Szczypta nadzieiTekst

Z serii: Dworek w Miłosnej #2
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Szczypta nadziei
Szczypta nadziei
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 59,85  47,88 
Szczypta nadziei
Szczypta nadziei
Audiobook
Czyta Jolanta Jackowska
29,95 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ 4


– Gdyby nie Dawid i jego nowa szkoła, chyba wróciłabym do Poznania – zwierzyła się Ada tego wieczoru panu Antoniemu.

Choć wieczór był mroźny, wyszła przed snem do parku, aby zaczerpnąć świeżego powietrza – choć prawdziwym powodem jej wyjścia było to, że nie mogła sobie znaleźć miejsca. Na alejce za dworkiem spotkała staruszka, który cierpiał na bezsenność i pomyślał, że porządne dotlenienie ułatwi mu zaśnięcie.

Starszy pan rozumiał więcej, niż mogłoby się wydawać. Doskonale wiedział, że serce Ady roztrzaskało się na kawałki tamtego dnia, gdy do Igora wróciła żona.

– Ale co też pani mówi, pani Ado! – zareagował na jej słowa. – Pani jest tu potrzebna!

– Niby do czego? – obruszyła się, udając szorstkość, choć w gruncie rzeczy znów była na granicy płaczu. – Przedtem to owszem… Kobieca ręka zawsze się przyda… Ale teraz, kiedy przyjechała Monika…

– Nie ma znaczenia, czy ręka jest męska, czy kobieca. Przecież pani to rozumie. Żona Igora nie ma w sobie tego, co pani; nie ma w niej tego ciepła i zwyczajnej dobroci, troski, czułości. Wie pani, ja tak sobie myślę, że to dzięki pani Radek zaczął się znowu uśmiechać.

– O nie, tego mi pan nie wmówi. – Ada roześmiała się przez łzy. – Tu akurat strzela pan kulą w płot. Oboje wiemy, że to przyjaźń z panem pomogła chłopcu.

Staruszek sapnął z zadowoleniem.

– Sądzę, że wszyscy razem przyczyniliśmy się do tego, że mały poczuł się bezpiecznie – podsumował. – Otrzymał wreszcie to, czego dzieci potrzebują, aby zdrowo rosnąć: miłość, uwagę i spokój. Dawid czyta wieczorami nam obu, wiedziała pani? Radek siada ze mną na kanapie i słuchamy opowieści… A jak on żywo reaguje! To jest teraz zupełnie inne dziecko. Coraz ładniej pisze, a jak pięknie rysuje! I używa radosnych kolorów. Dawid wspominał, że na początku tworzył takie ciemne, ponure rysunki… Oby przyjazd jego mamy niczego nie zepsuł.

A ponieważ Ada milczała, po chwili dodał:

– Pod żadnym względem.

Mimo ciemności wyczuła, że wypowiadając te słowa, starszy pan wykonał taki gest, jakby chciał przygarnąć ją ramieniem.

– Pan wie o wszystkim, prawda? – szepnęła. – Przez cały czas pan wiedział.

– Tak, wiedziałem. I bardzo wam kibicowałem, pani Ado. Gdyby ktoś mnie zapytał, powiedziałbym, że niewielu jest ludzi tak do siebie pasujących jak wy dwoje…

– Ale to ona jest jego żoną – dokończyła, bo intonacja tego zdania wyraźnie wskazywała na to, że będzie jakieś „ale”. – Więc ja muszę usunąć się w cień. Tak, panie Antoni, doskonale to rozumiem. I chyba nawet nie mam pretensji. Bo niby o co i do kogo? Po prostu znowu mi się nie poszczęściło.

Nie przyznała się, jak bardzo boli ją fakt, że Igor napisał do żony. Doskonale rozumiała, że dla Radka tak jest lepiej, zwłaszcza że zbliżały się święta i mały nie mógłby cieszyć się z nich w pełni, gdyby rodzina nie była w komplecie. Więc może inaczej: nie tyle bolało ją to, że taki list został napisany, ile – że ona nic o tym nie wiedziała. Gdyby Igor jej powiedział, że nosi się z zamiarem poproszenia żony o powrót na Boże Narodzenie, Ada byłaby przynajmniej przygotowana na cios. Wówczas bolałoby znacznie mniej.

Po spacerze każde z nich wróciło do siebie. Antoni uśmiechnął się na widok książki, która leżała na stoliku obok kanapy. Było to W pustyni i w puszczy. Długo dyskutowali z Dawidem na temat doboru lektury do wieczornego głośnego czytania – wszystko, na co oni mieli ochotę, wydawało się nieodpowiednie dla Radka, a tymczasem bardzo chcieli, aby chłopczyk brał udział w tych spotkaniach. Nalegał na to zwłaszcza Dawid. Przeczytał jakiś artykuł, z którego wynikało, że głośne czytanie dziecku ma efekt terapeutyczny; leczy nawet powypadkowe uszkodzenia mózgu. Antoni nie bardzo w to wierzył, ale oczywiście przyklasnął pomysłowi, aby czytać Radkowi na głos.

Ostatecznie ustalili następujący zestaw książek: najpierw W pustyni i w puszczy, potem Hobbit oraz trylogia Władca Pierścieni, a później cały cykl Opowieści z Narnii. Uznali, że w tych opowieściach każdy, niezależnie od wieku, znajdzie coś dla siebie.

Antoni umył się i położył do łóżka. Za namową Ady przestał jadać kolacje i czuł się znacznie lepiej, idąc spać odrobinę głodny. W każdym razie na pewno lepiej spał. Teraz, zamykając oczy, pomyślał, że nowi mieszkańcy kompletnie zmienili jego stare nawyki. Ale ku jego zdziwieniu zupełnie mu to nie przeszkadzało.

Ada zasypiała w zupełnie innym nastroju. Czuła się tak, jakby życie wymykało jej się z rąk. Wszystko, czym żyła w ostatnich tygodniach, zaczynało pękać i osypywać się niczym stary tynk na pięknej dotąd fasadzie budynku. Trzeba będzie poukładać sobie świat na nowo, myślała. Tylko jak? Z czego, z jakich elementów miałaby stworzyć tę układankę?

Usiłowała nazwać wszystkie większe i mniejsze sprawy, które nadawały sens jej życiu. Miłość matczyna, to oczywiście było na pierwszym miejscu – nieodmiennie od szesnastu lat. Ale przecież nie można budować sobie świata tylko wokół relacji z synem. Dawid kiedyś wyjedzie, musi to zrobić, aby poszukać własnego szczęścia – co wtedy zostanie Adzie? Czekanie na telefony od niego, na te nieliczne chwile, kiedy będzie wpadał z wizytą? To byłoby nieuczciwe wobec chłopaka, obciążałoby go odpowiedzialnością za matkę, za jej samotność. Tak nie wolno. Każdy musi żyć na własny rachunek, myślała Ada. I właśnie teraz jest ostatni dzwonek, aby się tego nauczyć. Zanim Dawid podejmie decyzję co do swojej przyszłości.

Więc skoro nie miłość do syna i nie miłość do Igora, to co? Czym miałaby wypełnić swoją codzienność, aby nie czuć tej wszechogarniającej pustki? Czy dostatek i wygoda, spokój, satysfakcja płynąca z dobrze wykonywanej pracy, kilka drobnych przyjemności w stylu treningu z kijkami, przeczytanej książki albo obejrzanego filmu – czy to wystarczy, aby nadać życiu sens?

ROZDZIAŁ 5


Następnego dnia od rana w dworku wrzała praca. Na rodzinnym zebraniu zwołanym przez Monikę ustalono, że trzeba zrobić gruntowne porządki przedświąteczne. Myciem okien zajęli się Sucheccy, Ada omiatała ściany i sufity, pucowała framugi, lustra, poręcze, ramy obrazów i wszelkie trudno dostępne zakamarki. Pan Antoni także pragnął się na coś przydać, został więc oddelegowany do uporządkowania zapasów w lodowni i spiżarni. Uporał się z tym dość szybko i wkrótce dołączył do Ady, która właśnie przecierała miękką szmatką bibeloty w bawialni. Zaparzył herbaty, nalał do filiżanek i usiadł w fotelu, pozwalając odpocząć zmęczonym nogom.

– Każdy przedmiot tutaj ma swoją historię – powiedział melancholijnie. – A ja jestem ostatnim, który ją zna. Ten świecznik na przykład… Niby zwykła ozdoba, nieszczególnie ładna i z pewnością niezbyt cenna. Chyba że dla kolekcjonera przedmiotów z PRL-u. Ale czy pani wie, że łączy się z nim pewna opowieść?

Ada nadstawiła uszu. Pożałowała, że nie ma z nimi Dawida.

– Kupiłem go za moje stypendium studenckie na pierwszym roku studiów – mówił dalej pan Antoni. – W „Cepelii”. Był wtedy taki sklep, pani jest chyba za młoda, żeby pamiętać. Tak jak teraz, zbliżały się święta, a ja zupełnie nie miałem pojęcia, co podarować w prezencie panience Bognie. Nie było mnie stać na biżuterię, perfumy albo jedwabne apaszki. Więc poszedłem do tej „Cepelii”, a tam jakieś łowickie pasiaki, chusty w kwiaty, góralskie baranice, zresztą także drogie. Jedynym, na co mi wystarczyło pieniędzy, był ten drewniany świecznik. Pani Bogna zachwycała się nim tak, jakby był dziełem sztuki. Zachowała się bardzo taktownie. Inna sprawa, że parę lat później oszlifowałem go, pobejcowałem i zaczął jako tako wyglądać.

– Naprawdę jest bardzo ładny – pochwaliła Ada.

– Nie do końca się z panią zgadzam. – Starszy pan roześmiał się serdecznie. – Uważam, że zupełnie tu nie pasuje. Ale pani Bogna traktowała go jak coś cennego i wyjątkowego, nie chcąc ranić moich uczuć. Zawsze taka była: robiła nie to, co jej samej sprawiłoby przyjemność, lecz czego oczekiwali lub pragnęli inni. W każdym razie ona sądziła, że tego oczekują lub pragną. Bo to, wie pani, z odczytywaniem cudzych oczekiwań czasem różnie bywa.

Rozmowa schodziła na tematy niezwiązane z dworkiem, a Ada bardzo chciała wrócić do historii budynku, sprzętów i ludzi.

– Jest pan ostatnim strażnikiem pamięci tego miejsca – powiedziała, odkładając szmatkę do kurzu i sięgając po filiżankę z herbatą. – Czy nie chciałby pan, aby ktoś spisał takie opowieści jak ta o świeczniku?

– Spisał? A po co ktoś miałby je spisywać?

– Choćby po to, aby kiedyś, gdy mnie ani pana już nie będzie, przy świątecznych porządkach Dawid mógł opowiedzieć historię świecznika swoim dzieciom.

– No, ta akurat historia nie jest szczególnie warta opowiadania. Ma znaczenie tylko dla mnie. Ze względów, że tak powiem, sentymentalnych. Ale może ma pani rację – westchnął pan Antoni. – Dzięki takim opowieściom wszyscy moglibyśmy dłużej żyć. Jak to mówią, dopóki ktoś o nas pamięta, dopóty nie całkiem umieramy.

– A wie pan, coś mi właśnie przyszło do głowy… – Ada zdecydowała się na niewinne kłamstewko i udała, że dopiero teraz wpadła na ten pomysł. – Dawid bierze udział w konkursie literackim pod hasłem „Było, minęło”. Przecież mógłby napisać właśnie o dworku. O ludziach, którzy go budowali, którzy tworzyli jego historię. O drzewach sadzonych przez pradziadka, o cioci Bognie, panu i waszej wieloletniej przyjaźni. I wreszcie o przedmiotach, z których każdy też ma swoją opowieść.

 

– No nie wiem…

– Na przykład gdyby zaczął od tego, co opowiedziałyby te stare buki nad stawem, gdyby umiały mówić… Panie Antoni, pan jest przecież żywą kroniką tego miejsca. Nikt nie wie o nim tyle, co pan. Czy nie warto ocalić od zapomnienia postać pradziadka i cioci Bogny? Pan będzie opowiadał, a Dawid opisze wszystko.

Starszy pan zwrócił pomarszczoną twarz ku oknu.

– Ale kto to będzie czytał? – zapytał po chwili. – Jacyś obcy?

– Komisja konkursowa. Jeśli pan zechce, można pozmieniać nazwiska, ale… wydaje mi się, że nie powinno się tego robić. Ten dwór ma piękną historię, powstał dla wielkiej miłości. Czy nie warto, aby ludzie o tym wiedzieli?

– Można by skupić się na zmianach. – Staruszek wszedł jej w słowo. Najwyraźniej pomysł zaczął mu się podobać. – Jak kiedyś żyło się w takich dworkach, jeszcze przed wojną. Jakimi wartościami kierowali się ich właściciele…

– Ma pan rację. Już sama opowieść o tym, że pradziadek Iwo czekał na swoją Grace przez całe życie, jest taka poetycka…

Przez chwilę panowało milczenie.

– Poetycka! – burknął nagle starszy pan. – Co wy możecie wiedzieć o czekaniu przez całe życie?! To wcale nie jest romantyczne ani poetyckie. To jest cierpienie.

Po czym ku zdumieniu Ady gwałtownie wstał z fotela i wyszedł, zostawiając niedopitą herbatę.

ROZDZIAŁ 6


Dawid rozejrzał się dyskretnie. Dziewczyna, którą ukradkiem obserwował, podeszła do szkolnego sklepiku, ale chyba nie zamierzała nic kupić, jedynie rozmawiała z panią Stefą, woźną, podczas długich przerw pełniącą również funkcję sprzedawczyni.

Uznał, że to świetna okazja. Podejdzie i zapyta o… No tak, bez sensu. Uświadomił sobie, że nie ma przy sobie pieniędzy. Musiałby więc poprosić o towar, którego na sto procent nie ma w sklepiku.

Zanim zdążył się zastanowić, co by to mogło być, blondynka już oddaliła się w stronę grupki rozchichotanych koleżanek. Szła drobnymi kroczkami, bo tego dnia założyła wąską spódnicę i buty na obcasie. Miała oszałamiającą figurę i najwyraźniej zdawała sobie z tego sprawę, skoro tak ją eksponowała.

Niewiele o niej wiedział. Miała na imię Joanna i – niestety – chodziła już do maturalnej klasy. Dawid był jednak przekonany, że różnica dwóch lat nie stanowi przeszkody, jeśli dwoje ludzi do siebie pasuje. Ktoś bardziej znający się na życiu i ludziach dostrzegłby, że ta blondynka wcale szczególnie do niego nie pasowała. Nie bywała na przykład w bibliotece, całe przerwy spędzała z telefonem w dłoni, a główny temat jej rozmów z koleżankami stanowiły ubrania i kosmetyki.

Tyle że Dawid nie znał się ani na ludziach, ani na życiu, ani nawet na samym sobie. Nie miał pojęcia, że z taką dziewczyną nudziłby się śmiertelnie, ponieważ nie udałoby się im znaleźć żadnego sensownego tematu do rozmowy. Zapomniał także – choć przecież w gimnazjum czytał Małego Księcia – że najważniejsze jest to, czego nie widać; co więcej, że często prawdziwe piękno jest ukryte pod szpetną pokrywką.

Po lekcjach miał spotkanie kółka dziennikarsko-literackiego. W tym tygodniu przyszły tylko cztery osoby – w tym troje maturzystów. Ponury Grzesiek z klasy prawniczej, który przedstawiał się wszystkim jako „Grzech”, co wydało się Dawidowi nieco pretensjonalne, a także dwie rozgadane papużki nierozłączki, Małgosia i Weronika, które wybierały się na polonistykę i były przekonane, że uczestnictwo w zajęciach kółka zapewni im bezproblemowy wstęp na wymarzoną uczelnię.

Dawid jako jedyny zadeklarował, że spróbuje wziąć udział w konkursie literackim, co bardzo ucieszyło polonistę, przez uczniów zwanego Sumem.

– Zostań na chwilę po zajęciach, powiesz mi, na jakim jesteś etapie. Tymczasem porozmawiamy o felietonie jako gatunku – oznajmił nauczyciel, gdy już odhaczył w dzienniku, kto jest obecny. – Mam tu dla was kilka przykładowych tekstów, popracujemy nad nimi. Za tydzień zajmiemy się reportażem. Marzy mi się… No właśnie, może powinienem był od tego zacząć. Marzy mi się szkolna gazeta. Co wy na to?

Patrzył na nich z wyczekiwaniem. Dawidowi zaświeciły się oczy. Gazeta – miejsce, w którym mógłby zamieszczać swoje próby literackie i dziennikarskie! Tak, to znakomity pomysł!

Niestety, pozostała trójka pospuszczała głowy. Już kombinują, jak się z tego wymiksować, pomyślał rozczarowany chłopak. Czuł zażenowanie, jak zawsze wtedy, gdy ktoś w jego obecności przeżywał upokorzenie. Mama twierdziła, że to dowód na wysoki stopień empatii. Dawid odczuwał tę sytuację tak, jakby to od niego wyszła propozycja i jakby jemu samemu sprawiono przykrość.

– Maturzyści nie bardzo mają czas – odezwał się, aby wreszcie przerwać krępującą ciszę. – Ale gdyby zebrała się ekipa chętnych pierwszoklasistów, ktoś z drugiej klasy…

Sumacz spojrzał na niego z wdzięcznością.

– Masz rację – powiedział. – Wrócimy do tematu, zapytam w twojej klasie, może znajdzie się ktoś z dziennikarskim pazurem. Zuza ma świetne pióro, kto wie, czy Konrad się nie zainteresuje…

Zuza?! Dawid w pierwszej chwili sądził, że się przesłyszał. Jedyna Zuzanna, jaką znał, była ufarbowaną na czarno, zaniedbaną i niesympatyczną dziewczyną. Nosiła ostry, wręcz agresywny makijaż, pod którym zupełnie nikła jej prawdziwa twarz. Nigdy nie słyszał, żeby się odezwała na lekcji – ani do koleżanek, ani do nauczyciela. Czy to możliwe, aby chodziło o nią? Postanowił, że zapyta o to później. Tymczasem pochylił się nad felietonem Joanny Szczepkowskiej, który nauczyciel wyciął z jakiegoś czasopisma, skopiował i przyniósł na zajęcia.

– Całkiem nieźle – ocenił Sumacz trzydzieści minut później, gdy uczniowie odczytali swoje prace. Ich zadaniem było (oczywiście po wcześniejszym omówieniu cech tego gatunku) napisać kilka pierwszych zdań tekstu, który mógłby być felietonem. – Dawid, u ciebie wyłapałem błąd frazeologiczny, przeanalizuj go. Nie „zasypuje” się gruszek w popiele, tylko się je „zasypia”, nawet jeśli to brzmi nielogicznie i nawet niegramatycznie. Sprawdzenie, skąd się wzięło to powiedzonko, potraktuj jako zadanie domowe. Małgosia…

Omówił pozostałe szkice, po czym starsi uczniowie spakowali swoje bruliony i wyszli. Dawid wyciągnął notatnik, w którym wcześniej sporządził chaotyczne zapiski.

– Trochę nabazgrałem – powiedział speszony. – Ale ja tak zawsze. Pierwsze notatki muszę mieć nieporządne.

– To normalne. Tak właśnie myślimy: chaotycznie, po wariacku. Stąd określenie „burza mózgów”. Nie przejmuj się. Po prostu opowiedz mi, jak to widzisz.

– Tematem pracy będzie przeszłość dworku, w którym od niedawna mieszkam. Moja mama wymyśliła, że mógłbym zacząć od drzew. Nad stawem są stare buki… To byłby monolog jednego z nich. Opowiedziałby, kto go zasadził, jak budowano dworek, jak powstawał park. Potem mógłbym włączyć głos pana Antoniego… To jest najstarszy mieszkaniec naszego domu; kiedy dworek powstawał, był dzieckiem. Mam nadzieję, że zechce mi trochę opowiedzieć… Ale na razie jeszcze nie udało nam się go namówić.

– Nam?

– Mnie i mojej mamie. On niechętnie opowiada.

– Dlaczego?

– Nie mam pojęcia. Może jest za wcześnie. Niedawno umarła ciocia, a oni przez całe życie mieszkali razem, bardzo się przyjaźnili… Chyba musi minąć trochę czasu.

Nauczyciel odchylił się na oparcie krzesła i westchnął głęboko.

– Pomysł jest znakomity. Pamiętaj jednak, że na wysłanie pracy konkursowej mamy czas do końca stycznia. Ani dnia dłużej.

– Pamiętam, panie psorze.

– Przed świętami chciałbym zobaczyć szkic. Choćby ogólny zarys tego, co zamierzasz napisać. Zdążysz?

– Zdążę.

Sumacz pokiwał głową, poklepał chłopaka po ramieniu i zaczął zbierać felietony i karty pracy.

– Koniec na dziś – powiedział. – Umieram z głodu.

Dawid także spakował swoje rzeczy.

– Mogę jeszcze o coś zapytać? – A ponieważ nauczyciel kiwnął głową, kontynuował: – O jakiej Zuzie pan wspomniał? Że ma świetne pióro?

– No, o Zuzi Żydek.

A więc jednak. Chłopak milczał, zdumiony. Jakim cudem ta milcząca, szorstka dziewczyna miałaby mieć talent literacki?

– Uczyłem ją w podstawówce – dodał polonista. – Przygotowywałem ją do olimpiady przedmiotowej. Jeszcze zanim… zmieniła swój wizerunek, że tak powiem. To było bardzo wrażliwe, subtelne dziewczątko. Teraz pewnie też jest wrażliwa, tylko z tą subtelnością coś się porobiło… Ale też życie jej specjalnie nie głaszcze po głowie, więc nie ma się czemu dziwić. No, chłopie, idziemy, bo umrę tu z głodu i będziesz miał problem, co zrobić ze zwłokami.

Dawid uśmiechnął się, pożegnał i czym prędzej wyszedł na parking przed szkołą, gdzie już czekała na niego mama.

– To jest ten twój nauczyciel? – zapytała, wskazując ruchem głowy Sumacza, który właśnie wsiadał do zaparkowanego nieopodal seata. Dawid skinął głową, a wówczas dodała: – Inaczej go sobie wyobrażałam.

– Domyślam się. Pewnie miałaś w głowie obraz brzuchatego faceta z sumiastym wąsem, takiego typowego sarmatę – roześmiał się chłopak.

– Nie, synku, wręcz przeciwnie – odparła mama z wyrazem zadowolenia na twarzy. – Na moje wyobrażenia wpłynął mianowicie fakt, że mówicie na niego „Sum”. Sądziłam, że ma rybią twarz z wyłupiastymi oczami oraz obrzydliwe, cienkie wąsiki nachodzące na usta. A kiedy je, na tych wąsikach zostają mu resztki twarogu. Albo na przykład żółtka.

– Ohyda! – zawołał Dawid.

– A widziałeś kiedyś prawdziwego suma? To jest dopiero ohyda w najczystszej postaci. Najbrzydsza ryba świata!

– Nie widziałem i nie chcę widzieć. Rany, teraz będę podejrzliwie patrzył na Sumacza, czy aby nie przykleiło mu się żółtko…

– Przecież on nie ma wąsów.

– No tak. Co za ulga.

Ada spojrzała na swojego syna i pomyślała, że jest ogromną szczęściarą. Wiedziała, że nie wszyscy mogą prowadzić takie rozmowy ze swoimi dorastającymi dziećmi. Właściwie czuła się przy Dawidzie tak, jakby to był jej dużo młodszy przyjaciel.

– Wiesz co? – powiedziała. – To, że cię strasznie lubię, to jeszcze nic. Ale zaimponowało mi, że w pierwszej klasie liceum wiesz, kto to sarmata.

Chłopak nie odpowiedział, ale ledwo zauważalnie wyprostował plecy. Wszyscy czasem potrzebujemy komplementów, pomyślała jego mama. Mnie też by się jakiś przydał.

W bibliotece jak zwykle panowała ponura cisza. Dawid nie lubił tu przychodzić. W porównaniu z osiedlową filią w Poznaniu, gdzie od dzieciństwa przyjaźnił się z bibliotekarkami, tutaj czuł się nieswojo i obco. Nie zapowiadało się też na to, aby miał szansę poczuć się lepiej. Na jego „dzień dobry” pracownice wypożyczalni burczały niezbyt przyjaźnie, jakby fakt, że przywitaniem zakłócił świętą ciszę tego przybytku, zasługiwał na najwyższe potępienie.

Chłopak wyłożył przyniesione książki na biurko, po czym wszedł między regały. Uwielbiał to uczucie, nieporównywalne z żadnym innym. Jakby zagłębiał się w cienisty, pachnący żywicą tysiącletni las, w którym czekają go niezwykłe przygody. Może spotka elfy, krasnoludy, piękną wróżkę? Może przeżyje wielką miłość, a może będzie tropił złoczyńców?

Z nikim poza mamą nie rozmawiał o swoim uwielbieniu dla książek. Ona jedna rozumiała – co więcej, to ona nauczyła go tak kochać literaturę. Marzył, że kiedyś spotka dziewczynę, która będzie czuła to, co on.

Z zamyślenia wyrwał go dziecięcy głos. To nie jest dział dla dzieci, pomyślał Dawid, po czym wychylił się zza półki, żeby zobaczyć, czy jakiś maluch nie zabłądził albo nie uciekł zaczytanemu rodzicowi.

Na wąskim chodniku w pasy, leżącym między rzędami regałów, siedziało dziecko podobne do małpki. Chłopak zawstydził się sam przed sobą, że takie porównanie przyszło mu do głowy – ale to była prawda, niestety. Mały miał na oko jakieś sześć lat, był drobniutki; zwłaszcza głowa wydawała się nienaturalnie mała. Jego gęste czarne włosy wyrastały tuż nad brwiami. Miał płaski nos i dziwne oczy. Jakby powieki posklejały się podczas snu i teraz nie chciały otworzyć się do końca.

– Co się gapisz? – Dawid aż podskoczył, słysząc to pytanie, zadane szorstkim, opryskliwym tonem. – Dzieciaka nie widziałeś?

Odwrócił się i zobaczył znajomą twarz. To była Zuza Żydek, o której niedawno rozmawiał z Sumaczem.

– Cześć – wyjąkał. – Myślałem… Pomyślałem, że może się zgubił.

– Nie zgubił się, tylko na mnie czeka. Nie wtykaj nosa w nie swoje sprawy.

 

Wykonała obrót na pięcie i wróciła między regały z fantastyką. Dawid pomyślał, że zachowuje się jak jeżozwierz. Boi się, więc stroszy kolce. Wzruszył ramionami i wrócił do półki z prozą amerykańską. Przeglądał woluminy, ale już bez przyjemności. Że też jedna niesympatyczna dziewczyna może człowiekowi zepsuć wizytę w ulubionym miejscu, pomyślał ze złością.

Wreszcie wybrał dwie książki – Paragraf 22, o którym słyszał, że to jedna z najlepszych książek antywojennych, oraz Pogodę dla bogaczy, ale niestety tylko pierwszy tom, bo drugiego nie mógł znaleźć na półce. Zanim podszedł do biurka, coś go podkusiło, żeby zerknąć, co wypożycza Zuza. Niby przypadkiem, wodząc wzrokiem po grzbietach książek, wszedł między półki z fantastyką.

Chłopczyk nadal siedział na podłodze, ale tym razem tuż przy nodze dziewczyny, i bawił się sznurowadłami jej buta. Dawid już wcześniej zauważył, że nosiła podniszczone glany. Nie podobał mu się taki styl. Uważał, że dziewczyny powinny być dziewczęce.

– O, Sapkowski! – ucieszył się, widząc w ręce Zuzy Miecz przeznaczenia. – Świetna seria. Bierz w ciemno.

– Serio? – burknęła. – Zwykle czytam ambitniejsze rzeczy. Ursulę Le Guin, Herberta. To nie jest badziewie?

Dawid poczuł się osobiście urażony. Saga o wiedźminie może nie aż tak, ale trylogia husycka była jedną z jego ukochanych lektur.

– „Badziewie”! No wiesz! Tylko dlatego, że polski autor? – obruszył się. – Po prostu daj mu szansę.

– A co ma do rzeczy: polski czy nie polski? Słyszałam, że to byle co, stąd takie nieeleganckie słowo – wycedziła, kładąc nacisk na wyraz „nieeleganckie”. – Przepraszam, jeśli uraziłam twoje delikatne uczucia.

– Po co ta kpina? – Chłopak wzruszył ramionami. – Owszem, trochę uraziłaś. Sapkowski jest jednym z moich ulubionych autorów. Z kolei Le Guin znam tylko Czarnoksiężnika z Archipelagu, wstyd się przyznać.

– No, rzeczywiście wstyd. – Zuza uśmiechnęła się, a wówczas jej twarz wydała mu się… no, może nie ładna (to było niemożliwe przy tym demonicznym makijażu), ale w każdym razie odrobinę sympatyczna. – Może pora iść na całość? Cały cykl o Ziemiomorzu jest wspaniały. A wiesz, że Ursula miała polskie korzenie? Jej pradziadek był Polakiem.

– Serio?

– Tak. Wyemigrował do Stanów po powstaniu styczniowym. Ale nie udało mi się dowiedzieć, czy był powstańcem.

– Ciekawe. Interesujesz się historią?

– Nie, w zasadzie nie. – Nagle jej rysy stwardniały i znów stała się jakaś odpychająca. Zerknęła na dziecko siedzące na podłodze. Nie bawiło się już sznurówką. Z zadartą głową i otwartą buzią przysłuchiwało się rozmowie. – Ja się niczym nie interesuję – dodała szorstko.

– Ale słyszałem, że nieźle piszesz. Sum wspominał o tym na ostatnim kółku literackim.

Od strony biurka dobiegło donośne syknięcie. Dawid przypomniał sobie, że w tej bibliotece nawet witać się należało szeptem. Zastanawiał się, skąd te sztywne zasady, skoro nikt nigdy nie korzystał z czytelni.

– Nie chciałabyś chodzić na to kółko? – zapytał jeszcze, najciszej jak umiał. – Jest taki fajny konkurs pod hasłem „Było, minęło”. I moglibyśmy redagować szkolną gazetę…

– Daj spokój! – Dziewczyna prychnęła, po czym ostentacyjnie odwróciła się do niego plecami. – Kółko, jeszcze czego! Wolne żarty! W przeciwieństwie do różnych słodkich niuniek z naszej budy mam co robić popołudniami.

– Ciszej tam! – dał się słyszeć głos oburzonej bibliotekarki.

Dawid stał przez chwilę, nie wiedząc, jak się zachować. Wreszcie uznał, że skoro podczas rozmowy Zuza stoi tyłem, zapewne ma w nosie dobre wychowanie.

– No to cześć – szepnął tylko, jednocześnie sięgając ręką po książkę Ursuli Le Guin. Wybrał Tehanu, bo spodobał mu się tytuł.

– Nie! – odezwała się równie cicho Zuza. – Po Czarnoksiężniku są Grobowce Atuanu. Czytaj po kolei.

To ostatnie zdanie wypowiedziała tak kategorycznie, że Dawid się uśmiechnął.

– Tak jest, szanowna pani! – powiedział. – Gdzieżbym śmiał złamać ten zakaz. Choć szczerze mówiąc, uwielbiam łamać zakazy. I nakazy też.

Wziął odpowiednią książkę, mrugnął do chłopczyka i poszedł do biurka, aby oddać karty i wysłuchać pouczeń o niewłaściwym zachowaniu w bibliotece.