ZabłądziłamTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział
TRZECI

Kiedy się budzę, przypominam sobie wczorajszy gniew trenera. Jeśli wszyscy już wstali, może mnie czekać awantura za to, że oddaliłam się bez pozwolenia. Biegnę więc na kemping, układając w myślach przeprosiny i wyjaśnienia. Na szczęście nic się nie dzieje. Wstał tylko trener i drugi opiekun, obaj siedzą na drewnianej ławie i piją kawę. Podchodzę, witam się i siadam obok.

— Czekamy na śniadanie — wyjaśnia trener. — Zaraz przywiozą. Gdzie byłaś?

— Przeszłam się nad jezioro. Nie mogłam spać.

— Widzę, że z ciebie taki sam ranny ptaszek jak ze mnie — żartuje.

Alek wciąż śpi przykryty moim śpiworem. Muszę umyć głowę. Po wczorajszym pływaniu mam bardzo skręcone i poplątane włosy. Oczywiście nie zabrałam prostownicy, dlatego teraz cierpliwie rozczesuję je grzebieniem, żeby choć trochę pozbyć się tych okropnych loków. Siadam na słońcu, w ten sposób szybciej wyschną.

Pasmo po paśmie czeszę, naciągam — w końcu zaczynają wyglądać normalnie. Nagle się odwracam, ponieważ czuję, że ktoś mi się przygląda. To Alek. Obudził się i teraz patrzy na mnie. Nie odwraca wzroku, ja także wytrzymuję. Próbuję powiedzieć mu tym spojrzeniem: „Nie, nie czytam w twoich myślach”. Co on próbuje mi powiedzieć? Nie wiem. A bardzo chciałabym wiedzieć. W końcu poddaję się i uciekam wzrokiem.

Po śniadaniu trener wymyśla zabawę w podchody. Oboje z Alkiem zostajemy przydzieleni do grupy szukających. Musimy odczekać pół godziny, żeby dać uciekającym czas na oddalenie się i pozostawienie nam wskazówek. Nie podchodzę do niego, on nie podchodzi do mnie. Siedzi w grupie chłopaków, ja — sama przed namiotem. A jednak w jakiś sposób czuję, że jesteśmy razem, ponieważ nasze spojrzenia co chwila o siebie zahaczają. Pierwszy raz doświadczam czegoś takiego. Jakby jego oczy były magnesami, które przyciągają moje. Nie potrafię się temu oprzeć, zerkam na niego, przytrzymuję jego wzrok… a może to on przytrzymuje mój? Pewnie mam straszne rumieńce, bo twarz pali mnie, choć siedzę w cieniu. Jestem tak podekscytowana, że trudno mi oddychać. W końcu nie mogę znieść napięcia, wczołguję się do namiotu. Leżę tam, wpatrując się w zielony płócienny sufit. W pewnym momencie słyszę, że ktoś idzie w moją stronę. Zatrzymuje się tuż przy namiocie, a potem słyszę, jak przeciąga dłonią po tropiku, jakby go głaskał. Domyślam się, kto to jest, ale nie mam pewności — i to dodaje tylko smaku całemu zdarzeniu. Może to przypadek, może ktoś tędy przechodził, zachwiał się, stracił równowagę — i dlatego dotknął mojego namiotu? Ale równie dobrze mógł to być Alek. Może dotknął go celowo? Dlaczego? Bo chciałby dotknąć mnie?

Ta myśl znowu sprawia, że wpadam w popłoch. Dotyk jest równie niebezpieczny jak seks. Właściwie sam dotyk to już seks. Coś brudnego, wstrętnego. Seks nie jest dobry.

Nigdy dotąd nie myślałam o tym, że kocham się w Alku zupełnie platonicznie. Podoba mi się. Przyjemnie się na niego patrzy, zwłaszcza gdy się porusza, szczególnie na boisku. Jednak nigdy nie marzyłam o pocałunku, dotyku, przytulaniu. Co więcej — wcale tego nie chcę. I dopiero teraz uświadamiam sobie, że to może być problem. Że jeżeli jest tak, jak sądzę, jeśli mu się podobam i może nawet — po raz pierwszy tak odważnie o tym myślę — mógłby się we mnie zakochać, to przecież będzie chciał mnie pocałować. Co mu wtedy powiem? Jak się zachowam? Ucieknę? Rozbeczę się?

Nie rozumiem, dlaczego to musi następować tak szybko. Czy nie powinno być tak, że dwoje ludzi poznaje się i zaprzyjaźnia, a gdy już wiedzą, że mogą sobie zaufać i mówią sobie absolutnie wszystko, wywalają z siebie wszystkie lęki, nadzieje i pragnienia — dopiero wtedy zakochują się w sobie?

Pewnie tak właśnie powinno być. A tymczasem jest zupełnie inaczej. Poczułam to, gdy opuszki palców Alka dotknęły moich na te kilka sekund. Od tamtej chwili wszystko nabrało nowego znaczenia, każde nasze spojrzenie jest jak naelektryzowane i po prostu wiem, że w pewnym momencie coś się między nami wydarzy.

Kiedyś zastanawiałam się, jak to jest, że chłopak i dziewczyna stają się parą. Skąd wiedzą, że już coś ich łączy? Umawiają się, że od tej chwili są razem? Raz, dwa, trzy — odtąd ze sobą chodzimy? Następuje coś w rodzaju oświadczyn? Kiedy zapytałam o to Kaję, roześmiała się. „Przyjdzie czas, że będziesz wiedziała — odparła. — A ty wiesz? — zapytałam, ponieważ byłam zazdrosna o wszystko, czego Kaja doświadczała beze mnie. — Wiem — powiedziała, a po chwili dodała: — Myślę, że znacznie trudniej jest zauważyć, kiedy wszystko zaczyna się kończyć”. Ale nie chciała wyjaśnić, o co jej dokładnie chodziło, chociaż bardzo ją prosiłam.

Słyszę, że chłopcy z grupy szukających zbierają się do wyjścia.

— Idziesz? — rozlega się głos Alka i poznaję po jego tonie, że mówi do mnie.

Wypełzam z namiotu. Stoi nieopodal i patrzy. Spuszczam wzrok i wymijam go tak, aby nie dotknąć jego ramienia. Odwracam się i spoglądam na jego plecy. Dopiero po chwili rusza za mną.

Udajemy się w kierunku wskazanym wcześniej przez trenera. Idę przodem wraz z dwoma starszymi chłopakami. Czuję na sobie wzrok Alka, ale się nie oglądam. Chłopcy rozmawiają głośno, nie koncentrują się na zadaniu. Nikt poza mną nie zauważa strzałki z szyszek. Zatrzymuję się i wskazuję kierunek.

— Jesteś harcerką czy co? — słyszę obok siebie śmiech Alka.

— Nie. Ale to są podchody — mówię. — Polegają na szukaniu znaków.

Przestaje się śmiać, myśli przez chwilę.

— Zawsze wszystko traktujesz tak serio? — pyta w końcu.

Zerkam na niego badawczo. Nie kpi. Naprawdę pyta. Nie wiem, co odpowiedzieć. Czy wszystko traktuję serio? Może tak. Może właśnie dlatego mój świat jest taki cholernie smutny.

Po kolejnych kilkudziesięciu metrach znajdujemy kawałek niebieskiej tkaniny na gałązce.

— To znak? — pyta jeden z chłopaków i patrzy na mnie.

Chyba uznali mnie za specjalistkę od podchodów. Biorę szmatkę do ręki, udaję, że się zastanawiam. Potem mówię z powagą:

— Trzeba iść w kierunku wskazanym przez gałązkę.

Nie mam pojęcia, czy ten strzępek materiału jest znakiem, ale gałąź wskazuje nasz dotychczasowy kierunek, więc i tak byśmy tędy poszli. Mrugam porozumiewawczo do Alka. Uśmiecha się, chyba załapał.

Po jakimś czasie odkrywamy kolejne znaki: strzałki ze źdźbeł trawy, z kwiatków, potem z patyków. Za którymś razem zamiast strzałki na ścieżce widnieje wielki znak zapytania.

— Gdzieś tu się schowali — szepczę. — Muszą być blisko.

Rozglądamy się. Las po lewej stronie to zwykły bór sosnowy, ale z prawej po kilkunastu metrach roślinność się zmienia — robi się liściasto, gęsto, wilgotno. Między liśćmi majaczą wielkie zwalone pnie porośnięte mchem. Założę się, że uciekający leżą za tymi pniami. I są w tej chwili żywcem zjadani przez komary. Szeptem dzielę się moimi podejrzeniami z chłopakami.

— Nie patrzcie w tamtą stronę. Zrobimy im kawał. Obejdziemy ten lasek dokoła i zajdziemy ich od tyłu — wyjaśniam.

Cieszą się jak dzieci. Przez chwilę rozmawiamy sztucznie podniesionymi głosami, tak, aby nas słyszano. Stwierdzamy, że trzeba iść dalej prosto, skoro nie zostawili strzałki. Potem biegniemy truchtem dalej, starannie unikając patrzenia na pnie. Bawię się równie dobrze jak chłopcy. Całe szczęście, że wciąż mam w sobie tę dziecięcą beztroskę, nawet jeśli na co dzień o niej zapominam.

Wreszcie jesteśmy na tyle daleko, że możemy zawrócić. Zataczamy łuk i wchodzimy w las. Poruszamy się jak najciszej. W końcu zaczynamy dostrzegać w trawie skulone sylwetki uciekających. Trener ukrył się za zwalonym korzeniem, pewnie coś go właśnie gryzie, bo rozpaczliwie macha ręką. Oglądam się na Alka. Jest poważny, zamyślony. Inni chłopcy zatrzymują się, o czymś cicho rozmawiają. Potem kiwają do mnie głowami, jeden z nich szepcze:

— Na trzy.

Ktoś odlicza i nagle wszyscy hurmem wypadamy na chowających się i pokąsanych nieszczęśników. Rozlega się śmiech, trener klnie żartobliwie, uciekający wstają z trawy z wyraźną ulgą.

Patrzę na Alka. Nie bierze udziału w całym tym zamieszaniu, przygląda mi się.

— Jednak umiesz się bawić — stwierdza.

— Umiem.

— I mówić pełnymi zdaniami też umiesz.

Nie odpowiadam. Uświadamiam sobie, że od kilku lat nie wypowiedziałam tak wielu słów jak dziś, podczas tej zabawy w szukanie.

Wracamy razem — grupy się wymieszały, wszyscy opowiadają sobie o przebiegu podchodów: kto gdzie się schował, kto jak szukał. Idę na końcu, obok mnie w milczeniu kroczy Alek. Znowu czuję tę cichą radość. Spełnia się właśnie coś, o czym marzyłam od dwóch lat. Chciałam na niego patrzeć, być blisko — nawet nie śniło mi się, że będzie mi towarzyszył, przyglądał się, próbował mnie poznać.

Idziemy powoli, dlatego dystans między grupą a nami stopniowo się zwiększa. Wiem, że nie możemy stracić ich z oczu, nie chcę więcej kłopotów z trenerem. Ale z drugiej strony domyślam się, że Alek robi to celowo, że chce zostać w tyle, aby porozmawiać. Po tym „rozgadanym” dniu czuję się na siłach, żeby mówić, nie tylko słuchać. Dlatego podobnie jak on zwalniam.

Nagle, gdy reszta na chwilę niknie nam z oczu za zakrętem leśnej drogi, Alek chwyta mnie za łokieć. Zdziwiona odwracam się do niego, a wtedy on przygarnia mnie do siebie i przytula z całej siły, wciska twarz w moją szyję. Nie mam nawet czasu, żeby się zastanowić. Sztywnieję, a potem odpycham go i uciekam, biegnę za grupą, aby skryć się pod skrzydłami trenera, Pegaza i całej reszty.

Tego wieczoru nie wychodzę z namiotu. Jest mi wstyd. Raz za razem analizuję moje zachowanie. Czy dawałam Alkowi do zrozumienia, że jestem w nim zakochana? Czy coś w moich gestach albo słowach dało mu prawo sądzić, że może mnie dotykać, przytulać, całować moją szyję? Wydaje mi się, że nie. Uśmiechnęłam się do niego dzisiaj, mrugnęłam porozumiewawczo. Ale to nie była jakaś erotyczna zachęta, prawda? Przykryłam go nad ranem moim śpiworem. Okej, to sugeruje pewną bliskość. Co jeszcze? Pozwoliłam na dotyk naszych palców. I patrzyłam mu w oczy. Tu jest pies pogrzebany! Teraz pewnie powinnam to odkręcić.

 

Wsłuchuję się we własne uczucia. Nie rozumiem ich. Z jednej strony chcę, żeby Alek był mój. Chcę być blisko, patrzeć na niego. Chcę, żeby patrzył na mnie, żeby się nie gapił na inne dziewczyny. Żeby do mnie mówił. Ja sama nie czuję potrzeby mówienia, ale w porządku, coś tam muszę mu o sobie opowiedzieć, żeby zrozumiał, dlaczego jest ze mną tak… dziwnie.

Z drugiej strony — nie chcę dotyku. Opuszki palców — niech będzie. Ale wilgotny, gorący oddech na mojej szyi był ohydny. Nie mogę nawet myśleć o pocałunku, o bliskości naszych twarzy. To dla mnie odpychające.

Co zrobi Alek z taką dziewczyną jak ja? Miał rację, jestem porąbana, wyobcowana i nieprzystosowana. Pytanie tylko — czy machnie na mnie ręką od razu, czy choć trochę powalczy? Jeśli to drugie, to może jest dla mnie jakaś szansa. Może powoli, krok po kroku, wprowadzi mnie do świata normalnych. Ale jeśli to pierwsze…Zwijam się w kłębek w śpiworze, zakrywam twarz dłońmi. Nawet nie chcę myśleć o tym, co ze mną będzie, jeśli Alek mnie teraz odtrąci.

Przychodzi Ela, próbuje mnie wyciągnąć z namiotu. Mówi, że wszyscy się świetnie bawią, trener poszedł spać, mają piwo. Oczywiście tym bardziej nie wychodzę. Słyszę, że Alek jest podchmielony, mówi nienaturalnie głośno, śmieje się i przekomarza z Iwoną. Usiłuję nie słuchać, o czym rozmawiają, choć on bardzo się stara, aby słyszeli to wszyscy. Ich żarty są niewybredne. Podniesione głosy przywodzą mi na myśl zwierzęta, które szykują się do kopulacji. Tokują. Pewnie przesadzam. Tak, na pewno przesadzam.

Mijają godziny. Do namiotu przychodzi Kaśka, potem Ela. Wypełniają powietrze w namiocie zapachem piwa, szybko zasypiają. Ja nie mogę spać. Wciąż myślę o tym, co narobiłam. On jest po prostu nieszczęśliwy. Taki ma sposób radzenia sobie z nieszczęściem. Przypominam sobie, co myślałam o tamtej imprezie sylwestrowej, o piciu, wygłupach, podrywaniu dziewczyn.

W końcu nie wytrzymuję, wychodzę z namiotu i idę w stronę ogniska. Siedzi tam jakaś grupka, dopijają resztki piwa. Alek śpi z głową na zwiniętym śpiworze Iwony. Rozglądam się i widzę ją wśród tych, którzy wciąż piją. To dobrze.

Siadam po turecku na trawie i zaczynam głaskać Alka po włosach. Sama nie wiem, skąd nagle mam tyle odwagi. Otwiera oczy, jest zdezorientowany.

— Śpij — szepczę. — Muszę się tego nauczyć.

— A ja? — pyta po chwili milczenia.

— Daj mi trochę czasu. Najpierw powinnam ci kilka rzeczy wyjaśnić.

— Zrób to teraz.

Siada, patrzy na mnie wyczekująco. Chwyta moją dłoń, ale cofam ją delikatnie.

— Nie, teraz nie jest dobry moment.

— Kiedy będzie dobry?

Jest smutny. Jest niecierpliwy. Może powinnam mu powiedzieć, że czekałam dwa lata, aby zwrócił na mnie uwagę? A może nie należy mówić takich rzeczy chłopakom? Nie, chyba nie należy. Ostatni raz dotykam jego potarganych włosów.

— Pora spać — mówię miękko. — Pogadamy jutro.

Potem wstaję i odchodzę. Już leżąc w śpiworze, słyszę, jak idzie do swojego namiotu, potyka się o linki, a wreszcie głośno zasuwa zamek błyskawiczny.

W poniedziałek budzę się wyjątkowo późno, za późno, żeby mieć chwilę tylko dla siebie. Zamierzałam przebiec się nad jezioro, dopóki plaża będzie pusta — tymczasem większość biwakowiczów jest już po śniadaniu i z ręcznikami wybiera się nad wodę, tylko nieliczni spóźnialscy, tacy jak ja, grzebią w koszu z pieczywem i robią sobie kanapki. Nigdzie nie widzę Alka.

Dziś ostatni dzień biwaku, jutro wracamy do szkoły. Czekają nas ostatnie dwa tygodnie — wystawianie ocen, a potem snucie się bez sensu po dusznych klasach i udawanie, że lekcje nadal są lekcjami, choć wakacje wiszą w powietrzu. Nie lubię końca roku szkolnego i mogłabym po prostu wagarować — jednak żal mi każdej chwili, bo to ostatnia szansa, żeby napatrzeć się na Alka przed dwumiesięczną przerwą.

Ciekawe, czy od września trafimy do jednej klasy. Mam niezłe wyniki z egzaminu gimnazjalnego, rozszerzony angielski napisałam na sto procent, dobrze też wypadłam w części humanistycznej. Złożyłam podanie do klasy ogólnej z dodatkowym angielskim. Nie wiem jednak, jaką klasę on wybrał. Nie mam nawet pojęcia, czy zamierza iść do naszego liceum.

Kończę śniadanie i gnam nad jezioro. Najpierw długo wygrzewam się na słońcu, a potem idę popływać. Schładzam ciało wodą i powoli się zanurzam. Lubię ten moment, gdy zimna woda na kilka sekund odbiera mi oddech. Czasami, ale tylko czasami, zastanawiam się, jak by to było, gdybym nie zaczęła oddychać. Gdybym osunęła się bez tchu i po prostu odpłynęła. Włosy utworzyłyby wokół mojej głowy splątaną koronę, tak jak wokół głowy Kai. Tylko woda nie byłaby czerwona.

Zdążyłam się przekonać, że trener lubi czuć się ważny, dlatego idę go zapytać, czy mogę popływać wzdłuż brzegów. Innymi słowy, zamierzam opłynąć jezioro dokoła, ale nie nazywam tego po imieniu. Lepiej brzmi: popływać wzdłuż brzegów. Zgadza się. Może wie, że nawet jeśli nie pozwoli, i tak popłynę, a potem najwyżej będę przepraszać.

Kiedy odpływam, opada ze mnie całe napięcie. Najlepiej czuję się, gdy jestem sama. Próbuję tylko rozeznać się w tym, co jest cechą mojej osobowości, a co — bagażem pozostawionym mi przez Kaję. Niestety, jak dotąd bez sukcesu. Gubię się w tym wszystkim. Chciałabym wierzyć, że lubię ludzi. Albo przynajmniej — że kiedyś ich polubię.

Płynę powoli, cały czas blisko trzcin. Jest tak przyjemnie. Woda jest ciepła, czuję się bezpiecznie, jestem spokojna. Tak niewiele trzeba, by było dobrze. Wystarczy zapomnieć o rodzinie, o domu i całym tym gównie, z którego wyrosłam. Tylko tyle i aż tyle.

Po jakiejś godzinie jestem z powrotem. Pewnie już czas na obiad. Spakowałam się rano i nawet jeśli zaraz trzeba będzie ruszać, jestem gotowa. Na pomoście dostrzegam zaledwie kilka osób. Wśród nich Alka.

Siadam obok niego na gorących deskach, okrywam ramiona ręcznikiem. Alek milczy, patrzy w wodę. Po pływaniu jestem głodna jak wilk i chcę zaproponować, żebyśmy poszli coś zjeść, ale w jego milczeniu i sposobie, w jaki pochyla głowę, jest coś niepokojącego. Siedzę więc i milczę razem z nim.

— Przyglądam ci się od tak dawna — mówi wreszcie, a ja dosłownie zastygam w bezruchu. — I przez cały ten czas ani razu nie zwróciłaś na mnie uwagi. Dopiero teraz, kiedy wszystko się kończy.

Kładę mu palec na ustach, chcę, aby przestał. Chcę mu powiedzieć, że to jakieś nieporozumienie, że to ja patrzę na niego od dwóch lat. Nie daje mi dojść do słowa, potrząsa głową, przytrzymuje mocno moją rękę.

— Na pierwszym treningu… To był październik. Przenieśli mnie wtedy z tamtej szkoły. Zapisałem się na koszykówkę, bo to było jedyne, co mnie jeszcze kręciło. I od razu na pierwszych zajęciach zauważyłem dziewczynę, która nie chichotała, nie plotkowała po kątach, tylko naprawdę grała. Najpierw to. Potem zauważyłem, że ma do tego niezłe nogi i… całą resztę.

Potrząsam głową i czerwienię się jak burak. Naprawdę chcę, żeby przestał.

— Później zobaczyłem włosy. Kiedy wychodziłaś z szatni, zaczynały się kręcić. Pewnie po prysznicu.

Potakuję. Serce wali mi jak szalone.

— Zacząłem o ciebie wypytywać. Nikt nic nie wiedział. Nikt cię naprawdę nie znał. To było niesamowite. Jakbyś nikogo nie potrzebowała. Pegaz mówił mi, że jesteś strasznie niedostępna, bezlitośnie go spławiłaś i w ogóle nawet nie zauważasz chłopaków.

— A Iwona? Co mówiła o mnie Iwona? — pytam z przekąsem.

Spogląda na mnie po raz pierwszy, odkąd usiadłam obok niego.

— Mówiła, że jesteś zarozumiała, nikogo nie lubisz, uważasz się za lepszą. Chyba nawet zaczynałem jej wierzyć. Wydawałaś się taka zimna. Ale wtedy przy ognisku… Kiedy powiedziałaś, że nie muszę przed tobą udawać…

Urywa. Puszcza moją rękę, chowa twarz w dłoniach.

— Co wtedy? — pytam.

Teraz już chcę, żeby mówił. On jednak bardzo długo milczy.

— To było tak, jakbyś mnie odsłoniła, jakbyś mnie przejrzała na wylot — wyznaje wreszcie. — Wszystkie te rzeczy, które starałem się ukryć. Poczułem się jak idiota. Bo przecież naprawdę przed tobą udawałem. A potem w dodatku odeszłaś bez słowa do namiotu i nie dałaś mi szansy…

W tym momencie naszą rozmowę przerywa wołanie. To Pegaz krzyczy, że mamy szybko wracać, ponieważ zbieramy się do wyjazdu. Niechętnie podnosimy się z nagrzanych desek. Dopiero teraz zauważam, że zostaliśmy na pomoście sami. Ubieram się w pośpiechu, Alek zabiera nasze ręczniki. Biegniemy. Moje włosy schną, tworząc zwariowane pierścionki. Gładzę je dłonią, aby choć trochę rozprostować.

— Mogę dotknąć? — pyta cicho Alek, gdy już dochodzimy do obozowiska.

Nie czeka na odpowiedź, na chwilę wplątuje palce w gęstwinę loków, których tak nie znoszę.

— Wyobrażałem sobie, że muszą być miękkie. I są — mówi.

Nie patrzy na mnie, więc nie widzi, że ledwie panuję nad twarzą. Podaje mi ręcznik. Potem każde z nas biegnie po swoje rzeczy. Trener pokrzykuje, trzeba się szybko zwijać. Autokar już czeka.

Rozdział
CZWARTY

Podczas jazdy siedzę obok Kaśki, ale każda z nas jest w innym świecie. Udało się jej wreszcie zawrzeć znajomość z upragnionym licealistą. Już wiem, że ma na imię Grzesiek. Wygląda na fajnego chłopaka, ale szczerze mówiąc, chyba nie jest nawet w połowie tak zainteresowany jak Kaśka. Tak przynajmniej wygląda to z boku.

Patrzę w okno i próbuję przeanalizować swoje uczucia. Ostatnie pół godziny minęło w nerwowym pośpiechu — pakowanie, zwijanie namiotów — ale wcześniej zdarzyło się coś, co mnie zaniepokoiło. Nie mogę sobie tylko przypomnieć, co to było. Zamykam oczy i staram się wyłączyć, wyobrażam sobie zapach jeziora, słońce suszące mi włosy i dotyk ręki Alka. Już mam! To było jedno zdanie. Alek powiedział: „Dopiero teraz, kiedy wszystko się kończy”. Co się kończy? Co miał na myśli? Koniec szkoły i wakacje? Czyli jednak wybrał inne liceum. Ale to przecież nie oznacza końca znajomości. Można się widywać po lekcjach. Poza tym są jeszcze weekendy. A w ostateczności — maile i telefony. No dobrze, z tym telefonem to przesadziłam. Po co dzwonić do dziewczyny, która milczy?

Podróż mija mi pod znakiem niepokoju, domysłów i odtwarzania w wyobraźni tych krótkich chwil, kiedy było tak fajnie. Pływanie. Opuszki palców Alka, jego rozmowa z Pegazem. I te wyznania na pomoście, niedokończone, ale tym bardziej nabrzmiałe od emocji. Nie mogę uwierzyć, że trzy dni mogą tyle zmienić. Wyjeżdżając na biwak, nawet nie śniłam, że będę rozmawiać z Alkiem o uczuciach albo o dotyku. Planowałam pogadać o tym, czy ktoś nie naopowiadał mu o mnie bzdur. Miałam nadzieję, że wystarczy mi odwagi na to, aby w ogóle zacząć jakąkolwiek rozmowę. Na nic więcej nie liczyłam.

Wysiadamy pod szkołą. Po niektórych przyjechali rodzice, inni zarzucają plecaki na ramiona i wloką się na przystanek tramwajowy. Kaśka szepcze:

— Nie pogniewasz się, jeśli pójdę z Grześkiem?

I nie czekając na odpowiedź, ulatnia się.

Nie spieszy mi się, powoli dopinam sprzączki plecaka. Po takich wspaniałych trzech dniach powrót do domu będzie szczególnie trudny.

— Poczekaj — słyszę głos Alka.

Podchodzi do mnie i pomaga mi założyć plecak. Potem zakłada swój i bez słowa idzie ze mną na przystanek. Według rozkładu mój tramwaj przyjedzie dopiero za dziesięć minut. Nie wiem, w którą stronę patrzeć, gdzie podziać wzrok. Omijam jego twarz, czuję się nieswojo.

— Pamiętam taki dzień… To było jakieś dwa lata temu — mówi, a ja od razu spoglądam na niego, po prostu patrzę mu w oczy i wszystko staje się naturalne.

— Jaki dzień? — pytam.

— Obserwowałem cię tutaj, na przystanku. Jakoś przed świętami. Zauważyłem cię, gdy wychodziłaś z biblioteki. Potem byłaś jeszcze w świetlicy. Strasznie chciałem podejść i zaprosić cię do kina. Ale minęłaś mnie z takim wyniosłym wyrazem twarzy…

— Wyniosłym?!

Jak można tak bardzo mylić się w ocenie innych ludzi? A jeśli ja mylę się tak samo? Jeśli kompletnie nie umiem interpretować gestów, mimiki, barwy głosu? W takim razie spojrzenie Alka tuż przed biwakiem nie było zadziorne ani kpiące. Pewnie wyrażało coś zupełnie innego.

Milczymy przez chwilę, stoimy po prostu razem na przystanku. Dziwne uczucie. Chyba już znam odpowiedź na pytanie, które kiedyś zadałam Kai — skąd dziewczyna i chłopak wiedzą, że są parą. Po prostu wiem. Jesteśmy ze sobą, choć jeszcze kiepsko nam idzie rozmowa, choć nie do końca swobodnie czujemy się w swoim towarzystwie.

 

Wreszcie przyjeżdża tramwaj, Alek jakoś tak niepostrzeżenie bierze mnie za rękę i wsiada razem ze mną. Nie mam pojęcia, gdzie mieszka, na pewno nie jest mu po drodze, ponieważ przez ostatnie dwa lata nigdy nie jeździł tą linią. Ale dobrze wiem, że nie spieszy mu się do domu, to oczywiste, że chce mnie odprowadzić. Stoimy na końcu wagonu, gdzie najmocniej buja, dlatego co jakiś czas zderzamy się lekko ramionami. Wsłuchuję się w swoje uczucia, we własne reakcje na taki rodzaj dotyku. Jest w porządku. Nie przeszkadza mi nawet to, że co jakiś czas dotykają się nasze biodra. Może jestem jeszcze do naprawienia? Muszę tylko wszystko wytłumaczyć Alkowi, on na pewno zrozumie. Kto miałby mnie zrozumieć, jeśli nie on?

Wysiadamy na moim przystanku i znów bez słowa, trzymając się za ręce, idziemy kawałek chodnikiem, po czym skręcamy do furtki. Mój dom to tak naprawdę połowa bliźniaka, z nędznym skrawkiem trawnika od frontu.

— Tu mieszkasz? — pyta i rozgląda się wokół, jakby chciał zapamiętać otoczenie. — Które okno jest twoje?

— Pierwsze po lewej, na piętrze. A ty? Mieszkasz w pobliżu?

— Nie, ale skoczę do ciotki, niedaleko. Wzięła do siebie Nukę na te trzy dni i teraz muszę ją odebrać.

Nuka to chyba ten jego pies. Zawsze chciałam mieć psa, ale mama nie bardzo lubiła zwierzęta, a teraz to już wiadomo, nie ma mowy o żadnym stworzeniu, które wymagałoby opieki. Mnie i ojcu wystarczy mama.

Chciałabym poznać Nukę.

— Mogę iść z tobą? Tylko zostawię plecak.

Sama jestem zaskoczona, że to powiedziałam. Alek patrzy na mnie i widzę, jak w jego oczach coś się zapala. Coś jakby radość, nadzieja, wdzięczność, a może coś zupełnie innego, może rozbawienie. Już wiem, że nie umiem interpretować takich rzeczy. Trudno. Albo nauczę się pytać, albo jestem skazana na domysły.

— Rodzice cię puszczą? Pewnie się stęsknili — mówi Alek.

Wybucham śmiechem. Nie śmiałam się od… Już nie pamiętam, kiedy się ostatnio śmiałam. To nie jest radosny, fajny śmiech, raczej gorzki. Ale naprawdę mnie to rozbawiło i przez chwilę nie mogę się uspokoić. Patrzy na mnie kompletnie zdezorientowany.

— Nie jestem pewna, czy w ogóle załapali, że wyjechałam — mówię i poklepuję go po ramieniu. — To jest właśnie próbka tego, co muszę ci kiedyś opowiedzieć.

Patrzy na mnie uważnie. Chyba rozumie więcej, niż mogłoby się wydawać. Potem czeka przy furtce, gdy wchodzę do domu.

Ojca nie ma, mama drzemie na sofie w salonie. Przez chwilę czuję pokusę, by podejść i przytulić się do niej, jak dawniej. Śpi, nie poczułaby więc dotyku, nie byłoby żadnego świadka mojej słabości. Jednak nie podchodzę, nie mam odwagi. Wciąż pamiętam te niezdarne próby sprzed czterech lat, kiedy wręcz łasiłam się do niej, tak bardzo potrzebowałam bliskości. Odtrącała mnie, moje dziecięce ciało wytrącało ją z kruchej równowagi. Najpierw tata próbował mi to wynagradzać, brał mnie wtedy na kolana, nosił na rękach jak małą dziewczynkę. Ale to nie tłumiło mojego smutku. Wreszcie i on oddalił się ode mnie, a może ja od niego.

Myję szybko ręce i zęby, opłukuję twarz, ponieważ czuję się nieświeżo po podróży. Potem biorę dwa jabłka i wychodzę do Alka. Oboje zatapiamy zęby w soczystym miąższu. Jestem piekielnie głodna, on na pewno też, bo przecież nie załapaliśmy się dziś na obiad.

Idziemy w milczeniu kilkadziesiąt metrów, potem Alek zatrzymuje się na moment.

— Kiedy znajdziesz czas, żeby pogadać?

Mogłabym powiedzieć, że dziś, bo przecież czasu mi nie brakuje. Ale jestem bardzo zmęczona, głodna i jakaś zmięta. Zanosi się na długą rozmowę, wolałabym wszystko jeszcze raz przemyśleć. Dlatego mówię:

— Jutro ostatni trening, nie da rady. Może w środę.

Kiwa głową z rezygnacją. Idziemy jeszcze kawałek, w końcu Alek przystaje przed klatką schodową brzydkiego, szarego bloku.

— To tutaj — mówi. — Wejdziesz ze mną?

— Nie, nigdy w życiu. Myślałam, że po prostu weźmiesz psa i wracasz do domu.

— Najpierw coś zjem. To jest taka moja, jak by to powiedzieć… awaryjna stołówka.

Śmieje się, ale jakoś smutno. Kiwam głową. Doskonale to rozumiem. Też bym chciała mieć takie miejsce, gdzie można coś zjeść i z kimś normalnie pogadać. U mnie w domu rzadko bywają obiady — tylko wtedy, gdy tata ma akurat czas po południu, żeby upichcić coś na następny dzień. Zdarza się, że sama gotuję, ale kiepsko mi to idzie. Mama od dawna nic w kuchni nie robi, zresztą bałabym się, że puści nas z dymem, nie ma poczucia czasu. Nieraz myślę, że w ogóle nie ma kontaktu z rzeczywistością.

— Może byś chociaż na chwilę wyszedł z psem? — pytam cicho i natychmiast wstydzę się tego, ponieważ ta prośba wydaje mi się głupia.

Chciałabym po prostu poznać jego psa. Alek widocznie to rozumie, bo mówi:

— Jasne. Tylko zostawię plecak.

Wraca bardzo szybko, na smyczy prowadzi piękne stworzenie o długich uszach i niespotykanym kolorze sierści, szarym, a może bardziej beżowym.

— Poznaj Nukę — mówi. — Jest wyżlicą. Niesamowicie mądrą, cierpliwą i żarłoczną. W zeszłym tygodniu, tuż przed biwakiem, zżarła mi okulary do nurkowania.

Śmiejemy się oboje. Przykucam i ostrożnie dotykam psiego łba. Nagle chce mi się beczeć na myśl, że mogłabym mieć takie ciepłe stworzenie w domu. Alek nawet nie wie, jakim jest szczęściarzem. Oczywiście tłumię płacz, przytulam się do pyska Nuki. Ma mokry nos. Ładnie pachnie jak na psa. Te nieliczne czworonogi, które zdarzało mi się dotąd w życiu głaskać, zdecydowanie nie pachniały jak fiołki.

Chyba ma dość czułości, ponieważ odciąga Alka na trawnik i załatwia się pod krzakiem. Alek przyglądam i się uważnie, pewnie zauważył, że mam mokre oczy.

— Lubisz psy — bardziej stwierdza, niż pyta.

— Jeszcze jak — szepczę. — Będę mogła kiedyś wpaść do ciebie i się z nią potarmosić?

— Jasne. — Podchodzi tak blisko, że dotykamy się ramionami. — To właśnie miałem na myśli, kiedy pytałem, kiedy znajdziesz czas. To znaczy, nie tarmoszenie Nuki, tylko żebyś do mnie wpadła.

— No to w środę.

— W środę — potwierdza i wyciąga rękę, lekko dotyka moich włosów.

Odwracam się i idę przed siebie, ponieważ boję się, że zechce mnie pocałować.

Miałam zamiar wieczorem poukładać sobie wszystko w głowie, wykąpać się i poleżeć do góry brzuchem, może poczytać. Tymczasem kulę się z zimna. Mam gorączkę. Podejrzewam, że mama, pogrążona w swoim dziwnym półśnie, nie zareaguje, nawet jeśli poproszę ją o pomoc. Taty nadal nie ma. Pewnie gdzieś pojechał, ciągle ma jakieś wyjazdy służbowe. Albo kłamie i po prostu ucieka od tego naszego smutku do jakiegoś innego życia. Wcale by mnie to nie zdziwiło.

Najpierw zajmuję się domem, ładuję naczynia do zmywarki, zamykam okna na parterze, kładę mamę spać. Drzwi zostawiam otwarte, bo lada moment spodziewam się taty. Nie mam siły zejść do kotłowni i napalić w piecu. Trudno, ciepłej wody nie będzie. Szukam apteczki i szperam wśród lekarstw. Już nie pamiętam, kiedy ostatnio byłam chora. Wszystko jest przeterminowane. To kolejna rzecz, którą muszę się zająć. Czuję się zupełnie tak, jakbym to ja prowadziła ten dom, jakbym była głową rodziny. Dobrze, zrobię z tym coś, ale nie dzisiaj. Najwyraźniej za dużo taplałam się w wodzie, bo łamie mnie w kościach, przełykam z trudem, a twarz dosłownie mi płonie. Na szczęście znajduję jakiś stary lek przeciwgorączkowy, biorę od razu dwie tabletki i wsuwam się pod kołdrę.

Noc spędzam, na przemian trzęsąc się i pocąc, w męczącym półśnie. Śnią mi się Kaja, potem Alek, Nuka i znowu Kaja. Rano oczywiście nawet nie myślę o pójściu do szkoły. Piszę wiadomość do Pegaza: „Przekaż Alkowi, że jestem chora”, ponieważ uświadamiam sobie, że nie mam jego numeru. Bardzo rzadko używam komórki, bo do kogo i po co miałabym dzwonić albo pisać. Gier nie lubię, a z Internetu wolę korzystać przy komputerze. Kilka razy zgubiłam komórkę na tydzień lub dłużej i wtedy dotarło do mnie, że skoro nawet nie wiem, kiedy widziałam ją ostatni raz, to widocznie wcale nie jest mi potrzebna. Zawsze okazywało się, że odłożyłam ją z dżinsami do prania albo wpadła pod łóżko.