Miłość na dziesiątej wsi

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Copyright © Agnieszka Olszanowska, 2018

Projekt okładki

Sylwia Turlejska

Agencja Interaktywna Studio Kreacji

www.studio-kreacji.pl

Zdjęcia na okładce

© Kirill Sakryukin/Trevillion Images;

esdras700/Fotolia.com

Redaktor prowadzący

Anna Derengowska

Redakcja

Ewa Witan

Korekta

Katarzyna Kusojć

Bożena Hulewicz

ISBN 978-83-8123-853-3

Warszawa 2018

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Gintrowskiego 28

www.proszynski.pl

1

Wieść o ucieczce Janka Cichych z gimnazjum lotem błyskawicy rozeszła się po całej okolicy. Młodzi i starzy rozprawiali o tym wszędzie, na jarmarkach, w karczmach, w drodze do kościoła i z powrotem, podczas pielenia buraków czy kartofli, a nawet na wiejskich potańcówkach. Wszyscy się dziwowali. Jedni głupocie chłopaka, który nie bacząc na wyrzeczenia ojca i matki, co to na jego naukę w mieście niejedną gęś czy kurę, o kopach jaj nie wspominając, musieli przeznaczyć, a hultajowi pewnie uczyć się nie chciało i dlatego przed końcowymi najważniejszymi egzaminami spakował, co miał, w tobołek i na piechotę z Różanegostoku ze szkoły salezjańskiej uciekł, nie licząc się z konsekwencjami swojego czynu.

Inni uważali, że jego ucieczka była formą ratunku przed tym, czego nie chciał, a co po zdaniu egzaminów w gimnazjum niechybnie by go czekało, czyli przed pójściem do seminarium, do którego na siłę matka go wysyłała. Jeszcze inni powiadali, że młody Cichy wolę bożą do jakiejś dziewuchy poczuł i za nic w świecie w Różanymstoku zostać nie chciał, a że stara Balbina o kochaniu z najmłodszym synem gadać nie chciała, więc rzucił szkołę i z braku pieniędzy na kolej całą drogę uproszonymi furmankami bądź na pieszo przebył, co mu prawie tydzień zajęło.

Dla młodych mieszkańców okolicznych wsi był niczym bohater, który sprzeciwił się nieprzejednanej woli ojca i matki i po swojemu chciał żyć. Starsi wskazywali go jako przykład braku wdzięczności wobec rodziców, którzy tak jak dla starszego syna, tak i dla młodszego dobrą przyszłość obmyślili. A że do lekkiej pracy i łatwego chleba nauka w mieście była konieczna, więc według nich Janek powinien pochylić się nad zeszytami i uczyć, skoro go ojce od roboty w polu zwolnili i do gimnazjum posłali. Tym bardziej że od małego wszyscy go z nosem w książce przy pasaniu krów czy gęsi widywali. Nawet kierownik miejscowej czteroklasowej szkółki wielki talent do nauki w nim widział i do zadań dodatkowych, oprócz pisania i rachowania, zachęcał. Dlatego lekkomyślną decyzją o porzuceniu szkoły Janek wielkie wzburzenie w rodzinnej wsi wywołał, a ci, którzy zazdrościli Cichym powodzenia w gospodarce i starszego syna już na księdza wykierowanego, mieli okazję do szerokiego komentowania przekreślonych planów Balbiny Cichej.

– Jednego syna udało się jej zmusić do włożenia księżej kiecki, ale drugi, widać mądrzejszy, nie chciał w takiej niewoli żyć i wbrew woli matki ze szkoły uciekł, gdzie pieprz rośnie. Pewnie woli suchy chleb jeść i na parobka się we dworze nająć, niż w księżej niewoli, tak jak starszy brat, żyć. A starej Balbinie całkiem się w głowie poprzestawiało, że taka ważna chciała być i na zmianę u dwóch synów na plebaniach gospodarować.

– A pewnie, pewnie. Na stare lata miałaby jak znalazł. Na plebanii gospodynią by została i nawet w Wielkim Poście głodu by nie poczuła, bo niczym wielka pani dorodne szczupaki by zajadała. A teraz ze wstydu tylko po obejściu przemyka i nawet do kościoła na sumę nie chodzi, ino na ranną mszę biega niczym wyrobnica jakaś, a nie gospodyni pełną gębą. Widać ludzkiego gadania się obawia.

– Powiadają, że Ciche Jankowi rzucenia szkoły nie wybaczą i jak nic z chałupy na cztery wiatry wypędzą. Choć po prawdzie to na nic więcej nie zasłużył, do roboty w polu za bardzo się nie nadaje, bo nad książkami dzieciństwo, a teraz, kiedy duży, to do pola już nie będzie chętny. A za darmo mu ojce jeść nie dadzą, więc nic dobrego go nie czeka.

W tym wiejskim gadaniu wszyscy po trosze mieli rację. Janek Cichy uciekł z gimnazjum, dlatego że myśl o seminarium i pójściu w ślady starszego brata była mu bardzo przykra, a w księżej kiecce wcale się nie widział, bo inne myśli po głowie mu chodziły. Ci, co gadali, że bożą wolę do kochania poczuł, też mieli rację. A najwięcej racji mieli ci, którzy wróżyli mu wszystko, co złe, ze strony rodziców. Musieli dobrze znać starą Balbinę i jej mrukliwego chłopa, skoro karę chłopakowi przepowiadali. Tylko nikt nie przypuszczał, jak straszna to będzie kara.

2

– Matulu, tatulu, bijcie, zabijcie, ale do szkoły nie wrócę!

Janek na klęczkach błagał rodziców o zmiłowanie i przyjęcie na powrót do chaty, bo nie chcieli go za próg wpuścić i przez dni parę od powrotu z Różanegostoku musiał spać w stajni z końmi, ale tam szczurów było pełno i w nocy, kiedy tylko chłopak oczy zamykał, zaraz słyszał, jak wyłaziły z nor wydrążonych w końskim oborniku i zaczynały swoje gospodarowanie wśród zwierząt, które ze strachu przed nimi waliły kopytami gdzie popadło. Janek bał się, że kiedyś gryzonie i do niego się dobiorą i gdy zaśnie mocno, zagryzą go na śmierć. Dlatego po kilku strasznych nocach pośród szczurzych harców poszedł po rozum do głowy i zaczął błagać rodziców o przebaczenie.

– Za parobka do dziedzica pójdę robić albo do tartaku do Żyda się najmę i każdy grosz na naukę przez was wydany oddam. Jak Boga kocham, oddam wszystko do ostatniego grosza! – zapewniał, jednocześnie łzy rzewne roniąc, i po bosych stopach matkę i ojca całował, o zmiłowanie prosząc.

– Na parobka albo do Żyda iść chcesz, tak? – odparła rozgniewana Balbina we własnym i męża imieniu. – A nie za bieluśkie rączki do harówki na cudzym polu masz? Nie będzie cię krzyż od dźwigania bali drewna łupał? Jakeś książeczki kiedyś czytał, to żeś do roboty taki skory nie był, a teraz na cudzy wyrobek iść chcesz, zamiast nad brulionami w szkole się pochylić? Na Boga, czyś ty z głupim na rozumy się pomijał? Sutannę na łachmany chcesz zamienić? A nas, starych ojców, z kijem pod kościół, na łaskę lub niełaskę innych zostawisz? To my żeśmy sobie kromki chleba od ust ujmowali, aby na naukę w mieście było, a ty, psiakrew, ze szkół żeś uciekł?

– Niech matula nawet batem do krwi bije, ale ja sutanny nie włożę! Prędzej w gliniance się utopię albo sznur na szyi zacisnę, ale księdzem, jak brat, być nie chcę!

– To ci śmierć milsza niż Bogu służenie? – po raz pierwszy odezwał się ojciec.

– A czy Bóg chce mojej służby? Czy to się wam przyśniło niczym Świętemu Józefowi ucieczka do Egiptu, że mnie do sutanny przymuszacie? – Janek raz był pokorny, a po chwili unosił się i zwracał do rodziców z gniewnymi pytaniami, którymi coraz bardziej ich rozdrażniał.

– Ty za głupi jesteś, aby ojcu i matce takie wymówki czynić! Od urodzenia jesteś Bogu obiecany!

– Ja ani wam, ani Bogu niczego nie obiecywałem. A jak matula chce Bogu służyć, to niech posag zbierze i do urszulanek w Łowiczu wstąpi i swoje przysięgi sama wypełnia.

– Nie bluźnij! Synu, nie bluźnij, bo Bóg cię jeszcze nie raz pokarze! – strofował syna nieco od żony spokojniejszy Cichy.

– Nie, to nie Bóg go pokarze, tylko my! – oświadczyła twardo Balbina i z ponurym grymasem na twarzy obwieściła synowi, co go czeka, jeśli chce do chaty wrócić. – Na parobka do dworu cię nie damy. Ani do Żyda do tartaku za robotą nie pójdziesz. Już mi dobrzy ludzie donieśli, kto cię na złą drogę sprowadził. Gdyby nie ta niespełna rozumu Sara, co po polach biegała i zdjęcia ci bez koszuli, w samych portkach, robiła, po niedzieli ostatnie egzaminy byś zdawał. Żydowskiego miłowania ci się zachciało, co?

Janek po matki słowach pobladł i jak od dłuższego czasu stał i prosto w twarz rodzicom odpowiedzi rzucał, tak znów padł im do stóp i, dla odmiany, o wybaczenie dla biednej Sary prosił.

– Ino na Sarę złego słowa nie mówcie! Moja wina, żem ją do zdjęć zachęcał.

– Może i twoja. Może i nie. Jedno jest pewne, że już ci Sarunia więcej w oczy nie wejdzie, bo po Matce Bożej Siewnej jak nic ojciec ją wyda za mąż do miasta i więcej jej na oczy nie ujrzysz. A skoro roboty ciężkiej tak pragniesz zamiast brulionów i książek – Balbina coraz głośniej przedstawiała przerażonemu synowi swą decyzję – na dziesiątą wieś razem z nami pójdziesz, gdzie z ojcem ziemi żeśmy kupili, i na stare lata będziesz nam usługiwał. Za dobroć naszą, za każdy grosz i każdą kromkę chleba od ust odjętą, za wstyd przed ludźmi, którego nam nie oszczędziłeś, na dziesiątą wieś żyć pójdziesz! O żydowskiej kochanicy szybko zapomnisz, bośmy ci już pannę na żonę wybrali. I jutro, zaraz po sumie, na zmówiny do niej pójdziesz. A jeślibyś znów ucieczkę planował, wiedz, że ojciec Sary to cudaczne pudełko na głowie jej rozbił za sromotę, że po polach za tobą ganiała, i prędzej cię psami poszczuje, niż do córki dopuści. Taka oto jest nasza wola i spełnić ją musisz. Miłowania już ty od serca nie zaznasz, ino z przymusu.

Balbina zaśmiała się gorzko, po czym odepchnęła Janka, który znów ją po stopach całował, od ożenku wbrew sercu o zwolnienie prosząc, i szybko z izby wyszła. Za nią podążył ojciec, aby na żałość syna, łzami się zalewającego, nie patrzeć. Chłopak długie godziny w odrętwieniu leżał i o Sarze, do której pół kraju na pieszo przeszedł, myślał. A potem o śmierci, która by go od niechcianego ożenku wybawiła. Lecz gdy w końcu głód poczuł i mdłości go z braku jedzenia dopadły, po cichu do komory się zakradł i do matczynego chleba się dobrał. A jak już nieco lepiej się poczuł, myśli o śmierci same zniknęły i tylko osowiały się zrobił, ale na noc do izby wrócił, gdzie matka już mu odświętne ubranie na jutrzejsze zmówiny szykowała.

 

3

Janek od wczesnego dzieciństwa czuł wstręt do łowickich pasiaków. Na początku nie rozumiał, dlaczego od dotyku sztywnej i szorstkiej matki spódnicy dostawał gęsiej skórki na całym ciele, a specyficzny zapach farbowanej w zielono-fioletowo-czarno-czerwone pasy wełny, pomieszany z ostrym kobiecym potem, dusił go i przyprawiał o ataki mocnego kaszlu, które mijały dopiero wtedy, gdy uciekł z izby pełnej kobiet zebranych na darcie pierza czy szatkowanie kapusty. Z czasem, kiedy rósł i coraz więcej obracał się wśród mieszkanek okolicznych wsi, doszedł do wniosku, że wszystkie one, bez względu na wiek, wyglądają tak samo grubo i niezgrabnie w tych swoich długich do pół łydki szerokich spódnicach z tkanej w domach wełny i dopasowanych do ciała serdakach nałożonych na płócienne koszule. Nawet sznury czerwonych korali, które lubiły nosić, i kolorowe chustki na głowach w oczach Janka nie dodawały im urody. Wręcz przeciwnie, miał wrażenie, że obwieszone nadmierną ilością ozdób kobiety stawały się jeszcze bardziej toporne i bardziej podobne do siebie. Owa jednakowość szczególnie rzucała mu się w oczy, gdy porównywał wiejskie dziewczęta z panią dziedziczką i jej córkami czy nawet służącymi ze dworu, które czasami widywał na mszy w miejscowym kościele. Tamte wyglądały zupełnie inaczej, tak lekko i zwiewnie. Przez długi czas Janek myślał nawet, że księżanki, jak z dumą mówiła o sobie matka, rodzą się i umierają w takich strojach, bo choć nie miał siostry, a matka była jedyną kobietą w ich chacie, to widywał we wsi nawet bardzo maleńkie, zaledwie próbujące chodzić dziewczynki już ubrane w łowickie pasiaste wełniaczki. Kiedyś, w przypływie ni to ciekawości, ni odwagi, ośmielił się spytać starszego brata, który już od dłuższego czasu pobierał nauki w mieście, czy miastowe panie ubierają się tak samo jak ich matka i jej sąsiadki. Brat zaprzeczył, jednak nie potrafił wytłumaczyć ciekawskiemu Jankowi, dlaczego tak się działo, że w mieście nawet ubogie służące nosiły się inaczej niż najbogatsze panny na wydaniu z ich wsi. Zdaniem Janka o wiele ładniej i wykwintniej. I być może dlatego tak mu do serca przypadła Sara.

4

Sara nie ubierała się po łowicku, choć mieszkała w tartaku za wsią, w ostrym zakolu rzeki Bzury. Janek, który od pierwszego spotkania z czarnowłosą dziewczyną był pod jej ogromnym wrażeniem, nieopatrznie zapytał kiedyś matkę, czemu Sara nie musi nosić pasiastych wełniaków. Balbina obrzuciła go stekiem niewybrednych słów, z których najbardziej dotarły do niego te, że żadna Żydówa nie nosiła, nie nosi i nie będzie nosić szlachetnego stroju księżanek, bo gdyby było inaczej, to świat już z pewnością stanąłby na głowie jeszcze bardziej niż teraz, kiedy to gospodarski syn, zamiast zajmować się nauką, za którą trzeba ciężkie pieniądze płacić, ucieka za wieś i potajemnie spotyka się z żydowską wariatką, co to po polach gania i w pudełko chłopom patrzeć każe, a potem opowiada, że zdjęcia, które robi, na całym świecie ludzie oglądać będą.

Janek odetchnął z ulgą, gdy usłyszał z ust matki zapewnienie, że Sarze, nawet gdyby chciała, nie wolno ubierać się w znienawidzone przez niego pasiaki. A fakt, że była Żydówką, nie robił na nim większego wrażenia. Dla niego liczyło się jedynie, że dziewczyna wygląda, zachowuje się i żyje inaczej niż wszyscy w okolicy. A oprócz tego miała marzenia, o których chętnie mu opowiadała, gdy wspólnie spędzali czas w nadbrzeżnych zaroślach Bzury.

– Chciałabym być ptakiem. Unosić się wysoko, wysoko, o tam. – Pokazywała chmury, które kłębiły się nad ich głowami. – Wiesz, czasami śnię, że lecę. Rozkładam wtedy szeroko ręce, biegnę, podskakuję i podrywam się w górę, a potem czuję, że jestem tak lekka i bezpieczna jak nigdy wcześniej. Tak, chciałabym być ptakiem. Albo chociaż raz móc się przelecieć aeroplanem – marzyła, a Jankowi jej marzenia wydawały się równie piękne jak ciemne oczy dziewczyny i krótko nad karkiem ścięte czarne włosy. W takich chwilach, gdy kolejny raz opowiadała mu sen o lataniu, ściskał ją mocno za rękę i zapewniał, że gdyby stała się ptakiem, to on też nim się stanie. Na co Sara wybuchała gromkim śmiechem, wyrywała palce z jego dłoni i szorstko przypominała mu, że naprzód to matula na księdza zamierza go wykierować, a gdyby i nie zamierzała, to zanim on się poderwie do lotu, najpierw będzie musiał panny z morgami szukać.

– Co też Sarunia opowiada! – oburzał się zasmucony. – Ani ja w księżej kiecce chodził nie będę, ani mórg po okolicy szukać nie myślę. Jeśli Sarunia marzy o lataniu, to i ja latać chcę! – stwierdzał z pewnością, w którą dziewczyna powątpiewała.

– Tak tylko ci się wydaje. Ale gdy swaty matula z ojcem gdzie poślą, to tyle ci odwagi zostanie, co przeszłorocznego śniegu. Ano taki wasz los, chłopów, że wy kochania nie znacie i znać nie będziecie. Dla was ino morgi się liczą – mówiła z żalem w głosie, a potem, aby udobruchać obrażonego chłopaka, znów mu o swoich ptasich marzeniach opowiadała.

– Bo to widzi Janek, że takie ptaszki, nawet najmniejsze, jak jaskółki, razem gniazdka z gliny, piórek i patyczków budują. Razem, we dwoje – powtarzała z naciskiem. – Samiec i samiczka. Ani im matka jaskółka, ani ojciec jaskółka w tym budowaniu nie pomagają ani nie przeszkadzają. To niech mi teraz Janek powie, jak to jest, że ptakom wolno miłować i wspólne gniazdka wić, a nam, ludziom, ino morgi albo inne posagi tylko w głowach? – dziwiła się z dziecinnym jeszcze niedowierzaniem. – Wam, chłopom, a nam, Żydom, takiego miłowania zabroniono. I u was, i u nas byle swat, który samogonu się napije, więcej ma do gadania niż kawaler czy panna na wydaniu. Może by Janek lepiej na księdza poszedł, bo wtedy, choć bez miłowania, ale i bez przymusu żył będzie – namawiała spłonionego od miłosnych wyznań chłopaka. – Toć ja Żydówka i morgów nie mam, a choćby i ojciec posag dał duży, to matula Jankowi nie pozwoli Żydówy za żonę brać. A i mnie ojciec straszy, że za Żyda starego, a bogatego wkrótce za mąż pójdę.

– Ja matuli ani ojca słuchać nie będę! Ani za księdza, ani za morgi nie pójdę! A jak mi przymus robić będą, to ucieknę, gdzie nogi poniosą. Tam choćby i gliniankę, niczym te jaskółki, pobuduję i z Sarunią do śmierci żyć będę! – przyrzekał, choć obietnicy spełnić nie mógł, ale młodość, która w nim krew burzyła, nie takie marzenia w myślach mu przedstawiała.

W takich momentach Sara pocałunkiem zamykała mu usta i też przez chwilę wierzyła, że ich miłość, niczym wolnych ptaków, nie jest bez szans. Janek zaś z lubością patrzył za nią, gdy oddalała się po miłosnej schadzce, jak kołysała się na niej lekka, zwiewna kwiecista spódnica, jak pięknie widać pod nią kształt nóg i pośladków dziewczyny, i cieszył się, że nie musiał pieścić piersi zakrytych wełnianym serdakiem, tylko cienką koszulą, zapachem ciała Sary nasyconą, która oporu jego palcom nie stawiała. A potem powoli wracał do wsi, gdzie w chacie z wymówkami czekali na niego rodzice, wymawiając mu każdą zjedzoną kromkę chleba, za którą jego obowiązkiem jest starość godziwą im zapewnić. I wtedy strach go wielki ogarniał, że na obietnice, które Sarze nad rzeką składał, sił mu zabraknie. Że matczynym i ojcowskim decyzjom nie da rady się oprzeć. Po długich łajaniach tylko głowę zwieszał, do książek pokornie siadał i obiecywał, że egzaminy w gimnazjum zda dobrze, a potem na księdza, jak brat, pójdzie. Tylko gdzieś tam w środku, blisko serca, ból czuł ostry i ucisk na tę myśl przykrą, że którą by wybrał drogę, czy księdza, czy też pokornego syna na ojcowskich morgach gospodarującego, to nigdy do lotu z marzeniami Sary się nie poderwie. Zbyt ciężki był i zbyt mocno do rodziców przywiązany.

5

Ze Stachem nawet pasienie gęsi stawało się przyjemnością. Basia lubiła spędzać czas z nieco młodszym chłopcem, bo nigdy się z nim nie nudziła. Stach miał tyle pomysłów na ciekawe zabawy, że dziewczynka wprost nie mogła się doczekać, kiedy matki każą im wygonić gęsi na łąki albo razem pilnować pasących się nad Bzurą krów. Kiedy zostawiali za plecami wieś i wiecznie gderające matki, oboje od razu robili się weselsi, a Stachowi wprost nie zamykała się buzia. Tyle miał do powiedzenia swojej jedynej przyjaciółce, za jaką, odkąd tylko pamiętał, uważał czarnooką i czarnowłosą Basię Kowalównę. Opowiadał jej bajki, które samodzielnie przeczytał. Basi, razem ze Stachem do wiejskiej szkółki chodzącej, nauka szła opornie, dlatego podziwiała młodszego chłopca za umiejętność czytania. Nieraz zgadzała się jego gęsi pilnować, a on w tym czasie rachunki za nią w szkolnym zeszycie rozwiązywał albo z tabliczki mnożenia ją przepytywał. Choć Basia i tak zaraz wszystko, czego się nauczyła, zapominała, o co żal do niej miała Kowalowa, bo matka Stacha po całej wsi się chwaliła, jaki to jej jedynak zdolny i że go w przyszłości do szkół pośle. Na wzór Balbiny Cichej zamierzała Stacha na księdza kształcić.

Ani Stach, ani Basia o matczynych złościach i planach nie rozmawiali. Za mali byli, aby dorosłych gadanie rozumieć. Czas wolny od pasienia krów i gęsi czy roboty w polu wykorzystywali na zabawę, choć rzadko obojgu wolne chwile się trafiały. Basia młodszych sióstr miała trzy i gdy Kowalowa w pole szła, jako najstarsza, pilnować ich musiała, aby do rzeki nie poszły i się nie utopiły, jak to dzieciom na wsi się zdarzało.

Dziewczynka, choć było jej żal czasu bez zabawy, starała się nie narzekać, bo gdy popłakiwała z przemęczenia, nieraz się zdarzało, że Kowal albo Kowalowa od cygańskich nierobów w złości jej wymyślali. I choć zaraz po takim wyzwisku milkli i przez długi czas dla Basi mili byli, strach przed ich krzykami posłuszeństwo w dziewczynce kształtował. Co prawda nie rozumiała, dlaczego rodzice tak brzydko na nią mówili, ale czuła, że musi ich we wszystkim słuchać, i pokornie bawiła się z siostrami uszytymi przez matkę szmacianymi lalkami albo kasztanami jesienią nazbieranymi. A kiedy znów wolną chwilą razem ze Stachem w krzakach za stodołą w dom się bawili, szczęście ją takie ogarniało, że żalu do rodziców już nie czuła. Dziurawy kubek, miski z dyni na pół przeciętej, łyżki z patyków i kieliszki z kartofli wydłubanych – to była ich cała dziecinna zastawa. Stach, choć chłopiec, słuchał się Basi i w dziewczyńskich zabawach chętnie uczestniczył. A gdy już mu się znudziło ustawianie na krzywej desce dyniowych misek i kartoflanych kieliszków, namawiał swoją towarzyszkę, aby dla odmiany w teatr, taki, w jakim nieraz nauczyciel w szkole kazał im występować, się pobawili. I wtedy Basia udawała, że jest Kopciuszkiem, a on królewiczem, który złoty pantofelek na jej brudną bosą nóżkę wkłada, aby sprawdzić, czy jego żoną zostać może. Czasami, kiedy młodsze siostry Basi były grzeczne, Stach się zgadzał, aby na ziemi niczym na widowni zasiadały i oklaskiwały owe występy. Basia często zapominała roli Kopciuszka, ale wtedy od razu zaczynała śpiewać wesołe piosenki i Stach nie potrafił się na nią gniewać, że mu przedstawienie popsuła, tak jej śpiewanie go cieszyło. I w głębi młodziutkiego serca obiecywał sobie, że jak dorośnie, ożeni się z Basią, aby w długie zimowe wieczory wesoło mu śpiewała. Lecz gdy kiedyś matce o swoich chłopięcych marzeniach opowiedział, ta w straszną złość wpadła i na długo mu zabroniła bawić się z Basią, ale dlaczego – tego synowi nie powiedziała.