Szczypta nadzieiTekst

Z serii: Dworek w Miłosnej #2
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Szczypta nadziei
Szczypta nadziei
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 59,85  47,88 
Szczypta nadziei
Szczypta nadziei
Szczypta nadziei
Audiobook
Czyta Jolanta Jackowska
29,95 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ 7


Kilka dni później stał koło schodów prowadzących na pierwsze piętro, oparty o barierkę, udając, że przegląda tekst Makbeta (tego dnia miał być sprawdzian z treści lektury), ale w rzeczywistości czekał na Joannę. Znał jej plan lekcji na pamięć, wiedział, że za chwilę ma matematykę, więc będzie musiała przejść na piętro. Starał się wyglądać interesująco z tą książką w dłoni – nieszczęśnik, nie wiedział, że niewiele było w szkole dziewczyn, którym taki widok wyda się interesujący. Joanna z pewnością do nich nie należała.

– No dobra, przeczytałam dwa tomy i kawałek trzeciego. – Zza jego pleców dobiegł nieprzyjemny głos. Dawid rozpoznał Zuzę Żydek. – I muszę powiedzieć, że nie jest źle, czyta się błyskawicznie, ale miejscami trochę wkurza.

– Ale co masz na myśli? Co przeczytałaś? – zapytał nieuważnie.

Zajęty wyszukiwaniem w tłumie Tej Jedynej, nie skupił się na słowach koleżanki. Wreszcie Joanna mignęła mu w grupce maturzystów, rozprawiających o czymś z ożywieniem. Pewnie dyskutują o lekcji, pomyślał zazdrośnie Dawid. Wiedział, że mieli przed chwilą historię. W trzeciej klasie jest chyba współczesność, dzieje najnowsze, upadek komunizmu…. Może rozmawiali o stanie wojennym, może o Wałęsie, o budowaniu demokracji. Tak bardzo chciałby wziąć w tym udział! Wytężył słuch, kiedy tamci przechodzili tuż obok niego – tak blisko, że Joanna niemal otarła się o niego rękawem.

– Ale po czystej się tak nie rzyga – mówiła właśnie jedna z jej koleżanek. – A te twoje słodkie wynalazki łatwo wchodzą, ale potem ciężko wychodzą.

– Oj tam, oj tam – odparła Joanna i z wdziękiem odrzuciła włosy za ramię. – Porzygasz i przestaniesz.

Dawid stał jak rażony gromem, przeżuwając gorzkie rozczarowanie niczym ohydny kęs zepsutego jedzenia. Zuza Żydek, która nie wiadomo dlaczego nadal tkwiła przy barierce, przyglądała mu się uważnie.

– A więc mamy tu miłość – powiedziała zupełnie innym tonem niż poprzednio.

Kiedy nie próbowała brzmieć arogancko, jej głos stawał się całkiem przyjemny dla ucha. W każdym razie normalny, dziewczęcy.

– O czym ty mówisz?

– Nie o czym, tylko o kim. O tobie. Maślane spojrzenia, zarzucanie grzywką, poza intelektualisty z książką w ręce. Założę się, że gdybyś trzymał tego Makbeta do góry nogami, nawet byś nie zauważył. Wpadłeś po uszy.

Zamierzał udawać, że nie wie, o co jej chodzi, miał przecież nauczkę z poprzedniej szkoły – ludzie lubią ranić, więc należy się maskować, nie odsłaniać bezbronnych, miękkich miejsc. A jednak z jakiegoś kompletnie niezrozumiałego powodu uznał, że dziewczyna, która czyta Ursulę Le Guin, nie może być nieczuła ani okrutna. Nawet jeśli robi wszystko, by na taką wyglądać.

– To coś złego? – zapytał cicho.

– Nie, z pewnością nie. Tylko bezsensownego.

Patrzyła na niego kpiąco, mrużąc powieki pokryte grubą warstwą makijażu. Wyglądała trochę tak, jakby pomazała je sadzą.

– Dlaczego się tak mocno malujesz? – zapytał Dawid zupełnie od rzeczy.

– Żeby nie było mnie widać. – Zaśmiała się nieprzyjemnie. – A dlaczego ty się tak dziwnie ubierasz?

– Dziwnie? – powtórzył. – A co jest dziwnego w koszuli czy sztruksach?

– Szelki. Szelki są dziwne.

– Lubię szelki.

– Faceci nosili je przed wojną.

– Nosili także skarpetki. Szok, prawda? – odparował.

Dziewczyna parsknęła śmiechem.

– Gdybym chodził w sukienkach i wkładał sobie piórka w uszy, mogłabyś ewentualnie ocenić, że to dziwne – dodał jeszcze, bo poczuł się pewniej. – Ale sztruksy i szelki…? A w ogóle nie rozumiem, jakie ma znaczenie to, co na siebie zakładam, jak się czeszę i tak dalej. To są moje wybory.

– Wiadomo. I uważasz, że nikt nie będzie cię oceniać na podstawie tego, jak wyglądasz?

Chciał powiedzieć, że nie chodzi o ocenę, a zresztą po co w ogóle oceniać… Ale nie dała mu dojść do słowa.

– Wszyscy oceniają, wszyscy, rozumiesz? – ciągnęła z furią, choć przykrywała ją leciutko drwiącym uśmiechem. – Mojego brata, który taki się już urodził, choć to nie jego wina, nie wybrał sobie tej swojej małej główki, tak jak ty wybierasz szelki… Mnie też oceniają, pyzatą brzydulę. I ciebie, nerda w przedwojennych ciuchach. Tak samo ty oceniasz tę lalę z trzeciej a, choć zapewne wiesz o niej tylko tyle, że jest ładna i ma cukierkowy makijaż…

– Lepszy cukierkowy niż diaboliczny! – warknął, bo nie spodobało mu się, że Zuza robi osobiste wycieczki. – Przynajmniej upiększa, a nie szpeci.

Chciał dodać coś jeszcze, ale przenikliwy dźwięk dzwonka obwieścił koniec długiej przerwy. Jego rozmówczyni odwróciła się gwałtownie, po czym szybkim krokiem odeszła w stronę łazienki dla dziewczyn.

– Teraz mamy sprawdzian! – zawołał za nią Dawid. – Jeśli się spóźnisz, to Sum nie powtórzy pytań, przecież wiesz.

Ale ona nie zareagowała. Chciał za nią pobiec, lecz przecież nie mógł wejść do damskiej toalety. Powlókł się więc pod klasę. Gdy przyszedł nauczyciel, podenerwowani pierwszoklasiści weszli do środka i zajęli miejsca w ławkach.

Sum zaczął dyktować pytania z lektury. Mniej więcej po pięciu minutach weszła Zuza i półgębkiem przeprosiła za spóźnienie.

– Siadaj i odpowiedz chociaż na ostatnie dwa pytania – powiedział Sumacz. – Wiesz, jakie są zasady, nie ma ulg dla spóźnialskich.

– Wiem – burknęła. – Jakoś to przeżyję.

Po lekcji Dawid podszedł do Zuzy, ponieważ czuł, że przesadził. Nie zamierzał być niemiły, ale rozjuszył go fakt, że ona atakowała obiekt jest westchnień. Co w tym złego, że Joanna nosi staranny, delikatny makijaż? Kto jak kto, ale akurat Zuza nie powinna krytykować tego, jak ktoś się maluje.

– Chyba pora się nawzajem przeprosić – powiedział, podchodząc do stojącej przy oknie dziewczyny. – Ja ciebie za „szpecący makijaż”. A ty mnie za „lalę”.

– Mogę przeprosić, zwisa mi to. A ty nie musisz. Jeśli mam ochotę się szpecić, to będę to robić i nic ci do tego.

– Okej. Nic mi do tego.

Stał jeszcze przez chwilę, niezdecydowany. Nieprzyjemnie było mówić do czyichś pleców. A jednak dziwnie mu zależało, żeby Zuzie nie było przykro. Może dlatego, że była pierwszą osobą, która zagadała do niego na przerwie. Od września sterczał sam na korytarzu i nie miał do kogo ust otworzyć. W gruncie rzeczy nawet go to specjalnie nie dziwiło – wiedział przecież, że nie pasuje do swoich rówieśników.

– Więc twierdzisz, że Sapkowski cię wkurza? – zaczął z innej beczki. – A można wiedzieć, czym konkretnie?

Poskutkowało. Zuza odwróciła się, a jej twarz natychmiast straciła odpychający wyraz.

– Tą swoją tendencją do wygłaszania wykładów – wyjaśniła. – Pomyśl, wędruje dwóch przyjaciół przez puszczę. Okej, jeden jest poetą, więc może używać kwiecistego języka, ma bogate słownictwo, to logiczne. Ale ten drugi to maszyna do zabijania. Facet, który nie zasypia z książką w ręce, tylko z mieczem pod głową.

– Ja myślę, że nie pod głową, tylko na piersi – poprawił Dawid. – Spod głowy nie wyciągnąłby go tak szybko…

– Daj spokój, wiesz, o co mi chodzi. No i ten wiedźmin zabijaka, okej, niegłupi, ale przecież nie żaden uczony, wygłasza tyrady na kilka stron, a posługuje się przy tym dokładnie takim samym językiem jak Jaskier. Co więcej, podobne wykłady zdarzają się też krasnoludom i elfom, szpiegom, królom i czarodziejom. Wszyscy bez wyjątku mówią podobnie.

– No, krasnoludy mają nieco barwniejszy język…

– To tylko pojedyncze powiedzonka. „Wyżej rzyci nie podskoczysz” albo coś takiego. Ale cały wywód jest w tym samym stylu.

Dawid milczał, myśląc o tym, co powiedziała Zuza. Nie pamiętał sagi o wiedźminie aż tak dokładnie, aby móc polemizować.

– A te „wykłady”, jak je nazywasz, dotyczą na przykład…

– Tolerancji. Dyskryminacji. Prawa dżungli. Poświęcenia jednostki dla ogółu. Tego, że historia jest jak walec, który wszystko wyrównuje, a po maluczkich nie zostaje najmniejszy ślad. I tak dalej.

– Uważasz, że to źle? Sapkowski nie powinien poruszać takich tematów? Masz coś przeciwko tolerancji?

Zuza roześmiała tak głośno, że kilka osób stojących nieopodal obejrzało się ze zdziwieniem. Nieczęsto słyszano tu śmiech tej ponurej dziewczyny.

– Czy ja mam coś przeciwko tolerancji? – powtórzyła. – Z moim nazwiskiem? Człowieku, przez kilkanaście lat mojego życia doświadczyłam więcej antysemityzmu niż większość starozakonnych. I czy mogę mieć coś przeciwko tolerancji, skoro mam brata z zespołem FAS? Nie, nie mam nic przeciwko. Ale nie o tym rozmawiamy. Miałam na myśli stronę stylistyczną. Nie treść, tylko formę.

Po raz kolejny rozmowę przerwał im dzwonek, lecz tym razem ramię w ramię udali się pod klasę. Dawid pomyślał, że w gruncie rzeczy bardzo bezrefleksyjnie podchodził dotąd do czytania książek. Pochłaniał je, jeśli miały interesującą fabułę, a odkładał, jeśli źle się czytało. Tylko tyle. Nie zadawał sobie pytań w stylu: jak to jest zrobione, że czyta się lepiej lub gorzej?

– Wiesz co? – powiedział jeszcze, zanim weszli do pracowni chemicznej. – Chciałbym się tego nauczyć.

– Czego? – szepnęła Zuza, bo chemiczka wymagała idealnej ciszy po wejściu do klasy. Rozmowy traktowała jak zgłoszenie się do odpowiedzi. – Dobra, powiesz mi później.

– Krytycznego podejścia do lektury – odszepnął Dawid.

Niestety, powiedział o to jedno zdanie za dużo.

– Rytter, rozumiem, że zgłaszasz się do tablicy. – Zabrzmiał surowy głos nauczycielki. – Zapraszam. Podziel się swoją wiedzą na temat powłok elektronowych.

 

ROZDZIAŁ 8


Ada wykonała swoją część prac porządkowych, ale mimo to bez satysfakcji obejrzała efekty – wprawdzie wszystko lśniło i pachniało czystością, lecz jej serce wypełniały smutek i rezygnacja. Nie tylko nie czuła ducha świąt, więcej – obawiała się ich. Moment, kiedy trzeba będzie usiąść razem przy wigilijnym stole, przełamać się opłatkiem…

Poczuła się stara i znużona, bardzo doświadczona i sterana życiem. Zapragnęła sprawić sobie jakąś drobną przyjemność, na przykład napić się dobrej, aromatycznej kawy. Jeszcze niedawno poszłaby po prostu do kredensu, pytając po drodze, czy zaparzyć też dla Igora. Teraz unikała zwracania się do niego wprost. Unikała także przebywania w dworku, gdy w pobliżu nie było pana Antoniego. Nie czuła się tu swobodnie.

Nawet nie próbowała znaleźć nazwy dla kłębowiska emocji, które ją wypełniało. Wiedziała jedynie, że z całą pewnością były tam wstyd, upokorzenie oraz poczucie winy. Upokarzał ją fakt, że kochanek najwyraźniej uznał ją za gorszą opcję. „Z braku laku dobry kit”. Gdyby żona nie wróciła, dobrze jest mieć wyjście awaryjne, ale na wszelki wypadek warto też pracować nad tym, aby jednak wróciła.

Wobec Moniki miała poczucie winy – choć może nie powinna. Ada odbierała całą tę sytuację tak, jakby podstępnie wykorzystała nieobecność kuzynki, by ugrać coś dla siebie. Wstyd był już bardziej złożony. Wstydziła się przed samą sobą, ale też przed panem Antonim i Dawidem, który zapewne był dość inteligentny, by dostrzec, że matka znowu wdała się w romans tylko po to, by zostać porzuconą. Podobno historia lubi się powtarzać, myślała Ada, idąc do swojego mieszkania, by ostatecznie tam zaparzyć sobie kubek kawy. A skoro lubi się powtarzać, to powinnam teraz zajść w ciążę. To byłaby wisienka na torcie. Smaczku całej sytuacji dodawałby fakt, że wszyscy poza Moniką i małym Radkiem wiedzieliby, czyje to dziecko. Monika mogłaby się ewentualnie domyślać, ale nigdy nie miałaby pewności. No, chyba żeby małe było jakoś szczególnie podobne do tatusia…

Ada aż się wzdrygnęła na myśl o takiej sytuacji. Może i dobrze, mówiła sobie w duchu, że Monika wróciła właśnie teraz. Gdyby to się stało za kilka miesięcy, kiedy związek z Igorem ugruntowałby się i wzmocnił, kiedy zaczęliby już rozmawiać o wspólnej przyszłości, snuć plany, obiecywać sobie coś i zapewniać o wzajemnej miłości… Wówczas byłoby znacznie trudniej. A gdyby jeszcze w ich relacji uczestniczył Radek (na dłuższą metę nie udałoby się przecież tego uniknąć) – wówczas powrót Moniki poraniłby jeszcze więcej osób.

– No więc bardzo dobrze się stało – powiedziała Ada do pary unoszącej się nad kubkiem z aromatyczną kawą. – I całą energię trzeba teraz włożyć w coś pozytywnego. Idą święta, pora szukać prezentów. Poza tym miałam się rozejrzeć za szczeniakiem dla Radka. Nawet jeśli Monika się nie zgodzi, to przecież pan Antoni chętnie weźmie psa do swojego „czworaka”.

Po obiedzie, który zjedli w niemal zupełnym milczeniu, Dawid poszedł do siebie, by zatopić się w lekturze wypożyczonej niedawno książki, zaś Ada wybrała się do parku na krótki trening. Rozmyślała o tym, czy nie byłoby lepiej, gdyby na jakiś czas wyjechała do Poznania. Między nią a Igorem wisiały ciężkie, złe emocje, których należało się czym prędzej pozbyć, zanim zatrują całej rodzinie święta. Że ja mam pretensje do niego, to oczywiste, myślała, ale o co on ma żal do mnie? Przecież nie ja mu tutaj sprowadziłam niewierną żonę…

Nad stawem zobaczyła pochyloną sylwetkę pana Antoniego. Podeszła, starając się szurać nogami po ścieżce, żeby się nie wystraszył.

– Był pan jakiś milczący dziś przy obiedzie – zagaiła. – Mam nadzieję, że nie uraziłam pana tymi prośbami o wspomnienia…

– Nie, oczywiście, że nie – przerwał jej. – Ale musi pani zrozumieć, pani Ado, że każdy powrót w przeszłość jest dla mnie trudny.

Zastanowiła się nad tymi słowami.

– Chyba dla większości z nas wracanie do wspomnień nie jest łatwe – zgodziła się po chwili. – Ma pan rację, nie powinnam była o to prosić. Na swoje usprawiedliwienie mam jedynie to, że jeśli pytałam o historię tego miejsca, to nie z pustej ciekawości. Dawid jest bardzo sentymentalny, w swojej pracy chce odmalować świat właśnie taki, jakim był dawniej. Wie pan, nie chodzi mu o wygraną, jakieś nagrody… Raczej o sprawdzenie własnych możliwości. Chciałby zostać pisarzem. Może nie jest to jakiś intratny zawód, ale w głębi serca jestem z niego dumna. Uważam, że takie marzenia są wartościowe, znacznie bardziej niż plany jego rówieśników: wyjechać za granicę i zarobić, nieważne jak, choćby na zmywaku. Nie chcę przez to powiedzieć, że zarabianie pieniędzy jest czymś złym, ale… – Urwała, a widząc wyraz jego twarzy, dodała po chwili: – Nie wiem, czy mnie pan rozumie.

– Myślę, że rozumiem – odparł Antoni. – Podobnie jak pani uważam, że w tym wieku nie należy jeszcze być cynicznym ani wyrachowanym. Ludzie, którzy mając szesnaście lat, nie są romantycznymi idealistami, zapewne wyrosną na zimnych cwaniaków.

– Właśnie to chciałam powiedzieć! – Ada złożyła dłonie. – Tylko pan to potrafi jakoś lepiej ująć w słowa.

Antoni uśmiechnął się z zadowoleniem. Co by nie mówić, ta kobieta potrafiła go wziąć pod włos. Prawie jak pani Bogna.

– I widzi pan, dokładnie o to mi chodzi: żeby ten jego młodzieńczy romantyzm pielęgnować.

– Ale cóż ja bym miał mu opowiedzieć… – westchnął Antoni. – Mam to wszystko w głowie, właściwie więcej w niej wspomnień niż teraźniejszości, ale czym innym jest obraz zachowany w pamięci, a czym innym opisanie go. Jak już mówiłem, to dla mnie trudne.

– Tak, wiem o tym. Dla Dawida będzie to jeszcze trudniejsze, choć oczywiście nie ze względów emocjonalnych. Nie wiem, czy zdoła uchwycić atmosferę tamtych czasów. Nie każdy autor to potrafi. Najlepiej, gdy ma do dyspozycji listy, dzienniki, dokumenty… Wyobraźnia czasem zawodzi. Zwłaszcza jeśli opowieść dotyczy wojny.

Starszy pan spojrzał na nią uważnie.

– Co pani ma na myśli? – zapytał.

– To, że dzisiaj nie potrafimy sobie wyobrazić codzienności w tak strasznych czasach. Człowiek zna ogólny zarys, wie, co się wydarzyło w tym i tym roku. Ale codzienność…? Brak żywności, tragiczne warunki sanitarne, ten nieprzemijający strach… Jak można było to znieść? Jak w tym wszystkim zachować człowieczeństwo, marzenia, wrażliwość, jak odróżniać dobro od zła?

Antoni nie odpowiedział. W milczeniu skierowali się w stronę dworku. Ada odnosiła wrażenie, że znowu niechcący potrąciła jakąś bolesną strunę w sercu tego człowieka. Wreszcie oznajmił, że musi się położyć i że zobaczą się nazajutrz.

Dawid już nie czytał. Ślęczał przy biurku i z zapałem sporządzał notatki.

– Spójrz, mamo! – zawołał, kiedy usłyszał, że Ada wróciła ze spaceru. – Wymyśliłem, że stworzę coś w rodzaju minipowieści. Każdy rozdział poświęcę innemu przedmiotowi z dworku albo czemuś z otoczenia. Na przykład „Drzewa”, „Portrety”, „Róże”. Wszystko, co ma swoją historię, będzie mogło przemówić, dostanie na chwilę głos. Co o tym sądzisz?

– Sądzę, że to świetny pomysł – odparła Ada szczerze. – Ale też uważam, że nie uda ci się tego zrobić naprawdę dobrze, jeśli nie przekonasz do całego projektu pana Antoniego. Tylko on wie wystarczająco dużo o naszym dworku, aby ta opowieść mogła być wiarygodna i pełna. Rzecz w tym, że nie bardzo chce opowiadać. Twierdzi, że wspominanie jest dla niego bolesne.

– Pójdę z nim pogadać. – Chłopak zerwał się z miejsca. – Sumowi bardzo się podobał mój pomysł, ale powiedział, że przed świętami mam mu przedstawić szkic…

– Dzisiaj to już może daj staruszkowi spokój – powstrzymała go matka. – Przed chwilą z nim rozmawiałam. Odniosłam wrażenie, że musi się z tą naszą prośbą przespać.

ROZDZIAŁ 9


Antoni usiadł w wysłużonym wiśniowym fotelu i odchylił głowę. Pod palcami czuł szorstką tkaninę podłokietników, nieco już przetartą w tych miejscach, gdzie najczęściej opierało się ręce. Podobnie zniszczony był materiał pod głową. Antoni pamiętał, jak pani Bogna gderała, że pora wyrzucić ten rupieć albo przynajmniej oddać do tapicera; doskonale jednak wiedział, że w gruncie rzeczy ona rozumie jego potrzebę otaczania się przedmiotami z duszą. „Z duszą” oznaczało „z historią”. A ten fotel właśnie taki był. Bardzo stary, już od tej starości nieładny, a przecież wciąż najwygodniejszy na świecie. Przede wszystkim zaś miał ogromną wartość jako bohater pewnego wspomnienia.

Starszy pan zamknął oczy i przeniósł się myślami w czasy młodości. To było późne lato. Fotel z obiciem w kolorze dojrzałej wiśni stał w recepcji hotelu. Antek mógł mieć wtedy dwanaście albo trzynaście lat, w każdym razie był to czas, kiedy wystrzelił znienacka w górę, w ciągu zaledwie kilku miesięcy urósł tak, że kto go długo nie widział – nie poznawał. Całe lato pracował z panem Iwonem przy roślinach, kopał, dosadzał, przycinał, podwiązywał, odchwaszczał, woził obornik i kompost, toteż rozrósł się nieco w ramionach i zaczął wyglądać jak młody mężczyzna.

Panienka Bogna wyjechała do siostry na cały sierpień. W hotelu miesiące letnie paradoksalnie były czasem najmniejszego ruchu. Partyjne szychy wybierały na urlop okolice górskie lub nadmorskie, niewielka Miłosna nie miała do zaoferowania nic szczególnego poza pięknym ogrodem i stawem. Dlatego pan Iwo zapowiedział: jeśli chcesz odpocząć, Boguniu, to właśnie teraz, bo od września znów będzie wrzała robota w recepcji. Zaczną się te wszystkie zjazdy, konferencje i sympozja.

Antek odliczał dni do powrotu panienki. Codziennie późnym popołudniem, gdy już skończył pracę, mył się porządnie, czesał i biegł do recepcji, żeby sprawdzić, czy przyjechała. Każdego dnia spotykał go zawód – albo nie było nikogo, albo urzędowała tam gruba Kasia z miasteczka, którą pan Iwo prosił o zastępstwo na czas nieobecności Bogny.

Tym razem było pusto. Antek zatrzymał się przy drzwiach, zawiedziony, bo sierpień miał się ku końcowi, lada dzień zacznie się szkoła, a on przecież chciał być jak najbliżej, jak najwięcej czasu spędzić z panienką. To już wolałem wojnę, burczał do siebie, gdy miał pewność, że nikt nie usłyszy. Wiedział, że wygaduje herezje, ale tak właśnie czuł: podczas wojny spędzał z Bogną caluśkie dnie, zaglądał jej w oczy, łowił jej uśmiechy, czasem nawet udało mu się dotknąć jej rękawa. Tymczasem odkąd wojna się skończyła, rozdzielono ich: ona w trybie eksternistycznym zdała maturę i zaczęła pracować w hotelu, a Antka posłano do szkoły.

Podszedł bliżej. Słońce, przesiane przez wzory na firance, oświetlało klucze wiszące w równym rządku na haczykach wbitych w płytę pokrytą drewnopodobnym fornirem. Antek pamiętał, jak pan Iwo zamówił tę nadstawkę do rzeźbionego biurka. Wszystko, co znajdowało się we dworze przed wojną i co zdołało przetrwać zawieruchę historii, nadal w nim było, tyle że przystosowane do nowych zadań. Czasem serce bolało, gdy się patrzyło na aksamitne obicia, na które goście hotelowi ładowali swoje ubłocone buty.

Antek poczuł się nagle senny. Może to przez wykonaną tego dnia pracę, może przez słońce, świecące tak miękko i łagodnie, jakby utulało do popołudniowej drzemki. Choć nigdy przedtem tego nie robił, teraz usiadł w wiśniowym fotelu, w którym zwykle siedziała panienka Bogna. Odchylił głowę, próbując sobie wyobrazić ciemne kosmyki jej włosów opadające na oparcie. A tu trzymała zwykle ręce – poszukał dłońmi miejsca na podłokietnikach. Zamknął oczy. To był stary fotel, jeszcze sprzed wojny. Kiedy dorosnę i zacznę zarabiać, postanowił chłopiec, kupię nowoczesny komplet wypoczynkowy. Widział takie meble w wielkim sklepie w Poznaniu, gdzie kiedyś zabrał go pan Iwo. Zamawiali wówczas krzesła do jadalni hotelowej, bo we dworze nie było tylu, aby móc usadzić wszystkich gości.

Słońce świeciło chłopcu na prawy policzek, zachęcając do zmrużenia oczu. Fotel okazał się nadspodziewanie wygodny, a Antek był senny – nie wiedzieć kiedy zasnął. Nie był to mocny sen, zaledwie drzemka, wystarczyła jednak, by nie usłyszał lekkich kobiecych kroków, gdy z pokoiku zwanego kredensem nadeszła panienka Bogna, niosąc świeżo zaparzoną herbatę.

Obudziło go cichutkie stuknięcie szklanki o spodeczek. Bogna stała i patrzyła na niego z wysoko uniesionymi brwiami, a on zerwał się, zawstydzony do granic, zakłopotany, ale też niebywale szczęśliwy.

 

– To już panienka wróciła! – zawołał. – Jednak! Ja myślałem, że jeszcze panienki nie ma, a Kasia gdzieś polazła! Dlatego usiadłem!

– Poszła – poprawiła go z uśmiechem. – Trzeba mówić z szacunkiem także o nieobecnych.

– Poszła – powtórzył Antek nabożnym szeptem.

Chłonął wzrokiem jej zaróżowioną twarz, ciemne oczy w kształcie migdałów, podcięte do ramion włosy.

– Boże mój, spójrz tylko, przecież ty tak urosłeś, jakby cię tu drożdżami karmili! – mówiła tymczasem panienka. – Jesteś już mojego wzrostu! Nie było mnie tylko miesiąc, a ty wydajesz się starszy o całe dwa lata! Prawdziwy mężczyzna z pana, panie Antoni.

Wyprężył się jak struna, wypiął dumnie pierś. Gdyby tak przyjechała wcześniej, kiedy pomagał przy podwiązywaniu winorośli, zobaczyłaby jego muskuły, bo pracował w samym podkoszulku. Ale jeszcze będzie okazja, on jej pokaże, że naprawdę jest już mężczyzną i te siedem lat różnicy między nimi nic nie znaczy… A wtedy kupi pierścionek i…

– No, uciekaj, pobrykaj trochę! – pogoniła go żartobliwie panna Bogna, nieświadoma deklaracji, jakie składał w swoim sercu. – Bo za parę dni szkoła, a wtedy nie będzie zmiłowania! Już moja w tym głowa, żebyś nie musiał wykształcenia zdobywać tak jak ja, korespondencyjnie.

A potem usiadła, odchylając głowę na oparcie wiśniowego fotela. Jedną ręką chwyciła szklankę z herbatą, drugą złożyła na podłokietniku. Wciąż pod wpływem emocji, nie bardzo wiedząc, co czyni, Antek ukląkł i chwycił tę jej jasną, smukłą dłoń. Chciał ucałować choć koniuszki palców, ale nie odważył się, więc tylko dotknął ich czołem, a chybiony pocałunek wylądował na tkaninie obicia. Potem chłopak zerwał się i uciekł.

Starszy pan otworzył oczy. Rzeczywistość uderzyła go jak obuchem: Bogna nie żyje, a on nigdy nie odważył się na to, by zachować się wobec niej jak mężczyzna, by poprosić ją o rękę albo chociaż okazać uczucie. Na zawsze pozostał o siedem lat młodszym chłystkiem, który układał w głowie wyznania miłości, lecz nigdy nie odważył się wypowiedzieć choćby jednego z tych starannie wyważonych zdań.

Co by powiedziała, gdyby któregoś dnia jednak to zrobił? Jakimi słowami sprowadziłaby go na ziemię? Ona, która tak dbała o zachowanie form, która uczyła go szacunku do każdego człowieka, choćby najmarniejszego, najniżej stojącego na drabinie społecznej… Pewnie jakoś niesłychanie delikatnie, lecz jednak stanowczo, dałaby mu do zrozumienia, że panna ze dworu nie jest partią dla takich jak on. Był tylko synem chłopa, sam pozostawał chłopem, nawet jeśli za jej namową ostatecznie skończył te głupie studia. Ona zaś? Ona była elegancką warszawianką, która przy śniadaniu rozmawiała z siostrą po francusku. Potem stała się eteryczną, uduchowioną kobietą, która przez całe życie pozostała wierna swej miłości – chłopcu imieniem Ignac, o którym słuch zaginął po powstaniu warszawskim. Jakże jemu, Antkowi Kowalukowi, mogło przyjść do głowy, że panienka Bogna w ogóle wysłuchałaby jego oświadczyn do końca?