ZabłądziłamTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rano biorę aż trzy tabletki; dwie chyba nie bardzo pomagają. Z rozsądku wciskam w siebie chleb z masłem i miodem, ale najchętniej nic bym nie jadła, tylko piła herbatę za herbatą. Nie mam jednak siły co chwila wstawać i zaparzać nową, robię sobie więc jedną, w gigantycznym kubku, i idę z powrotem do łóżka. Chce mi się beczeć, ponieważ przez głupią chorobę nie pójdę na ostatni trening.

Przez uchylone drzwi widzę, że mama snuje się po domu, zagląda do mojego pokoju, ale patrzy na mnie niewidzącym wzrokiem. Tata mówi, że to depresja. Czy depresja może trwać cztery lata? Moim zdaniem mama jest obłąkana. Bardzo mało je, tylko pije ogromne ilości wody. Schudła tak bardzo, że w ogóle nie przypomina dawnej siebie. W święta, kiedy jest mi zawsze najtrudniej, przeglądam stare zdjęcia. Kaja w wózku, Kaja na kocyku. Kaja pchająca wózek, z którego wygląda moja dziecięca buzia. I mama — wspaniała, uśmiechnięta, zgrabna — szczupła, ale z piersiami i pupą.

Teraz jest chuda i jakby pozbawiona płci. Ma szarą skórę, zapadnięte oczy, brzydką, zaciętą twarz. Prawie się nie odzywa, czasem tylko płacze, ale nie tak normalnie, ze łzami i szlochem, tylko wyje jak zwierzę. Tata mi o tym nie mówi, ale wiem, że gdy ma atak takiego płaczu, zdarza jej się robić pod siebie. Przeważnie leży w pozycji embrionalnej i patrzy w ścianę. Albo śpi. Są takie dni, kiedy nie reaguje ani na mnie, ani na tatę. Ale na ogół jest posłuszna — gdy się jej każe iść do łazienki, wstaje i idzie, jak automat. Myje się i wraca do łóżka. Rzadko miewa lepsze dni, kiedy umie wszystko zrobić wokół siebie. Taka jest moja matka.

Po tabletkach i wielkim kubku herbaty zasypiam wreszcie mocnym snem. Kiedy się budzę, widzę obok łóżka inny kubek, mniejszy. Unosi się z niego para. Obserwuję ją przez chwilę pod światło — ktoś odsłonił zasłony i do pokoju zagląda słońce. Pachnie cytryną. Tata musiał wrócić, myślę. Obok kubka leży nowe opakowanie paracetamolu.

Słyszę szept i odwracam głowę. To Alek. Siedzi przy biurku i patrzy na mnie. W ręce trzyma telefon.

— Lepiej? — powtarza, nadal szeptem.

— Lepiej — odpowiadam. — Co tu robisz?

— Mateusz przekazał mi, że jesteś chora. Pomyślałem, że może nie ma ci kto zrobić herbaty.

Z wysiłkiem kojarzę, że Mateusz to imię Pegaza.

— Wpisałem do twojej komórki mój numer — dodaje Alek. — Sam też sobie wpisałem twój. Pamiętaj, od teraz pisz do mnie, nie do niego. Jestem najbardziej zazdrosnym człowiekiem na świecie.

Śmieję się. Ciekawa jestem, czy w tych wygłupach jest choć ziarenko prawdy. Chciałabym, żeby było.

— Jak tu wszedłeś? — pytam, bo przecież mama nie mogła go wpuścić.

— Pukałem i dzwoniłem, nikt nie otwierał. Ale drzwi były otwarte, więc się wprosiłem. Twoja mama leży w salonie, chyba śpi. Wołałem, ale nikt nie przyszedł, w końcu znalazłem cię tutaj. Zajrzałem do kuchni, zrobiłem herbatę. Potem jeszcze skoczyłem do sklepu po cytrynę i tabletki, bo te, które tu leżały, miały chyba ze trzy lata.

— Pewnie nawet cztery.

Śmieję się, ale w jednej chwili poważnieję, kiedy uświadamiam sobie, że rzeczywiście mogły to być tabletki kupione jeszcze za życia Kai.

Tak, dokładnie tak to wygląda. Wraz z moją siostrą odeszły z tego domu troska i ciepło. To dziwne, ponieważ ona sama nie była szczególnie opiekuńcza, ciepła ani dobra. Była zwyczajną, pogodną dziewczyną. Nie wiem, czy bardzo kochała rodziców, czy dbała o nich. Pewnie tak, w końcu wszyscy kochają rodziców, prawda? Wiem natomiast, że nie dbała o mnie. Do tego stopnia, że guzik ją obchodziło, co się ze mną stanie po tym, jak znajdę ją w wannie pełnej krwi.

Alek przygląda mi się w milczeniu. Przychodzi mi do głowy, że kompletnie nie znam tego chłopaka. Wydawał mi się taki zadziorny, jakiś zachłanny na życie. Imprezowicz, zawsze szukający okazji do zabawy, pierwszy do tego, by się upić, ponabijać z kogoś, poderwać dziewczynę — tak o nim myślałam. Mimo to zakochałam się w nim, jakby na przekór tej fatalnej opinii.

Tymczasem on okazuje się kimś zupełnie innym. Jest opiekuńczy, wrażliwy, nawet delikatny. Od tamtej chwili, gdy spotkały się nasze palce — przypadkiem? nie przypadkiem? — wszystko jest inaczej. Jakby miał w dłoniach gorące, rozdygotane serce i dawał mi je, i mówił: „zrób ze mną, co chcesz”.

Nie mogę jeszcze przywyknąć do myśli, że mu na mnie zależy. Że jesteśmy parą i od teraz powinnam mu powierzać wszystkie moje lęki i koszmary. No, może nie wszystkie. Ale szczerość w naszym przypadku będzie pewnie warunkiem sukcesu.

Coś mi się przypomina:

— Dlaczego powiedziałeś, że wszystko się kończy?

— Co takiego?

— Wtedy, na pomoście. Powiedziałeś, że tak długo nie zwracałam na ciebie uwagi, dopiero teraz, gdy wszystko się kończy. Co się kończy?

Pochyla głowę, milczy przez chwilę. Teraz rozumiem, dlaczego ludzi wkurza, gdy ja milczę. Bo milczenie potrafi irytować, jest w nim lekceważenie, a przynajmniej tak to można odebrać. Na szczęście Alek zaczyna mówić:

— Mam taką umowę z ojcem. Kiedy skończę osiemnaście lat, muszę jechać do niego do Holandii.

— Ale przecież masz szesnaście lat. — Kompletnie nie rozumiem tego, co mówi.

Kręci przecząco głową, nie patrzy na mnie.

— Nie, wkrótce skończę osiemnaście. To długa historia. Straciłem dwa lata, dlatego dopiero teraz kończę gimnazjum. Opowiem ci, ale nie dziś, dobrze?

Mówi to z wysiłkiem. Domyślam się, dlaczego „stracił” te dwa lata i dlaczego trudno mu się do tego przyznać. Nasze rozmowy chyba w ogóle nie będą łatwe.

Wyciągam rękę, chciałabym mu jakoś pomóc. Jest strasznie smutny, zgaszony. Zniknął gdzieś beztroski lekkoduch. Tak jak prosiłam, zdjął maskę i już nie udaje.

Podnosi się z krzesła i siada na podłodze obok łóżka. Bierze moją dłoń i delikatnie wodzi palcem po jej wnętrzu. Nie o to mi chodziło, chciałam po prostu go uścisnąć, dodać mu otuchy, ale postanawiam wytrzymać. Początkowo jestem bardzo spięta, potem rozluźniam się trochę. Taki dotyk wcale nie jest nieprzyjemny.

— To jest linia życia — mówi i sunie palcem po zakrzywionej linii. — Długa, wyraźna. Śliczna.

— Znasz się na tym?

— Oczywiście.

Jestem pewna, że sobie żartuje, ale twarz ma bardzo poważną.

— Tu mamy linię głowy. Nieźle. Teraz wiem, skąd takie dobre wyniki egzaminu. Sto procent, bardzo ładnie.

A więc wie, jak mi poszło. Ja też znam jego wyniki — Kaśka mi powiedziała, że Alek wypadł bardzo dobrze. Zwłaszcza z przedmiotów ścisłych i angielskiego. Jakie to zabawne, że przez tyle czasu krążyliśmy wokół siebie jak jakieś ślepe ćmy.

— A tu linia serca. Czysta, równa. Nie rozgałęzia się, a to oznacza, że przez całe życie będziesz kochać tylko jednego chłopaka.

Pochyla się i muska ustami środek mojej dłoni. Drętwieję, nie chcę, aby mnie całował. Tymczasem on przesuwa palec w stronę mojego nadgarstka.

— Jedna, dwie, trzy — mruczy. — Trzy linie na nadgarstku. To znaczy, że będziesz miała trzy grubiutkie, rumiane bobasy.

Śmiejemy się oboje. W jakiś sposób wyczuł, że nie chcę, aby mi tak robił. Wolę, gdy się wygłupia, gdy żartuje. Nie jestem gotowa na nic więcej.

Rozdział
PIĄTY

Alek siedzi u mnie jeszcze koło godziny, potem musi iść. Przyszedł tu prosto ze szkoły, a w domu czeka Nuka.

— Pewnie już nasikała — mówi. — Nie mogę jej zostawiać na tak długo, tylko w nocy wytrzymuje dłużej niż osiem godzin.

Najchętniej poszłabym razem z nim, ale czuję się fatalnie. Znowu zwijam się w kłębuszek i naciągam na siebie kołdrę.

— To grypa czy angina? — pyta Alek. — Co powiedział lekarz?

Nie chcę mu mówić, że nie byłam u lekarza. Nie chodzę do lekarza, nigdy. No dobrze, byłam ostatnio w maju, na bilansie szesnastolatka. To była moja pierwsza od czterech lat wizyta u naszej pani doktor.

„Nasza” pani doktor to doktor Wanda. Odkąd pamiętam, zajmowała się Kają i mną, leczyła także rodziców. Obie z Kajką byłyśmy bardzo zdrowymi dziećmi, ale musiałyśmy się pokazywać na jakichś szczepieniach, wizytach kontrolnych, bilansach. Zawsze wtedy myślałam, że doktor Wanda należy do naszej rodziny, jest ciocią czy kimś takim. Ale po śmierci Kai przestałam chodzić do lekarza, tata także nie choruje. Mama owszem, jest chora, ale to robota dla innego specjalisty.

Na tym bilansie w maju pani doktor w pierwszej chwili zbladła, gdy mnie zobaczyła. Miała dziwny wyraz twarzy. Badała mnie w milczeniu. Dopiero gdy od niej wyszłam, uświadomiłam sobie dlaczego. Bo ja teraz wyglądam jak Kajka tuż przed śmiercią. Miała przecież szesnaście lat. Biedna doktor Wanda musiała przeżyć szok, pewnie jej się wydawało, że widzi ducha.

— Zwykłe przeziębienie — odpowiadam Alkowi.

Wiem, jak odróżnić grypę od anginy. Kaja chciała zostać lekarzem, oczywiście jeszcze przed tym, jak zaczęły się z nią dziać dziwne rzeczy. Mnóstwo czytała, prenumerowała nawet jakieś czasopisma o zdrowiu. Była piekielnie zdolna, mama mówiła, że ma szanse dostać się na medycynę. Niewiele z tego rozumiałam, ale chyba nawet została laureatką jakiejś olimpiady przyrodniczej. Tak czy owak, musiałam się z nią bawić w lekarza. Byłam pacjentką — pukałam, wchodziłam do pokoju, ona sadzała mnie na tapczanie i pytała o objawy. Czasami wymyślałam coś głupiego i ją wkurzałam, na przykład: „Pani doktor, włosy mi rosną do środka głowy”. Ale kiedy chciałam jej sprawić przyjemność, odgrywałam swoją rolę z całkowitą powagą. Z tamtych zabaw pamiętam, że przy grypie łamie w kościach, bolą mięśnie i występuje gorączka, ale na przykład katar — rzadko. Przy anginie gorączka też jest wysoka, do tego powiększone migdały, a na nich biały nalot, jakby pleśń, tylko w postaci kropek. Moja „pani doktor Kaja” nazywała to „nalotami” i zawsze pouczała, że anginę trzeba leczyć antybiotykami, ale grypy — nie należy. Mówiła też: „Nieleczona angina to ryzyko gorączki reumatycznej. A gorączka reumatyczna liże stawy, kąsa serce”. Nie rozumiałam jej, po dziecinnemu wyobrażałam sobie tę gorączkę reumatyczną jako jakiegoś potwora o lisim pysku i ostrych zębach.

 

Miała naprawdę sporą wiedzę. Szkoda, że tak mało wiedziała o samej sobie.

Alek musi już iść. Przedtem dotyka moich włosów. Chyba naprawdę je lubi. Przez chwilę boję się, że zechce mnie pocałować, ale na szczęście tego nie robi.

Po jego wyjściu zastanawiam się, jak by to było. Czy pocałunki są przyjemne? Sądząc po tym, jak często ludzie się całują, przynajmniej w filmach, chyba tak. Jednak patrząc z boku… czuję obrzydzenie. To musi być ohydne. Mokre. Śliskie. Zdecydowanie nie mam ochoty próbować.

Jeśli chodzi o bliskość, wystarczyłoby mi przytulanie. To nie jest tak, że nie mam ochoty na kontakt fizyczny. Pewnie, że tego potrzebuję, chyba każdy potrzebuje. Mam ochotę się wtulić, tak z całej siły, w kogoś, komu mogę zaufać. Kto nie zdradzi mnie tak jak Kaja. Chciałabym pozostać w tej pozycji wiele, wiele godzin, aż spłynie ze mnie cały gniew, bunt, cały ten cholerny, wielotonowy smutek. Gdybym miała psa, spałabym z nim, przytulona do ciepłego pyska. Pewnie wtedy byłabym normalna.

Kiedy tylko poczuję się lepiej, odwiedzę Alka i będę bez przerwy głaskać Nukę. Wtulę w nią twarz. Tak właśnie zrobię. Może nawet się rozbeczę, ale tak jak zawsze, bez łez, żeby Alek nie widział, co się dzieje. Wypłaczę myśl o tym, że on musi wyjechać akurat teraz; że wszystko, co się właśnie zaczęło, od razu się kończy; że nie dowiem się nawet, czy udałoby mi się z kimś związać, czy umiem zwyczajnie z nim być, rozmawiać i się śmiać — tak jak robią inni. Bo przecież zanim naprawdę się do siebie zbliżymy, przyjdzie nam się pożegnać. Instynkt podpowiada mi, żeby nie wchodzić w to wszystko, tylko uciekać, gdzie pieprz rośnie. Ale jednocześnie doskonale wiem, że tego nie zrobię. Jak ćma lecę prosto w ogień. Myśląc o tym, zasypiam.

Kolejny dzień przynosi mi ulgę, czuję się trochę lepiej. Alek się nie pojawia, a ja nie dzwonię, bo nie wiem, co miałabym mu powiedzieć. Biorę się za sprzątanie. Dom jest brudny, w kątach turlają się kłębki kurzu. Sięgając do spiżarki po miotłę, znajduję kartkę od taty przyczepioną na zamrażarce:

Majka, muszę wyjechać do Berlina na kilka dni. Widocznie nie masz tam zasięgu, bo nie mogę się dodzwonić, ale dzisiaj wracasz, więc jakoś damy radę. Zajmij się mamą. W zamrażarce masz schabowe i brokuły.

Rzeczywiście, na biwaku mogłam nie mieć zasięgu. Nawet mi do głowy nie przyszło, żeby zadzwonić do taty, dlatego nie miałam o tym pojęcia. On z kolei pomyślał chyba, że pierwszą rzeczą, jaką zechcę zrobić po powrocie, będzie sprzątanie — dlatego zostawił mi wiadomość w spiżarce, gdzie trzymamy miotłę, szufelkę i mopa. Naiwny tatuś.

Tak naprawdę sprzątam, ponieważ w jakiś sposób to trzyma wszystko w dawnej formie. Kiedyś nasz dom był ładny. Czysty, ciepły. Gdybym przestała sprzątać, palić w piecu (latem robię to tylko od czasu do czasu, w końcu nie muszę codziennie myć się w ciepłej wodzie), robić zakupy i podgrzewać jedzenie, a czasem nawet coś gotować, to by znaczyło, że się poddałam, że zgodziłam się na to, co zafundowała nam moja popaprana siostrzyczka. I na równie popapraną reakcję mojej mamy. A ja się na to nie chcę zgodzić.

Dobrze, posprzątam, tak jak spodziewał się tata. Rozmrożę i odsmażę kotlety schabowe, ugotuję brokuły i nawet okraszę je bułką tartą, tak jak lubię, jak wszyscy lubimy. Właściwie lubiliśmy, bo teraz to już nie wiem, co kto lubi. W tym domu nie rozmawia się o jedzeniu. W tym domu już prawie wcale się nie rozmawia. I jeszcze — dobrze, tak jak chce tata, zajmę się mamą.

Sprzątam więc, gotuję, a potem sadzam mamę na sofie i karmię. Pewnie nic nie jadła przez ten czas, kiedy leżałam chora. Tylko piła tę swoją wodę. Mama reaguje na mój głos, chyba wie, że nie ma taty i ja go teraz zastępuję. Siada, jak jej każę. Mówię:

— Weź widelec.

Tym razem nie reaguje. Dobrze, sama biorę ten cholerny widelec i nabijam kawałek mięsa. Dotykam jej ust. Otwiera je. Na górnej wardze ma okruszki panierki. Nie oblizuje ich. Mnie aż swędzi od tego widoku, natychmiast bym to zlizała, a ona ani drgnie. W tym momencie, tak wyraźnie jak nigdy przedtem, dociera do mnie, jak bardzo jest jej wszystko jedno. Niespodziewanie zaczynam płakać. Chyba wylewa się ze mnie napięcie związane z Alkiem, a może też trochę to, że jestem chora i ktoś się powinien teraz mną zajmować. Najpierw tylko lekko pochlipuję, ale potem zaczynam szlochać, tym razem tak naprawdę, ze łzami, z tym wszystkim, co powinno się zawierać w porządnym, oczyszczającym płaczu. Nagle mama spogląda na mnie, wyciąga rękę i lekko dotyka mojej twarzy. Przez chwilę ma przytomne oczy i w tych oczach jest niebosiężny smutek. Natychmiast nieruchomieję, chcę zatrzymać ten moment. To wystarcza. Oczy mamy znowu stają się nieobecne, przypominają oczy pijaka.

Karmię ją cierpliwie, później prowadzę do łazienki, następnie do pokoju. Kładę ją do łóżka, potem sprzątam dalej. Gdy dom lśni już czystością, padam jak kłoda na tapczan. Czuję się fatalnie, biorę kolejne tabletki przeciwgorączkowe. Nie mogę zasnąć. Zobaczyłam dziś — i poczułam także — moją mamę. Trwało to chwilę, ale wystarczyło, żebym zrozumiała, że ona żyje. Nie umarła wraz z Kajką. Tylko jest zamknięta w jakimś cholernym więzieniu. Dlaczego? Co mogę zrobić, żeby ją stamtąd wydostać? Nie mam pojęcia. Ale teraz przynajmniej wiem, że nadal mam matkę. Przez ostatnie cztery lata nie byłam tego pewna.

Gdy nadchodzi weekend, czuję się już całkiem nieźle. W piątek wieczorem wraca tata. Jest nieogolony, nieświeży, widać, że to był ciężki czas również dla niego. Zawstydzam się na myśl, że podejrzewałam go o ucieczki z domu do jakiejś lafiryndy.

Alek już mnie nie odwiedza, ale codziennie dostaję od niego wiadomości. Pisze, co było w szkole („koszmarne nudy”), że Nuka ma rozwolnienie i pięć razy musiał ją w nocy wypuszczać do ogrodu, dlatego następnego dnia nie poszedł do szkoły, bo raz — zasypiał na siedząco, a dwa — nie chciał mieć płynnego gówienka na dywanie. Odpisuję mu krótko, tak samo jak mówię. W piątek pisze: „Przyjdziesz jutro?”, a ponieważ tata już wrócił i zajmie się mamą, odpisuję: „Tak”, chociaż mam tremę.

Nie wiem, jak się ubrać. Sobota jest słoneczna, gorąca. Powinnam włożyć na siebie jak najmniej, aby nie pocić się jak mysz. Jednak pójście do Alka w skąpym ubraniu wydaje mi się prowokujące, tym bardziej że przecież nie chcę, aby myślał o mnie w „ten” sposób.

Z drugiej strony chciałabym, żeby między nami było naturalnie. A to oznacza, że nie chcę się zastanawiać, w co się ubrać i jak wyglądam, czy prostować włosy, czy zacząć się malować. Pewnie to nienormalne, ale nie potrzebuję mieć chłopaka w tym znaczeniu, w jakim określenie to rozumieją moje koleżanki. Chcę po prostu mieć kogoś swojego. Mieć kogoś i być z kimś, nie musieć niczego ukrywać ani nikogo udawać.

Ostatecznie decyduję się na sukienkę. Tak naprawdę to kiecka mamy, ale ona od kilku lat chodzi tylko w dresie. Gdybym jej tego dresu nie prała, to pewnie byłby już sztywny. Sukienka jest fajna, nie żadna tam fikuśna, tylko taka militarna, trochę jak jasny mundur. Dobra na upał, bez rękawów, krótka, z bawełny. Mama nazywała ją „safari”, nosiła do niej słomkowy kapelusz z szerokim rondem i skórzany pasek. W ogóle moja mama była kiedyś niezłą laską. Pasek znajduję w szafie, mam też japonki z rzemyków, pasują. Włosy jak zwykle prostuję, nie znoszę tych loków. Ponieważ jest gorąco, robię sobie koński ogon. Żadnej biżuterii, żadnego makijażu. Tak jest dobrze.

Alek przysyła wiadomość: „Nie mogę się ciebie doczekać”. Jestem trochę zdenerwowana, czuję się jak przed wizytą u dentysty. Mam podjechać cztery przystanki szóstką i wysiąść przy aptece „Witamina”. Naprzeciwko zobaczę żółty dom z balkonikiem. Znak rozpoznawczy: puste skrzynki na kwiaty. Wszyscy inni mają pelargonie, tylko tutaj nic nie rośnie. Alek śmiał się, kiedy o tym mówił, ale wiem, że to jest równie śmieszne, jak brak lekarstw u mnie w domu. To znak, że wszystko powoli umiera.

Otwieram furtkę i idę ścieżką przez ogródek. Zaskakuje mnie to, że jest w nim tak ładnie. Rośliny są zadbane, przycięte, kwitną jakieś czerwone kwiaty.

Kiedy podchodzę do drzwi, otwierają się, zanim zdążę zapukać. Alek odsuwa się bez słowa, a ja wchodzę. Od razu wita mnie ciepły, szeroki łeb Nuki. Klękam i wtulam się w nią. Macha ogonem tak mocno, że uderza nim o futrynę. Podnoszę głowę i widzę, że Alek przygląda się nam w milczeniu. Uśmiecha się, ale jakoś smutno, jakby myślał sobie, że fajnie być psem. Wstaję więc i niepewnie wyciągam do niego ręce, a on równie niepewnie mnie przytula. Lekko, jakby bał się mnie spłoszyć albo nie wiedział, jak to się robi. Bo chyba nie wie. Chyba nigdy nie przytulał tak dziewczyny. Wtedy, na biwaku, gdy wtulił twarz w moją szyję, to pewnie także był pierwszy, nieporadny raz, kiedy próbował kogoś pocałować. Musiałam go wystraszyć tą moją ucieczką.

To dobrze. Będziemy się wszystkiego uczyć razem. Tymczasem stoimy tak przez jakiś czas, niepewni i wzruszeni, a potem bez słowa idziemy do salonu. To niesamowite, że Alek mieszka sam w takim dużym domu. Pokój ma wielkie, nieco przybrudzone okna, które wychodzą na ogród. Są tam wyrośnięte iglaki i trawa, równiutko przystrzyżona jak na boisku. Za iglakami widzę zniszczoną szklarnię z powybijanymi szybkami.

W pokoju jest mnóstwo książek i niemiłosiernie zakurzony telewizor. I jeszcze zatrzęsienie roślin doniczkowych. Są zadbane, nie tak jak moje. Mam tylko dwa storczyki, które na przemian zdychają z braku wody i odżywają, gdy sobie o nich przypomnę.

W rogu stoi szara narożna kanapa. Siadam na niej, a Alek, chyba trochę zdenerwowany, idzie do kuchni po coś do picia.

— Zimnego piwa?! — woła. — Czy soku?!

Zaglądam do kuchni.

— Przecież wiesz, że nie piję piwa — mówię cicho.

Odwraca się i patrzy na mnie poważnie.

— Wiem — potwierdza. — Ale nie wiem dlaczego.

— Musi być jakieś „dlaczego”?

Śmiesznie przechyla głowę i przygląda mi się.

— Ludzie zazwyczaj podają powód, kiedy zachowują się inaczej niż wszyscy. Jak ktoś nie je mięsa, to mówi, że kocha zwierzęta. Albo że mięso jest toksyczne. Wiesz, o co mi chodzi.

— Dobrze. Kocham zwierzęta i piwo jest toksyczne. W porządku?

Śmieje się. Ma te swoje dołeczki w policzkach i nie mogę od niego oderwać wzroku.

— Czyli dla ciebie sok?

— Tak, może być pomarańczowy — mówię, bo widzę karton obok lodówki.

Nalewa soku do wysokiej szklanki, potem wrzuca do niej kostki lodu z miseczki, którą wyciągnął z zamrażarki. Przez chwilę chyba się waha, czy nalać sobie piwa, ale rezygnuje i też wybiera sok. To dobrze. Wolę, żeby miał zupełnie jasny umysł, gdy będziemy rozmawiać. Chcę mu dziś wszystko wyjaśnić i liczę na to, że i on opowie mi o sobie.

Każde z nas bierze szklankę i idziemy z powrotem do wielkiego salonu. Siadamy twarzami do siebie, blisko, ale nie na tyle blisko, aby się dotykać. Przez chwilę jest cicho i to nie jest dobra cisza, tylko taka niezręczna, ale już po chwili zaczynam mówić. Od tak dawna nie mówiłam, nie układałam długich zdań. A teraz wylewają się ze mnie w zupełnie naturalny sposób.

— Przepraszam za to na biwaku. Że wtedy uciekłam.

Widzę, że nie wie, o co mi chodzi, więc wyjaśniam.

— Wtedy po podchodach, gdy mnie przytuliłeś. Uciekłam, bo… dotyk to nie jest coś, w czym czuję się pewnie. To głupio brzmi, wiem. Nie da się tego wyjaśnić, chyba że…

Milknę. Patrzy na mnie uważnie, potem postanawia mi pomóc.

— Chyba że co?

— Chyba że opowiem ci o mojej siostrze.

— Masz siostrę? — pyta. — I co z nią?

Widzę, że nie jest przygotowany na to, co za chwilę usłyszy. Może i nie znam się na ludziach, ale jeśli jest choć trochę taki, jak myślę, jeśli stał się po tym wszystkim chociaż troszkę podobny do mnie, to moje słowa nim wstrząsną. Dlatego zwalniam, milknę, chcę jeszcze przez chwilę oglądać Alka beztroskiego, uśmiechniętego i swobodnego. Za moment to wszystko zniknie i zostanie człowiek pozbawiony maski, którą sobie przez kilka lat pomalutku sklejał i którą zakłada, ilekroć nie jest sam. A może nosi ją nawet w samotności?

— Powiesz wreszcie? — pyta i wyciąga rękę, po czym delikatnie zakłada mi za ucho kosmyk, który wymknął się z końskiego ogona.

— Moja siostra — wpatruję się w niego, jakby to miało mi pomóc wyrzucić z siebie te słowa — cztery lata temu popełniła samobójstwo.

 

Miałam rację. Blednie, odstawia szklankę. Patrzy na mnie, a jego oczy robią się zupełnie okrągłe.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?