Wianek z pawich piórTekst

Z serii: Gradów #4
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Copyright © Agnieszka Olszanowska, 2021

Projekt okładki

Agata Wawryniuk

Zdjęcie na okładce

© LightField Studios/Shutterstock.com;

Vitalii Bashkatov/Shutterstock.com

Redaktor prowadzący

Anna Derengowska

Redakcja

Ewa Witan

Korekta

Katarzyna Kusojć

Bożena Hulewicz

ISBN 978-83-8234-739-5

Warszawa 2021

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

*1*

Cześć, babciu, to ja, twoja jedyna i ukochana wnusia. Masz chwilę, żeby porozmawiać?

– Cześć, Juleczko. – Głos babci w telefonie był pełen radości.

Julia Guzik, choć dla rodziców potrafiła być bardzo niemiła, to w kontaktach z babcią i dziadkiem zawsze była czarująca i słodka, a do tego tak pięknie opowiadała o tym, co robi, że każda z nią rozmowa od zawsze stanowiła dla nich wyjątkowy moment. Dlatego kiedy tego dnia mamie Lukrecji wyświetlił się numer wnuczki, starsza pani od razu się ucieszyła i z ciekawością słuchała, co tym razem Julia jej powie.

– To dobrze, babciu, bo ja mam do ciebie bardzo ważne pytanie.

– Tak? A o co chodzi, kochanie?

– Babciu, a pamiętasz, czym trzeba karmić małe indyczki? Takie, co właśnie wykluły się z jajek.

– Małe indyczki? – Babcia nie ukrywała zaskoczenia. – A co ty masz wspólnego z indyczkami?

– Zaraz ci powiem, tylko najpierw muszę wiedzieć, co one jedzą, bo w internecie zalazłam różne informacje, ale wolę się upewnić. A ty, babciu, hodowałaś kiedyś indyki, prawda? Dobrze pamiętam?

– Tak, tak, Juleczko. Miałam indyki przez kilka sezonów. Tylko zaraz, zaraz… Jak to z nimi było? Daj mi chwilę, muszę sobie przypomnieć.

Julia cierpliwie milczała w oczekiwaniu na odpowiedź. W telefonie wyraźnie słyszała, jak babcia mruczy coś pod nosem, jakby pośpiesznie próbowała przywołać wspomnienia związane z indykami. W końcu jej się udało.

– O ile dobrze pamiętam, kiedyś, zanim zaczęli produkować te gotowe karmy dla piskląt, to takie stare gospodynie jak ja na początku karmiły pisklaki płatkami owsianymi i gotowanym na twardo jajkiem, drobno posiekanym, z młodymi pokrzywami. Albo czekaj, czekaj… małe indyczki wolały jeść jajko posiekane z krwawnikiem, który wzmacniał ich odporność. Tak! Właśnie tak! Jak miałam małe indyczki, to specjalnie dla nich chodziłam po łące i szukałam krwawnika, a potem bardzo drobno siekałam go z jajkiem na twardo i tym je karmiłam. No i oczywiście paszą dla kurczaków, bo innej jeszcze nie było. I twarogiem domowej roboty. Musiałam też uważać, żeby ich deszcz nie zmoczył, bo jak zmokły, to szybko się przeziębiały i zdychały. Indyki są bardzo wrażliwe, szczególnie te małe. Potem, jak już się je odchowa, mniej jest z nimi kłopotu niż z kurami czy kaczkami.

– Aha… a co to jest ten krwawnik?

Odpowiedź babci chyba nie do końca była jasna dla Julii.

– Wiem, jak wyglądają pokrzywy, ale tego krwawnika na oczy nie widziałam.

– To trudno wytłumaczyć przez telefon. Musiałabym znaleźć i ci pokazać. Łodyżki ma podobne do gałązek świerku, ale oczywiście dużo mniejsze i bardziej wiotkie. I chyba szybko więdnie. Tak mi się coś wydaje, że właśnie teraz kwitnie na biało. Ale powiedz mi, Juleczko, dlaczego o to pytasz? Czyżbyś pod nieobecność rodziców kupiła małe indyki? Naprawdę wpadłaś na taki pomysł? Będziesz je hodowała na handel czy dla siebie na rosołek? – Ciekawość babci wzrastała z każdą chwilą, ale Julia odpowiadała wymijająco, jakby się bała wyjawić prawdę.

– No… nie tak do końca kupiłam… i nie indyczki… tylko wiesz, babciu, ja tak się zastanawiam…

– Nad czym się, Juleczko, zastanawiasz? To w końcu masz te pisklaki czy nie? Nic nie rozumiem z tego, co mówisz.

– Babciu, to nie takie proste, jak ci się wydaje. Cała sprawa jest trochę zagmatwana i nie bardzo wiem, co z nią zrobić.

– Ale w końcu masz te pisklaki czy nie? No mów. Jeśli ukrywasz coś przed rodzicami, to obiecuję, że nie zadzwonię do mamy. Zresztą nie stać mnie, żeby dzwonić do niej na Syberię, więc nic nikomu nie powiem. No i jesteś dorosła, to nie moja sprawa, co robisz, tylko skoro sama telefonujesz i pytasz…

– A masz, babciu, trochę czasu, żeby przyjechać do Gradowa? I to jak najszybciej?

– Czasu to ja mam całkiem sporo, odkąd dziadek umarł. Tylko nie dam rady rowerem do ciebie jechać, a wujka nie ma w domu, więc rozumiesz?

– Zaraz po ciebie przyjadę! – Głos wnuczki wydawał się bardzo radosny i podekscytowany.

Kiedy babcia wyraziła zgodę na odwiedziny, Julia natychmiast wybiegła z biura rzeźni, w którym od rana siedziała, i krzyknąwszy w stronę pana Jacka, najbardziej zaufanego pracownika ojca, że zaraz wróci, tylko musi coś załatwić, wsiadła do samochodu i z piskiem opon ruszyła z podwórka.

*

– Co to jest? Nigdy takiego ptaka nie widziałam. Na kurę za duży, na indyczkę za mały. No, pisklaki trochę do indycząt podobne, ale nie takie same. I jest ich za mało. Dziwne masz, Juleczko, pomysły, że coś takiego chcesz hodować.

Babcia nie ukrywała zdziwienia na widok szarego ptaka z zielonkawą szyją i czubem na głowie, za którym radośnie podskakiwało siedem pisklaków z żółtymi brzuszkami i brązowymi skrzydełkami nakrapianymi czarnymi i białymi plamkami. Jasnobrązowe główki i czarne oczka maluchów oraz dłuższe niż u kurcząt dzioby sprawiały, że wyglądały na smutne, choć każdy ich ruch, głównie polegający na podskokach we wszystkie strony, temu smutkowi zaprzeczał.

– Powiesz mi w końcu, co to za dziwadło?

– Nie uwierzysz, babciu, to małe pawie, a ta duża to ich matka, kura pawica.

– Czyś ty, dziecko, zwariowała?!

Mama Lukrecji, zamiast okazać zachwyt, jak wszyscy pracownicy ojca, którym Julia pokazała niespodziewanych mieszkańców ogródka za budynkiem rzeźni, zaczęła głośno okazywać niezadowolenie i straszyć wnuczkę tym, co jej grozi, jeśli szybko się nie pozbędzie pawicy i jej piskląt.

– Czy ty wiesz, Juleczko, że paw przynosi pecha? Kiedyś czytałam w jakimś kolorowym czasopiśmie, tylko nie pamiętam już w jakim, że sama Hanka Ordonówna, kiedy przed wyjściem na scenę znalazła w swojej garderobie pawie pióro, odmówiła występu, bo się obawiała, że ktoś, kto jej źle życzył, specjalnie je podrzucił, aby przynios­ło jej pecha. A jeden znajomy dziadka, och, już bardzo dawno temu, pewnie ze trzydzieści albo czterdzieści lat minęło, opowiadał, że brał udział w kolizji pod Krakowem, której głównym sprawcą był kierowca samochodu przewożącego dużą ilość pawich piór na handel. Zatem posłuchaj starej babki i pozbądź się tych ptaszysk, póki czas i zanim stanie się coś bardzo złego.

– Babciu, chyba nie wierzysz w zabobony? Chodzisz do kościoła, a takie bzdury opowiadasz? Przecież to nielogiczne.

– Kościół nie ma z tym nic wspólnego! – oburzyła się babcia, ale widocznie zależało jej na przekonaniu wnuczki, by ta usunęła z ogrodu zagrożenie, jakim w jej mniemaniu była pawia rodzinka, tak więc dodała jeszcze, że oko w pawim piórze przypomina oko diabła i choćby dlatego Julia nie powinna zajmować się tymi ptakami, bo nic dobrego z tego nie wyniknie.

– Babciu, a nie wiesz, skąd mama miała pieniądze na wycieczkę nad Bajkał? Bardzo jestem ciekawa. Jak ją pytałam, to mi powiedziała, że dostała od dziadka przed śmiercią, ale ja wiem, że to raczej nieprawda, bo z waszych rolniczych emerytur nie dałoby się tyle odłożyć.

Julia jak zwykle odwróciła kota ogonem i poruszyła zupełnie inny temat, żeby babcia przestała mówić o ściąganych przez pawie nieszczęściach. Po trosze też była ciekawa, skąd naprawdę mama miała tyle kasy, ale babcia zrobiła dziwną minę i nic nie chciała powiedzieć.

*

Kilka tygodni po śmierci męża mama Lukrecji zadzwoniła do córki i poprosiła, żeby ta jak najszybciej ją odwiedziła. Nie chciała powiedzieć, o co chodzi i dlaczego ta ma się pośpieszyć z wizytą, zaznaczyła tylko, że to sprawa dużej wagi. Kiedy jeszcze tego samego dnia późnym popołudniem Lukrecja zapukała do drzwi rodzinnego domu, mama już na nią czekała i poprosiła szeptem, aby była cicho i cokolwiek zaraz pomyśli, niech niczego na głos nie mówi, gdyż ściany mają uszy, a ona nie chce, żeby syn z synową coś usłyszeli.

Jak się okazało, sprawa dużej wagi warta była pięćdziesiąt pięć tysięcy złotych, gdyż na tyle opiewała polisa na życie, którą przez ostatnich kilka lat opłacał zmarły ojciec Lukrecji. A osobą uposażoną okazała się właśnie ona, tak przynajmniej było napisane w dokumencie, który wcisnęła jej w dłoń matka.

– Tata uważał, że tobie te pieniądze będą potrzebne najbardziej. Andrzej dostał całe gospodarstwo z zabudowaniami. Dobrze, że choć przed śmiercią ojca się do nas sprowadził i tata mógł umrzeć spokojny o ukochaną gospodarkę. Na szczęście Andrzejowi wywietrzały już malarskie pomysły z głowy i wziął się do uczciwej pracy. A ty masz od nas tylko mały pusty kawałek ziemi, ten, co to na nim od lat budujesz swój wymarzony domek. Będziesz teraz miała za co go wykończyć.

– Ale jak to? Nie chce mi się wierzyć, że tata, tak nieufny wobec wszelkich banków i firm ubezpieczeniowych, nagle wykupił polisę na życie?

– Hmmm, masz rację, zrobił to w sposób nie do końca przemyślany. To było wtedy, kiedy wyjechałam do sanatorium do Kołobrzegu. Któregoś dnia, gdy Andrzej i jego żona pojechali do pracy, do drzwi zapukał agent ubezpieczeniowy i tak tacie zawrócił w głowie, że ten podpisał zgodę na opłacanie składek, a ciebie podał jako osobę uposażoną. Wybór padł na ciebie dlatego, że ten człowiek, jak tata go zapytał, po co komu po śmierci pieniądze, odpowiedział sprytnie, że zmarłemu się nie przydadzą, ale dzieciom albo żonie na pewno. I zapytał się, czy któreś jego dziecko nie ma problemów finansowych albo czy nie buduje domu. Oczywiście to było typowe postępowanie agenta mającego sprzedać polisę i wziąć za to prowizję, ale widać ten człowiek miał taki dar przekonywania, że w końcu przekonał tatę, no i teraz proszę, to ci się należy – powiedziała bardzo cichym głosem. – Tylko nie mów Andrzejowi ani Pieśkowi. Jak się dowiedzą, będą mieli pretensję, że oni nic nie dostali. Marcinowi też lepiej nie wspominaj. No i, broń Boże, Julii, bo to trzpiotka i jeszcze się przed kimś wygada.

 

– No dobrze, ale co ja mam z tym teraz zrobić? – szeptem zapytała Lukrecja.

– Nie wiem. Wydaje mi się, że musisz znaleźć tę ubezpieczalnię i zgłosić śmierć taty. Jego akt zgonu masz, prawda?

– Tak, mam. Dałaś mi go, jak załatwiałyśmy pogrzeb.

– No właśnie. To jedź, najlepiej jutro, tam, gdzie trzeba, i niech ci wypłacą te pieniądze, bo tata wiele razy się irytował, jak musiał płacić kolejną składkę, i byłby teraz zły, gdyby jego pieniądze przepadły. Sama wiesz, jaki był tata. Najpierw coś zrobił, na coś się zgodził, a potem żałował.

– Dobrze, mamo. Zajmę się tym, ale pod jednym warunkiem.

– Jakim?

– Że się podzielimy tymi pieniędzmi.

– Broń Boże! Ja ich nie chcę. Mam emeryturę, małą, bo małą, ale mi wystarcza. Andrzej utrzymuje cały dom. A Piesiek, skoro nie umarł w więzieniu i chce tu ze mną mieszkać, musi iść do pracy i złamanej złotówki z tych pieniędzy nie może widzieć. Koniec i kropka! Tak ma być!

Następnego dnia Lukrecja pojechała z dokumentami do agencji ubezpieczeniowej, w której miał polisę ojciec. Nie do końca wierzyła, że to, co mówiła mama, jest prawdą, ale rzeczywiście, po dopełnieniu formalności otrzymała przelew na całą sumę wymienioną w umowie. Jedną piątą tych pieniędzy wydała na wykonanie nowego nagrobka na grobie taty i dziadków, a z resztą nie wiedziała, co zrobić. Najpierw pomyślała o całkowitym wykończeniu domu, ale z tego zrezygnowała, gdyż wtedy definitywnie powinna odejść od męża, a ciągle miała wątpliwości, czy naprawdę o to jej chodzi.

W końcu postanowiła wydać pieniądze na coś związanego z niezrealizowanymi marzeniami taty i pewnej bezsennej nocy przypomniała sobie o jego książkowej fascynacji Syberią. Po długich rozmyślaniach wykupiła wakacyjną wycieczkę Koleją Transsyberyjską nad Bajkał. A że w tym czasie relacje Lukrecji z Marcinem i Julią bardzo się pogorszyły i coraz trudniej było jej z obojgiem wytrzymać na co dzień, resztę pieniędzy wydała na skromne wykończenie jednego pokoju, kuchni i łazienki w jej nowym domu. Tak więc tydzień przed wyjazdem nad Bajkał wyprowadziła się do własnego mieszkania.

*

– Nie tak się umawialiśmy! Mieliśmy go razem wykończyć! Wszystko już było ustalone. Z ludźmi się ugadałem, a tobie nagle wakacji z mężem się zachciało! W co ty, Marta, ze mną grasz! – Lech Dusza, komendant miejscowego posterunku policji, nie krył złości przed swą ukochaną.

Marta ciągle z jakiegoś powodu odsuwała ostateczne posunięcie, jakim było doprowadzenie Jarka albo do samobójstwa, albo do popełnienia jakiegoś przestępstwa, które pozwoliłoby go chociaż czasowo usunąć z jej otoczenia.

– Ja z miłości do ciebie od zmysłów odchodzę, co mi się jeszcze z żadną babą nie zdarzyło, a ty mi tu taki numer wykręcasz i za granicę z mężusiem wyjeżdżasz? Może jeszcze razem bara-bara będziecie robili, co? Marta, ty się lepiej zastanów, co robisz, bo ze mną tak się nie pogrywa. Albo wóz, albo przewóz. Jak mamy być razem, to odwołaj ten wyjazd! Inaczej nici z naszych planów i do końca życia będziesz niańczyła tego maminsynka.

– Nie mogę inaczej. Uwierz mi, skarbeczku, że nie mogę inaczej. Teściowie nas oboje przymusili, pod groźbą… no, mają na nas haki, ale na razie nie będę o tym mówić. Choć Jarek też tego nie chce, musimy razem pojechać do Grecji. W ramach niby ratowania naszego małżeństwa. Moja wielce oczytana teściowa gdzieś się dowiedziała, że jak jest kryzys w związku, to trzeba go albo u psychologów, albo w jakimś romantycznym miejscu ratować. No i z dwojga złego wybrałam ten wyjazd. Przecież nigdy w życiu z Jarkiem się nie pogodzę, ale ostatni raz na koszt teściowej mogę dokądś pojechać. Co mi szkodzi? Prawda, pieseczku? A jak wrócę, pewnie jeszcze gorzej z nim pokłócona, co ci, skarbeczku, obiecuję, to wtedy zajmiemy się naszą sprawą. Wykorzystam ten czas sam na sam, tak że jak wrócimy, Jarek będzie jednym wielkim kłębkiem nerwów.

– No, ja myślę. Tylko mi z nim nie śpij! Ostrzegam, że jak się dowiem o…

– Pieseczku, no a gdzie mam spać, jak jeden pokój mamy zamówiony? Przecież w łazience nie będę się zamykała, skarbeczku, to głupie by było, co nie?

– No a jak będzie chciał z okazji skorzystać, to co, nie dasz mu? W końcu jeszcze jest twoim mężem…

– …to mu wmówię, że mam okres albo źle się czuję. Coś wymyślę – świergotała Lechowi do ucha Marta, zapewniając go o swym wielkim uczuciu i nienawiści do Jarka.

Cały czas miała na uwadze fakt, że jej nowy ukochany jest policjantem i ma broń. A broń w ręku takiego zazdrośnika, w jakiego Lech ostatnimi czasy się przemienił, mogła się okazać bardzo niebezpieczna. Dlatego też szczebiotała, mruczała i całowała go raz za razem, żeby tylko uwierzył w jej miłość i lojalność.

– A ty też będziesz mi wierny, jak wyjadę? – Zatroskała się nagle, przypominając sobie, że do niedawna Lech był uważany za największego rozpustnika w Gradowie i na koncie swych miłosnych podbojów miał wiele z pozoru statecznych mieszkanek gminy.

– Jesteś prawdziwą miłością mojego życia i nie mogę się doczekać, kiedy w końcu uwolnię cię od tego barana. Dobra, to jedź, ale pamiętaj, masz go wykończyć psychicznie. Żeby za dwa tygodnie był wrakiem człowieka, a resztą już ja się zajmę. Kochanie…

*

Autorem pomysłu wysłania zwaśnionych małżonków na romantyczny urlop z dala od codziennych spraw i trosk był Wiesław. Drugi mąż matki Jarka tak bardzo przeżywał małżeńskie kłopoty pasierba, że postanowił namówić żonę, aby podjęła się mediacji pomiędzy skłóconym stadłem i zachęciła ich do spędzenia czasu tylko we dwoje. I choć pani Ula bardzo niechętnie, gdyż uważała, że wina leży tylko i wyłącznie po stronie nielubianej synowej, podjęła się tej roli, efekty jej działania zaskoczyły wszystkich. Nie tylko Wiesia, który z własnej kieszeni sfinansował dwutygodniowy pobyt małżonków na Riwierze Olimpijskiej, ale i samych małżonków.

Pani Ula po wielu latach zdrad, poniżania, a nawet przemocy ze strony ojca Jarka w końcu zdecydowała się na rozwód. Właśnie dlatego doskonale rozumiała, że przychodzi taki moment, iż rozwiązanie małżeństwa to jedyne wyjście, kiedy już wykorzysta się wszystkie możliwości utrzymania związku. Choć sama miała dużo wątpliwości, czy w tym wypadku warto jeszcze cokolwiek ratować, posłuchała jednak argumentów drugiego męża i spokojnie, acz stanowczo wytłumaczyła Jarkowi i Marcie, że dla dobra ich rodziny, a zwłaszcza córek, powinni dać sobie jeszcze jedną szansę i spróbować zacząć wszystko od nowa.

– Nie mieliście miesiąca miodowego i zaraz po ślubie wpadliście w pieluchy. Co ja mówię! Nie w pieluchy, tylko w kupę pieluch, które przy bliźniaczkach musieliście zmieniać dwa razy częściej niż przeciętni młodzi rodzice. Dlatego teraz, kiedy dziewczynki są już duże i mogą, a nawet chcą zostać pod naszą opieką, moją i Wiesia, nie opierajcie się, nie pielęgnujcie wzajemnej urazy, tylko przyjmijcie od nas w prezencie tę wycieczkę i lećcie do Grecji. Może nad brzegiem pięknego morza odnajdziecie się na nowo i wasza miłość powróci. Dajcie sobie szansę! Proszę was, spróbujcie, moje dzieci!

Kiedy pani Ula wypowiadała ostatnie słowa, głos jej zadrżał, ale nie ze wzruszenia, tylko z niechęci do samej siebie. Emerytowana bibliotekarka, po której stanowisko objął jej syn Jarek, w tym właśnie momencie czuła do siebie wstręt za to, na co się zgodziła dla dobra wszystkich. Gdyby nie spokojne i dojrzałe uczucie do drugiego męża, będącego dla niej najlepszym przyjacielem i wsparciem, z pewnością innymi słowami zwróciłaby się do synowej. Ale czuła do Wiesia wielką wdzięczność za to, że w najgorszym momencie jej życia zaopiekował się nią i Jarkiem, wiedziała także, jak wielkim uczuciem jej mąż darzył przyszywane wnuczki, zmierzała więc zrobić wszystko, aby ich nie stracił. Bo że po rozwodzie Marta ograniczyłaby kontakt dziadków z bliźniaczkami, tego pani Ula była więcej niż pewna.

Dlatego też zamiast wygarnąć synowej, że jest zwyk­łym garkotłukiem i nie rozumie potrzeb wykształconego małżonka, a nad wiedzę i studia bardziej ceni sobie pieniądze, no i że powinna Jarka po nogach całować za to, że się z nią ożenił, powiedziała coś zupełnie innego.

– Myślę, Martusiu, że ten wypoczynek bardzo dobrze ci zrobi. Od lat tak ciężko pracujesz i tyle osiągnęłaś, że nadszedł moment, abyś pomyślała o swoim bolącym kręgosłupie i znalazła czas na relaks. Czy to w morzu, czy w hotelowym spa, bliski kontakt z morską wodą dobrze ci zrobi.

– A nad jakie morze jedziemy?

Najwidoczniej nieco już zainteresowana Marta postanowiła poznać trochę więcej szczegółów proponowanego wyjazdu, ale ironiczna uwaga męża, który zaproponował, by zajrzała do atlasu, jeśli oczywiście wie, że coś takiego istnieje, o mało nie zniweczyła heroicznych wysiłków matki Jarka.

– Ale ty jesteś dowcipny, Jarku! – Pani Ula natychmiast go uciszyła i żeby zapobiec kolejnemu fochowi Marty, szybko dodała: – Nad Egejskie. Tam jest Morze Egejskie. Będziecie mieszkali w pięknym hotelu nad samym brzegiem morza, z niemalże białą plażą i miałkim piaskiem. Ta miejscowość nazywa się Leptokaria. A żeby wam się nie nudziło, w pakiecie macie kilka wycieczek do fantastycznych miejsc. Na pewno będziesz tym wszystkim zachwycona, kochana. Zasługujesz na odrobinę luksusu. – Czarowała synową, jak tylko potrafiła, choć każde kolejne słowo niemalże paliło ją w gardle. – No to jak? Rozumiem, że wszystko już uzgodniliśmy i zaraz na początku sierpnia oboje bierzecie urlop i lecicie do Grecji? Tak, Jarku? – Teraz zwróciła się bezpośrednio do syna.

– Jak ona chce, to mogę lecieć. Pod warunkiem że tam na miejscu nie będzie na mnie policji nasyłała, kiedy tylko wypiję kieliszek uzo albo innego miejscowego specjału z procentami. – Zrobił aluzję do zachowania Marty, która parę miesięcy wcześniej regularnie wzywała do domu gradowskich funkcjonariuszy, twierdząc, że mąż po pijanemu stosuje wobec niej przemoc. Co oczywiście było nieprawdą. Przynajmniej on tak uważał. – Tutaj mogę od czasu do czasu dla jej kaprysu przespać noc na komendzie, ale za granicą wolałbym inaczej spędzać czas.

– Jak będziesz grzeczny i robił to, na co będę miała ochotę, to nic ci z mojej strony nie grozi. – Marta złośliwie się zaśmiała, ale po chwili nieco złagodniała i zapewniła teściową, że dla dobra rodziny postara się nie stwarzać Jarkowi powodów do złości i da mu szansę na poprawienie ich relacji.

Pani Ula odetchnęła z ulgą, widząc, jak synowa zaczęła wyszukiwać w internecie informacje na temat miejscowości i hotelu, a także różne inne, najwyraźniej dla niej istotne wiadomości związane z bliskim już wyjazdem. Zachowanie Marty wskazywało, że jednak spodobał jej się pomysł odpoczynku z dala od salonu fryzjerskiego, który od tylu lat prowadziła. A czy przy okazji zrobi coś, aby naprawić relacje z mężem, o to mama Jarka mogła się już tylko modlić.

*

– Program ten przygotowaliśmy z myślą o naszych bardzo wymagających turystach. Daje on możliwość prawdziwego poznania Bajkału. Podróż Koleją Transsyberyjską uświadomi państwu, jaki dystans trzeba pokonać, by dotrzeć do tego pięknego, ogromnego jak morze jeziora. W ciągu wycieczki zobaczą państwo Bajkał nie tylko z brzegu, ale zmierzą się z jego majestatem podczas kilku wielogodzinnych rejsów. Wyprawa nad Bajkał pozwoli państwu zobaczyć unikatowe miejsca, jak objęty całkowitym rezerwatem przylądek Choboj, a także dotrzeć na Wyspy Uszkanie, gdzie żyją jedyne w świecie foki słodkowodne…

Lukrecja nie mogła się skupić na słowach pilota, gdyż jej uwagę całkowicie rozproszył… Marcin, jej mąż, który nie wiadomo jak i skąd dołączył do ich grupy w trzecim dniu wycieczki, gdy kończyli zwiedzanie Moskwy. Nagle wszedł do restauracji, w której zaczynali jeść późną obiadokolację, i jak gdyby nigdy nic dosiadł się do stolika Lukrecji, gdzie czekało na niego ostatnie wolne nakrycie. Była tak zaskoczona, że ledwie mogła coś przełknąć, choć po całym dniu zwiedzania stolicy Rosji zrobiła się bardzo głodna. Ponieważ się nie odzywał i traktował ją tak samo jak pozostałą dwójkę wycieczkowiczów przy stoliku, czyli uprzejmie podawał pieprz, sól, chleb czy dzbanek z wodą do picia, Lukrecja też udawała, że go nie zna.

 

Martwiła się potem przez całą noc, żeby organizatorowi nie przyszło do głowy, z racji wspólnego adresu i tego samego nazwiska, umieścić ich w tym samym przedziale pociągu. Na szczęście rankiem okazało się jednak, że Marcin ze swoimi bagażami poszedł korytarzem dalej, a ona została ulokowana w pierwszym przedziale po lewej stronie. Kiedy usiadła na przydzielonym miejscu, odetchnęła z ulgą i zaczęła się zastanawiać, co zrobić, aby do samego końca podróży pociągiem nie widywać się z mężem.

*

Już pierwszego wieczoru po dołączeniu do grupy zmierzającej nad Bajkał Marcin poznał się bliżej z pilotem wycieczki. Podczas męskiej rozmowy, przy butelce mocnej wódki, przedstawił tamtemu powód, dla którego przyleciał do Moskwy, i poprosił o ułatwienie kontaktu z żoną poprzez przydzielanie wspólnych pokoi w hotelach. Oczywiście wszystko musiało wyglądać na pechowy zbieg okoliczności, na przykład na pomyłkę przy rezerwacji miejsc noclegowych. Podczas wieloletniej pracy w branży turystycznej pilot niejedno już widział i nawet specjalnie się nie zdziwił, że zdesperowany mąż wyruszył w długą podróż za prawie byłą żoną, aby odzyskać jej uczucie, a przynajmniej sprowadzić ją do domu. Co prawda zdążył już się przyjrzeć Lukrecji i jego zdaniem ta kobieta nie była warta aż takich zabiegów, ale skoro trafił się klient skłonny dobrze zapłacić za drobną przysługę, pilot nie zdradził się ze swoją opinią. Obiecał zrobić, co będzie mógł, i oczywiście zachować absolutną dyskrecję. Z tym że, jak zaznaczył, najbliższy nocleg hotelowy będzie dopiero za cztery dni w Irkucku, a do tego czasu nic nie wymyśli, gdyż podczas podróży pociągiem uczestnicy wycieczki robią, co chcą. On zaś nie ingeruje w sprawy swoich podopiecznych, chyba że pojawiłyby się jakieś problemy organizacyjne.

Marcin potrzebował trochę czasu na przemyślenie dalszej strategii działania i nie upierał się, żeby pilot umieścił go w tym samym przedziale, co Lukrecję. Szybko doszedł do wniosku, że czas spędzony w pociągu wykorzysta na obserwację żony i ewentualne samodzielne próby zbliżenia się do niej, co wcale nie było proste. Już przy kolacji wyczuł, że jego niespodziewane pojawienie się w Moskwie jest jej nie na rękę. Znał ją tak długo, że z każdego jej gestu lub grymasu odczytywał niechęć i urazę, iż swoją obecnością zakłócił jej wymarzoną podróż. Dlatego też postanowił działać powoli i z namysłem, aby nie zrobić czegoś, co ostatecznie zniszczy szansę na pojednanie.

Prawie cztery dni w pociągu to było dużo czasu, który mógł zdecydować o kolejnych latach ich życia. Wspólnego lub osobnego. Marcinowi bardzo zależało, żeby jednak przeżyli owe lata wspólnie, więc każdą godzinę tej niespodziewanej podróży zaczął traktować jak niezwyk­ły dar od losu i być może ostatnią szansę na powrót do normalności. Niczego tak nie pragnął jak tego, żeby on, Lukrecja i Julia znów stali się szczęśliwą rodziną. A że czuł też silne, od dawna niezaspokojone potrzeby seksualne, podczas pierwszych godzin monotonnej jazdy zaczął fantazjować na temat tego, co się może wydarzyć, gdy w Irkucku zostaną sam na sam w hotelowym pokoju.

Nieświadoma jego planów i pragnień, Lukrecja miała inny problem. Niespodziewanie dostała miesiączki, i to dość mocnej, jakie jej się coraz częściej po czterdziestce zdarzały, i teraz musiała sobie poradzić z tym kłopotem w pociągu. W pierwszym momencie poczuła przerażenie, kiedy dotarło do niej, że nie ma szansy na normalny prysznic i będzie musiała poprzestać na korzystaniu z chusteczek nawilżających i wody z butelki, ale kiedy trochę ochłonęła i rozgościła się w przedziale dzielonym z trzema towarzyszkami podróży, doszła do wniosku, że nieterminowy okres to pierwsze wyzwanie, jakiemu przyjdzie jej sprostać podczas tej wyprawy.

*

Marcin bardzo ją zaskoczył. Nie tylko swoim niespodziewanym pojawieniem się w Moskwie, gdy dołączył do grupy wycieczkowej, zmierzającej nad Bajkał, ale przede wszystkim swoim późniejszym zachowaniem. Lukrecja miała nadzieję, że kiedy da mu do zrozumienia, że nie chce z nim rozmawiać, to mąż będzie grzecznie siedział w swoim przedziale i podziwiał widoki za oknem. Ewentualnie mógł pić wódkę z kilkoma bardziej znudzonymi turystami, których białokore brzozy i gęste lasy iglaste widoczne po obu stronach pociągu w ogóle nie interesowały. Jednak Marcin miał własny pomysł na spędzenie czasu w pociągu i bardzo konsekwentnie realizował swój plan.

Pierwszego dnia podróży Koleją Transsyberyjską, tuż po południu, ktoś delikatnie zapukał do przedziału zajmowanego przez Lukrecję i trzy inne wycieczkowiczki. Po chwili drzwi się przesunęły i stanął w nich Marcin, który z czarującym uśmiechem przedstawił się jako mąż Lukrecji, a potem zapytał, czy pozostałe panie nie będą miały nic przeciwko temu, aby często do nich zaglądał, a przy okazji umilał nieco nużącą podróż. Zaskoczone kobiety oczywiście zauważyły, że ich grupa powiększyła się w Moskwie o nowego podróżnika, a teraz były jeszcze bardziej zaskoczone, gdy się okazało, że jest on mężem Lukrecji. Zapytana, czy ten uroczy pan naprawdę jest jej małżonkiem, nie miała odwagi skłamać i potwierdziła słowa Marcina, zaznaczając jednak, że są małżeństwem jedynie formalnie.

Oczywiście on temu nie zaprzeczył, ale wyjaśnił, że na prośbę ich córki, która bardzo się martwiła o bezpieczeństwo matki, zgodził się towarzyszyć żonie w tej długiej i zapewne bardzo ciekawej wyprawie. A że przed urlopem musiał załatwić ważne sprawy zawodowe, więc nie mógł wyruszyć wraz z całą grupą i dołączył do wycieczki w Moskwie. I dlatego teraz bardzo mu zależy, by ta podróż była jak najciekawsza i jak najwartościowsza. Współpasażerki Lukrecji, nieco starsze od niej, a do tego z powodu różnych zawirowań życiowych aktualnie singielki, spragnione męskiego towarzystwa, przystały ochoczo na prośbę Marcina, by mógł spędzać czas w ich przedziale.

Lukrecja była temu przeciwna, ale nie miała odwagi głośno powiedzieć, że nie życzy sobie jego obecności ani w przedziale, ani w pociągu, ani też nigdzie indziej. Dlatego w milczeniu znosiła jego częste i długie wizyty, podczas których sam siebie przechodził pomysłami, jak przyjemnie spędzić czas podróży. Przeżyła z nim ponad dwadzieścia lat, a nie miała pojęcia, że świetnie potrafił grać w makao, pokera, wojnę, tysiąca i parę innych karcianych gier. Z takim urokiem wygrywał i przegrywał kolejne partie, że nie miała serca zabrać mu kart i wyrzucić ich przez okno, a jemu kazać spieprzać. Kiedy on grał z jej towarzyszkami, ona leżała na swoim posłaniu i rozmyślała o misji, którą powinna już zacząć realizować, a z powodu obecności Marcina wciąż ją odkładała, obawiając się jego reakcji, gdyby przypadkiem zobaczył, co zamierzała zrobić.

Podczas krótkich przerw w ciągu dnia, kiedy nie było go w przedziale, współpasażerki zasypywały ją pytaniami, dlaczego tak chłodno traktuje ojca swojej córki. Lukrecja starała się je zbywać i obracać wszystko w żart, ale czar jej męża był tak silny, że tamte gotowe były bronić go jak lwice przed jej oschłością i obojętnością. Marcin bardzo szybko wyczuł, że panie go polubiły, i za każdym razem, gdy któraś czegoś potrzebowała, natychmiast służył pomocą. Zdejmował i z powrotem wkładał na miejsce torby i walizki znajdujące się na górnych półkach. Błyskawicznie zaprzyjaźnił się z prowadnicą i dzięki temu, kiedy tylko chciał, natychmiast mógł dostać wrzątek w nieograniczonych ilościach. Przynosił gorącą wodę w termokubkach do przedziału zawsze wtedy, gdy jedna z pań miała ochotę napić się herbaty lub zjeść zupkę z torebki. A podczas postojów zawsze wychodził na peron i kupował od babuszek lokalne przysmaki, żeby potem częstować nimi panie w przedziale.

Był naprawdę świetnie przygotowany do długiej podróży pociągiem i sprawiał wrażenie, że nie przeszkadza mu ani okropny zapach, ani zaduch panujący w całym wagonie, ani ograniczony dostęp do toalety, w której zawsze było bardzo mokro i wszyscy musieli uważać, żeby się nie poślizgnąć i nie połamać nóg. Miał przy sobie dużo wilgotnych chusteczek, suchy szampon i inne drobiazgi pomocne w tej sytuacji. Najlepiej ze wszystkich orientował się w czasie postojów i lokalizacji sanitariatów na poszczególnych stacjach, o czym zawsze z wyprzedzeniem informował wszystkich zainteresowanych. Robił, co tylko mógł, aby zwrócić uwagę żony i albo wywołać w niej zazdrość z powodu żywego zainteresowania innych kobiet jego osobą, albo sprawić, by doceniła jego starania, mające tak naprawdę tylko jeden cel – odzyskanie miłości żony.