Wianek z pawich piór

Tekst
Z serii: Gradów #4
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

*

– Ha! Czyli jednak miałam rację!

Pani Zofia nie mogła oprzeć się pokusie zwrócenia na siebie uwagi, kolejny raz tego dnia, i korzystając z okazji, że już wszystkie bibliotekarki wypowiedziały się na temat odczytanych przez instruktor fragmentów tekstów z popularnego bibliotecznego czasopisma, na łamach którego poruszono kwestię niskich zarobków pracowników bibliotecznych, znów zabrała głos.

– Nie da się już ukryć, i nawet pani Agnieszka tego nie zakwestionuje, że my, choć niby pracownice kultury, jesteśmy traktowane najgorzej. Dużo gorzej od nauczycieli, którzy też oczywiście twierdzą, że zarabiają za mało, ale oni mają przynajmniej zapewnione podwyżki w miarę zdobywania kolejnych szczebli awansu zawodowego. A my co? A my pstro! Zagwarantowaną mamy tylko najniższą krajową, a reszta naszych zarobków uzależniona jest od widzimisię samorządów, pod które podlegamy. I od wójtów, burmistrzów, prezydentów czy jeszcze innych włodarzy zależy nasz codzienny byt, co dla mnie, osoby, cokolwiek by powiedzieć, wykształconej, jest bardzo poniżające i niesprawiedliwe. Taki choćby nauczyciel ma zagwarantowaną pensję i czy się to samorządom podoba, czy nie, to zgodnie z jego stopniem awansu muszą mu ją zagwarantować. A my, pracownice bibliotek publicznych, nigdy nie wiemy, na czym stoimy. Nawet te z was, które pracują w zamożniejszych gminach lub takich, gdzie wójtowie rozumieją sens naszej pracy, nie są pewne, czy ich dzisiaj w miarę godne zarobki nie ulegną zmianie, gdy ktoś inny będzie rządził gminą lub powiatem. Krótko mówiąc, pracujemy pod presją starego powiedzenia, że łaska pańska na pstrym koniu jeździ, i zamiast spokojnie i pewnie patrzeć w przyszłość i skupić się na pracy, będącej przecież MISJĄ – celowo powoli i dokładnie wypowiedziała ostatnie słowo, aby instruktor Agnieszka właściwie odczytała przytyk w jej stronę – to my ciągle drżymy, martwiąc się, co z nami będzie. Czy kolejna władza nie obetnie nam etatu, czy nie zmniejszy uposażenia, gdyż ma do tego prawo, i tak rok za rokiem płynie, a na koniec czeka nas, oczywiście te, co będą miały szczęście dożyć owego szczęśliwego dnia, głodowa emerytura. Amen! Tyle miałam do powiedzenia, drogie koleżanki.

Bibliotekarka z Igłowa z tryumfem rozejrzała się po sali konferencyjnej, w której zamiast radosnych i wypoczętych po wakacjach kobiet, jak to jeszcze było dwie godziny wcześniej, siedziały pracownice polskiej kultury – smutne, zgarbione i bez cienia nadziei na twarzy. A najgorzej z nich wyglądała Anetka. Miała łzy w oczach i wyglądała, jakby jej nagle lat przybyło.

Widząc, że pani Zofia osiągnęła to, co chciała, instruktor Agnieszka próbowała zmienić sytuację i wlać nieco otuchy w mocno przygnębione koleżanki. Bo choć na co dzień nie uskarżały się na zarobki, to jednak sprowokowane przez bibliotekarkę z Igłowa, przyznały, że nieraz mają problem, by przeżyć od wypłaty do wypłaty, i gdyby nie wyższe zarobki ich mężów, partnerów czy też czasami już dorosłych dzieci, to ich sytuacja byłaby kiepska.

– Ciągle wam powtarzam, że tradycyjny sposób pojmowania biblioteki zarówno przez jej pracowników, jak i samych użytkowników odchodzi do lamusa. Na bibliotekę, podobnie jak na wszystkie pozostałe instytucje kultury, należy obecnie spojrzeć z innego punktu widzenia. Przecież wam czytałam ten fragment, gdzie autor polemizuje z naszą koleżanką po fachu, mającą podobne nastawienie do swego zawodu jak pani Zofia. I moim zdaniem on ma rację, że pracując w bibliotece, mamy wiele możliwości dorobienia do pensji, jeśli wydaje nam się za mała. Ewo, powiedz, proszę, czy mam rację?

– Może i tak – przyznała bibliotekarka z Malwic. – Ale nie każda z nas ma chęć, ochotę, talent czy choćby możliwości, aby od świtu do nocy skupiać się tylko na pracy i szukać kolejnych programów unijnych, dzięki którym za dodatkowe działania dostanie dodatkowe pieniądze. A te wszystkie pięknie brzmiące słowa, że jak będziemy prowadziły blogi, Facebooki, Instagramy i inne wirtualne projekty, to dzięki temu ktoś nas zauważy i zaproponuje udział w dochodowym zajęciu poza biblioteką, są trochę na wyrost, gdyż według moich obserwacji rzadko to się zdarza, jeśli nie wcale.

– No to po co to wszystko robisz? – Pani instruktor nie kryła rozczarowania faktem, że wiodąca bibliotekarka w powiecie po raz pierwszy wyłamała się i zasadniczo przyznała rację pani Zofii. – Skoro to wszystko się nie opłaca, to po co, Ewo, tak się męczysz?

– Przecież sama wiesz najlepiej, Agnieszko… bo kocham moją pracę i gdybym musiała, to pracowałabym nawet za darmo. Za słowo „dziękuję” od zadowolonego czytelnika czy, jak od niedawna mówimy, klienta biblioteki. Ale to wcale nie oznacza, że nie chciałabym, aby było inaczej, normalniej i pewniej.

Po mało optymistycznej wypowiedzi Ewy dalsze rozmowy bibliotekarek już się nie kleiły. Atmosfera całkowicie się popsuła i nawet instruktor Agnieszka dała za wygraną. Bez większego entuzjazmu slajd po slajdzie wyświetliła i omówiła prezentację, mającą być głównym tematem konferencji, a dotyczącą wykorzystania biblioterapii w pracy z seniorami. Sprawa była bardzo na czasie i Agnieszka liczyła, że zainteresuje nią koleżanki po fachu, ale jad, od początku spotkania sączony przez panią Zofię, zrobił swoje i teraz instruktorka nie widziała już sensu w przekonywaniu uczestniczek spotkania, że powinny jak najszybciej przeczytać przynajmniej kilkanaście książek polecanych przez specjalistów od biblioterapii, a potem przygotować serię spotkań z seniorami. Najszybciej, jak tylko się dało, przedstawiła prezentację, a potem jeszcze szybciej ogłosiła koniec zjazdu i, co było całkiem do niej niepodobne, nie podała terminu następnego. Albo z nadmiaru emocji zapomniała, albo zastanawiała się, czy jest sens organizować kolejne konferencje, na których zamiast pozytywnej energii, potrzebnej jej jak rybie woda, miałaby zderzyć się znów z apatią, niechęcią czy wręcz wrogością ze strony niektórych bibliotekarek.

*

– Pani Zofio! Pani Zofio!

Bibliotekarka z Igłowa, włączając silnik wiekowego auta, w ostatniej chwili zauważyła w bocznym lusterku biegnącą ku niej przez parking Anetkę.

– Mogę się z panią zabrać do Gradowa? – wydyszała dziewczyna. – Brat miał po mnie przyjechać, ale coś mu wypadło i nie zdążył. A pani do Igłowa jedzie chyba przez Gradów, prawda?

– Wsiadaj, kochana, wsiadaj. Jasne, że cię podwiozę. W sumie to dobrze, że mnie dogoniłaś, bo chętnie z tobą porozmawiam. Jak ci się podobało dzisiejsze spotkanie? Nie jesteś na mnie zła, że tak cię do naszej pracy zniechęcałam? Na swoją obronę powiem tylko, że trochę mi cię żal, bo wyglądasz na taką, co to łatwo ulega wpływom, a moim zdaniem ta ruda diablica, no, nasza instruktorka, mocno ci w głowie namieszała, nie przejmując się, że jesteś młoda i na dorobku.

– No właśnie, ja też o tym cały czas myślałam, kiedy pani tak o pieniądzach mówiła. Bo ja zasadniczo mam ciąg­le finansowe problemy i gdyby nie pomoc brata, pewnie nie raz musiałabym pożyczać pieniądze albo na kreskę w sklepie brać. Tylko że brat się ożenił i chyba przestanie mi pomagać. Tak mi się wydaje. I co ja mam teraz zrobić?

Pani Zofia ledwie zrozumiała pytanie Anetki, gdyż dziewczyna gwałtownie się rozpłakała. Walcząc z potokami łez płynących jej z oczu, Anetka wyznała jeszcze, że mieszka kątem u teściów brata, że bratowa chyba jej nie lubi, a najgorzej wkurza ją siostra bratowej, Jagoda, która jest dobrą znajomą jej dyrektora, ale Jarek nie daje na nią złego słowa powiedzieć, choć wie, że wójt się w niej od dawna kocha, a ona jest od niedawna wdową, i to podobno uwikłaną w romans z byłym proboszczem, i cała sytuacja jest po prostu tragiczna.

– Dziewczyno! – wykrzyknęła pani Zofia, gwałtownie uderzając dłonią w kierownicę. – Sytuacja nie jest tragiczna, tylko dla ciebie luksusowa! Nic, tylko rusz głową i będziesz ustawiona może nie na całe życie, ale przynajmniej do końca kadencji tego wójta.

– Jak to? – Zdumiona Anetka próbowała przestać płakać, żeby dobrze zrozumieć, co pani Zofia do niej mówi.

Było to nieco trudne, gdyż samochód bibliotekarki wydawał podczas jazdy wiele dźwięków sugerujących, że jego żywot zmierza ku końcowi.

– Co pani zdaniem powinnam zrobić?

– Przede wszystkim zastanów się, co chcesz w życiu zawodowym czy prywatnym zmienić. A jak już się zastanowisz i uznasz, że wójt może ci w tym pomóc, bo po pierwsze, jest stosunkowo młody, a po drugie, jak sama twierdzisz, ma słabość do siostry twojej bratowej, z którą, jakkolwiek by było, jesteś teraz po rodzinie, to nie miej żadnych oporów, tylko pogadaj z nim od serca, wspomnij o tym czy owym i zasugeruj, że liczysz na jego pomoc.

– I pani myśli, że on mi pomoże?

– To zależy, co mu powiesz. O rzekomym romansie tej wdowy raczej bym ci radziła nie wspominać. Nawet jeśli sam coś na ten temat wie, na pewno nie będzie mu miło, jak usłyszy, że inni też wiedzą.

– W takim razie co powinnam mu powiedzieć?

– Myślę, że wszystko to, co chciałby usłyszeć. – Pani Zofia się zaśmiała. – Jesteś bystra, dużo umiesz i powinnaś wykorzystać te atuty, póki jesteś młoda. Chyba że masz ochotę wypełniać MISJĘ, he, he, he, pracując w bibliotece za marne grosze. A masz?

– Sama już nie wiem… – Dziewczyna się zawahała.

– Jesteśmy na miejscu. Ochłoń trochę, a potem poważnie się zastanów, czy należysz do grona tych sfiksowanych bab, na których czele stoi szurnięta instruktor Agnieszka. Jeśli nie należysz, to użyj rozumu i znajomości i wykorzystaj okazję, jaka ci się trafia, a jeśli należysz, to pracuj za grosze i usługuj swojemu dyrektorowi, póki jesteś jeszcze młoda i pewnie mu się podobasz.

– Ja tylko z nim pracuję! – zaprotestowała Anetka. – Nic nas nie łączy.

– I dzięki Bogu, bo on rodziny nie jest w stanie utrzymać, a co dopiero kochanki, he, he. Uszy do góry i do dzieła! – Pani Zofia na pożegnanie pomachała Anetce i odjechała z piskiem mocno wytartych opon.

 

Dziewczyna odmachała jej niemrawo, a potem, noga za nogą, ruszyła w kierunku wejścia do biblioteki.

*

Choć fotel wójta, przejęty przez Michała Funcię po Bodziu w efekcie wygranych demokratycznych wyborów, był bardzo wygodny i wręcz zachęcał, aby jak najczęściej i jak najdłużej w nim siedzieć, tego dnia młody włodarz gminy więcej chodził po swym elegancko i nowocześnie urządzonym gabinecie, niż siedział za biurkiem. Nie miał pojęcia, że podobnie zachowywał się jego poprzednik, gdy miał trudny problem do rozwiązania. Wcześniej Bodzio przez wiele lat tak samo przemierzał nerwowo pomieszczenie, które jako wójt Gradowa zajmował sam, bez konieczności dzielenia się swą przestrzenią z innymi pracownikami. I być może właśnie te chwile samotności w godzinach urzędowania sprawiały, że najwięcej pomysłów na rozwiązanie gminnych problemów i osobistych rozterek przychodziło mu do głowy w tym luksusowym, jak na gradowskie warunki, pokoju. To właśnie tu kilkanaście miesięcy wcześniej Bodzio wymyślił, w jaki sposób wysłać na emeryturę panią Ulę, wieloletnią pracownicę gminnej biblioteki i jedyną osobę, która przeszkadzała mu w likwidacji jego zdaniem niepotrzebnego w Gradowie magazynu książek, jak pogardliwie zwykł nazywać bibliotekę publiczną.

Co prawda, chytry plan poprzedniego wójta spalił na panewce i gradowska biblioteka miała się całkiem dobrze, szczególnie odkąd wspomniany wygodny wójtowski fotel przejął w użytkowanie Michał, ale bezsprzecznie aura gabinetu mogła wpływać na podejmowanie ważnych decyzji przez osoby długo w nim przebywające.

I być może właśnie dlatego młody wójt coraz mocniej czuł, że w końcu musi coś zrobić ze swym mocno nieudanym życiem osobistym. W końcu jedynym prawdziwym powodem, dla którego zdecydował się walczyć o funkcję włodarza Gradowa, była nadzieja, że po wygranych wyborach stanie się bardziej atrakcyjnym kandydatem na życiowego partnera. Michał od dawna uważał, że jego stanowisko kościelnego, organisty, a także grabarza sprawia, iż kobiety omijały go szerokim łukiem, i choć zawsze starał się być miły, grzeczny, uczynny, a nawet, o ile miał ku temu okazję, nieco romantyczny, żadna z gradowskich panien, wdów czy rozwódek nie miała ochoty bliżej go poznać. Tak więc teraz, gdy już od kilku miesięcy urzędował w najważniejszym w gminie gabinecie, doszedł do wniosku, że musi jak najlepiej wykorzystać te swoje dziesięć minut, jakie dzięki zaufaniu wyborców otrzymał.

Co prawda zdawał sobie sprawę, że kobiety zwracają uwagę nie tylko na stanowisko zajmowane przez potencjalnego życiowego partnera i idące za tym pieniądze czy prestiż, ale również na wygląd osobisty czy charakter ewentualnego kandydata, ale po namyśle doszedł do wniosku, że w tej kwestii jest z nim w miarę wszystko w porządku, zatem nie będzie sobie zawracał głowy odchudzaniem ani innymi zabiegami natury estetycznej. Charakter miał, jaki miał, i ewentualna zainteresowana powinna go zaakceptować, gdyż on swój wyśniony i wymarzony od lat obiekt zainteresowań wziąłby od razu, pomimo licznych wad owej kobiety, gdyby tylko Jagoda Maciejka, gdyż o niej nieprzerwanie od wczesnej młodości marzył i śnił, chciała z nim spędzić życie. A jako że młoda wdowa, mimo usilnych starań Michała, nadal była mu niechętna, ten uznał, że musi dać sobie z nią spokój i rozejrzeć się za inną kandydatką na życiową partnerkę, a nawet żonę, ponieważ na takim stanowisku lepiej prezentowali się żonaci mężczyźni. Oczywiście jego wyborcy wiedzieli, że jest kawalerem, i tym razem jego stan cywilny nie miał wpływu na głosowanie, ale jako że zamierzał jeszcze startować w przyszłych wyborach, na wszelki wypadek więc postanowił się ożenić. Lecz aby tego dokonać, musiał znaleźć właściwą kandydatkę bądź wybrać ją spośród tych kobiet, które już wokół niego się kręciły w urzędzie i dawały wyraźne sygnały, że są zainteresowane bliższą znajomością.

Na pozór sprawa wydawała się wręcz banalna i do załatwienia nawet w ciągu kilku tygodni, szczególnie według babci Michała, wieloletniej kościelnej, obecnie przez nowego proboszcza pozbawionej prawa posługiwania podczas mszy. Jednak uczucie, jakie młody wójt przez tyle lat żywił do koleżanki ze szkolnej ławki, bardzo mu w realizacji owego planu przeszkadzało. Miał wątpliwości, czy powinien dawać innym kobietom nadzieję na szczerą i odwzajemnioną miłość, skoro mimo wielokrotnych odtrąceń nadal kochał Jagodę. Jego rozterki potęgowało coś jeszcze. Sytuacja bardzo przykra i właściwie nikomu bliżej nieznana, ale mająca chyba największy wpływ na życie osobiste młodego wójta.

Otóż od kilku lat zdawał sobie sprawę z tego, że raczej nigdy nie zostanie ojcem.

Okoliczności, w jakich ta dramatyczna wiedza do niego dotarła, były – a szczególnie ich finał – bardzo nieprzyjemne i to właśnie bezpośrednio przyczyniło się do depresji Michała. Chociaż miał szansę na karierę zawodową w stolicy, dowiedziawszy się o swym problemie, wrócił do Gradowa, gdyż w pierwszym odruchu zamierzał odebrać sobie życie. Ale że dość długo się zastanawiał nad metodą zejścia z tego świata, a tymczasem pani Blanż załatwiła mu pracę organisty w gradowskim kościele, więc młody Funcia w końcu zrezygnował z samobójstwa, uznając, że skoro pełni taką funkcję, to nie wypada mu sprzeciwiać się woli Bożej. Tak przynajmniej sam sobie tłumaczył, dlaczego pomimo całkowitego braku chęci do życia codziennie rano budził się, jadł śniadanie, a potem wykonywał wszelkie prace w kościele, gdyż organistą był w czasie mszy, a prócz tego zajmował się wszystkim, na co pani Blanż nie miała już sił lub chęci.

I tak właśnie upływał mu dzień po dniu, odkąd całkowicie załamany wrócił z Warszawy. Nikomu, nawet ukochanej babci nie wyjawił, co tak naprawdę wydarzyło się w stolicy i dlaczego jedną decyzją o powrocie przekreślił wszystko, na co tak ciężko pracował podczas studiów na politechnice. A choć rodzice i babcia wielokrotnie dopytywali się, dlaczego lub przez kogo wrócił do Gradowa, Michał nigdy im tego nie powiedział. Z czasem pani Blanż wymyśliła własną teorię, według której główną winowajczynią wszystkich życiowych nieszczęść wnuka stała się Jagoda, jego pierwsza młodzieńcza miłość.

Tymczasem prawda była nieco inna i bardziej dramatyczna.

Kiedy Michał wyjechał na uczelnię, obiecał sobie, że zrobi wszystko, aby zapomnieć o ukochanej. Rzucił się w wir studenckiego życia i ku własnemu zaskoczeniu dość szybko poznał nieco starszą dziewczynę. Ta wkrótce zaproponowała mu wspólne zamieszkanie, a co za tym idzie, również nalegała na planowanie wspólnej przyszłości. Ponieważ Michał bardzo chciał zapomnieć o tym, co zaszło pomiędzy nim a Jagodą podczas owej nieszczęsnej studniówki, bardzo chętnie poddał się woli Wioletty i zgadzał się na wszystko, co tylko dziewczyna chciała. Tym bardziej że Wiola wprowadziła go w sferę cielesnych rozkoszy, o których istnieniu miał wcześniej jedynie blade pojęcie, i to głównie teoretyczne.

Dlatego też kiedy po kilku miesiącach cudownych dni i nocy dziewczyna zaczęła delikatnie sugerować, że mog­liby podjąć starania, by zostać rodzicami, Michał nie protestował. Nawet mu się ten pomysł spodobał. Warunki mieli dość dobre, gdyż mieszkali w dwupokojowym mieszkaniu, należącym do rodziców dziewczyny, lecz przeznaczonym dla niej. Wioletta jednocześnie kończyła studia pedagogiczne i pracowała w przedszkolu, a on miał stałe zlecenia z firmy zajmującej się projektowaniem stron internetowych, co przynosiło regularne dochody, więc zasadniczo nic nie stało na przeszkodzie, aby marzenia o posiadaniu dziecka przeszły w fazę konkretnych działań, którym oboje z wielką przyjemnością się oddawali.

Niestety, pomimo ich wielkiego zaangażowania każdy kolejny miesiąc nie przynosił upragnionych dwóch kreseczek na teście.

Na początku Wiola przyjmowała kolejne niepowodzenia ze spokojem i choć już kilka dni przed terminem kolejnej miesiączki twierdziła, że ma klasyczne objawy ciąży, takie jak bóle czy kłucie w piersiach, mdłości albo wręcz wymioty, to na widok krwi na wkładce starała się zachować spokój i tłumaczyła Michałowi, że widocznie jeszcze nie są gotowi na dzidziusia, ale za miesiąc już na pewno im się uda. Oczywiście on cały czas podtrzymywał ją na duchu i cytował fragmenty wypowiedzi lekarzy na forach poświęconych rodzicielstwu, że kilkumiesięczne starania o potomstwo są sprawą naturalną.

Lecz wraz z upływem czasu dziewczyna zaczęła się niecierpliwić i denerwować. Obwiniała się, że wcześniej przez kilka lat stosowała tabletki antykoncepcyjne i pewnie dlatego teraz nie mogła zajść w ciążę. Wkrótce zaczęła regularnie chodzić do ginekologa, by znaleźć sposób na szybsze macierzyństwo. Oczywiście Michał przez cały czas dawał jej wsparcie i pocieszał, że wszystko będzie dobrze i już wkrótce doczekają się dzidziusia.

Mniej więcej w tym samym czasie dowiedział się od babci, że Jagoda urodziła drugiego synka. I choć ta informacja nie powinna być dla niego zaskoczeniem, gdyż dobrze wiedział i o jej pierwszej szybkiej ciąży, i o jeszcze szybszym ślubie z tirowcem, to i tak bardzo go ta sytuacja zabolała. Poczuł dziwną zazdrość i jeszcze bardziej zapragnął, aby starania jego i Wioli jak najszybciej zakończyły się sukcesem. Nie szczędził też pieniędzy na kolejne wizyty swojej partnerki u coraz lepszych specjalistów od niepłodności.

Dopóki Wiola ograniczała się do obwiniania siebie i swojego niewydolnego organizmu, ich wspólne życie było nadal znośne, a nawet przyjemne. Przez cały cykl dziewczyna codziennie mierzyła temperaturę ciała. Potem zapisywała ją w specjalnym notatniku, a na koniec analizowała wykresy sporządzane na podstawie tych danych. Wykonywała również testy, które przeważnie miesiąc w miesiąc wskazywały, że owulacja następuje, i wtedy Michał musiał ostro brać się do działania, aby nie zaprzepaścić szansy na upolowanie upragnionego jajeczka. A kiedy zbliżał się termin kolejnej miesiączki, Wiola była bardzo podekscytowana. I znów bolały ją piersi. W te dni wieczorem czy długo w noc leżeli przytuleni do siebie, prowadzili długie rozmowy, zastanawiając się, czy będzie to chłopiec, czy dziewczynka, wybierali imiona, planowali, jak urządzą pokoik dla malucha oraz ślub razem z chrzcinami, gdyż Wiola absolutnie nie chciała się wiązać, dopóki nie urodzi dziecka, ponieważ, jak tłumaczyła Michałowi, nie chciała niszczyć mu życia, gdyby się okazało, że jednak nie będzie mogła zajść w ciążę. I choć zapewniał ją o wielkim uczuciu, była nieugięta i nie zgadzała się na wzięcie ślubu wcześniej, na co od czasu do czasu nalegał.

Niestety, ich comiesięczne plany i marzenia regularnie musiały się przesuwać na coraz dalszy i dalszy termin, gdyż miesiączki pojawiały się bardzo regularnie i wbrew wszelkim przekonaniom i fizycznym odczuciom Wioletty. W końcu nadszedł dzień, który musiał kiedyś nadejść. Po powrocie z kolejnej wizyty u dość już drogiego specjalisty od niepłodności dziewczyna najpierw przygotowała dobrą kolację, jakby licząc, że udobrucha tym Michała i zrobi dobry grunt dla kwestii, z jaką musiał się zmierzyć. Kiedy, niczego nie podejrzewając, zjadł ostatni kęs pysznej musaki domowej roboty, dziewczyna przeprosiła go za to, co teraz powie, tłumacząc się, że nie ma wyjścia, gdyż lekarz stanowczo oświadczył, że jeśli partner nie podda się badaniu nasienia, to on zrezygnuje z jej leczenia, ponieważ Wiola wszystkie wyniki ma dobre i nic nie wskazuje na żadne nieprawidłowości.

Istnieje możliwość, że problem tkwi w jej głowie, to znaczy w zbyt wielkiej chęci zostania mamą, lecz by to stwierdzić, Michał musi zrobić testy, aby udowodnić, że brak efektów nie wynika z nieprawidłowości po jego stronie. Tak właśnie Wiola mu powiedziała, oczywiście zapewniając cały czas, iż uważa, że to jej wina, bo za bardzo chce, ale lekarz się uparł i basta. Albo przyniosą mu wyniki badań Michała, albo będzie musiała szukać kolejnego specjalisty, na co nie ma już ani siły, ani pieniędzy.

Nie miał wyboru. Dla dobra ich związku musiał się zgodzić, choć poczuł się bardzo niekomfortowo. Szczególnie gdy pomyślał, że ani Jagoda, ani jej mąż raczej nie musieli robić nic szczególnego, aby ich kolejny synek pojawił się na świecie. Wiola była dla niego bardzo czuła i wszystkim się zajęła, Michał miał tylko zjawić się w określonym dniu na ustaloną godzinę w laboratorium i zrobić to, co do niego należało.

Resztą miała się zająć ona. No i się zajęła.

Kiedy się okazało, że plemniki Michała są w większości martwe lub uszkodzone i mało żywotne, a tym samym szanse na naturalne zajście w ciążę wydają się znikome, Wioletta wpadła w szał. Nigdy wcześniej nie widział jej w takim stanie ani nawet nie przypuszczał, że mogłaby się w podobny sposób zachować. Był totalnie zaskoczony, gdy zaczęła na niego krzyczeć, a nawet mu wymyślać, że powinien ją uprzedzić, skoro wiedział, że w dzieciństwie przechodził świnkę, co zapewne jest przyczyną obecnego problemu. Oczywiście zaprzeczył, gdyż nie pamiętał, aby chorował na świnkę, ale Wiola upierała się, że tak właśnie musiało być. Oskarżyła go o ukrywanie prawdy, przez co zmarnował jej trzy lata życia. Bezcenne trzy lata, kiedy mogła już przynajmniej dwa razy być w ciąży i urodzić dwójkę ślicznych, zdrowych dzieci.

 

Gdy próbował jej tłumaczyć, że nie rozumie tych zarzutów, że był całkowicie nieświadomy swojego problemu, zapewne jak każdy mężczyzna, który musi zmierzyć się z taką sytuacją, Wiola wpadała w coraz większą furię i wytaczała przeciwko niemu coraz okrutniejsze argumenty. Aż w końcu wytknęła mu, że to, że jest gruby i nie dba o kondycję fizyczną, też nie jest bez wpływu na jakość nasienia, i że ma go dość, bo inaczej wyobrażała sobie przyszłość. Spokojnym głosem zapytał, jak chciała, żeby ta przyszłość wyglądała, skoro w bycie razem z ukochaną osobą wpisane jest też i takie ryzyko, że nie zostanie się rodzicem, gdy ukochana osoba jest bezpłodna.

Wtedy Wiola, nie licząc się z jego uczuciami, wydarła się, że gdyby przez moment przypuszczała, iż będą z nim takie kłopoty, to nawet chwili by mu nie poświęciła, a co dopiero trzech lat. I że marzyła o spokojnym pięknym życiu, a nie o walce z niepłodnością i horrendalnie drogich wizytach w klinikach specjalizujących się w metodzie in vitro, gdyż według lekarza tylko to mogło dać im szansę zostania rodzicami. Ale i tak szanse były małe, ponieważ Michał najpierw musiałby poddać się leczeniu, by poprawić jakość nasienia, a dopiero potem, o ile mieliby na to środki, mogliby spróbować podejść do in vitro, czego ona absolutnie nie chciała. No i na koniec, kiedy zapytał, czy była z nim tylko dlatego, że zgadzał się na szybkie powiększenie rodziny, czego nie chciał jej poprzedni chłopak, Wiola bez wahania odparła, że tak. I dodała, że tak naprawdę chyba nigdy go nie kochała i chce, aby jak najszybciej zniknął z jej życia, gdyż ona potrzebuje teraz czasu i spokoju, aby się pozbierać i mieć jeszcze szansę na normalne życie z normalnym facetem, którym on, Michał, od teraz dla niej nie jest.

Takiego ciosu nie mógł znieść. Ból, jaki czuł, gdy rzucała mu w twarz tak okrutne słowa, był nie do zniesienia. Jeszcze tego samego wieczoru spakował się i wyprowadził, gdyż Wioletta już go nie potrzebowała. Facet z uszkodzonymi plemnikami nie pasował do jej życiowych planów. Tak mu powiedziała na pożegnanie i poradziła, aby następnej ukochanej nie oszukiwał, bo dla kobiety najważniejsze są dzieci, a jeśli któraś dziewczyna na początku znajomości mówi inaczej, to po prostu kłamie.

Od tamtej pory Michał czuł się wybrakowany. Miał wrażenie, że jest mężczyzną gorszego sortu. Co prawda był sprawny seksualnie, ale poza rozkoszą, o ile Wiola oczywiście nie udawała w łóżku, niczego więcej nie mógł kobiecie dać. To poczucie bycia gorszym od innych dręczyło go przez długi czas, lecz jeszcze większe katusze przeżywał, kiedy – znów za sprawą wszystkowiedzącej babci – dowiedział się o kolejnej ciąży Jagody. Pani Blanż dość niepochlebnie wyrażała się wówczas o tamtych dwojgu, gdyż w jej opinii Maciejkowie mnożyli się bez zastanowienia niczym króliki, jednak dla Michała negatywne komentarze staruszki nie były żadną pociechą.

Wręcz przeciwnie, im częściej słyszał, jacy to Maciejkowie są nieodpowiedzialni, sprowadzając na świat kolejne dziecko, tym bardziej cierpiał, gdyż wracało do niego wspomnienie krzyczącej Wioli, która wyrzucała mu, że zmarnował jej trzy lata życia. Najwidoczniej mąż Jagody bardzo cenił szybko mijające życie i robił, co mógł, aby zostawić po sobie jak najwięcej potomstwa. Tak przynajmniej wtedy Michałowi się wydawało. Zastanawiał się też, czy gdyby kiedyś Jagoda go nie odtrąciła, to w obecnej sytuacji też by go zostawiła, czy jednak kochałaby go za to, jaki jest, a nie za to, co jej może dać.

Nie wiadomo, co by się stało i do jakich wniosków, w tym swoim ciągłym samoudręczeniu, by doszedł, gdyby nie śmierć trzeciego dziecka jego ukochanej. Oczywiście o tym, że maleńka Zuzia ma ciężką wrodzoną wadę serca, Michał także dowiedział się od babci, natomiast dalsze wieści, włącznie z relacją na temat śmierci dziewczynki, otrzymywał już z pierwszej ręki, a raczej z ust męża Jagody.

Poznali się, gdy Krzysztof przyjechał na plebanię, by załatwić formalności związane z chrztem córeczki. Tak się złożyło, że nie zastał wtedy proboszcza i musiał na niego trochę poczekać. Zupełnie nieświadomy, z kim ma do czynienia, zaczął opowiadać Michałowi o chorobie córeczki. Zuzia żyła krótko, często musiała przebywać w szpitalu, toteż chrzest trzeba było kilkakrotnie przekładać. Przy każdej wizycie w kancelarii Krzysztof wpadał do nowego znajomego i opowiadał mu, co się dzieje z maleństwem i jego matką. Kiedy do Michała dotarło, z jakim cierpieniem musieli się zmagać oboje Maciejkowie, powoli zaczął dochodzić do wniosku, że być może jego niepłodność nie jest końcem świata, gdyż to, co spotkało Jagodę i jej męża, jest o wiele gorsze. Śmierć ich maleńkiej córeczki w dużym stopniu stała się też powolną śmiercią ich małżeństwa, czego Krzysztof przed Michałem wcale nie ukrywał.

Bliska znajomość, w którą niespodziewanie przerodziło się ich przypadkowe spotkanie, sprawiła, że Michał zaczął inaczej patrzeć na swoje życie. Kiedy mąż Jagody, który pod wpływem nawet małej ilości alkoholu stawał się rozbrajająco szczery, opowiadał o ich małżeńskim pożyciu i problemach z nadmierną płodnością, za co obwiniał tylko żonę, do młodego organisty dotarło, że po pierwsze, Jagoda wcale nie jest szczęśliwą i kochaną żoną, a po drugie, że być może miał trochę szczęścia w nieszczęściu, iż nie został ojcem dzieci Wioli.

Jego dawna dziewczyna w zadziwiający sposób była podobna do Krzysztofa. Kiedy słuchał wywodów tamtego, czasami miał wrażenie, że słyszy Wiolettę, i cieszył się, że jednak nie są razem i nie musi jej już nigdy widzieć. Niestety, Jagoda nie miała tego szczęścia i jeszcze przez dłuższy czas męczyła się w trudnym związku. I choć jeszcze raz dane jej było zostać mamą, ta ostatnia ciąża już nie stała się dla Michała powodem do smutku ani zazdrości. Na tyle znał kulisy małżeństwa Maciejków, że bardziej współczuł im obojgu, niż zazdrościł tego, co ich łączyło.

A kiedy podczas trudnego porodu lekarze, ratując życie Jagody, musieli jej usunąć macicę, o czym oczywiście Krzysztof zaraz mu doniósł, Michał poczuł ogromną ulgę. Jego ukochana, tak jak on, była bezpłodna. I nie miała już szansy na zajście w kolejną ciążę, co Michała bardzo ucieszyło. Jego radość z utraconej przez nią płodności wzrosła po śmierci Krzysztofa, kiedy babcia zaczęła tłumaczyć, że jak Michał zostanie wójtem, to będzie miał duże szanse u młodej wdowy. Gdy marzył o zdobyciu miłości Jagody i ich przyszłym intymnym życiu, czuł się spokojny i pewny, że w tym związku jego słabe czy już może całkiem martwe plemniki nie będą odgrywały żadnej roli. A jego ukochanej nawet do głowy nie przyjdzie pytać go, czy jest płodny, czy też nie.

W tej sferze oboje byli sobie równi. Mogli mieć siebie nawzajem i swoje uczucia, ale nie mogli już ani wspólnie, ani z osobna zostać rodzicami. I według Michała było to sprawiedliwe. Ona, prawdopodobnie intuicyjnie, kiedyś go odrzuciła, aby związać się z innym, który dał jej potomstwo, a on teraz z wielką chęcią, choć też i z odrobiną lęku, pomoże jej wychować te dzieci. Tak właśnie marzył podczas bezsennych nocy lub w zaciszu wójtowskiego gabinetu, dopóki nie zaczęło do niego docierać, że być może Jagoda wcale nie ma ochoty ani go pokochać, ani tym bardziej dać mu szansy na wspólne wychowywanie jej dzieci.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?