Wianek z pawich piór

Tekst
Z serii: Gradów #4
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

*

– Pił?

– Nie. Tylko czasami. Trochę, i nigdy do nieprzytomności.

– Bił?

– Nie. Absolutnie! No co wy? Czy on wygląda na damskiego boksera?

– A może długi robił? Może lubił hazard albo inne kosztowne rozrywki typu zakupoholizm?

– Nie.

– W takim razie pewnie miał kochanki?

– Nie. I dajcie mi spokój. – Lukrecja miała już dość ciekawości koleżanek z przedziału, które po dwóch dniach wspólnego podróżowania zasypywały ją gradem pytań o powód rozstania z Marcinem. – Są między ludźmi sprawy tak intymne, że nikt nie powinien o nich wiedzieć. I dlatego nic więcej nie powiem. Rozumiecie?

– No nie obrażaj się – odezwała się jedna z kobiet. – Mój były mąż pił, bił i narobił długów. Spłacałam je jeszcze kilka lat po rozwodzie. Dlatego kiedy poznałam twojego, od razu sobie pomyślałam, że to zupełnie inny typ człowieka. I nie bardzo rozumiem, dlaczego go na każdym kroku odtrącasz.

– Ja też zauważyłam, że pan Marcin jest czułym i tros­kliwym mężczyzną. Gdyby ktoś taki pojawił się na mojej drodze, bez wahania zmieniłabym stan cywilny – rozmarzyła się druga.

– A ja ci, Lukrecjo, powiem tylko tyle, że przez ponad trzydzieści lat awanturowałam się z moim chłopem o byle co, a jak umarł, to przez długi czas nie mogłam sobie wybaczyć, że skupiałam się na drobnostkach, a nie doceniałam, jakim był dla mnie dobrym mężem. Gdybym mog­ła cofnąć czas, nie powiedziałabym nawet połowy tych złych słów, które przez lata małżeństwa usłyszał ode mnie. Wszystkie jesteśmy od ciebie starsze i może nie bardziej, ale inaczej przez życie doświadczone. I wierz nam, że chcemy dla ciebie dobrze, bo widzimy, jak on się stara. Przecież gdyby mu na tobie nie zależało, toby chyba za tobą nie pojechał?

– No, mój ochlapus, gdybym mu w czasie trwania małżeństwa powiedziała, że jadę na wycieczkę, to ze szczęścia, że mu zejdę z oczu, pewnie by pił dwa razy więcej niż zwykle. I na pewno nie martwiłby się plamą na moim tyłku.

Lukrecji zrobiło się głupio, że współlokatorki zauważyły moment, kiedy podczas kolejnych tego dnia odwiedzin Marcina w ich przedziale podniosła się, żeby sięgnąć po podpaski do torby znajdującej się na jej miejscu do spania, i w tej samej chwili poczuła duży upływ krwi, a bielizna momentalnie przesiąkła na wylot. Szybko wyszła z przedziału i skierowała się w stronę toalety. Marcin pośpieszył za nią, złapał ją na korytarzu za ramię i powiedział, że niedługo pociąg będzie miał ponadgodzinny postój na stacji, gdzie znajdują się płatne prysznice. Jeśli Lukrecja boi się sama tam iść, to on może jej towarzyszyć. Wyminęła go bez słowa i szybkim krokiem poszła zmienić podpaskę. Dopiero w toalecie zorientowała się, że ma czerwoną plamę na spodenkach. Pewnie Marcin to zauważył i dlatego zaproponował, że mogłaby skorzystać z prysznica. Tak dobrze ją znał, wiedział, jak bardzo pragnęła dobrze się umyć. Po namyśle zdecydowała się go posłuchać i gdy pociąg zatrzymał się na stacji, nadal w milczeniu poszła z Marcinem, żeby poszukać prysznica.

Teraz, żeby zakończyć jej zdaniem niepotrzebną dyskusję, przestała odpowiadać na pytania współpasażerek i udając, że chce się jej spać, odwróciła się twarzą do ściany. Tamte jeszcze przez jakiś czas rozmawiały o czymś między sobą, ale Lukrecja wetknęła sobie zatyczki w uszy i całkowicie odcięła się od ich głosów. Zaczęła się zastanawiać nad tym, co przez ostatnie dni za sprawą Marcina działo się w jej życiu.

*

Oparł głowę o szybę w oknie przedziału i zatopił się we wspomnieniach. Myślał o pierwszych latach małżeństwa, kiedy to głównie skupili się na działaniach zmierzających do powiększenia rodziny. Marcin nigdy nie ukrywał przed Lukrecją, że marzy o gromadce dzieci. Sam był jedynakiem i zawsze zazdrościł wszystkim kolegom, którzy mieli rodzeństwo. W dzieciństwie wiele razy wyobrażał sobie, że ma braci, z którymi bawi się żołnierzykami, strzela z procy czy jeździ na długie rowerowe wyprawy. Niestety, ze względów zdrowotnych jego mama nie mogła mieć więcej dzieci, nad czym zawsze bolał i długo nie mógł się pogodzić z pustką wokół siebie.

Dlatego już kilka miesięcy po narodzinach Julii zaczął namawiać żonę, aby podjęli starania o rodzeństwo dla córki. Lukrecja nie miała nic przeciwko temu, ale choć kochali się regularnie, do kolejnej wyczekiwanej ciąży wciąż nie dochodziło. Po kilku miesiącach poszła do lekarza, który przy ogólnym badaniu nie stwierdził żadnych przeciwskazań ani poporodowych nieprawidłowości mogących przeszkodzić w powiększeniu rodziny. Dlatego zalecił cierpliwość, urozmaicanie życia intymnego i skupienie się na innych sprawach niż oczekiwanie na wymarzoną ciążę, gdyż jego zdaniem jest to tylko kwestia czasu.

Miał rację. Pojawiła się, i to niejedna, o czym na szczęście Lukrecja nie napisała w swoim nieszczęsnym opowiadaniu do czasopisma internetowego. Choć od tamtych wydarzeń upłynęło wiele lat, Marcin nadal nie mógł się pogodzić z tym, co ich spotkało. Z bólem w sercu wspominał kolejne krótkie ciąże Lukrecji. Bardzo dobrze pamiętał, jak głaskał jej brzuch i przemawiał do niego czule zaraz po dodatnim teście ciążowym. Jak planowali wszystko, co dotyczyło pojawienia się następnego dziecka.

Wspólnie przeglądali ubranka i inne rzeczy po Julii, które były jeszcze w dobrym stanie i mogły się przydać maluszkowi. A potem, po kilku tygodniach wielkiego szczęścia, nadszedł czas strachu i niepewności, gdy podczas pierwszego badania usg. lekarz oświadczył, że jego zdaniem ciąża się nie rozwija, ale powiedział im, żeby na razie się nie martwili, tylko poczekali na kolejne badanie, gdyż oczywiście mógł się pomylić albo ciąża jest młodsza, niż wynikało z ostatniej miesiączki. Lukrecja od razu po wyjściu z gabinetu zaczęła płakać. Marcin za pierwszym razem był twardszy i pocieszał ją, że jeszcze nie wszystko stracone, a skoro lekarz bierze pod uwagę możliwość pomyłki, to oni też powinni spokojnie poczekać. No i czekali kolejne trzy tygodnie, aż w końcu usłyszeli ostateczny wyrok – poronienie zatrzymane i skierowanie do szpitala w Kociej Woli.

Ze szpitala najbardziej pamiętał, jak Lukrecja traciła ich wymarzoną ciążę. Leżała na metalowym łóżku i pod przykryciem poruszała nogami w bolesnych skurczach, które pojawiły się kilka godzin po podaniu tabletek na wywołanie poronienia. Siedział obok niej na łóżku i gładził ją po włosach, plecach i karku, starając się ulżyć jej w bólu.

A obok, na sąsiednim łóżku, inny mężczyzna głaskał brzuch ciężarnej żony i rozmawiał z maluchem mającym szansę przeżyć, bo tamta ciąża trwała dłużej, a dziecko było bardziej rozwinięte. Marcin i Lukrecja widzieli i słyszeli, jak obok nich przytulona do siebie para cieszyła się swoim szczęściem. Marcin zastanawiał się, dlaczego jego żonę położono w sali razem z kobietami, które, co prawda, leżały z powodu różnych zagrożeń ciąży, ale nadal miały szansę na urodzenie dzieci.

Przez chwilę chciał nawet iść do ordynatora albo jakiegoś innego lekarza, aby coś zrobić w tej sprawie, ale Lukrecja się nie zgodziła. Zresztą bardzo szybko wszystko się skończyło. Przy kolejnym bolesnym skurczu gwałtownie poderwała się z łóżka i poczłapała do łazienki. Poszedł za żoną, przeczuwając, co się dzieje. I nie pomylił się. Co prawda nie pozwoliła mu wejść ze sobą, ale po chwili, kiedy wyszła, trzymając w dłoni dużą, mocno zakrwawioną wkładkę, był już pewien, że poroniła. Stał w milczeniu i słuchał, jak ze łzami w oczach powiedziała mu, że musi iść do dyżurki położnych i pokazać, co z niej wypłynęło. Widział, jak powoli ruszyła szpitalnym korytarzem, włożywszy do kieszeni szlafroka kłąb ligniny, w której znajdowało się ich martwe marzenie.

Kiedy weszła do dyżurki, on wrócił do łazienki i w bezradnej rozpaczy walił głową o kafelki na ścianie. Nic nie mógł zrobić. Serduszko zatrzymało się w dziewiątym tygodniu ciąży i ani jego złość, ani łzy Lukrecji nie mogły go ożywić. Lekarz prowadzący tłumaczył im, że to się zdarza i pewnie zarodek miał jakieś wady, zatem lepiej, że organizm szybko go wyeliminował, niż płód miałby rozwijać się dalej uszkodzony. I że kolejna ciąża na pewno będzie zdrowa i doczekają się rodzeństwa dla córki.

Jeszcze tego samego dnia wieczorem wrócili do domu.

O ich utraconej ciąży nikt z rodziny ani ze znajomych nie wiedział, gdyż Lukrecja nie była zwolenniczką wczes­nego chwalenia się na prawo i lewo odmiennym stanem. Jego rodzicom, którzy wtedy jeszcze żyli i tego dnia zajmowali się małą Julią, powiedzieli, że muszą jechać na specjalistyczne badanie do Warszawy i zapewne wrócą wieczorem. A kiedy już przyjechali do domu, oboje udawali, że wszystko jest w porządku. Lukrecja nawet rozmawiała wesoło z teściową, opowiadając o tłoku na warszawskich ulicach. Dopiero kiedy uśpili Julię i zamknęli się w sypialni, oboje dali upust łzom. Lukrecja długo w nocy szlochała, a on przytulał ją i pocieszał, że wszystko się ułoży. Jak wróci do pełnego zdrowia, to za kilka miesięcy, tak jak zalecał lekarz, podejmą kolejne starania.

No i podjęli. Wtedy jeszcze lekarz Lukrecji uważał, podobnie jak ten w szpitalu, że to poronienie było typowym przypadkiem. Ową statystyczną ciążą, jedną na cztery, ulegającą wczesnemu poronieniu. I dlatego poza podstawowymi badaniami krwi niczego więcej nie zalecił, oprócz spokojnego trybu życia, zdrowego odżywiania i pozytywnego nastawienia. Oboje przestrzegali tych wskazań. Dla lepszego efektu Marcin nawet zaczął stosować specjalną dietę dla mężczyzn, mającą wpłynąć na lepszą jakość nasienia, a Lukrecja zajadała się ananasami i do kolacji piła kieliszek czerwonego wina, mającego rzekomo wpływać na grubość i jakość endometrium.

W końcu ich wysiłki przyniosły efekt, Lukrecja znów była w ciąży. Tym razem na wszelki wypadek ginekolog zlecił jej branie luteiny na podtrzymanie i po pierwszym badaniu usg. stwierdził, że wszystko jest w jak najlepszym porządku. Założył kartę ciąży, dał skierowanie na pierwsze ciążowe badania i umówił kolejną wizytę. Niestety, zanim do niej doszło, już było po ciąży. Lukrecja w tym czasie zaocznie studiowała i będąc na uczelni, podczas przerwy między wykładami poszła do łazienki, oczywiście niczego nie podejrzewając. Przeżyła wstrząs, gdy na bieliźnie zobaczyła plamę żywo czerwonej krwi. W pierwszej chwili nie dotarło do niej, co się dzieje, gdyż nic jej nie bolało ani nie odczuwała skurczy. Nie miała przy sobie podpaski ani nawet cienkiej wkładki, włożyła więc w majtki grubą warstwę poskładanego papieru toaletowego i po wyjściu z łazienki od razu zadzwoniła do Marcina, aby jak najszybciej przyjechał, gdyż chyba muszą udać się do szpitala. Oczywiście nie powiedziała mu, że zaczęło się poronienie, bo sama odpychała od siebie tę myśl najdalej, jak tylko mogła. Kiedyś słyszała, że na początku ciąży zdarzają się takie nagłe krwawienia, ale szybko mijają i nie szkodzą dzidziusiowi, więc chwyciła się tej teorii i pocieszała Marcina przez całą drogę do szpitala.

 

Niestety, podczas badania usg. lekarz od razu pozbawił ich złudzeń. To nie było krwawienie z polipa, krwiaka ani z innej przyczyny. Ciąża była martwa i sama zaczęła się odklejać od ścianki macicy. Tym razem Lukrecję poddano zabiegowi łyżeczkowania, aby nie przedłużać jej fizycznej i psychicznej męczarni. W tym czasie Marcin siedział na korytarzu i bezmyślnie wpatrywał się w szpitalną posadzkę. Jedyne, co mu przychodziło na myśl, to tylko to, że już nigdy więcej nie podejmie świadomej próby zostania ojcem. Może i nie znał się na patologii ciąży, ale kiedy drugi raz stało się to samo, szybko doszedł do wniosku, że coś jest z nimi nie tak i dlatego ciąże nie chcą się prawidłowo rozwijać. W myślach dziękował Bogu za to, że mają chociaż jedno zdrowe dziecko.

Kiedy wracali do domu, od razu powiedział, że on ma dość i więcej nie zamierza się starać o dziecko. Obolała i półprzytomna po znieczuleniu Lukrecja nic mu nie odpowiedziała. Skupiła się na tym, aby znów nie dać teściom powodów do podejrzeń, że wydarzyło się coś złego. Oczywiście udało jej się to bez problemu, gdyż wrócili do domu dość późno, tak jak zazwyczaj wracała po zajęciach na uczelni. Od razu poszła na piętro, gdzie mieli swoje mieszkanie, a Julię zabrał od rodziców Marcin. Sam ją też wykąpał i położył spać. Lukrecja czuła się tak słaba, tak zmęczona psychicznie i fizycznie po zabiegu, że na nic nie miała siły. Podobnie było przez kilka kolejnych dni. Ale kiedy tylko przestała krwawić, natychmiast postanowiła nakłonić męża do kolejnej próby. Na co on najpierw kategorycznie nie chciał wyrazić zgody, tłumacząc, że kolejnej straty nie da rady znieść.

Jednak Lukrecja nie chciała słuchać jego argumentów. Tłumaczyła, że chce spróbować, że tym razem będzie inaczej. Że tym razem lepiej się przygotują, zrobią badania specjalistyczne, by wykluczyć wszelkie możliwe przyczyny wczesnego umierania zarodka. Jej potrzeba zajścia w ciążę była tak wielka, że przełożyła się też na silne pobudzenie, któremu na dłuższą metę Marcin nie był w stanie się nie poddać. Tym bardziej że żadne badania nie wyjaśniły, dlaczego traciła kolejne ciąże. Wszystkie wyniki, zarówno jej, jak i jego, były w granicach normy, a zdrowa, dobrze rozwijająca się Julia utwierdziła lekarzy w przekonaniu, że nadal jest szansa, aby Lukrecja wreszcie donosiła ciążę.

No i tak co kilkanaście miesięcy przeżywali kolejne tygodnie radości, niestety, szybko kończące się albo poronieniem zatrzymanym, albo gwałtownym krwotokiem. Po szóstym razie oboje byli tak wyczerpani psychicznie, że przestali ze sobą rozmawiać na ten temat. Marcin skupił się na rozpieszczaniu Julii, a Lukrecja, w której zaszły ogromne zmiany w sposobie bycia i zachowania wobec rodziny, rzuciła się w wir pracy bibliotekarskiej oraz, oczywiście na złość mężowi, zajęła się budową domu na działce otrzymanej od rodziców. Od tego momentu ich małżeństwo zaczęło się powoli, ale systematycznie sypać. Seks przestał być dla obojga źródłem radości, toteż coraz częściej go unikali. W końcu do bliższych kontaktów dochodziło tak rzadko, że Marcin, gdy czasami trochę wypił, pod wpływem alkoholu żartował do Lukrecji, że Boże Narodzenie jest częściej, niż on ma orgazm.

W końcu postanowiła od niego odejść i choć myślał, że ona żartuje i tylko go straszy, lecz nigdy nie odważy się na ten krok, jednak postawiła na swoim i zaraz po maturze Julii zaczęła się pakować i przenosić do na wpół wykończonego domu. Przecież już nic ich, oprócz pełnoletniej córki, nie łączyło – tak przynajmniej uważała Lukrecja, ale Marcin czuł i myślał inaczej. Dlatego zdecydował się na ten szalony krok i zostawiając firmę na głowie Julii i zaufanego pracownika, ruszył za żoną w szaloną podróż przez bezkresy Syberii. Sam do końca nie wiedział, co chciał przez to osiągnąć, ale coś w środku podpowiadało mu, że to ostatni moment, ostatnia szansa, by uratować ich związek.

I kiedy za oknem pociągu migały mu białokore brzozy, o których za życia tak bardzo marzył jego teść, Marcin myślał o czymś zupełnie innym. Znów chciał się poczuć tamtym młodym chłopakiem, który w ów zimowy dzień ujrzał nieznajomą dziewczynę, pokochał ją i postanowił spędzić z nią całe życie. Co prawda nie mógł się cofnąć do czasów młodości, ale mógł zrobić coś innego. Mógł iść do sąsiedniego przedziału i zobaczyć tę samą dziewczynę, tylko o dwadzieścia lat starszą, o dwadzieścia lat mądrzejszą i dla niego jeszcze bardziej ukochaną.

*

Z uwagą śledził każdy jej krok. Jeszcze w przedziale, kiedy pociąg zbliżał się do kolejnej stacji, Lukrecja nagle mocno się ożywiła i co chwila zaglądała do plecaka.

Wyglądała na przejętą i pomyślał, że zamierzała zrobić coś dla niej ważnego, tylko nie wiedział co. Dlatego kiedy podczas postoju wyszła z wagonu i nie zwracając uwagi ani na Marcina, ani na innych uczestników wycieczki, poszła w najbardziej oddalony zakątek peronu, postanowił ją z daleka obserwować i w razie czego od razu zareagować. Nie wiedział, co chciała zrobić, i bał się, że może to być coś bardzo nieprzemyślanego. Nawet przez chwilę pomyślał o próbie samobójstwa. Oczywiście jej. Szybko jednak odrzucił to straszne przypuszczenie. Choć jeszcze przed wyjazdem Julia kilka razy mówiła mu, że bardzo się boi o matkę, ale wtedy uważał, że córka ma na myśli raczej jakieś zagrożenie z zewnątrz. Natomiast teraz, kiedy Lukrecja z plecakiem w dłoni zaczęła szybko oddalać się od pociągu, bardzo się przestraszył i podążył za nią. Nie miał pojęcia, co mogło być w tym plecaku i czemu zabrała go z pociągu.

Czegoś takiego nie mógł się spodziewać. Stał i oniemiały patrzył z oddali, jak jego żona wyjęła z plecaka książkę i stojąc twarzą w stronę, z której najmocniej wiał wiatr, odwracała kartkę po kartce. Od pierwszej do ostatniej. Była tak skupiona na tym, co robiła, że chyba go nie dostrzegła. A może tylko udawała, że go nie widzi… Marcin jednak miał wrażenie, że to „wietrzenie książki”, jak w myślach nazwał dziwne zachowanie Lukrecji, całkowicie ją pochłonęło i na chwilę zapomniała o całym świecie.

*

– Chciałam cię tylko poinformować, że moje współlokatorki z przedziału niedawno mi zakomunikowały, że jednak mam prawo do rozwodu, skoro ty jesteś no, ten tego, trochę inny. A ponieważ mam już dość i ich wścibstwa, i twojego zachowania, przez które tracę radość z wymarzonej podróży, nie wyprowadzałam ich z błędu i pewnie wkrótce wszyscy się dowiedzą o twojej rzekomej innej orientacji.

Marcin z zaskoczenia wylał kawę na stolik. Siedzieli w wagonie restauracyjnym, do którego na prośbę Lukrecji poszli, by porozmawiać.

– A mogę wiedzieć, co skłoniło te przemiłe panie do takiego przypuszczenia?

– Nie jestem pewna, ale ponieważ ciągle tak gorliwie im usługujesz, częstujesz je przysmakami, latasz do prowadnicy po wodę, służysz za Wikipedię i przewodnik po Syberii, a do tego cierpliwie znosisz moje milczenie, najwidoczniej doszły do wniosku, że samiec alfa nigdy by się tak nie zachowywał. Zresztą, wcale mi cię nie szkoda. Masz za swoje. I mówię ci o tym tylko dlatego, żebyś wiedział, dlaczego niektórzy z naszej grupy będą cię dyskretnie obserwowali albo znacząco się uśmiechali.

– Tak właśnie powiedziały? Że nie wyglądam na samca alfa?

– Nie dosłownie. Tylko dzisiaj rano jedna przez drugą zaczęły sugerować, że kiedyś, gdy my byliśmy młodzi, pewnie na wsi ktoś tak odmienny jak ty nie był dobrze widziany i dlatego mnie oszukałeś i się ze mną ożeniłeś, żeby ukryć przed światem swoją inność. Potem przez długie lata cierpiałeś katusze i musiałeś się zmuszać do życia wbrew sobie, wbrew własnym potrzebom. No i do tego mamy dziecko. Ale teraz, kiedy córka jest już dorosła, zdecydowałeś się wyznać mi prawdę, a ja jej nie udźwignęłam, poczułam się oszukana i dlatego od ciebie odeszłam. Jednak ty, z poczucia obowiązku lub szacunku do mnie, postanowiłeś nadal się mną opiekować i dlatego tu jesteś i zachowujesz się, teraz to już moje słowa, jak jakiś palant, udający czułego męża. Delikatnie mówiąc.

– Która to wymyśliła?

– Nie wiem która. Pewnie wszystkie razem pozbierały fakty do kupy i wyszło im, co wyszło. Na koniec tej, za długiej jak na moje psychiczne możliwości, wspólnej podróży postanowiły dać mi rozgrzeszenie, ale, jak zaznaczyły, powinnam doceniać cię jako człowieka, a nie tylko mężczyznę, i po rozwodzie pozostać z tobą w dobrych relacjach. Dla dobra naszej córki, naszych przyszłych wnuków, a także dla mnie samej. Bo wiesz, te miłe panie, wszystkie trzy, aktualnie prowadzą samotny tryb życia i ostrzegały mnie, że jak dołączę do grupy singielek, to dopiero zobaczę, jak ciężko się żyje bez kogoś, kto wymieni żarówkę w samochodzie albo naprawi kapiący kran.

Im dłużej Lukrecja mówiła, tym głośniej Marcin się śmiał. W wagonie restauracyjnym nie było nikogo z ich grupy wycieczkowej, więc nie musiał się zbytnio kontrolować i dał upust swemu rozbawieniu.

– Dobre. Normalnie dobre są te kobitki. Mają wyobraźnię, trzeba im to przyznać. A ty jesteś jeszcze lepsza, że potwierdziłaś. Na rękę ci, że myślą o mnie jako o geju?

– Dla mnie to wszystko jedno. Ja tego nie wymyśliłam, ale mam dość bycia pouczaną, namawianą i strofowaną przez przypadkowe osoby, których po powrocie do domu już nigdy więcej nie zobaczę. Dlatego przytakuję im bez względu na to, co mówią. Ja wiem swoje, ale nie muszę się z tego nikomu tłumaczyć. Czy Julia się z tobą kontaktowała? – Lukrecja zmieniła temat.

Była zaniepokojona brakiem odpowiedzi na wiadomości i mejle wysyłane do córki.

– A i owszem. Przynajmniej raz dziennie zdaje mi raport z tego, co się dzieje w masarni. Widzisz, wygląda na to, że mój urok osobisty działa na wszystkie kobiety. Nawet na naszą córkę. Wszystkie, bez względu na to, o co mnie podejrzewają, i tak lubią ze mną rozmawiać. – Odgryzł się żonie za niemiłe traktowanie go w pociągu.

– Mylisz się. Są też wyjątki.

– Tak? A gdzie?

– Jeden siedzi z tobą przy stoliku. No, ale może ja nie jestem dla ciebie kobietą. W końcu nie do końca się sprawdziłam w tej roli.

– Lukrecja! – Marcin nagle spoważniał. – Naprawdę coraz bardziej mi się podoba ta podróż i proszę, nie psuj jej starymi sprawami, do których nie powinniśmy już wracać. Mamy dziecko. Może niedługo zostaniemy dziadkami i czy będziemy razem, czy osobno, Julia zawsze będzie nas łączyła, a tego, że nie udało nam się mieć więcej dzieci, nie powinniśmy traktować jako porażki. Przynajmniej ja się cieszę z tego, co mam.

– Ale mógłbyś mieć więcej.

– I mógłbym mieć mniej.

– Po co za mną tu przyjechałeś?

– Bo ja też chciałem zobaczyć piękne widoki, surową przyrodę, największe jezioro świata i żonę, która na każdej stacji wyciąga z plecaka stare książki. No właśnie, zanim znów zamilkniesz na wiele dni, powiedz mi, po co ty wietrzysz te książki? – Pół żartem, pół serio zapytał o sprawę, której kompletnie nie rozumiał.

Brał pod uwagę różne możliwe powody zachowania Lukrecji, ale każdy wydawał mu się nieprawdopodobny.

– Niczego nie wietrzę. I nie zamierzam mówić ci nic więcej na ten temat. Idę się spakować. Mam nadzieję, że jak już wysiądziemy z tego koszmarnego pociągu, w końcu odczepisz się ode mnie. A Julii powiedz, że jestem dumna z jej samodzielności i poświęcenia – odrzekła drwiącym tonem, wstając od stolika.

– Ona bardzo boi się o ciebie. I możesz nie wierzyć, ale prosiła mnie, żebym zapobiegł twojemu szalonemu pomysłowi. – Próbował tłumaczyć córkę, ale chyba jeszcze pogorszył sytuację.

– No proszę. Nie udało się wam przeszkodzić w moim wyjeździe, to posunęliście się jeszcze dalej…

– Lukrecjo, nie rozumiesz, że jestem tu dla ciebie? Tylko dla ciebie?

– Może nie chcę tego rozmieć. A tym bardziej ciągle o tym słyszeć. Do zobaczenia.

 

– Oby już wkrótce – dodał z nieco złośliwym uśmieszkiem.

*

– Bardzo panią przepraszam, ale nie mam z tym nic wspólnego. Naprawdę wina nie leży po mojej stronie. – Pilot dzielnie odpierał zarzuty Lukrecji, kiedy ta po przybyciu do hotelu w Irkucku dowiedziała się, że ma dzielić pokój z Marcinem.

– Mieliśmy osobne rezerwacje. Przy zakupie zaznaczyłam opcję dopłaty za pokój jednoosobowy i proszę mi nie wmawiać, że ktoś w biurze podróży uznał, iż wie lepiej, że powinnam jednak spać w jednym pokoju z mężem. Naprawdę nie wiem, kiedy on wykupił tę wycieczkę, ale z całą pewnością zrobił to sam i ma inny numer zamówienia. To chyba jest jasne?

– Proszę pani, to może odpowiem inaczej. W umowie jest klauzula, że pewne niezawinione działania, na które organizator nie ma wpływu, nie podlegają późniejszym reklamacjom. A tu mamy właśnie taką sytuację.

– Niby jaką? Że ktoś na siłę chce mnie uszczęśliwić?

– To nie tak. Tylko po prostu w tym hotelu nie ma pokojów jednoosobowych. A przynajmniej dla naszej grupy… rozumie pani? Dlatego też po powrocie do kraju dostanie pani zwrot za dopłatę do jedynki, a teraz, skoro to dla pani takie ważne, mogę jedynie zaproponować noclegi na dostawce w pokoju zajmowanym przez te panie z przedziału numer trzy, z którymi pani chyba już dobrze się poznała. Co prawda będzie wam ciasno i mniej komfortowo, ale skoro pani nalega, to zaraz pójdę i poproszę te miłe panie, żeby zsunęły łóżka i zrobiły trochę miejsca…

– A on?

– Co za on?

– No mój mąż. Co z nim? Gdzie będzie spał?

– A gdzie ma spać? Jasne, że w tym pokoju, którego pani nie chce. Innego już nie mam do dyspozycji.

– Sam tam będzie spał?

– A tego to już nie wiem – odparł pilot z bezczelną miną i zaśmiał się Lukrecji prosto w twarz. – Wie pani, w nocy na takich wyjazdach różne rzeczy się dzieją. Dobra, idę załatwić tę dostawkę dla pani.

– Niech już pan się nie wysila. – Lukrecja zaczęła wycofywać się ze swoich pretensji i w końcu stwierdziła, że woli nocować w dwójce niż na dostawce w trójce przerobionej na czwórkę. Pilot pochwalił jej rozsądną decyzję i wręczył kartę magnetyczną do drzwi.

– Spokojnej nocy – dodał z udawaną grzecznością i zachichotał.

*

– Świetny pokój. Bardzo mi się tu podoba. Normalnie czuję się, jakbym był w podróży poślubnej. Widziałaś te ręczniki złożone w romantyczne łabędzie? One chyba się dziobkami całują? – Marcin, rozebrany do samych bokserek, wyciągnął się w poprzek małżeńskiego łoża i zagadywał do milczącej żony, która wyjmowała rzeczy z walizki. – Zaraz zrobię im zdjęcie i wyślę Julii, co ty na to?

Nie usłyszał odpowiedzi. Lukrecja trwała w zawziętym milczeniu. Starała się nie patrzeć na niego. Najszybciej, jak mogła, zamknęła się w łazience, gdzie wzięła długi prysznic, a gdy już się umyła i ubrała w piżamę, weszła do sypialni, usiadła na krześle w oczekiwaniu, aż Marcin podniesie się z łóżka i zwolni jej połowę łóżka. Czekała dość długo, gdyż wcale się nie śpieszył z pójściem do łazienki, a kiedy już wstał, podszedł do niej i powiedział coś, co spowodowało, że natychmiast zrobiło jej się bardzo gorąco.

– Jak jest podróż poślubna, to przydałaby się też noc poślubna. Szkoda tylko, że panna młoda ma okres. Ale ja jestem bardzo cierpliwy i poczekam, aż jej się skończy, i nabierze ochoty na seks.

*

W przeciwieństwie do niej był zachwycony wszystkim. Nie przeszkadzała mu prawie czterodniowa podróż pociągiem Kolei Transsyberyjskiej, którą Lukrecja tak źle znosiła. Dla Marcina była to okazja do poznania rosyjskiej i syberyjskiej kultury. W czasie, kiedy nie bawił pań w przedziale Lukrecji, chodził po pociągu i na wszelkie możliwe sposoby próbował się zaznajomić z innymi podróżnymi. Łamanym rosyjskim, zapamiętanym jeszcze ze szkolnych czasów, nawet nieźle dogadywał się z prowadnicami i dzięki temu mógł brać, kiedy tylko chciał, wrzącą wodę z samowara. Podczas postojów zawsze wychodził z pociągu i spacerując po stacjach, z ciekawością oglądał, co miejscowi sprzedają na straganach. Oczywiście za każdym razem wracał z reklamówką pełną smakołyków. Bez względu na to, czy kupił pieczone ryby, czy też pierożki albo piwo, zawsze szedł do żony i namawiał ją do spróbowania tutejszych specjałów. Kiedy ona uparcie odmawiała, Marcin częstował jej towarzyszki z przedziału, dzięki czemu szybko zaskarbił sobie ich sympatię.

Kiedy dotarli do Irkucka, z uśmiechem na twarzy, prowadząc pod rękę nieco opierającą się Lukrecję, oglądał plac Kirowa, cerkiew Zbawiciela, słynną ulicę Karola Marksa i podziwiał drewnianą zabudowę starej części miasta. Z niesłychaną jak na niego uwagą słuchał w skansenie w Talcy informacji o rosyjskim, buriackim i ewenkijskim budownictwie ludów Bajkału. A podczas rejsu promem do portu Bajkał zapewniał żonę, że na pewno nic się nie stanie i nie utoną w odmętach najgłębszego jeziora świata. Potem, kiedy powolną koleją, nazywaną Krugobajkałką, przez długi czas jechali wzdłuż skalistego wybrzeża, zachwycał się cudnymi widokami, na tle których robił Lukrecji mnóstwo zdjęć. Czar Bajkału udzielił się także jej. Raz za razem szeptała Marcinowi do ucha, że czegoś takiego jeszcze nie widziała i żałuje, że nie ma z nimi Julii. Na co on odszeptywał, że bez niej jest im o wiele lepiej, i coraz częściej przytulał Lukrecję do siebie i przy każdej możliwej okazji gładził wnętrze jej dłoni. A kiedy przypadkiem ich spojrzenia się spotykały, to jedno w oczach drugiego widziało coraz wyraźniejszy płomień odżywającego uczucia. Oczywiście inni uczestnicy wycieczki, dokładnie poinformowani przez panie z przedziału, iż przemiły pan Marcin jest teraz tylko przyjacielem żony, na widok ich czułości uśmiechali się albo z niedowierzaniem, albo z lekką drwiną. Jednak ani on, ani ona tego nie widzieli, coraz bardziej zajęci sobą i podziwianiem niezwykłych krajobrazów.

Podczas odpoczynku w Dolinie Tunkijskiej, gdzie znajdowała się kraina Buriatów, zwiedzali buddyjskie świątynie, oglądali święte miejsca szamańskie i liczne wodospady. A w Sludiance długo spacerowali brzegiem Bajkału, prawie przez cały czas trzymając się za ręce. Lukrecja tylko od czasu do czasu odrywała dłoń od dłoni Marcina i sięgała nią do plecaka, w którym cały czas nosiła kilka starych książek. Robiła to wtedy, kiedy od jeziora wiał wiatr. W takich momentach stawała na chwilę w najbardziej ustronnym miejscu i kartka po kartce przekręcała strony, podobnie jak to robiła podczas postojów pociągu w Omsku, Krasnojarsku, Nowosybirsku i kilku innych miastach i miasteczkach, przez które wiodła trasa Kolei Transsyberyjskiej. Obserwował ją w milczeniu i pilnował, aby się nie zgubiła albo żeby ktoś jej nie okradł, gdyż w plecaku poza książkami miała kilka cenniejszych rzeczy i oczywiście paszport.

Kiedy nocowali w Ułan Ude, w środku nocy przytuliła się zachęcająco do Marcina. On, od wielu dni spragniony tego momentu, od razu odwzajemnił jej czułości, pieszczoty, całusy i wszystko to, co Lukrecja mu dawała. Kochał się z nią z taką łapczywością, jakby chciał nadrobić te długie stracone miesiące, kiedy to całkowicie oddalili się od siebie. Jednak nie zapomnieli mapy swoich ciał. Każde z nich wiedziało, czego pragnie drugie, i dawali to sobie aż do utraty tchu. Potem leżeli wtuleni w siebie z poczuciem, że czas znów się cofnął do tamtych dni, kiedy wierzyli i marzyli, że zawsze będą razem, bez względu na to, co przyniesie im życie.

– Kocham cię cały czas. Ciągle i nieprzerwanie od tego momentu, kiedy cię pierwszy raz zobaczyłem. Wszystko inne było, jest i będzie nieprawdą. – Marcin wyznał Lukrecji to, na co podświadomie ciągle czekała.