Wianek z pawich piór

Tekst
Z serii: Gradów #4
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Nie potrafię żyć bez ciebie – odpowiedziała, całując go kolejny raz.

Od tego momentu dni nad Bajkałem zaczęły im się dłużyć. Budzili się rano z pragnieniem, aby zaraz była noc, a w nocy chcieli, żeby czas się zatrzymał i nie było rana. Kiedy szli na śniadanie, wydawało im się, że zachowują się zwyczajnie, jak wcześniej. Ale wszyscy wokoło widzieli, że ta para, raczej w średnim wieku niż młodym, zwariowała z miłości. W końcu nawet do pań z przedziału dotarło, że się pomyliły, a miły pan Marcin jest wytrwałym mężczyzną, który za ukochaną kobietą przejechał setki kilometrów i odzyskał jej uczucie.

– Piękne zakończenie wycieczki – podsumowała jedna z nich.

– Oby tego nie zepsuli – dodała druga.

– Cieszę się, że naprawili to, co zepsuli, a nie poszli szukać czegoś nowego – uzupełniła trzecia i wszystkim trzem zaszkliły się oczy ze wzruszenia, że jeszcze jest na świecie taka miłość. Prawdziwa miłość.

*

– Powiesz mi w końcu, po co wietrzysz te książki?

Lukrecja, wtulona plecami w Marcina, najpierw parsk­nęła śmiechem, a potem przekręciła się tak, żeby mogła go swobodnie całować. Patrząc mu w oczy, zapytała, dlaczego tak bardzo go to interesuje.

– Obserwuję cię od dwóch tygodni. Najpierw na różnych stacjach, gdzie mieliśmy postoje, i teraz, podczas zwiedzania okolic nad Bajkałem. Zauważyłem, że co jakiś czas wyjmujesz z plecaka różne książki i stajesz z nimi, zwracając się w stronę, skąd wieje wiatr. Próbowałem sobie wytłumaczyć twoje dziwne zachowanie, ale choć się bardzo starałem i nadal staram, i tak nie potrafię tego zrozumieć. Domyślam się, że jest to dla ciebie z jakiegoś powodu bardzo ważne, skoro przywiozłaś aż tu, nad Bajkał, te wszystkie podniszczone, zaplamione, właściwie to nadające się głównie do wyrzucenia książki i ciągle je wietrzysz. No, powiedz mi… proszę… inaczej… nie… dam… ci… spać… do… rana – groził żartobliwie, całując ją pomiędzy kolejnymi słowami.

– Jeśli koniecznie chcesz wiedzieć, to proszę bardzo. – Lukrecja delikatnie odsunęła twarz Marcina od swojej i na chwilę cofnęła się od niego. – Ale najpierw ty wyjaśnisz mi, jakim cudem udało ci się dotrzeć do Moskwy i dołączyć do naszej grupy, skoro zapisy na wycieczkę skończyły się dwa miesiące temu i nie było już wolnych miejsc. Też jestem tego bardzo ciekawa.

– Chciałbym, żeby to zostało moją słodką tajemnicą. Zresztą nie ma w tym nic niezwykłego. Twoje wietrzenie książek jest o wiele bardziej interesujące. No, powiedz mi, po co to robisz?

– O nie, kochany. Jak ty mi nie powiesz, to ja też będę milczała, choćbyśmy mieli nie wyjść z łóżka do końca wycieczki.

– Brzmi kusząco, ale ten wyjazd szalenie mi się podoba i nie chcę stracić tych cudnych widoków, które jeszcze są przed nami. No i nie mam już tyle siły, żeby ci ciąg­le dogadzać – zażartował. – Sprawa była bardzo trudna, bo zdecydowałem się jechać z tobą niemal w ostatniej chwili. Musiałem użyć wszystkich możliwych środków, żeby przekonać organizatorów, by mnie dopisali do listy. Największym problemem była wiza, ale pieniądze rozwiązują wiele problemów, więc i ten udało się pokonać. Z tym że wyjazd kosztuje mnie o wiele więcej niż ciebie. Oczywiście załatwianie tych wszystkich spraw spowodowało, że mogłem dołączyć do was dopiero trzeciego dnia, jak już kończyliście zwiedzać Moskwę. Na własną rękę musiałem załatwić sobie przelot. Na lotnisku czekał na mnie umówiony przez biuro podróży człowiek, który był w bezpośrednim kontakcie z pilotem, i zawiózł mnie do was. Ot i cała historia. A jak jesteś ciekawa, skąd wziąłem pieniądze, to ci się od razu przyznam, żebyś nie była zaskoczona, jak ci Julia powie. Otóż wypłaciłem część oszczędności odłożonych na jej studia. Zrobiłem to, nie zastanawiając się, i bardzo się cieszę, gdyż dzięki temu odzyskałem miłość jedynej kobiety mego życia. Bo ty mnie kochasz, prawda? – zapytał kolejny raz, a potem nie czekając na odpowiedź, zaczął całować żonę.

Kiedy na chwilę przerwali miłosne pieszczoty, Marcin wrócił do nurtującej go sprawy książek. Lukrecja, żeby odwlec moment zdradzenia swego sekretu, szybko zmieniła temat, pytając, skąd wezmą pieniądze, jeśli Julia jednak będzie chciała studiować.

– Tym się nie przejmuj. Mamy jeszcze inne oszczędności. A te wycofałem głównie dlatego, że byłem na nią wściekły. Chyba się nie gniewasz? Zresztą masarnia dobrze prosperuje, więc nie masz się o co martwić.

– Nie, nie martwię się. Zresztą trochę wątpię, czy Julia w ogóle będzie potrzebowała tych pieniędzy. Mam przeczucie, że wykręci się od dalszej nauki pod byle pretekstem. A jak już o niej rozmawiamy, to jestem bardzo ciekawa, co Julia powie na to, że się pogodziliśmy.

– Może nie mówmy jej od razu? – Marcin, całując koniuszki palców Lukrecji, zaczął się zastanawiać, czy nie powinni na razie wstrzymać się z informowaniem córki o tym, że się pogodzili. – Wiesz, mam pewien plan wobec niej. Ponieważ przez ostatnie miesiące zachowywała się naprawdę okropnie, myślę, że nie powinnaś od razu wracać do domu i jej usługiwać. Nie zrozum mnie źle, ale jeśli prosto z lotniska wrócisz do Gradowa, to Julia natychmiast przestanie cokolwiek robić, tylko zwali na ciebie wszystkie domowe obowiązki.

– Czy to znaczy, że nie chcesz, żebym dalej mieszkała z tobą? – W oczach Lukrecji pojawiły się łzy.

– O proszę, komuś jednak zależy na tym małżeństwie? – Marcin uśmiechnął się z zadowoleniem i pocałował żonę w usta. – Wiesz, tak sobie myślę, że może fajnie by było, gdybym znów pojeździł do ciebie na randki. Ty odpoczniesz od obsługiwania Julii i mnie, zastanowisz się, jak ma wyglądać nasze dalsze wspólne życie, a ja będę do ciebie codziennie przyjeżdżał z kwiatami i zabierał cię na romantyczne kolacje, przeciągające się oczywiście do późnej nocy w twoim łóżku. Co ty na to?

– Jeśli tak chcesz…

W głosie Lukrecji usłyszał wahanie z odrobiną niedowierzania. Musiała być zaskoczona jego propozycją, ale Marcin chciał, żeby dali sobie czas na spokojne rozmowy i bycie sam na sam z dala od wiecznie pełnej pretensji córki, która nawet szklanki nie miała ochoty po sobie umyć.

– Tak, tak właśnie chcę. Bo się boję, że jak wrócimy do Gradowa, to czar pryśnie, a ty po kilku tygodniach znów uciekniesz do swojego domu. Wolę dać ci czas na zastanowienie się, czego tak naprawdę oczekujesz od życia. Tym bardziej że pewnie Julia jednak pójdzie na studia, przynajmniej ja w to wierzę, i wtedy zostaniemy w domu sami. Musimy nauczyć się żyć inaczej.

– Inaczej?

– Dla siebie. Ty dla mnie, a ja dla ciebie. Tak mi się wydaje, że Julia coraz bardziej będzie się od nas oddalała, i chyba to jest normalna sprawa. W końcu spotka kogoś, z kim będzie chciała spędzić życie, i skoro już narobiłaś takiego zamieszania w naszym małżeństwie, to wykorzystajmy ten czas na naprawienie relacji i przebudowanie wzajemnych oczekiwań.

– Naprawdę żałuję, że nie wybrali cię na wójta. Ty się naprawdę marnujesz. Przez tyle lat nie miałam pojęcia, z kim tak naprawdę żyję. Zaskakujesz mnie na każdym kroku. Ledwie na parę dni wyrwałeś się z Gradowa, a już jesteś nie do poznania – żartowała, głaszcząc go po brzuchu, ale pod tymi żartami krył się niepokój.

Dopóki to ona dyktowała warunki ich pożycia czy też sama podjęła decyzję o wyprowadzce z domu, czuła się pewna i spokojna, ale kiedy to on zaproponował wprowadzenie zmian w ich, jak na razie uratowany, związek, poczuła się niepewna i zagubiona. Podejrzewała nawet przez chwilę, że Marcin specjalnie doprowadził do tego, że znów zaczęli być małżeństwem, aby jej udowodnić, jaka jest słaba, a po powrocie do kraju ją odtrąci, w ramach zemsty za wyprowadzkę.

– I znów mnie zagadałaś, a ja chcę w końcu poznać prawdę. O książkach oczywiście. Lukrecjo, czekam.

Spoważniała. Owinęła się kołdrą i po turecku usiadła na łóżku. Marcin leżał całkiem nagi i z zaciekawieniem oczekiwał na wyjaśnienia.

– Książki są stare. Niektóre starsze ode mnie. Należały do mojego taty. Nie wiem, czy sam je kupował, czy dostawał w prezencie od mamy. Może i kiedyś go o to pytałam, ale już nie pamiętam. W każdym razie odkąd sięgam pamięcią, zawsze były w naszym domu i tata bardzo często je czytał. Dlatego są w kiepskim stanie, jak już zauważyłeś. Są przez niego zaczytane. Najbardziej Cichy Don i Anna Karenina. Wojna i pokój też nie lepiej wygląda, ledwie kartki się w niej trzymają. Kiedy umarł, zaczął mi się bardzo często śnić. I po każdym śnie, podczas którego tata wybudzał się ze śmierci, miałam wrażenie, że on czegoś ode mnie chce. Że po coś wraca, tylko nie wiedziałam po co. W końcu mnie olśniło. Przypomniałam sobie, że jego największym, oczywiście nigdy niezrealizowanym, marzeniem było poczuć wiatr znad Bajkału. Nie wiem, czy rozumiesz, o czym mówię, ale tata marzył o zobaczeniu Syberii, stepów, białych brzóz, co akurat dla mnie jest dziwne, bo są takie same albo bardzo podobne do naszych. Kiedy mówił, że chce poczuć wiatr ze Wschodu w czasach, kiedy wszyscy marzyli o Zachodzie, w jego słowach była ukryta tęsknota za światem, który znał tylko z powieści rosyjskich klasyków. A potem, gdy zaczął się rozpad ZSRR i zaczęto wydawać książki o gułagach i innych strasznych miejscach, tata czytał je zachłannie i chyba uzupełniał obraz tamtego świata o ten drugi, bardziej współczesny. Jakby układał jakąś dziwną układankę, którą tylko on widział albo tworzył. Rozumiesz, o czym mówię?

– Nie bardzo. Staram się, ale trudno mi pojąć, że przyjechałaś aż nad Bajkał z walizką pełną książek zmarłego ojca tylko po to, żeby je otwierać na wietrze. Może i mało z nim przebywałem, ale nie podejrzewam, żeby to był jego pomysł.

– Ty naprawdę nic nie rozumiesz! Taty już nie ma. Za życia nie miał ani czasu, ani pieniędzy, a potem i zdrowia na spełnienie swego marzenia. Nigdy nie zobaczył tego wszystkiego, o czym przez wiele lat marzył. Dlatego postanowiłam, że wybiorę się w podróż, podczas której w różnych miejscach będę otwierała jego książki, aby ta część taty, która z pewnością w nich pozostała, mogła je opuścić i udać się tam, dokąd będzie chciała.

 

– Uwalniasz jego duszę?

– Coś w tym stylu. Nic więcej poza tym i modlitwą nie mogę dla niego już zrobić. Możesz się ze mnie śmiać, ale ja wiem… czuję, że on chciał, żebym tu przyjechała. Dlatego ciągle mi się śnił, jak budzi się po śmierci. W ten sposób zmusił mnie do działania. Do zrobienia czegoś i dla siebie, i dla niego.

– I co, już przestał ci się śnić? Już się nie budzi w trumnie?

– Tak. Od kilku dni mi się nie śnił. Chyba spełniłam jego wolę i teraz jest spokojny. Jak myślisz?

– Myślę, że masz rację. Ale tylko w jednej kwestii. Mój teść chciał, żebyś tu przyjechała, jednak nie po to, żeby wietrzyć jego książki.

– O proszę, nie wiedziałam, że oprócz załatwiania szybkich wiz do Rosji i rozmawiania z ludźmi na migi we wszystkich językach świata znasz się też na znaczeniu snów. – Lukrecja trochę się zdenerwowała słowami Marcina i żałowała, że mu o wszystkim powiedziała.

– Nie znam się na snach. I niepotrzebnie się denerwujesz. Mam swoją teorię, ponieważ jak umarł twój tata, a ty zajmowałaś się pogrzebem, to ja w tym czasie długo rozmawiałem z Julią. Nasza córka bardzo przeżywała jego śmierć. Powiedziała mi, że podczas ostatniej rozmowy dziadek zapytał, czy my dobrze ze sobą żyjemy, czy jesteś ze mną szczęśliwa. Czy coś w tym stylu. Julia, żeby oszczędzić mu dodatkowego cierpienia, skłamała, że tak, chociaż już wtedy ostro darliśmy ze sobą koty. Dlatego teraz myślę, że jak umarł i z drugiej strony zobaczył, jaka jest prawda, zaczął do ciebie przychodzić w snach, aby cię namówić do zmiany zachowania wobec mnie. Bo wiesz, on tam z góry najlepiej widzi, że ja cały czas bardzo cię kochałem i kocham, a nasze nieporozumienia wynikają zupełnie z czego innego niż brak wzajemnego uczucia.

– Myślisz, że tata chciał nas pogodzić?

– Tak właśnie myślę. Przychodził do ciebie w snach, żeby ci dać znak, że masz coś zrobić, coś zmienić. A ty dobrze zrobiłaś, realizując jego niespełnione marzenia. Wybrałaś nam przepiękną podróż, na którą sam nigdy bym się nie zdecydował.

– Przed chwilą twierdziłeś, że się pomyliłam, że nie o to tacie chodziło, zdecyduj się w końcu!

Może zmęczenie i późna pora, a może trudny temat spowodował, że Lukrecja znów zaczęła się denerwować, więc Marcin postanowił zakończyć rozmowę.

– Chcesz, to wierz, a nie chcesz, to nie wierz. Ja jestem przekonany, że mój teść chciał, żebyśmy się pogodzili i żebyś żyła spokojnie i szczęśliwie ze swoim jedynym, kochającym cię mężem. A skoro od kilku dni już ci się nie śni, to znaczy, że wie, iż wylądowaliśmy razem w łóżku i jest nam naprawdę ze sobą dobrze. Dobranoc, kochana. Obudź mnie na śniadanie.

*

Jadąc po rodziców na lotnisko, Julia nie zastanawiała się, czy tacie udało się przeprosić mamę i nakłonić ją do powrotu do domu. Miała większy problem niż skomplikowane relacje rodziców. Przez całą drogę z Gradowa do Warszawy planowała, jak im powie, że podjęła decyzję i w tym roku nie pójdzie na studia, tylko da sobie czas na odpoczynek, może jakiś ciekawy wolontariat sobie znajdzie, a przede wszystkim zastanowi się, co tak naprawdę chce robić w życiu. W myślach dobierała odpowiednie słowa, ale cokolwiek wymyśliła, wyobraźnia od razu podpowiadała jej reakcję ojca na wieść, że jego jedynaczka na razie się poddaje i nie będzie dalej się kształciła.

Kiedyś Julia nie bałaby się powiedzieć tego, co postanowiła, ale od tamtej awantury, jaką tata jej zrobił przed wyjazdem nad Bajkał, miała przed nim respekt i instynktownie czuła, że z dawnego, skłonnego do wszelkich ustępstw na rzecz ukochanej córeczki tatusia zmienił się w człowieka zupełnie jej nieznanego. Kogoś, kto nie chciał już jej rozpieszczać. O reakcję mamy mniej się martwiła, gdyż Lukrecja od dość dawna sugerowała córce, żeby ta poważnie zastanowiła się nad swoimi mocnymi i słabymi stronami i wzięła pod uwagę wrodzone predyspozycje, które, niestety, dość mocno rozmijały się z nie tak jeszcze odległymi marzeniami o studiowaniu kierunków medycznych.

Czekając na przylot samolotu z Moskwy, a potem na pojawienie się rodziców, podjęła decyzję, jak jej się wydawało, w miarę rozsądną, że będzie grała na zwłokę tak długo, jak tylko się da. W końcu na każdej uczelni trwał jeszcze proces rekrutacji i sprawdziła na kilku stronach interesujących ją kiedyś wydziałów, że ostateczne listy osób przyjętych na nowy rok akademicki miały być ogłoszone w połowie września. Zatem przez ten czas będzie próbowała wykręcać się od odpowiedzi. A do połowy września jeszcze wiele w jej życiu mogło się zmienić, przynajmniej tak się Julii wydawało. Jak tata wróci i zajmie się firmą, wtedy w końcu ona będzie miała czas na prawdziwy odpoczynek i podjęcie życiowych decyzji.

W pierwszym momencie, gdy tylko zauważyła rodziców, wydawało jej się, że są ze sobą pogodzeni, ale jak już do niej podeszli, to wrażenie natychmiast zniknęło. Co prawda tata, jak przystało na szarmanckiego mężczyznę, taszczył ogromną walizkę mamy, ale poza tym nie poświęcał jej większej uwagi. Natomiast mama, skupiona na tym, aby się nie zgubić w tłumie ludzi, nie wyglądała na szczęśliwszą niż przed wyjazdem. Taszczyła kilka mniejszych toreb, które chyba były dla niej za ciężkie, i zdaniem Julii wyglądała na bardzo zmęczoną. A kiedy w końcu wspólnie dotarli na parking, gdzie dziewczyna zostawiła samochód, i załadowali do niego bagaże, mama usiadła z tyłu, a tata poprosił, aby Julia dała mu kluczyki, gdyż bardzo się stęsknił za prowadzeniem auta. Bez protestu wręczyła mu je i zajęła miejsce z przodu, aby móc zdać sprawozdanie z tego, jak sobie poradziła w firmie.

Całą drogę opowiadała o wszystkim, co się działo w Gradowie podczas ich nieobecności. Oczywiście mówiła dużo i szybko, żeby rodzice, a szczególnie tata, nie zadawali jej innych pytań niż o masarnię lub pawie. Lukrecja albo udawała, albo naprawdę usnęła, znużona długą powrotną drogą, a tata cały czas dopytywał się o ważne dla niego sprawy. Gdy już dojeżdżali do Gradowa, poprosił Julię, aby spytała matkę, gdzie mają ją zawieźć. Kiedy ta odpowiedziała, że oczywiście do jej nowego domu w Malwicach, dziewczyna była już pewna, że plan taty, aby odzyskać mamę, się nie powiódł i rodzice jednak się rozwiodą. Nie przejęła się zbytnio, a nawet było jej to na rękę, gdyż pogodzeni rodzice mogli stać się dla niej większym zagrożeniem niż pokłóceni. Szczególnie mama mogła mieć wpływ na zachowanie ojca wobec Julii, gdyby oczywiście wrócili w zgodzie. Ale było inaczej, więc odetchnęła z ulgą i gdy dojechali na miejsce, nawet pomogła mamie zanieść bagaże do domu, bo tata ograniczył się tylko do wyjęcia z bagażnika dużej walizki, a potem bez słowa pożegnania wsiadł do samochodu i czekał na Julię. Kiedy już bez Lukrecji jechali do domu, dopiero wtedy zapytał córkę, co z jej studiami. A po usłyszeniu, że najprawdopodobniej za tydzień zostanie ogłoszona pierwsza lista przyjętych i rozpocznie się weryfikacja dokumentów, kiwnął głową, że rozumie, i przez kolejne dni nie wracał do tego tematu.

Następne tygodnie aż do końca wakacji Julia spędziła pomiędzy biurem a wybiegiem za masarnią. Każdą wolną chwilę poświęcała na pielęgnację pawicy i jej ros­nących jak na drożdżach pociech. Oprócz zanoszenia im pokarmu i wody potrafiła całymi godzinami leżeć na leżaku w cieniu dużego orzecha włoskiego i stamtąd obserwować, jak młode pawie posłusznie chodzą za matką i na jej znak szukają robaków w trawie lub uczą się innych potrzebnych im do przetrwania umiejętności. Najbardziej cieszyło ją, gdy pawiki wskakiwały na coraz wyższe gałęzie różnych krzaków i z widoczną radością z nich zeskakiwały. W takich momentach Julia czuła się, jakby odkrywała wielką tajemnicę życia, i nic jej wtedy nie obchodziło.

Czasami jeździła w odwiedziny do babci i mamy. Najpierw spędzała czas w domu babci. Ze szczegółami musiała opowiadać o zachowaniu pawicy i jej dzieci oraz postępach coraz większych pawików. Kiedy już miała dość kochanej, ale gadatliwej babci, żegnała się z nią i jechała do sąsiedniego domu należącego do Lukrecji. Zazwyczaj rozmowy z mamą się nie kleiły, gdyż ciężko było ją oszukiwać w kwestii rzekomo przeciągającej się rekrutacji. Lukrecja dobrze orientowała się w tych sprawach i za każdym razem dawała córce do zrozumienia, że nie wierzy w jej słowa. Julię bardzo to denerwowało i przypominało jej, że wkrótce i tak będzie musiała przyznać się rodzicom, że nie idzie na studia.

Po każdej wizycie u matki, kończącej się ostrym spięciem, obiecywała sobie, że więcej do niej nie pojedzie, ale po kilku dniach znów ją odwiedzała. Nudno jej było w pustym domu. A do tego nie lubiła gotować, więc wolała już się pokłócić z Lukrecją, lecz najpierw zjeść coś dobrego. O to, czy tata jadł, czy nie, wcale się nie martwiła. Tym bardziej że często nie było go w domu i domyślała się, że przy każdej możliwej okazji jadł w restauracji. Oczywiście żeby ukarać Julię za rzekome lenistwo, nigdy jej nie proponował, aby z nim pojechała na obiad do Kociej Woli. Było jej bardzo przykro z tego powodu, ale ponieważ cały czas żyła w napięciu, że sprawa jej studiów w końcu się wyda, starała się na zapas unikać konfliktów z ojcem. Niestety, nadszedł dzień, kiedy jej wykręty musiały się skończyć.

*

– Cieszę się, że mam okazję serdecznie was powitać na pierwszej powakacyjnej konferencji metodycznej.

Instruktor Agnieszka jak zawsze, tak i tym razem, wygłaszając miłe słowa na powitanie koleżanek po fachu, nie zapomniała o promiennym uśmiechu, który ani na moment nie schodził jej z twarzy.

– Moja radość jest tym większa, że wyglądacie na wypoczęte i zadowolone z życia.

Nie widząc na sali Jarka, jedynego w powiecie bibliotekarza, pozwoliła sobie na żeńskie formy.

– Mam wrażenie, że urlopy bardzo wam posłużyły i teraz, w nowym roku szkolnym, jesteście pełne sił i chęci do pracy, do której zawsze was zachęcam. À propos zapału do pracy… – zwróciła się w stronę Anetki, będącej tego dnia jedynym przedstawicielem gradowskiej biblioteki. – Jest wśród nas osoba, która podczas mijającego lata nie oddała się rozkoszom urlopowego leniuchowania, tylko w pocie czoła pracowała. I to z jakimi efektami! Anetko, poproszę cię zaraz, abyś nam trochę opowiedziała, czego w ostatnich miesiącach niemal sama dokonałaś w waszej placówce. Nie wiem, czy wszystkie panie wiedzą, ale nasza najmłodsza koleżanka zupełnie przypadkiem rozpoczęła przygodę z bibliotekarstwem, nie mając do tego zawodu żadnego przygotowania, za to z głową pełną wątpliwości, czy dobrze robi, rozpoczynając pracę w Gradowie. A dzisiaj, zaledwie po kilkunastu miesiącach spędzonych wśród półek pełnych książek i w kontakcie z czytelnikami, dziewczyna jest już w pełni przekonana do dalszego pełnienia misji, jaką jest nasza praca. – Mocno rozemocjonowana sytuacją instruktor czuła się w obowiązku wprowadzić obecne na sali kobiety w historię Anetki.

– W końcu dowiemy się, co ona w wakacje robiła. – Pani Zofia z Igłowa jak zwykle musiała wtrącić swoje trzy grosze i tym razem także przerwała Agnieszce. – Pani to jak się dorwie do głosu, to tylko gada i gada – dodała niemiłym tonem i z równie niemiłym wyrazem twarzy, zdradzającym coraz większą niechęć do prowadzącej konferencję.

Zaskoczona tak personalną uwagą pani instruktor najpierw zamilkła, a potem szybko poprosiła Anetkę o zabranie głosu. Zestresowana dziewczyna, która po raz pierwszy miała okazję opowiadać szerszemu gronu o swojej pracy, drżącym głosem zaczęła mówić o nowych inicjatywach realizowanych przez nią pod nieobecność, ale oczywiście za zgodą dyrektora gradowskiej biblioteki. I jakie efekty już przyniosły jej działania. A na koniec dodała, że za dwa tygodnie rozpoczyna zaoczne studia na pierwszym roku bibliotekarstwa i informacji naukowej. Wspomniała też, że dostała na to dofinansowanie z urzędu gminy. Kiedy skończyła mówić, instruktor Agnieszka w ramach docenienia jej wysiłku zaczęła klaskać, a po chwili reszta pań do niej dołączyła. Nawet pani Zofia kilka razy ruszyła dłońmi, choć jakoś tak bez przekonania. Kiedy oklaski w końcu ucichły i na chwilę nastała cisza, bibliotekarka z Igłowa wykorzystała ten moment i wypowiedziała słowa, które rozpętały burzę na sali, a w efekcie zmieniły bieg zawodowego życia Anetki.

– Naprawdę sama to wszystko zrobiłaś?

Bibliotekarka z Igłowa najpierw pytająco spojrzała w stronę dziewczyny, a następnie poprawiła okulary na nosie i pochyliła się nad notatnikiem. Wieloletnim zwyczajem lubiła mieć go zawsze pod ręką, by wszystko w nim zapisywać. Widząc, że Anetka ruchem głowy potwierdziła, że i owszem, sama wszystko zrobiła, pani Zofia przeszła do dalszej, zapewne naprędce zaplanowanej ofensywy, jak zwykle mającej na celu popsucie dobrej atmosfery spotkania. Zerkając do swych notatek, zaczęła analizować wszystko to, o czym zaledwie kilka minut wcześniej opowiadała młoda bibliotekarka.

 

– W lipcu zorganizowałaś ślubną sesję zdjęciową w bibliotece, w efekcie której młoda para nie tylko weszła w stan małżeński z plikiem zdjęć zrobionych na tle regałów z książkami, ale również za twoją namową podarowała wam książki otrzymane od gości weselnych zamiast kwiatów tradycyjnie dawanych przy składaniu życzeń, i tym samym zapoczątkowałaś akcję „ślubna pamiątka”. W tym samym czasie założyłaś bibliotecznego bloga i codziennie zamieszczasz na nim ciekawostki z życia biblioteki. Na bieżąco redagowałaś notatki do lokalnej prasy, mające zachęcać mieszkańców Gradowa do korzystania ze zbiorów. W międzyczasie dokonałaś zakupu i opracowania książek ze środków Ministerstwa Kultury oraz…

– Pani Zofio, o co pani chodzi? Po co to przesłuchanie? – Widząc zdziwienie na twarzach uczestniczek spotkania, Agnieszka przerwała wyliczankę i ostro zaatakowała bibliotekarkę z Igłowa. – Przecież Anetka już o tym wszystkim powiedziała i o wielu innych działaniach także. Nie musi ich pani znów wymieniać. Bo i po co? Za aktywnie spędzone lato nagrodziłyśmy ją oklaskami…

– No właśnie! Oklaskami! – wykrzyknęła wzburzona pani Zofia. – Na nic więcej nas nie stać, tylko na oklaski! Pewnie, przecież uderzanie dłonią w dłoń nic nikogo nie kosztuje! Słuchaj, dziewczyno – znów zwróciła się do Anetki, całkiem zdezorientowanej tym, co się działo wokół. – Słuchaj i zacznij w końcu myśleć o sobie, bo jak teraz tego nie zrobisz, to ockniesz się z ręką w nocniku, jak to się potocznie mówi. A ja, jakkolwiek by było, bibliotekarka z wieloletnim stażem i doświadczeniem, wiem, co mówię, i tu przy tej okazji chcę cię ostrzec, że jak zostaniesz w bibliotece, to poza marną pensją i… oklaskami nic cię więcej dobrego nie czeka. Domyślam się, że na razie niczego więcej niż, powiedzmy, te oklaski za dobrą robotę nie oczekujesz, ale wierz mi, samym ludzkim uznaniem rachunków nie opłacisz ani jedzenia za nie nie kupisz. O wakacyjnych wojażach nawet nie wspomnę. Zastanów się, czy warto w czasie pracy i zapewne w domu po pracy zajmować się tymi blogami, Facebookami i innymi internetowymi reklamami biblioteki tylko po to, żeby dostać najniższą krajową i raz na kilka lat parę oklasków.

– Pani jak zwykle przesadza. – Ewa z Malwic poczuła się w obowiązku wesprzeć instruktor Agnieszkę w nierównej walce na słowa, jaką bibliotekarka z Igłowa lubiła prowadzić. – Jak się wszystkie dodatki zliczy, to wcale tak źle nie zarabiamy. Prawda? – Chyba oczekiwała potwierdzenia z ust pozostałych bibliotekarek, ale żadna z nich nawet nie skinęła głową.

– Dodatki? A jakie ta biedna dziewczyna na początku pracy w bibliotece może dostać? Przecież jeszcze nie wysługę za pracę. Chyba dopiero po pięciu latach zaczną jej to naliczać. O ile do tego czasu nadal będziemy opłacani z budżetówki, co wcale nie jest takie pewne. Liczyć to ona może tylko na dodatek motywacyjny, jak ją pan Jarosław – pani Zofia z ironią przywołała nieobecnego dyrektora Pokorę – poprze w tej sprawie u wójta, a ten będzie miał kaprys parę złotych rzucić, to wtedy go dostanie. I to chyba na tyle. O innych dodatkach w naszej pracy nie słyszałam. A przypominam, że wkrótce kończę najgorszą, o jakiej mogłam marzyć, karierę w życiu i idę na emeryturę, co jest chyba dowodem, że na tej pracy zęby zjadłam. Ale dodatków zbyt wielu ani nie dostałam, ani o nich nie słyszałam.

– No to już przesada! A trzynastka? A świadczenia socjalne? Nagrody z okazji…

– Z okazji czego? My z okazji Dnia Bibliotekarza to najwyżej same sobie organizujemy spotkanie przy kawie i cieście, jak to miało nie tak dawno miejsce w mojej bibliotece. I jedząc te niby frykasy, możemy same sobą się pozachwycać wedle starego powiedzenia „Kumie, chwalą nas. – Kto? – Wy mnie, a ja was!”. Taka jest smutna prawda o naszym zawodzie. Nie jesteśmy ani doceniane, ani dobrze nie zarabiamy, a że od czasu do czasu ktoś z nas dostanie krzyż zasługi czy inny medal, zależy, co dana władza preferuje, to nijak nie można tego uznać za dochód. I o to mi chodzi, żeby tej młodej dziewczynie, mającej całe życie przed sobą, powiedzieć prawdę. Nie lukrować i cukrować, jak pani instruktor ma to w zwyczaju, tylko przedstawić całą prawdę, a jak jej będzie pasowała praca z powołania, będąca rzekomo misją, to już jej sprawa. Jak chce, niech pracuje za oklaski, ale w dzisiejszych czasach nic nie jest pewne, a już najmniej mąż, który będzie utrzymywał mało zarabiającą żonę. Dlatego Anetka musi się poważnie zastanowić, czy może sobie pozwolić na takie życie. Życie niemalże w ubóstwie. Jak mi nie wierzycie, to może przeczytajmy na głos parę tekstów z nowego czasopisma „Biblioteka Publiczna”, gdzie w końcu ktoś odważył się napisać prawdę o naszej sytuacji finansowej. W końcu po to się tu spotykamy, żeby wymieniać poglądy i omawiać nasze sprawy, więc zróbmy to, zamiast udawać, że wszystko jest cudownie i zarabiamy kokosy.

– Nie widzę przeszkód, tylko poproszę o chwilę, żebym mogła iść do czytelni i przynieść kilka egzemplarzy tego czasopisma, a w tym czasie, dla uspokojenia emocji, proponuję, drogie koleżanki, żebyśmy zrobiły przerwę na kawę i ciasteczka.

Instruktor Agnieszka starała się panować nad emocjami i robić dobrą minę do złej gry, gdyż podczas bardzo denerwujących ją wywodów pani Zofii bacznie obserwowała Anetkę i, niestety, miała wrażenie, że do dziewczyny trafiają argumenty o bezsensie pracy w bibliotece. Od początku miała mieszane uczucia co do tej młodej osóbki, ale Jarek zawsze za nią się wstawiał, twierdząc, że dziewczyna ma spory potencjał i będzie z niej świetna bibliotekarka. W końcu Agnieszka też w to uwierzyła, szczególnie po tym, jak Anetka się ostatnio wykazała. Jednak jej coraz bardziej niepewna mina i dające się zauważyć zwątpienie bardzo zaniepokoiły panią instruktor. Kiedy pod pozorem wyjścia do czytelni opuściła salę konferencyjną, od razu sięgnęła po telefon i napisała wiadomość do Jarka Pokory, że muszą poważnie porozmawiać.

Nie spodziewała się szybkiej odpowiedzi, gdyż podejrzewała, jaki był powód jego nieobecności, ale liczyła, że kiedy wróci do formy, to się do niej odezwie. Gdy pod koniec przerwy wróciła na salę, do jej uszu doleciały bardzo jadowite słowa bibliotekarki z Igłowa, próbującej dowiedzieć się od Anetki, co robił jej zwierzchnik w czasie, gdy ona w pocie czoła pracowała w bibliotece. Kiedy dowiedziała się, że dyrektor Pokora wziął długi urlop i spędził go z żoną na zagranicznym wyjeździe, nie omieszkała na głos skomentować tej kwestii.

– No właśnie! – z tryumfem w głosie wykrzyknęła. – Kiedy ta biedna dziewczyna za marne grosze w pocie czoła tyrała w bibliotece, nasz niby szarmancki kolega Jarosław popijał drinki pod parasolem na słonecznej plaży. I tu należy zadać pytanie, oczywiście czysto retoryczne, bo żadna z nas nie odważy się powiedzieć, co na ten temat, w gruncie rzeczy nas nieobchodzący, myśli: z czego nasz szanowny kolega opłacił te luksusy? Bo że z własnej uczciwie zarobionej pensji mu na taki wyjazd nie mogło wystarczyć, tego możemy być zupełnie pewne.

– Może żona zapłaciła? – Jedna z bibliotekarek zaśmiała się, mrugając w kierunku Anetki.

Ta bez zastanowienia odpowiedziała:

– To bardzo możliwe, bo Marta sporo zarabia.

– No i widzisz, drogie dziecko. – Pani Zofia nie dawała za wygraną i każde słowo wykorzystywała, aby przekonać Anetkę do swoich racji. – Co z tego, że pan Jarek jest dyrektorem, skoro pracując w bibliotece, i tak finansowo zależy od żony. Aż strach pomyśleć, jaką by biedę klepali, gdyby ta jego Marta nie była zaradna i przedsiębiorcza. Pomyśl, dziewczyno, pomyśl. I wyciągnij wnioski, zanim będzie za późno.