Tajemnica dziesiątej wsiTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Copyright © Agnieszka Olszanowska, 2017

Projekt okładki

Agencja Interaktywna Studio Kreacji

www.studio-kreacji.pl

Zdjęcie na okładce

© Sandra Cunningham/Trevillion Images

Redaktor prowadzący

Anna Derengowska

Redakcja

Małgorzata Grudnik-Zwolińska

Korekta

Maciej Korbasiński

Bożena Hulewicz

ISBN 978-83-8097-965-9

Warszawa 2017

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

ul. Rzymowskiego 28, 02-697 Warszawa

www.proszynski.pl

Schowasz się pomiędzy ławkami. Jesteś mały… nikt cię nie zauważy. Zresztą… chyba wieczorem na nieszporach ludzi będzie mało. Tera w sianokosy tylko stare baby do kościoła lezą… Musisz siedzieć skulony, bardzo cicho. I nie flikaj! Jak będziesz smarki wciągał, to cię mogą usłyszeć. Póki dobrodziej nie wyjdzie z kościoła, a stary kościelny nie pogasi wszystkich świec i nie zamknie drzwi wejściowych, masz udawać, że cię nie ma.

Chłopiec kiwnął głową, że rozumie.

– No, to dobrze. Jak będziesz pewny, że drzwi już zamknięte, i nie będziesz słyszał żadnych kroków przed kościołem, wtedy możesz wyjść z ukrycia…

– I gdzie mam pójść? – Siedmioletni Zefiryn trząsł się cały z przerażenia. Nie rozumiał, dlaczego sam musi zostać na noc w pustym kościele, ale jego wujo się nim nie przejmował. Nawet się go nie zapytał, czy się boi. Taki już był. Odkąd został opiekunem chłopca, traktował go jak służącego, któremu wydaje się rozkazy. Teraz też tak było. Wuj szedł szybko. Od czasu do czasu tylko zerkał, czy mały za nim nadąża. Idąc, wydawał chłopcu polecenia. Na ścieżce pośród wysokiego już żyta byli sami, dlatego Zefiryn i jego wuj rozmawiali głośno. Nawet zbyt głośno, jak na omawianie takiej niegodziwości, do której się szykowali.

– Gdzie? Gdzie chcesz. Możesz pochodzić po kościele… albo wejść do zakrystii. Drzwi do niej zawsze stoją otworem. Jest tam pewnie jaki fotel, to se posiedź… odpocznij… tylko spać ci nie wolno! Pamiętaj! Jak uśniesz i mi drzwi nie otworzysz, to ci plecy kijem wygarbuję, że do odpustu z barłogu się nie podniesiesz! Kapujesz? I czego się mazgaisz? Chcesz, byśmy wreszcie byli bogaci? Chcesz do szkoły chodzić i mieć trzewiki na zimę? Chcesz?

– Taaak – wyjąkał Zefiryn.

– Nie ma innego sposobu. Musimy to zrobić. Żyd czeka tylko do jutra. Jak nie dostarczymy mu klejnotów, zabierze nam wszystko i obaj pójdziemy na żebry… chyba że ciebie przygarnie na parobka ten twój… łaskawca… dziedzic Starszego Folwarku, ojciec twój – zakpił wuj.

– To nie mój tato! – zaprotestował mały. – Mój tato w sołdatach przecie jest… tak matula mówiła.

– Co ty tam głupi wiesz. Byle co żresz i byle co gadasz. Jakby twoja świętej pamięci matka po pańskich chlewach się nie włóczyła, to i ciebie by na tej ziemi nie było. A tak… na co jej przyszło… aby bękarta urodziła, a sama do piachu poszła. I tyle z niej zostało, co ty. Leź szybciej, a nie rycz! Jak się będziesz mazgaił, smarki ci z nosa wypłyną i stary kościelny usłyszy, jak kościół będzie zamykał. Wysmarkaj się i łeb do góry! Jutro będziemy bogaci!

*

– Zefirek, Zefirynek – czule mówiła do niego matula. Chleb w wodzie moczony i szczyptą cukru posypany czasami w garść mu wciskała.

– Jedz, ty bido. Małyś, chudyś, jedz, jak jest.

– Matula też zje? – dopytywał się. – Matula przecie nie je, ja widzę.

Nie jadła prawie wcale. Czasem suchą skórkę czarnego chleba, którą na stole zostawił, w wodzie zamoczyła i powoli żuła, albo ziemniaka w popiele upieczonego ze skórą zjadała. Od tej spalonej skóry ręce i usta sobie brudziła. Śmiał się, że Murzynka z niej jest, jak z obrazu w kościele. Matula się nie śmiała. Tak ją zapamiętał. Kaszlała, spluwała po kątach ciemnej izby. Jak wuj trochę chleba do domu przyniósł, to synowi go dawała. Sama chleba nie piekła jak inne matki. Chora bardzo była. Chodziła zgięta i ciągle kaszlała. W nocy spać nie mógł z tego jej hałasowania. Suchotnica – tak o niej baby we wsi gadały. Pani dziedziczka ze dworu, kiedy do nich czasami przychodziła, do wuja mówiła, że to pewnie i coś gorszego niż suchoty. Potem matka już tylko leżała. Wody, wody, ciągle wołała.

– Zefirek, Zefirynek, daj mi wody.

Dawał jej pić z metalowego, obitego kubka. Wypijała trochę, więcej rozlewała na pościel, tak słaba była. Wreszcie krew jej z ust na poduszkę poszła i umarła. Baby we wsi gadały, że wuj nawet desek nie ma, żeby dla siostry trumnę sklecić. Wuj wziął chłopca za rękę i obaj poszli do pani dziedziczki. Coś jej tam wuj po cichu powiedział. Popatrzyła na wuja, później na Zefiryna. Pokiwała głową, a potem kazała obdartemu parobkowi kilka desek i garść gwoździ im przynieść.

Wuj przed chałupą trumnę zbił, Zefirynowi wtedy się zdawało, że to koryto jest, nie trumna, ale baby ze wsi na niego się wydarły, że głupi, a matkę do ziemi trza, bo lato i zaraz śmierdzieć będzie. Umyły ją jako tako, krew z twarzy starły, włosy poczesały, koszulę i kieckę czystą któraś przyniosła. Oblekły mu matulę w cudze szmaty, a potem wuj koryto do izby wniósł, na stole postawił i do niego matulę włożył. Baby pomodliły się, pozawodziły, po głowie go niektóre pogłaskały, a inne powiedziały, że i bękart pewnie do piachu za matką pójdzie. Następnego dnia wuj deskę z wierzchu przybił. Potem kilka chłopów na cmentarz z nim poszło, niosąc na ramionach trumnę z matulą. Zefiryn został w izbie. Sam. Zapłakany, zasmarkany z żalu, że mu matulę zabrali, w koryto włożyli i już jej nie zobaczy. Siedział głodny do ciemnej nocy. Tyle że wody kubek wypił i zjadł kilka jabłek, które dziedziczce z sadu ukradł. Późno wuj z cmentarza wrócił. Pijany. Ledwie na nogach stał.

– To i sami zostaliśmy – wybełkotał i na łóżko bez rozbierania się rzucił. Po chwili zachrapał. Zefiryn położył się obok i mocno się do niego przytulił. Potem z płaczu długiego i ssania w żołądku usnął.

Tak już we dwóch zostali – wuj moczymorda i kilkuletni Zefiryn.

*

– Naprawdę tam są rubiny? I brylanty? I perły?

– Są. Naprawdę. Sam je widziałem… Rubiny jak krew w blasku świec się jarzyły. Widok, że aż człowieka żal w piersi dusi. Chce się je widzieć ciągle… napatrzeć się nie można.

– A skąd one tam? Wuj wie? – Zefiryn już któryś raz z kolei dopytywał się o kosztowności z miedniewickiego kościoła. Sam ich jeszcze nie widział. Ze Starszego Folwarku do Miedniewic niedaleko było, ale wuj go nigdy tam zabrać nie chciał, a jak ludzie na odpust kompanią szli i go wziąć chcieli, zabronił Zefirynowi z nimi iść.

– Jeszcze co głupiego komu powiesz i się wyda… Przyjdzie czas, to sam zobaczysz, dotkniesz. – Tak mu wtedy wuj tłumaczył, gdy chłopiec płakał z żalu za odpustem.

– Ale skąd one tam? Te brylanty… rubiny. Przecie we wsi ludzie biedne i wielebnemu skarbów nie dały.

– Głupi ty! Pewnie, że takie jak my ludzie biedne to tylko jaką świeczkę z wosku albo i łoju za modlitwę księdzu zaniosą. Ale i bogate są… przecie.

– Jak pani dziedziczka?

– Oooo! I jeszcze bogatsze! A te klejnoty stare, dawno tam dane. Powiadał dziad… twój pradziad, że dużo zakonników kiedyś w Miedniewicach było, tylko ich ruskie na Sybir pogoniły.

– I klejnotów nie zabrały? – zdziwił się mały.

– Kto? Ruskie czy zakonniki? – Wuj gadać z nim czasami lubił, ale za tokiem rozumowania siostrzeńca nigdy nie nadążał.

– A bo ja wiem? Jedne i drugie zabrać mogły. Ja bym zabrał.

– Ano nie zabrały. Aż dziw. Ruskie zostawiły w kościele do pilnowania skarbów tylko dwóch zakonników. Na Sybir ich nie pogonili, ino pilnować wszystkiego kazali. Jeden ponoć szybko zmarł. Powiadają, że ze strachu. Tak się tego Sybiru bał.

– A drugi? Żyje?

– Tera już nie. Czekaj… – Zastanawiał się przez chwilę, stukał w czoło, aż sobie przypomniał. – Coś mi się widzi, że jak cię matula rodziła, ten stary wtedy umarł. Tak! Nawet pani dziedziczka na pogrzeb do Miedniewic jechała, choć mówili ludzie, że to strach, żeby mu godny pogrzeb robić. Wtedy wywózka na Sybir za konszachty z nim ponoć groziła. Stary zakonnik długo w klasztorze żył sam i klejnotów pilnował.

– A tera? Kto ich tera pilnuje?

– Taki głuchy trochę… zwykły taki ksiądz… nie z zakonu. Jak ten stary zakonnik pomarł, do modlenia i pilnowania kościoła dali zwykłego księdza… nie w habicie, ino w sutannie.

– To on może słabo pilnuje, jak inny jest niż tamten?

– Daj Boże, Zefirku, żeby słabo pilnował! Daj Boże!

*

Kilka tygodni później dziedziczka Starszego Folwarku ze wzburzeniem w głosie czytała służbie wzmiankę z „Gazety Warszawskiej”.

W maleńkiej wsi pięćdziesiąt kilometrów od Warszawy zdarzył się wypadek świętokradztwa. Skradziono obraz Matki Bożej Miedniewickiej. Oto przebieg tego wydarzenia według relacji samego księdza Rektora:

„Dzień 6-ty czerwca/oktawa Bożego Ciała/1907 r. będzie pamiętnym w dziejach kościoła i klasztoru miedniewickiego. O godz. 6-tej rano, kiedy otwierano kościół, kościelny ujrzał drabinę stojącą przy wielkim ołtarzu, rozrzucone kielichy i zarazem brak drogocennego skarbu – Cudownego Wizerunku Świętej Rodziny. Kościelny wszczął straszny alarm.

Na głos dzwonów klasztornych zbiegł się lud z wiosek okolicznych i przerażający lament napełnił cały kościół. W tej chwili rozesłano depesze na wszystkie strony: do Najdostojniejszego Arcypasterza, do władz rządowych, do gazet. W wieczornych wydaniach pism podano tego dnia obszerne sprawozdanie, sporządzone przez umyślnie przysłanych do Miedniewic reporterów.

 

Śledztwo drobiazgowo prowadzone wykazało, iż świętokradcy wyłamali kratę w oknie znajdującym się pod chórem i tędy widocznie wpuścili jednego opryszka, który otworzył drzwi pozostałym towarzyszom. Złoczyńcy nie zabrali nic oprócz obrazu ozdobionego brylantami.

Dnia 11 czerwca gajowy, obchodząc las, za plantem kolejowym pod mostem ujrzał coś błyszczącego. Po bliższym obejrzeniu okazało się, iż była to zasłona Cudownego Wizerunku, lecz zupełnie pogięta i zniszczona. Ślad ten dodał otuchy mieszkańcom Miedniewic i całej okolicy.

Na drugi dzień rano około 6-tej zebrali się gospodarze i służba z folwarków w liczbie ok. 400 osób, pod przewodnictwem gajowego, w celu dokonania w zbożach poszukiwań Świętego Wizerunku. Ludzie rozstawili się w porządku na polach i na dany sygnał ruszyli.

Po przejściu zaledwie kilkunastu kroków jeden gospodarz z pobliskiej wsi znalazł Cudowny Obraz w zbożu, chociaż obdarty z klejnotów, lecz zupełnie nieuszkodzony. Cokolwiek dalej inny, z tej samej wioski gospodarz znalazł ramy obrazu. Radość ludu żadne pióro opisać nie jest zdolne. Wizerunek przy okropnym lamencie wniesiono do pobliskiego mieszkania nadleśniczego i umieszczono go w oknie przy zapalonych świecach i udekorowano kwiatami. Z Miedniewic tymczasem nadjechał ksiądz Ludwik Kleczyński, proboszcz z Wiskitek, księża z Żyrardowa, przy tym tłumy ludu zaległy drogi, dziedziniec i pola. Śpiew pobożny, płacz, radosne okrzyki i modlitwy dały się słyszeć ustawicznie.

Nadbiegła kompania z Miedniewic. Z obrazami i chorągwiami przybiegli ludzie z fabryki żyrardowskiej, którzy nie czekając zgody dyrektorów, opuścili zajęcie przy maszynach lniarskich. O godz. 12-tej procesja wspaniała ruszyła z domu nadleśniczego do Wiskitek. Pod baldachimem ksiądz z Wiskitek niósł obraz Świętej Rodziny. Baldachim nad nim nieśli obywatele. Lud po drodze klęczący witał Święty Wizerunek i łzami objawiał Bogu wdzięczność za skarb odzyskany.

Obraz pozostał w Wiskitkach do dnia 23 czerwca, a czas ten był dla parafii wiskickiej jednym odpustem. Miasto udekorowano, w oknach palono świece, czynili to nawet protestanci i żydzi z rabinem na czele.

Dnia 22 i 23 czerwca napływać poczęły zewsząd kompanie i zjeżdżać się zaczęli kapłani z dalszych okolic. O godz. 5.30 wieczorem przybył J. E. Ksiądz Biskup, sufragan warszawski, i po mszy wyprowadził uroczystą procesję z obrazem w stronę Miedniewic w asystencji księży prałatów i kanoników. Biskup przed procesją przyjechał do Miedniewic, skąd na spotkanie Obrazu wyruszyła kompania i duchowieństwo z księdzem Biskupem na czele.

Po wniesieniu Obrazu na właściwe miejsce w kościele miedniewickim na ambonę wstąpił ksiądz Kanonik i rzewnie przemawiał, na cmentarzu zaś głosił Słowo Boże inny zacny ksiądz.

Dnia 24 czerwca J. E. Ksiądz Biskup celebrował sumę i udzielał Sakramentu Bierzmowania. Uroczystość zakończyła się pięknym kazaniem i pasterskim błogosławieństwem. Chociaż pątników było około 30 000, jednak porządek panował wzorowy dzięki straży ochotniczej i służbie leśnej, której użyczył prawdziwy opiekun Miedniewic dziedzic Starszego Folwarku Jan Zarządca.

Nowe korony i srebrne ramy, wysadzane drogimi kamieniami, do okradzionego obrazu ufundowano ze składek ludności katolickiej Warszawy1.

– Jak mogli! Jak mogli o panu dziedzicu tak z nazwiska pisać w gazecie! Wszak teraz wszyscy potrzebujący do naszego dziedzica z prośbą będą przychodzić, skoro cała Warszawa wie, że mój syn nad Cudownym Miejscem opiekę sprawuje.

– Pani dziedziczka ma rację. Nic dobrego z tego pisania po gazetach dla dziedziców nie wyjdzie – przytaknęła stara akuszerka, bliska powiernica dziedziczki. – Za dobroć pańską ludzie źle płacą. Choćby ten wuj naszego Zefirynka. Nie dalej jak ze trzy niedziele temu zabrał małego z chałupy i słuch o nim zaginął. A ja mu tyle lat matkowałam… z łaski pani dziedziczki.

– Nie może być? – zdziwiła się dziedziczka. – A gdzież by te biedaki sobie poszły? Naprawdę nikt ze służby nic nie wie? – Spoglądała pytająco na pokojówki, starszego fornala, kucharkę i starą akuszerkę.

– Ano… my nic nie wiemy, pani dziedziczko.

*

Paweł Zarządca stał w przejściu pomiędzy dwoma przedziałami i nerwowo wyglądał przez drzwi pociągu relacji Warszawa Wschodnia–Skierniewice zwalniającego bieg. Powinien wysiąść na stacji Żyrardów, cóż, kiedy nie mógł sobie przypomnieć, jak ona wygląda. Nic dziwnego, ostatni raz był tu razem z matką piętnaście lat temu. Niewiele z tamtej podróży pamiętał. Zresztą nie tylko dawna podróż, ale i większość jego życia gdzieś się zagubiła w zakamarkach pamięci i nie mógł jej odnaleźć. Co prawda terapeuta w ośrodku uzależnień pocieszał go, że wszystko powoli wróci do normy, a luki w pamięci są naturalnym efektem wyparcia tego, co się stało. I potrzeba dużo czasu, aby odnalazł siebie i swoje wspomnienia.

Teraz będę miał mnóstwo czasu na odnalezienie siebie, pomyślał z goryczą o tym, co go czeka po opuszczeniu pociągu, jeśli uda mu się dojechać do tego… Żyrardowa.

Udało się. W porę zauważył tablicę z napisem miejscowości. Stał tak blisko wyjścia, że jak tylko pociąg się zatrzymał, niemalże został wypchnięty przez zwarty za jego plecami tłum i znalazł się na niewielkim dworcu. Instynktownie ruszył w kierunku, w którym podążali pozostali podróżni. Po chwili zszedł śliskimi od mokrego śniegu schodami do podziemnego przejścia, gdzie poczuł ostry smród moczu. Na szczęście przejście było krótkie i po kilku krokach napierający z każdej strony tłum wepchnął go na następne schody, tym razem prowadzące ku górze. Świeże powietrze od razu rozwiało wstrętny fetor. Gdy dotarł na szczyt schodów, musiał podjąć szybką decyzję, czy iść zabytkowym krużgankiem w lewo, do budynku dworca, czy prosto przed siebie, gdzie w niewielkiej odległości dostrzegł zabudowania miasta.

Pusty żołądek ułatwił podjęcie decyzji. Spojrzał w lewo i zobaczył, że ludzie wychodzący z dworca trzymali w dłoniach hamburgery, kebaby albo hot dogi, którymi ze smakiem się zajadali. Poszedł w lewo. Był tak głodny, że żołądek wręcz zmusił go, by wszedł do budynku dworca, gdzie zapewne mieścił się bar. Miał rację, ledwie przekroczył drzwi, zauważył mały barek. Mieścił się on w bocznej części niewielkiej poczekalni, od której był odgrodzony tylko szklaną przegrodą.

Wyciągnął z kieszeni pomięty dwudziestozłotowy banknot i podając go młodej sprzedawczyni, zamówił kebab i gorącą herbatę, którą dziewczyna zaraz mu podała. Na kebab kazała czekać przy stoliku w głębi. Czas oczekiwania na jedzenie wypełnił liczeniem pozostałych pieniędzy. Oprócz reszty z dwudziestu złotych wysupłał jeszcze z kieszeni spodni i kurtki trochę drobniaków, co w sumie dało mu zaledwie piętnaście złotych.

Piętnaście złotych! I ani grosza więcej! W tym momencie uświadomił sobie powagę sytuacji. Wypił łyk herbaty. Pieniądze z powrotem schował do kieszeni. Dziewczyna z baru zawołała, że może odebrać kebab. Wstał od stolika i z niepokojem spoglądając w stronę pokaźnej torby turystycznej, którą położył na sąsiednim krześle, poszedł po kebab.

Jadł go bardzo powoli, rozkoszując się każdym, nawet najmniejszym kęsem. Drobnymi łykami popijał herbatę i zastanawiał się, co dalej robić. Dojechał do Żyrardowa, ale to nie był koniec jego podróży. Aby dotrzeć do miejsca swojego wygnania, musi znaleźć stację PKS, zorientować się, czy do wsi Starszy Folwark dojeżdża autobus, a jeśli tak, wsiąść do niego i dojechać do celu. Tylko za nic nie mógł sobie przypomnieć, gdzie dworzec PKS-u się znajduje. Wtedy, piętnaście lat temu, też wysiedli z matką na dworcu, a potem wsiedli do jakiegoś autobusu, który dowiózł ich na miejsce. Ale to było tak dawno i wszystkie wspomnienia mieszały mu się w głowie. Po zjedzeniu kebabu i wypiciu resztek herbaty sięgnął po torbę. Podniósł ją z wyraźnym trudem i znów podszedł do sprzedawczyni.

– Przepraszam – zapytał – może orientuje się pani, w jaki sposób dojechać do Starszego Folwarku? Albo gdzie jest stacja PKS?

– PKS jest tuż obok. Jak pan wyjdzie stąd głównymi drzwiami, to zaraz przy schodach zaczyna się dworzec PKS-u. Na każdym stanowisku jest tabliczka z rozkładem jazdy. Proszę tam poszukać. Starszy Folwark? Coś mi się obiło o uszy. To chyba mała wieś gdzieś na obrzeżach powiatu żyrardowskiego, ale nie jestem pewna. A może raczej to już powiat sochaczewski? Nie mam pojęcia. Najlepiej jak pan poczyta rozkłady jazdy. A jak nie… niech pan popyta ludzi, którzy czekają na autobus. Na pewno ktoś wie, jak tam dojechać. Albo pójdzie pan na postój taksówek. To całkiem blisko. Taksówkarze wszystko wiedzą.

Chciała jeszcze coś dodać. Zapewne poradzić mu, aby wziął taryfę i wtedy kierowca bez problemu zawiezie go, gdzie tylko będzie chciał. Pewnie sam by pomyślał o takim rozwiązaniu, gdyby miał więcej pieniędzy w kieszeni. Niestety, mając zaledwie piętnaście złotych, na taksówkę nie mógł sobie pozwolić. Dlatego podziękował jej za informację i ruszył w stronę głównego wyjścia. Idąc, poprawiał ciężką torbę, której pasek wrzynał mu się w ramię. Była tak ciężka, że z trudem ją niósł. Nic dziwnego, skoro spakował do niej wszystko, co miał prawo zabrać z rodzinnego domu: ubrania, komplet pościeli, kilka ręczników, kołdrę i kilka książek oraz dokumenty osobiste. W torbie miał coś jeszcze. Plik starych listów. Zaczął je czytać podczas podróży pociągiem. Ale niewiele z nich rozumiał. Dlatego zniechęcony, odłożył je z powrotem do torby. Postanowił, że jak dotrze do celu i trochę odpocznie, wróci do ich lektury. Podobno były niezwykle ważne. Tak mówiła matka, gdy wyrzucała go z domu. Dostał je jak krzyż na drogę…

Główne wyjście z budynku oddzielone było od dworca PKS-u tylko schodami. Stojąc na nich, widział podjeżdżające pod odgrodzone barierkami stanowiska autobusy, do których wsiadali nieliczni podróżni. Zszedł po schodach i podszedł do pierwszego stanowiska. Miał szczęście. Od razu na rozkładzie jazdy zauważył napis Starszy Folwark i godziny odjazdów. Najbliższy kurs był za półtorej godziny. Przerażony wizją tak długiego czekania na dworze, gdzie marcowa pogoda dawała w kość swoją kapryśnością, wrócił do wnętrza dworca PKP. Tu zamierzał spędzić czas do odjazdu. Usiadł w dużej poczekalni w pobliżu kas biletowych i wrócił do smutnych rozmyślań.

Paweł Zarządca miał niespełna dwadzieścia pięć lat i bagaż najgorszych życiowych doświadczeń, które w efekcie doprowadziły do tego, że został wyrzucony przez matkę z domu, z poleceniem niepokazywania się jej na oczy do końca życia… jej albo jego. Podobno, według jej słów, i tak miał szczęście, że wyrzucając go z domu, wskazała mu miejsce, gdzie ewentualnie mógł zamieszkać, zamiast trafić pod przysłowiowy most. Matka była tak wspaniałomyślna, że jak tylko wrócił z wielomiesięcznego odwyku, został obdarowany aktem notarialnym, który czynił go, człowieka urodzonego w Warszawie i mieszkającego w niej przez całe życie, właścicielem gospodarstwa rolnego we wsi Starszy Folwark.

Gospodarstwo to przez długie lata należało do brata matki, Szymona. Niestety zmarł on bezpotomnie, kiedy Paweł przebywał w ośrodku. Gospodarstwo w spadku otrzymała Pawła matka, która, korzystając z okazji, postanowiła syna ukarać i po nabyciu praw do spadku natychmiast przepisała na niego gospodarstwo z zastrzeżeniem, iż pod żadnym pozorem przez pięć lat nie ma prawa sprzedać ani ziemi, ani budynków tam się znajdujących. Nie mógł sprzeciwić się jej woli i spieniężyć rodzinnego gospodarstwa, ponieważ matka rozmyślnie obciążyła księgę wieczystą zapisem, w którym zastrzeg­ła sobie dożywotnią służebność osobistą na terenie gospodarstwa. Jednym słowem usadziła go na amen. Został właścicielem czegoś, co widział kilka razy w życiu i pamiętał jak przez mgłę. Wyrzuciła go z domu, dając zaledwie pięćdziesiąt złotych na podróż, co starczyło mu na dużą butelkę coca-coli, bilet na pociąg do Żyrardowa, herbatę, kebab i bilet na przejazd autobusem do Starszego Folwarku.

Siedząc w poczekalni, zastanawiał się, na co wydać pozostałe złotówki, które powinny mu zostać po zakupie biletu autobusowego. Po kilkunastu minutach rozmyślań, przerywanych zapowiedziami pociągów odjeżdżających albo do Warszawy, albo do Skierniewic, doszedł do wniosku, że na wszelki wypadek musi kupić sobie coś do jedzenia. Nie wiedział, co zastanie w opuszczonym od wielu miesięcy domostwie wuja. Z kolacją nikt tam na niego nie czekał. Wiedziony tym przeczuciem poderwał się z ławki i znów dźwigając ciężką torbę, wyszedł z poczekalni do małego holu, gdzie wcześniej zauważył minisklep spożywczy. Kupił w nim dwie najtańsze bułki i dwie zupki chińskie z makaronem. Jedną pomidorową, a drugą ogórkową. Miał nadzieję, że ten żebraczy zapas pozwoli mu jakoś przetrwać do następnego dnia. Co zrobi jutro? Tego jeszcze nie wiedział. Pakując bułki i zupki do torby, marzył tylko o tym, aby jak najszybciej dotrzeć do Starszego Folwarku, znaleźć gospodarstwo wuja, a potem położyć się i usnąć. Gdziekolwiek. Byle pod dachem. Nie spodziewał się luksusów, ponieważ wuj Szymon nigdy nie dbał o dom, ale Paweł i tak miał cichą nadzieję, że zostało po nim łóżko, tapczan albo coś, na czym mógłby się przespać. Z minuty na minutę czuł się coraz gorzej. Nerwowo odliczał czas pozostały do odjazdu autobusu.

 

Kupując bilet, zagadnął kierowcę, czy Starszy Folwark leży daleko od Żyrardowa. W odpowiedzi usłyszał śmiech. A potem kierowca zażartował, że ludzie mówią, że to daleko… aż na dziesiątej wsi… Paweł nie zrozumiał żartu i naburmuszony usiadł na pierwszym wolnym miejscu.

*

Nie miał wątpliwości. Przewiało go w drodze od przystanku autobusowego do gospodarstwa wuja. Wilgotne marcowe powietrze też zrobiło swoje. Z minuty na minutę czuł się coraz gorzej. Ból mięśni i stawów, gorączka i dreszcze wskazywały, że czeka go ciężka noc. Sięgnął do torby po polopirynę S. Trzęsącą się dłonią wyskubał trzy tabletki i połknął je bez popijania. Potem, nie zdejmując ubrania, owinął się kołdrą i położył na Szymona tapczanie. Miał nadzieję, że szybko uśnie i następnego dnia poczuje się lepiej. Polopiryna rzeczywiście po jakimś czasie zaczęła działać i ból trochę złagodniał, Paweł zaczął jednak odczuwać silne pragnienie.

Dygotał z zimna. Pić mu się chciało, a w pomieszczeniu, w którym spał, nie było kranu. Zresztą nawet nie wiedział, czy w domu była bieżąca woda. Jak przez mgłę kojarzył, że na podwórku była studnia, z której kiedyś wuj czerpał wodę drągiem, na którego końcu był hak. Szymon mówił na ten drąg „kulka”. Do kulki za pomocą haczyka doczepiało się wiadro. Bez wiadra nie da rady zaczerpnąć wody. Zgorączkowany umysł Pawła próbował kojarzyć jakieś obrazy, które pomogłyby mu wyciągnąć wodę ze studni. Nie miał wyjścia. Musiał iść do studni. Podniósł się z tapczanu, na którym leżał. Wciągnął buty i kurtkę. Na głowę nasunął kaptur bluzy, w której spał. Jak dobrze, że się nie rozebrałem do spania, pomyślał. Teraz pewnie nie miałby siły się ubrać.

Z trudem otworzył masywne drzwi i wyszedł na podwórko. Poczuł jeszcze dotkliwsze zimno, a przenikliwy wiatr wciskał się pod zbyt lekkie ubranie. Czuł się coraz gorzej. Myślał tylko o jednym: PIĆ, PIĆ, PIĆ. W półmroku zbliżającego się wieczoru dostrzegł zarys starej studni. Właściwie był to tylko jeden krąg betonu wystający z ziemi na wysokość około półtora metra. Podszedł do cembrowiny. Zajrzał w jej głąb. Zobaczył ciemność. Nie miał pojęcia, czy w studni jest woda. W ciemności nie mógł jej dostrzec. Przypomniał sobie, że jak był mały, lubił wrzucać do wody kamyki, wydawały wtedy taki fajny plusk. Co prawda nie miał kamienia, ale sięgnął do kieszeni i wyciągnął z niej klucze od domu wuja. Przyczepione były do masywnego metalowego breloczka. Była to miniaturka wieży Eiffla, którą kiedyś przywiozła mu Malwina w prezencie z Paryża. Zawahał się. Pomyślał jednak, że skoro Malwiny już nie ma, to może poświęcić breloczek. Bardzo mu się chciało pić. Po chwili wahania wrzucił go do studni. Po ułamku sekundy usłyszał słaby plusk.

Jest woda, odetchnął z ulgą. Potem obszedł studnię w nadziei, że znajdzie wiadro albo przynajmniej tę śmieszną kulkę do czerpania wody. Jednak chociaż rozglądał się na wszystkie strony, rozgarniał butami uschnięte zielsko wokół kręgu studni, ani wiadra, ani kulki nie znalazł.

Pić… pić… pić… tak bardzo chciało mu się pić. Musiał coś wymyślić. Jednak myślenie w przenikliwym zimnie, na środku podwórka i to prawie po ciemku niewiele dało. Postanowił wrócić do domu i tam czegoś poszukać.

Butelka po coca-coli, którą wypił podczas jazdy pociągiem, a zamiast do kosza włożył z powrotem do torby podróżnej, okazała się wybawieniem. Miał pojemnik na wodę. Potrzebował jeszcze czegoś, czym mógłby ją wydobyć z głębi studni.

– Pasek od spodni? – zastanawiał się głośno. – Pasek za krótki. Coś dłuższego… coś dłuższego… – Po krótkich poszukiwaniach zauważył na podłodze długi sznur, za życia Szymona służący zapewne do wieszania na nim mokrej bielizny.

– Mam nadzieję, że jest wystarczająco długi. – Paweł mówił sam do siebie. Zostało mu to z czasów po śmierci Malwiny, kiedy przez wiele tygodni tłumaczył sobie, że nie jest winny jej odejścia.

Szyjkę butelki obwiązał sznurkiem. Z nadzieją, że mu się uda, wrócił na podwórko i w całkowitych już ciemnościach, przyświecając sobie telefonem komórkowym, podszedł do studni. Oparł się o cembrowinę, lekko pochylił nad nią i… wrzucił butelkę. Kiedy poczuł, że butelka leży na wodzie, zaczął kręcić sznurkiem we wszystkie strony. Wierzył, że przez jej mały otwór choć trochę wody wpłynie do środka. A jak butelka stanie się cięższa, będzie ją łatwiej całą napełnić.

Sam nie wiedział, jak w takich ciemnościach mu się udało, ale nagle poczuł, że butelka stawia opór sznurkowi, nie jest bezwładna jak w chwili wrzucenia do studni. To znaczyło, że była w niej woda! Wyciągnął ją szybko i bez namysłu zaczął pić.

Smak miała obrzydliwy. Była zatęchła i gorzkawa. Ale złagodziła jego pragnienie. Wypił dużo, a potem… wszystko zwymiotował. Resztki kebabu, herbaty, a na koniec żółć. Poczuł się jeszcze gorzej. Przytulając do piersi butelkę z resztą wody, na drżących nogach doczłapał do domu, przymknął drzwi i rzucił się na tapczan, z którego niedawno wstał w poszukiwaniu wody. Ostatkiem sił nakrył się kołdrą i ciuchami wyjętymi z torby, zwinął w kłębek i wstrząsany dreszczami próbował usnąć.

*

Zanim wstał z posłania, przez długi czas leżał bez ruchu. Wyczerpany nocną gorączką, czuł się bardzo słabo. Miał jednak świadomość, że w końcu będzie musiał wstać i załatwić potrzeby fizjologiczne, ale jak najdłużej starał się odwlec ten moment. Zaciskał pęcherz do granic wytrzymałości. Myśl, że będzie musiał wyjść spod ciepłej kołdry, przerażała go. Dobrze pamiętał zimno, napierające z każdej strony, zanim udało mu się usnąć. Podczas snu rozgrzał się nieco i teraz nie chciał opuścić jedynego ciepłego miejsca, którym było jego posłanie.

Czas po przebudzeniu, jeszcze gdy był pod kołdrą, poświęcił na uważniejsze przyjrzenie się pomieszczeniu, w którym spędził noc. W blasku porannego słońca wydawało mu się mniej straszne niż ubiegłego dnia, kiedy to niemalże cudem tutaj dotarł. Trzykilometrową trasę od przystanku autobusowego w Starszym Folwarku do rodzinnego gospodarstwa przebył pieszo i nie zabłądził tylko dlatego, że po drodze kilka razy pytał ludzi o drogę. Ci, którzy udzielali mu informacji, jak dojść do domu Szymona Zarządcy, patrzyli na niego z zaciekawieniem. Uwagę zwracała szczególnie jego olbrzymia torba, wypełniona po brzegi. Nikt jednak nie zapytał go, ani po co idzie do opuszczonego domu Zarządcy, ani tym bardziej czy ma siłę nieść tak ciężki bagaż. Sił nie miał, ale wiedział, że nie ma wyboru i bez względu na odległość torbę musi donieść na miejsce.

Rodzinnego domu matki nie poznał. Kiedy przemierzał ostatni odcinek drogi i u jej końca zobaczył ponure zabudowania gospodarcze oraz dom z czerwonej cegły, wybudowany w starym niemieckim stylu, przestraszył się, że jednak ktoś go źle pokierował i doszedł nie tam, gdzie powinien. Z pamięci wydobywał się inny obraz, bardziej barwny i nie tak przygnębiający jak ten, na który patrzył. A to, co widział, niestety napawało go smutkiem.

Żeby dojść do budynku będącego kiedyś rodzinnym domem jego matki, musiał najpierw przedrzeć się przez zarośnięte suchym zielskiem podwórko. Chwasty były bardzo wysokie, ostre i suche. Widocznie nikt ich nie kosił od śmierci wuja. Tak sobie tłumaczył nagromadzenie ich na dawniej dość zadbanym podwórku. Z dzieciństwa pamiętał tylko zielone podwórko, chodzące po nim stado kur i kaczek, a rano i wieczorem, w drodze na pastwisko i z powrotem do obory, przeganiane krowy, które wuj na jego oczach doił, a potem dawał siostrzeńcowi do picia ciepłe mleko… Jako dziecko nie widział nic złego w zielsku, które rosło pomiędzy zabudowaniami i w miejscach, gdzie nie sięgały krowie języki. Wtedy wszystko wydawało mu się piękne i potrzebne. Podobnie dom, który z wielkim trudem udało mu się otworzyć kluczami otrzymanymi od matki, w dzieciństwie był po prostu domem wuja Szymona. A to, czy był zadbany, czy też nie, nie miało wtedy dla Pawła żadnego znaczenia.