wtedy, że będę to powtarzała przez kolejnych pięć letnich sezonów. Choć co roku wybierałam inny kierunek, działałam w podobny sposób: mieszkałam w samochodzie, drukowałam zdjęcia na miejscu i na wyłączny użytek fotografowanych osób, nie spieszyłam się. Mapa służyła mi do bieżącego odnajdowania się w terenie, a nie do planowania trasy. W niektórych miejscach zostawałam dłużej, do innych wracałam. Zwykle byłam w drodze mniej więcej przez miesiąc. Ta książka powstała na podstawie rozmów z osobami, które wtedy spotkałam.

Prowadząc Zakład, nie miałam ambicji badawczych ani reporterskich. Część opisanych sytuacji odtworzyłam z robionych w trasie notatek, część to zapis rozmów, które czasami nagrywałam. Choć nie zakładałam, że próba podzielenia się doświadczeniem prowadzenia Wędrownego Zakładu Fotograficznego przyjmie formę książki, to już w trakcie pracy nad tekstem zależało mi, aby w miarę możliwości zachować język osób, z którymi rozmawiałam. Jednak nawet gdybym chciała, w większości nie umiałabym odtworzyć ich nazwisk, adresów, dat spotkań. Zagadnięte przez nieznajomą osobę podróżującą bez wyraźnego celu i sprecyzowanego tematu, opowiadały swoje wspomnienia, dzieliły się doświadczeniami i przekonaniami. Nie było moją intencją weryfikowanie informacji, które otrzymywałam – głównie słuchałam, doświadczając tego, jak te spotkania, sytuacje i miejsca zmieniają moje wyobrażenia: między innymi o pograniczu, wsi, fotografii, sensie podróżowania, powojennej historii i jej współczesnych śladach.

Ta książka może być traktowana jak pudełko ze zdjęciami, którego zawartość wysypuje się na stół i bierze do ręki w dowolnej kolejności. „Fotografie” można też przeglądać chronologicznie, tak jak zostały ułożone: od pierwszego wyjazdu pod granicę z Litwą i Białorusią, przez następne wzdłuż granic Ukrainy i Rosji, aż po wyjazd na Dolny Śląsk.

Wędrowny Zakład Fotograficzny stworzyłam w pojedynkę, lecz w drodze często towarzyszyła mi jedna z bliskich koleżanek. Obecność każdej z nich również kształtowała przebieg wydarzeń, które opisuję jednak z indywidualnej perspektywy. Zmieniłam imiona i nazwiska niektórych osób. Zakład nie był zaplanowany jako działania badawcze, reporterskie czy artystyczne – być może znajduje się na ich pograniczu, ale przede wszystkim jest doświadczeniem osobistym, opartym na niedoskonałej pamięci. Historie, które mi przekazano, i opisywane przeze mnie sytuacje mogą się różnić od tego, jak pamiętają je inne uczestniczki i uczestnicy tych spotkań. Dziękuję im wszystkim za czas i opowieści, którymi się ze mną podzielili.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Przed wyjazdem
1989. Wiecha na dachu

Jestem z Warszawy. Moi rodzice są z Warszawy. Jedna z moich babć jest przedwojenną warszawianką. Jej mama, a moja prababcia, Francuzka z pochodzenia, uczyła się w Petersburgu w szkole dla dobrych panien. Wraz ze swoim ojcem, fabrykantem przebywającym tam w interesach, musiała w popłochu uchodzić przed rewolucją bolszewicką. Uciekali koleją przez Warszawę, gdzie na dworcu, w trakcie przesiadki, lokalne cwaniaczki okradły przyjezdnych burżujów. Wyrabianie nowych dokumentów umożliwiających dalszą podróż do Francji trwało na tyle długo, że Polska odzyskała niepodległość, a prababcia, wówczas dwudziestoletnia, zakochała się, wyszła za mąż i została w Warszawie na dobre.

Wśród moich przodkiń i przodków są także: inżynier budujący kominy i jego syn budujący warszawskie metro; awanturnik, który inwestował w Galicji w poszukiwania ropy naftowej, ale majątek roztrwonił, polując na słonie w Afryce; pracownik Kolei Warszawsko-Wiedeńskiej, urzędniczka Ubezpieczalni Społecznej, która po aresztowaniu przez Gestapo zmarła w więzieniu na gruźlicę; zabity w wieku osiemnastu lat powstaniec warszawski; właściciel czeskiego browaru; pielęgniarka za komuny asystująca przy operacjach na oddziale ginekologiczno-położniczym; redaktor popularnego po wojnie krakowskiego tygodnika oraz reżyser filmowy.

Nikt w mojej rodzinie, co najmniej do czwartego pokolenia wstecz, nie pochodził ze wsi. Jeśli na wsi mieszkał, to albo dlatego że wynajmował elegancki dom pod miastem, albo dlatego że uciekał przed wojną, albo dlatego że – jak głosi rodzinna plotka – prawdopodobnie posiadał niewielki majątek. Nikt koniem pługa nie prowadził.

 

Gdy miałam trzy lata, w Polsce wiele się zmieniło. Na fali transformacji moi rodzice kupili wiejskie gospodarstwo oddalone pięćdziesiąt kilometrów od naszego mieszkania na warszawskim Grochowie. To była typowo nijaka, mazowiecka wieś. Chwilę wcześniej zlikwidowano w niej pegeer, po którym zostały dwa szare bloki pełne zaskoczonych ludzi mających w zwyczaju wylewać ścieki do ogrodu warzywnego, zostały też długie, puste chlewy z pustaków oraz sklep otwierany w niedzielę tuż po trzynastej, by można było się napić po mszy.

W drugiej części wsi, ciągnącej się za krzyżem wzdłuż piaszczystej drogi aż pod rzadki las pełen śladów wojennych okopów i historii o niewypałach, stały domy małorolnych gospodarzy. Część z nich zdecydowała się sprzedać gospodarkę, by spróbować skorzystać z obietnic transformacji i poszukać szczęścia w stolicy lub na jej obrzeżach. Należeli do nich między innymi ci, którzy sprzedali ojcowiznę moim rodzicom. Mój tata miał wtedy niecałe trzydzieści lat i dwójkę dzieci. Nie wiedział, jak zbudować dom, ale wiedział, jak się dogadać z ludźmi na wsi. Może nauczył się tego na chłoporobotniczych podwórkach Grochowa, może kiedy jeździł stopem po Polsce jako nastolatek, a może później, gdy na studiach geograficznych robił to nadal, kierując się najczęściej w góry. Pewnie po drodze rozmawiał z kierowcami, włóczęgami, gospodarzami, pewnie spał w ich stodołach, pewnie czasem z nimi pił. Może dlatego w mazowieckiej wsi poszedł pod sklep GS-u, przedstawił się, kupił skrzynkę piwa, butelkę wódki i zagadał. Najął tutejszego majstra, aby wspólnie z nim i innymi sąsiadami pracującymi za dniówkę wybudować dom.

Pamiętam, że musiałam zadzierać głowę i mrużyć oczy, by zobaczyć wiechę zatkniętą wysoko na szczycie dachu. A może mi się wydaje, może widziałam ją tylko na zdjęciach, które tata robił, gdy ja i mój brat byliśmy mali. Teraz tata przechowuje je w segregatorach z samoprzylepnymi cyferkami na grzbietach – kolejnymi latami naszego życia. Rzadko tam zaglądam.

Miałam cztery lata, gdy razem z mamą i bratem zaczęłam spędzać w tej wsi długie, ciepłe miesiące, których nie odmierzał jeszcze rok szkolny ani nie zakłócał żaden przymus poza myciem rąk przed jedzeniem. Obok nas, za płotem z jednej strony, mieszkało rolnicze małżeństwo. Mieli opalone twarze, trójkę biegających samopas dzieci i teściową, która hojnie rzucała kurwami. Z drugiej strony mieszkała para pochylonych ku ziemi, starych ludzi, którzy nawet w upalne dni wkładali na siebie kilka warstw wełny i nylonu, a w dusznej kuchni aluminiowymi łyżkami jadali kluski na mleku. Mieli jeszcze wtedy konia i omszałą studnię na osiem kręgów, z której wyciągali wodę metalowym wiadrem na zardzewiałym łańcuchu. Nasze domy stały przy drodze, która latem sypała kurzem w oczy, a po deszczu zamieniła się w kleiste błoto. W ogródkach, naszym też, rosły wtedy malwy, na drutach sieci wysokiego napięcia siedziały wieczorami stada jaskółek, których teraz już tam nie widuję.

Z tych letnich miesięcy początku lat dziewięćdziesiątych pamiętam dużo. Pamiętam wydeptaną w trawie ścieżkę, którą chodziłam z bańką po mleko do pomarszczonej, okutanej w chustkę pani Basi. Gdy się uśmiechała, błyskała złotym zębem. Bańka miała wyślizganą, drewnianą rączkę i miejscami obtłuczoną emalię. Pamiętam pana Jana, który nosił starą, chłopską czapkę i nawet latem zniszczone gumofilce. Pamiętam swoją pierwszą, dziecięcą pracę, która polegała na pojeniu cielaków pana Tadeusza i karmieniu ich młodymi wierzbowymi gałązkami. To było jedyne lato, kiedy wchodziliśmy na jego łąkę bezkarnie. Zabraniał nam po niej deptać, mimo że to przez nią prowadziła najkrótsza droga nad strugę. W płocie, który odgraniczał naszą łąkę od jego, mieliśmy furtkę, ale była to furtka zakazana, szczególnie od czasu, kiedy sąsiad po pijaku pogonił mojego tatę siekierą. Choć pan Tadeusz od kilku lat już nie żyje, do dziś mam opór, by tamtędy przechodzić i wchodzić na podmokłą, zarastającą wierzbowymi samosiejkami łąkę, która teraz należy do jego syna.

Pamiętam głowę świeżo zarżniętej świni wiszącą na drzwiach stodoły u sąsiadów. Blaszane miednice pełne ciemnej, krzepnącej krwi, mdły smród wytapianego smalcu i opalanej szczeciny. Pamiętam zabawę w wożenie kaczek i kotów w wózku dla lalek, chowanie się w słomie i wdrapywanie się po stosie ciuków aż pod duszny dach stodoły. Ciuki były wiązane białymi, stylonowymi sznurkami, o które kaleczyliśmy palce. Pamiętam swędzącą, pełną zadrapań i bąbli skórę na moich brudnych nogach, które były o wiele grubsze od nóg Magdy, starszej ode mnie o dwa lata. Spędzałyśmy razem całe dnie. Do domu jej rodziców, po wielu upomnieniach, nauczyłam się wchodzić bez pukania. Latem drzwi mieli zawsze otwarte, a w wejściu zawieszoną zasłonkę z plastikowych, kolorowych pasków, która chyba miała być przeciwko muchom, ale zdaje się, że skuteczna nie była, bo lepy wiszące w kuchni były nimi ciasno oklejone i dochodziło z nich ciche pobzykiwanie. W niedzielę babcia Magdy piekła placek drożdżowy z owocami. Śliwki lub truskawki jeszcze parzyły w język, gdy na nagrzanych słońcem schodach betonowego, nigdy niewykończonego domu jadłyśmy z Magdą szczodrze posypane cukrem pudrem ciasto.

Pamiętam starą, zawaloną chałupę, z której wyciągaliśmy przerdzewiałe, emaliowane garnki, ocynkowane wiadra, szklane buteleczki po tanich wodach toaletowych i aromatach do ciasta. Pamiętam zapach psiej budy pełnej nowo narodzonych szczeniaków, buczącej owadami i nagrzanej słońcem łąki, drewnochronu i gorącego asfaltu, po którym wieczorami ścigaliśmy się rowerami aż pod las i z powrotem. Na BMX-ie starszego brata nauczyłam się jeździć bez trzymanki, ale do dziś nie umiem ruszać, zarzucając nogę za siodełko. Umiał to brat Magdy, choć był z nas najmłodszy i jeździł na wielkim, zardzewiałym rowerze swojego ojca. Pamiętam jego śmiech, kiedy raz przejechał rowerem po zdechłym kocie, i brudne, spracowane ręce ich mamy, która czasami głaskała mnie po głowie i dawała w szklance z arcorocu domowy, bardzo słodki kompot z truskawek. Pamiętam też ciężki zapach błota w strudze, gdy chodziłam na bosaka po obrośniętym dziką miętą brzegu. Stopy zapadały mi się w ciepły muł, a ja szłam łapać kijanki, mimo że bałam się pijawek. Pamiętam też zapach wyrywanych z ziemi marchewek, ogórków wypełniających plastikowe wiadro, świeżo wydojonego mleka, którego się brzydziłam, ledwo dojrzałych truskawek rosnących w rowie przy drodze, krowiego łajna, zardzewiałego złomu, palonych na noc świętojańską opon i przetrawionego alkoholu wionącego od mężczyzn siedzących pod sklepem. Pamiętam ręce pokaleczone perzem i poplamione zrywanymi do wianków mleczami. Pamiętam strach przed kogutem, który mógł mi wskoczyć na głowę, ale nigdy tego nie zrobił, obrzydzenie naroślami na indyczym dziobie, obesrane kurze jajka znajdowane w krzakach i kaczki trzymane w kojcu z żelaznej siatki, by nie porwał ich jastrząb. Pamiętam dźwięk wlewanej świniom do koryta śruty wymieszanej z parowanymi ziemniakami, psy szczekające wieczorami, krowy zganiane z pola do wodopoju, ciągnące za sobą łańcuchy, i sąsiada, który jadąc za nimi na skrzypiącym składaku, wołał: „Chodźta!”. Pamiętam „majowe” śpiewane przez kobiety przy kapliczce, a w nocy tępy rytm disco polo dobiegający z dyskoteki urządzonej w jednym z długich chlewów dawnego pegeeru. Zjeżdżali tam autokarami ludzie z całego województwa, wówczas ciechanowskiego. Pamiętam, że w sklepie „państwowym” (bo potem otworzył się też „prywatny”) kupowaliśmy barwione tęczowo chrupki kukurydziane, czerwoną i białą oranżadę, chleb na zamówienie i słabo zmrożone lody kakaowo-śmietankowe na patyku, które spływały aż po łokcie. Sklepowa podliczała ceny, pisząc przezroczystym długopisem z niebieskim wkładem po pakowym papierze, i miała zeszyt do kupowania na krechę. Raz ktoś się włamał i go ukradł, nic innego nie zginęło. Pamiętam kryjówki w starych wierzbach i ich liście, które w zabawie służyły nam za pieniądze. Łapanie koników polnych, liczenie kuknięć kukułki, strzelanie z wiatrówki do szerszeni, a gdy było bardzo nudno, grę w misie-patysie na krótkim moście, którego żelazna poręcz miała kilka warstw różnokolorowej, obłażącej olejnej farby. Jaskółki siedziały wtedy wieczorami na drutach, burze nadchodziły znad Narwi, a pekaes przejeżdżał asfaltem o siedemnastej i zawracał na górce przy kapliczce.

Wieczorem, gdy na łąkach zaczynało się cykanie, wracałam do domu. Kiedy zasypiałam, przez okno słychać było ujadające psy i nocne pohukiwania.

1999. Mapa

Tata zatrzymał poloneza na skraju polany, pod drzewami. Wyszłam z samochodu i wdepnęłam prosto w nadgnite jabłko, jedno z wielu, które spadły ze starego, kostropatego drzewa. Długo jechaliśmy drogą przez las i teraz oślepiało mnie słońce. Był sierpień, upał. Nie chciało mi się donikąd iść, ale tata z werwą rozłożył na masce samochodu mapę bieszczadzkiej ślepej kiszki, do której nas zabrał. Zielony arkusz był poprzecinany kolorowymi szlakami i choć takie mapy tata rozkładał przed nami, odkąd pamiętam, to nadal lubiłam szukać wzrokiem tego miejsca, w którym jestem, i tego, do którego mam pójść. Taciny palec przesuwał się teraz wzdłuż linii łączącej polanę, na której byliśmy, z zaznaczonym krzyżykiem celem wycieczki. Tuż obok ciągnęła się gruba przerywana linia, która – wiedziałam to dobrze – oznacza granicę Polski. Ta linia była tu aż z trzech stron, otaczała zieloną plamę lasu, a za nią mapa traciła szczegóły, tak jakby tam już nie było świata.

Ruszyliśmy. Zawsze gdy chodziliśmy z tatą po górach – czy to były Tatry, Beskidy czy Karkonosze – opowiadał nam ich historie, ale raczej te geologiczne, nie społeczne. Studiował geografię, przez co określenie „budowa łupkowa” do dziś kojarzy mi się z pyłem na moich dziecięcych, skórzanych traperkach, do których podczas górskich wypraw, nawet tych letnich, nosiłam wełniane skarpety.

Niewiele pamiętam z tamtej wędrówki. Być może „Łemkowie” zlali mi się w jedno z „łupkami”, w każdym razie w miejscu, do którego doszliśmy, były między drzewami jakieś groby, krzyże i tata, stojąc pośrodku niczego, powiedział, że tu były wioski, dużo wiosek pełnych ludzi. W środku głuchego lasu, który – pamiętałam z mapy – był najdalszym z odległych, ta historia brzmiała dość podejrzanie. Z czasem wyleciały mi z głowy szczegóły tej opowieści, ale w brzuchu pozostał niepokój, że coś, co było pełne ludzi, może zniknąć bez śladu. Że granica może pojawić się tam, gdzie jej nie było, a pociągi wywozić ludzi bardzo daleko. Że potem las zarasta, droga się kończy, a na tym końcu są tylko groby. Że jesteśmy na krawędzi mapy i ruszyć możemy tylko z powrotem, po własnych śladach. Nic z tego nie rozumiałam, ale został we mnie ten dławiący niepokój, że tak się może stać.

2003. Historia

Nauczyciele, którzy chcą wywołać ucznia do odpowiedzi, zwykle przesuwają palcem po liście nazwisk w dzienniku. Pani Pełka nie przesuwała palcem, ona wodziła wzrokiem po sali. Mrużąc oczy, patrzyła głęboko w nasze i należało to spojrzenie wytrzymać, nie drgnąwszy, bo wtedy niechybnie zostawało się wezwanym. Było nas w klasie kilkanaścioro. W liceum dużo od nas wymagano, szczególnie w czwartej klasie, która miała nas wystrzelić w dorosłość przepełnionych poczuciem, że choć jesteśmy z warszawskiej Pragi-Południe, która nie cieszyła się wówczas dobrą sławą, to jednak mamy szansę – jak nam mówiono – zostać „elitą tego kraju”, a solidne wykształcenie ogólne miało nam to zapewnić. Pani Pełka stała więc ze splecionymi rękami przed zabazgraną przez siebie tablicą i łowiła. Wcale nie szukała najsłabszej ofiary. Myślę, że kierowała się autentyczną chęcią rozmowy na określony temat z wybraną osobą. Nasze nieprzygotowanie szczerze ją żenowało, nie lubiła się na nie narażać. Patrzyła kolejno na każdego ucznia, aż zatrzymywała wzrok, uśmiechała się lisio, mrużąc oczy jeszcze bardziej, i szerokim gestem prosiła wybrańca do tablicy, przy której zawsze, ale to zawsze wisiała mapa. Pani Pełka nie zadawała zagadek i gardziła testami. Bezwzględnie żądała od nas myślenia. Stawiała pytanie, którego wcale nie było w podręczniku w ramce „praca domowa”, i wymagała używania inteligencji. Mapę należało rozumieć do tego stopnia, by być w stanie wydedukować z niej odpowiedź. Strzelała palcem w różową Francję, czerwoną linię frontu lub zielone Austro-Węgry. Pani Pełka pytała: Z kim weszłabyś w sojusz? Dlaczego? Gdzie poprowadziłabyś granicę? Na czym zależałoby ci najbardziej, gdybyś była wtedy Habsburgiem? Albo Stalinem w Jałcie?

W trzeciej klasie pani Pełka zabrała nas autokarem na Białoruś. Polska jeszcze nie należała do Unii. Na przejściu granicznym w Bobrownikach celnicy kazali nam wyładować wszystkie kartony z książkami, które wieźliśmy do polskiej szkoły w Wołkowysku. Dzięki pani Pełce rozumiałam, dlaczego jedziemy do polskiej szkoły, która jest na Białorusi, i dlaczego tamtejsza władza rękami celników daje nam do zrozumienia, że nie bardzo jej się to podoba. W czwartej klasie pani Pełka kontynuowała strategię, byśmy nie tylko uczyli się historii, ale też jej doświadczali. Zabrała nas na Dolny Śląsk, na seminarium o tożsamości i powojennych przesiedleniach. Mieszkaliśmy w poniemieckim pałacu we wsi Morawa (dawniej Muhrau) niedaleko Strzegomia, a ona pokazywała nam gospodarstwa z wielkimi murowanymi stodołami i pytała, czemu nie ma takich na Mazowszu. No czemu? Myślcie.

 

Inne książki tego autora