Rozmerdane świętaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Małgorzata


Na szczęście zdążyłam wrócić, zanim szefowa przyszła z papierniczego. Ceniłam sobie święty spokój, a doskonale wiedziałam, że urządziłaby mi awanturę o te pięć minut spędzone poza sklepem. Gdyby to ode mnie zależało, nigdy nie złamałabym ani tego, ani żadnego innego punktu naszego niepisanego kodeksu. Nic jednak nie mogłam poradzić na to, że wyszła paskudna sprawa z urodzinami Julci. Prezent, który jej zamówiłam przez internet, nie dotarł na czas. Był to zestaw kreatywny do robienia biżuterii. Wiedziałam, że moja bratanica ma zręczne rączki i uwielbia takie zabawy.

Tymczasem kurier nie dotarł w piątek, co oznaczało, że zapewne dostarczy zamówienie w poniedziałek, kiedy będzie za późno. Nic wielkiego się nie stało, tłumaczyłam sobie. Prezent zostanie wręczony przy innej okazji, przecież niedługo Gwiazdka. Ale tymczasem nie miałam nic, co mogłabym podarować Julci w sobotni wieczór, a pójście z pustymi rękami nie wchodziło w grę. Widok jej smutnej buzi byłby nie do zniesienia.

Kochałam córeczkę mojego brata tak, jak kochałabym własną. Tę, którą straciłam, zanim zdążyłam zobaczyć jej pierwszy uśmiech. Poradziłam sobie z żałobą, ponieważ nie miałam innego wyjścia – zostałam sama, bo Darka to wszystko przerosło. Czasem się zastanawiałam, z czym właściwie nie dał sobie rady – ze smutkiem po śmierci Martusi czy raczej z niepełnosprawnością Marcinka. Zapewne obie te sprawy złożyły się w całość, w której mój mąż nie potrafił się odnaleźć.

Dopóki żyła mama, jakoś się to wszystko układało. Marcinek miał zapewnioną opiekę, kiedy ja pracowałam, a nawet więcej – babcia zajmowała się nim z taką troską, jakiej nigdy nie okazywała mnie samej. Kiedyś, gdy była już bardzo chora, wyznała mi, że ma wyrzuty sumienia.

– Nie byłam dobrą matką. Powinnam była spędzać z tobą każdą wolną chwilę – powiedziała mi wtedy. – A tymczasem marnowałam czas. Wiecznie zagoniona, wiecznie ze ścierką w jednej ręce i łyżką wazową w drugiej.

– Pracowałaś – odparłam, żeby ją pocieszyć. – Musiałaś jakoś sobie radzić. Tata pił, nie miałaś z jego strony żadnej pomocy…

– Powinnam była go zostawić – oznajmiła z zaskakującą siłą w głosie. – Miałabym przynajmniej z głowy darmozjada i awanturnika. Mogłabym zająć się tobą i Grzesiem.

– Przestań, mamo – ucięłam. – Nie ma sensu wyrzucać sobie tego, co było. Pomyśl raczej o tym, jak wspaniałą jesteś babcią.

– Byłam. – Uśmiechnęła się z wysiłkiem. – Mnie już właściwie nie ma, córeczko. Pora zacząć mówić o tym w czasie przeszłym.

Obruszyłam się wtedy okropnie; nadal wierzyłam, że dla mamy jest jeszcze ratunek. Dwa dni później już nie żyła.

*

Kiedy wychodziłam za mąż, strasznie lało. Mój ojciec upił się już wczesnym rankiem, w związku z czym mama uznała, że nie może uczestniczyć w uroczystościach.

– Nic z tego nie będzie – wybełkotał proroczo. – Zobaczycie. Już od początku wszystko idzie źle. Miało być słońce, a pada. Miało być szczęście, a będzie płacz. Popamiętacie jeszcze…

– Chodź – przerwała mama, chwytając mnie za łokieć i wyprowadzając z kuchni. – Nie słuchaj tego pijaka. Za długo go słuchałyśmy. Będzie cudownie, zobaczysz. Po deszczu zawsze wychodzi słońce, a ty będziesz szczęśliwa z Darkiem, o wiele szczęśliwsza, niż ja kiedykolwiek byłam z twoim ojcem.

To drugie w zasadzie się sprawdziło. Byłam z Darkiem szczęśliwa przez całe trzy lata. Pobraliśmy się bardzo wcześnie, zaledwie miesiąc po mojej maturze (znacznie później pani psycholog podczas terapii wytłumaczyła mi, że chciałam jak najprędzej zacząć dorosłe życie, aby uciec przed nałogiem ojca), już jako mężatka podjęłam studia, które zresztą i tak ostatecznie przerwałam, kiedy się okazało, że po pierwsze jestem w ciąży, a po drugie jest to ciąża bliźniacza i zagrożona.

To był dziwny czas. Z jednej strony zupełna magia – sam fakt, że jestem w ciąży, że noszę w sobie zupełnie nowe życie, że tam w środku, pod moim sercem, rosną właśnie osobne istotki, mające maleńkie płuca, serduszka, żołądki i nerki… Że formują się mózgi dwóch osóbek, które najpierw nie będą widziały poza mną świata, ale za kilkanaście lat zaczną mieć własne zdanie, będą ze mną dyskutować, buntować się i kłócić, aby w końcu dorosnąć, usamodzielnić się i stać się dojrzałymi ludźmi.

Z drugiej strony ten okropny, ściskający za gardło strach, kiedy lekarz najpierw długo milczał podczas badania, a potem mruknął coś o gorszym rozwoju jednego płodu. Ale nie chciał nic wyjaśnić.

– Ja wolę nie prorokować – powiedział. – Już się zdarzało, że lekarze widzieli coś niepokojącego, a podczas porodu okazywało się, że wszystko z dzieckiem w porządku. I zdarzało się na odwrót: badanie cacy, wyniki doskonałe, a dziecko rodziło się z wadą rozwojową. Nie należy się martwić na zapas.

– Teraz to trochę za późno – odparł Darek z goryczą. – Trzeba było nie mówić tego o tym… niedorozwoju!

– Nie użyłem tego słowa. A poza tym byłbym nieuczciwy, zatajając przed państwem fakt, że dzieci nie rozwijają się jednakowo. Powinniście o tym wiedzieć.

Czy właśnie wtedy rozpoczął się proces odchodzenia Darka ode mnie i nienarodzonego jeszcze Marcinka? Kto wie. Może tamtego dnia po raz pierwszy pomyślał, że wolałby uciec od tego zmartwienia?

Wszystko kupowaliśmy parami. Bo jak to: jedno rozwija się gorzej, wolniej, ale czy to znaczy, że mam nie kupić mu becika, kocyka czy grzechotki? Darek uparł się jednak, żeby zrezygnować z zakupu łóżeczka.

– Będą spały z nami – przekonywał mnie.

Musiałam przyznać mu rację, bo tak właśnie było u mojego brata: kupili łóżeczko, a potem stało puste, traktowali je jako skrzynię na zabawki, bo ich pierwszy synek płakał całe noce i dopiero gdy go brali do siebie, zasypiał od razu. Dałam się więc przekonać, może też trochę z powodu przesądów, ponieważ w mojej rodzinie zawsze pokutowało przekonanie, że nie należy kupować wyprawki dla niemowlaka zbyt wcześnie – to przynosi pecha.

Nie kupiliśmy także wózka dla bliźniąt. Wiele razy potem myślałam, że to prawdziwa ręka opatrzności – zanim stał się nam potrzebny, mieliśmy już tylko synka. Nasza córeczka nie przeżyła nawet dwóch tygodni. Wolałam sobie nie wyobrażać, jak bym się czuła, gdybym została z tym wielkim wózkiem i miała do niego włożyć maleńkiego Marcinka, a poduszka po drugiej stronie byłaby tak strasznie, bezlitośnie pusta.

Wydawało się, że Marcin rozwija się książkowo. Po miesiącu uśmiechał się do mnie i gruchał radośnie, miał apetyt i przybierał na wadze – urodził się zbyt malutki, bardzo drobny; lekarze mówili, że teraz to nadrabia z nawiązką. Dopiero po kilku miesiącach zauważyłam, że jego uśmiech jest niesymetryczny, jedna nóżka nie fika tak wesoło jak druga, a rączka nigdy nie trafia tam, gdzie by chciała. Nie umiał także przekręcać się z brzuszka na plecy i bardzo słabo trzymał główkę.

Kiedy kończył roczek i wciąż nie siedział, jego tatuś uznał, że lepiej nam będzie bez niego. Albo może raczej jemu bez nas.

Olgierd


Nie miałem pojęcia, o co chodziło mamie: najpierw chce zrobić mi obiad, potem nagle wygania mnie do domu i konspiracyjnym szeptem oznajmia, że przyjdzie później i że mam sobie odgrzać bigos. Może jakaś dawna koleżanka wpadła do niej na ploteczki. Chciałem zadzwonić i upewnić się, że wszystko w porządku, ale rozładowała mi się komórka.

Ponieważ nigdzie się nie spieszyłem, zaniosłem zakupy, ugotowałem łazanki, odgrzałem i zamieszałem bigos (to było moje ulubione danie z dzieciństwa), po czym włączyłem telewizor i obejrzałem ciurkiem trzy programy przyrodnicze. Dopiero wtedy wróciła mama.

– Życie potrafi płatać figle – zauważyła filozoficznie, ale nie chciała wyjaśnić, co dokładnie ma na myśli.

– Ale nic się nie stało? – upewniłem się. – Nie masz żadnych problemów?

– Ja? Nie, skądże.

Miała dość tajemniczą minę i wydawała się rozkojarzona. Nałożyła sobie łazanek z bigosem i przez chwilę jadła w milczeniu. Ja położyłem się na kanapie. Wyłączyłem telewizor. Szczerze mówiąc, miałem ochotę na drzemkę.

– A zmieniając temat… – zaczęła mama po chwili. – Ty znasz tę Małgosię z obuwniczego?

Przez chwilę szukałem w pamięci jakiejkolwiek Małgosi.

– Nie mam pojęcia, o kim mówisz.

– Była dziś u mnie w sklepie, minęliście się, kiedy wychodziłeś na zakupy.

– A, tak! Masz na myśli mamę Marcina Berezy. Nie pamiętałem, że ma na imię Małgorzata. Znamy się jedynie z wywiadówek.

– Bereza? Tak się nazywa?

– Tak. Marcin jest w mojej klasie. Ma trochę problemów zdrowotnych, nie jest do końca sprawny. Ale byłem pewien, że jego mama pracuje w dyskoncie na kasie.

– To może kiedyś. Od miesiąca widuję ją w „Ciżemce”, wiesz, w tym obuwniczym po sąsiedzku. Swoją drogą, nie wiem, czy mogła trafić gorzej.

– Dlaczego? Sprzedawanie butów jest chyba mniej męczące niż…

– Nie o tym mówię. – Mama machnęła na mnie ręką. – Chodzi mi o to, że ma beznadziejną szefową. Wredne babsko i tyle.

– To niedobrze.

Zamyśliłem się. Nie znałem mamy Marcina, ale te kilka rozmów, które odbyliśmy, utwierdziły mnie w przekonaniu, że jest niesamowicie wrażliwą osobą. Kiedy zacząłem uczyć klasę czwartą a, od razu zauważyłem, że Marcinek objęty jest swego rodzaju parasolem ochronnym przez resztę klasy. Nie miałem pojęcia, jak poprzedniej wychowawczyni udało się osiągnąć taką atmosferę życzliwości wobec tego dziecka. Chłopiec miał nie do końca sprawną lewą rękę, powłóczył nieco nogą, lekko zezował i mówił odrobinę niewyraźnie.

 

Po wrześniowej wywiadówce podeszła do mnie szczupła kobieta o nieco azjatyckiej urodzie i poprosiła o rozmowę. Wyglądała bardzo młodo. Kiedy się uśmiechnęła, jej oczy zamieniły się w ciemne kreseczki. Przez jakiś czas zastanawiałem się nawet, czy nie jest starszą siostrą Marcina. Przecież aby mieć syna w tym wieku, musiałaby być ode mnie starsza, a to wydawało mi się niemożliwe. Okazało się jednak, że tak właśnie jest. Mimo młodego wyglądu i dziewczęcej sylwetki pani Bereza niosła na swoich barkach bagaż doświadczeń, których ciężaru nie mogłem sobie nawet wyobrazić. Nie znałem dokładnie jej historii – nie wypadało przecież wypytywać. Jedyne, czego się dowiedziałem, to że Marcin pochodził z ciąży bliźniaczej, lecz jego siostrzyczka zmarła wkrótce po narodzinach. Mama Marcina zrobiła wszystko, co mogła, aby malec nauczył się tego, czego inne dzieci uczą się niejako samoistnie: siadać, chodzić, samodzielnie jeść, mówić, a wreszcie pisać, rysować i lepić z plasteliny. Nie miałem pojęcia, jak ta krucha kobieta zdołała osiągnąć aż tyle. Jedno było pewne: chłopiec dogonił rówieśników, a niewielka niepełnosprawność ruchowa w żaden sposób nie wpłynęła na jego pozycję w grupie. Był bardzo lubiany i szanowany, niewątpliwie między innymi z powodu poczucia humoru, inteligencji i wyobraźni, którą znacznie przewyższał kolegów z klasy.

– O czym myślisz? – Głos matki przerwał moje rozmyślania. Nie czekając na odpowiedź, od razu zadała kolejne pytanie: – Kupiłeś składniki na sernik? Mam nadzieję, że nie włożyłeś do lodówki? Ciasta udają się najlepiej, jeśli produkty są w temperaturze pokojowej.

Wiedziałem o tym doskonale. W końcu jeśli słyszy się coś tysiące razy, człowiekowi zapada to w pamięć. „Wyjmij jajka z lodówki, bo mi się biszkopt nie uda”. „Nie wkładaj masła do lodówki, bo nie wyjdzie krem”. I jedynie przy kruchej szarlotce: „koniecznie włóż masło do lodówki!”.

– Synku, mam pełny kosz – oznajmiła mama, ledwie założyła fartuszek w kolorowe grochy i podkasała rękawy. – Skoczyłbyś wyrzucić śmieci.

Westchnąłem, ponieważ już zaczynało mi się robić błogo, a moje powieki stały się ciężkie. Podniosłem się z kanapy, wziąłem kubełek z odpadkami i nie zakładając kurtki, wyszedłem na klatkę schodową.

– Przeziębisz się! – rozległ się głos mamy. – Przewieje cię, zobaczysz! Oluś! W tej chwili wróć i się ubierz!

Po raz kolejny tego dnia zacisnąłem zęby. Zawróciłem i włożyłem kurtkę, nie zapinając jej jednak.

– Nabawisz się kłopotów! – rzuciła mama tonem jakiejś ponurej wieszczki.

Któż mógł przewidzieć, jak bardzo prawdziwe okażą się jej słowa!

Ziyo


Najpierw była miękka ciemność. Czułem się bezpiecznie i było mi ciepło, ponieważ otaczały mnie inne ciała i to było dobre. Nie wiedziałem nic o świecie, nie miałem pojęcia, że istnieje cokolwiek poza zapachem mleka i dziwnym uczuciem w moim brzuszku, kiedy masowało go coś miękkiego i wilgotnego.

Jakiś czas później pojawiło się światło. Dopiero wtedy zorientowałem się, że świat nie kończy się na podbrzuszu Mamy, że tam dalej rozpościera się kraina tysięcy zapachów, z których jeden był bardziej kuszący niż drugi.

Kiedy moje oczy otworzyły się na dobre, pierwszym, co zobaczyłem, był pyszczek Brata. Usiłował złapać mnie za ucho i wytarmosić. W ogóle pierwszymi zabawami, którym oddawaliśmy się z wielkim przejęciem i zaangażowaniem, były właśnie walki. Jeszcze trochę chwialiśmy się na łapkach, ale już trenowaliśmy warczenie i chwytanie się nawzajem bezzębnymi dziąsłami za karki. Płeć nie miała znaczenia, równie dobrze mogłem siłować się z Bratem, jak z Siostrami. Brat był silniejszy, często z nim przegrywałem. Z Siostrami na początku szło mi łatwiej, ale stopniowo moje siły topniały albo może nie rosłem tak szybko jak rodzeństwo. Nie byłem pewien, może miało to coś wspólnego z dziwnym uczuciem w nosku i gardle, kiedy wypiłem dużo maminego mleka. Po prostu czułem, że nie dopływa mi do brzucha. Wciąż byłem głodny, więc piłem więcej i więcej, ale w pewnym momencie zaczynałem czuć się bardzo źle i wszystko ze mnie wypływało. Czasem przez pyszczek, a czasem przez nos.

*

Lubiłem, kiedy pojawiała się Kobieta. Brała nas po kolei na ręce i całowała nasze mordki. Czasem wąchała i mówiła, że pachniemy jak małe liski. Że czuje zapach dzikiej natury. Mama denerwowała się trochę, poznawałem to po jej przyspieszonym oddechu i machaniu nisko opuszczonym ogonem. Po chwili Kobieta odkładała nas do legowiska, a wtedy Mama lizała nasze brzuchy i pyszczki, jakby chciała zaznaczyć, że należymy do niej.

Po jakimś czasie Kobieta zaczęła podsuwać nam miseczki z czymś niesamowicie aromatycznym. Wypowiadała przy tym słowa „mięsko, marchewka, jajeczko i ryż”, ale nic mi to nie mówiło. Wiedziałem tylko, że bardzo lubię wszystkie te rzeczy i że pięknie pachną. Tak pięknie, że nie mogłem się oprzeć wylizywaniu miseczki. Tylko że potem znowu czułem się źle, ale tym razem to wszystko nie wypadało mi przez nos, tylko przez pyszczek.

Następnym wyraźnym wspomnieniem był gruby głos Mężczyzny, który także brał nas na ręce, ale nie całował, tylko oglądał.

– Rzeczywiście, ten jeden jest wyraźnie chudszy – powiedział, kiedy trzymał mnie na rękach. – Jakiś niewydarzony. Od początku taki był?

– Nie, nic nie zauważyłam. Dopóki ssały mleko mamy, rozwijał się normalnie. Nie wymiotował. Trochę wypływało mu noskiem, ale myślałam, że to normalne…

– Jakie tam normalne – zdenerwował się Mężczyzna. – Jak dziecku leci nosem, to też jest normalne?

– Nie wiem. Nie mam dzieci.

– Okej. Przepraszam. Po co ci w ogóle były te kundle?

– Mój Boże, przecież ich nie chciałam. Broszka uciekła z ogródka, miała cieczkę i podkopała się pod ogrodzeniem… Rysiek nie upilnował. No i sam widzisz, cztery zdrowe, a ten jeden jakiś taki…

– Wiadomo chociaż, kto jest tatusiem?

– A niby skąd? Pewnie było ich kilku, bo każdy szczeniak inny. Weterynarz mówił, że tak może być u psów.

– Serio? Nie wiedziałem. Ten to jest nawet ładny… Uszy ma takie jedwabiste, że tylko głaskać.

– Ale chudy okropnie, aż żal patrzeć.

– To prawda. I jeśli tak jak mówisz, ciągle wymiotuje, to kto go weźmie?

– Właśnie. Bo to już pora wydać między ludzi, Broszka nie karmi, zaczyna warczeć na te szczeniaki… Tamte pozostałe łatwo będzie komuś wcisnąć, Gabrysia ma w szkole koleżanki, powiedziała im, że to prawie rasowe owczarki…

– Ale ten nie przypomina owczarka.

– No nie. W ogóle niczego nie przypomina. Łapki krótkie, łaciaty jak cielak, no i te sterczące uszy…

*

Rodzeństwa ubywało. Najpierw jacyś ludzie – dwoje dużych i jeden mały – zabrali moją Siostrę, którą nazwali Perełka. Kilka dni później zjawiła się pani o miłym głosie. Najpierw wyciągnęła ręce, przytuliła mnie i długo głaskała moje uszy, ale potem Kobieta coś jej powiedziała i wówczas tamta odsunęła się ode mnie jakby ze wstrętem. Wzięła Brata. Potem zabierano kolejne Siostry.

W końcu zostałem sam z Mamą. Nie pozwalała mi już ssać, zresztą przestała pachnieć mlekiem. Lubiłem wtulać się w to miejsce, gdzie kiedyś czułem się tak bezpiecznie, ale na ogół wtedy warczała. Zupełnie jakby przestała mnie lubić. Kobieta coraz częściej trącała mnie butem, kiedy wspinałem się łapkami na jej łydki, prosząc, aby wzięła mnie na ręce i przytuliła tak jak kiedyś. Wreszcie nadszedł dzień, kiedy zamknęła mnie samego w pomieszczeniu, w którym nie było nic miękkiego, nic podobnego do Mamy. Trochę pachniało tam siuśkami. Byłem bardzo głodny, więc przeszukałem każdy kąt, ale nie było nic, co mógłbym chociaż żuć. Nie miałem się w co wtulić, więc tak długo skakałem, że udało mi się ściągnąć z góry puchaty kawałek tkaniny. Położyłem się na nim, powąchałem i rozpoznałem zapachy wody, Mamy, Kobiety i jeszcze wielu rzeczy, których nie znałem. Zacząłem ssać róg materiału i wtedy przestałem się bać. Potem zasnąłem.

*

Kiedy się obudziłem, usłyszałem głosy. Jeden z nich należał do Kobiety.

– Ale to kosztuje kilkaset złotych.

– Chyba żartujesz!

– A co ty myślałaś? Że usypianie psów jest za darmo?

– No nie wiem… Ale na pewno nie kilkaset.

– No to może mniej, nie wiem. Może jak mały pies, to mniejsza dawka. W każdym razie na pewno nikt ci tego nie zrobi za darmo.

Drzwi się otworzyły i do pomieszczenia wszedł Człowiek, którego wcześniej widziałem tylko kilka razy.

– No ładnie, ściągnął ręcznik i obślinił. Weź go do prania – powiedział, brutalnie wyciągając spod mojego ciała miękką tkaninę. – Wiesz w ogóle, co mu dolega?

– Nie mam pojęcia. Po prostu nie rośnie i ciągle wymiotuje. Nic z niego nie będzie.

Kobieta przykucnęła i przyglądała mi się przez kilka sekund. W jej głosie nie było dawnego ciepła i już wiedziałem, że mnie nie przytuli. Mimo to usiłowałem wspiąć się łapkami na jej kolana, jednak odtrąciła mnie tak mocno, że aż upadłem na twardą podłogę. Pisnąłem, bardziej ze strachu niż z bólu.

– Wymyśl coś – rzuciła ze złością, zwracając się do Człowieka. – Gdybyś wtedy nie zostawił Broszki bez nadzoru w ogrodzie, to teraz nie musiałabym zajmować się jakimś chorym kundlem.

– Jeszcze niedawno zachwycałaś się, jakie to słodziaki!

– Tak, bo były słodziakami przez jakieś dwa tygodnie. Potem zaczął się brud i smród! Kilogramy zasikanych gazet, wszędzie kupy, i jeszcze ten mały zarzyganiec! Nigdy więcej! Broszka pójdzie do sterylizacji… Tylko na razie nie mamy pieniędzy.

– A z tym maluchem co zrobisz?

– Mówiłam ci: wymyśl coś. Weź na siebie chociaż część odpowiedzialności!

Człowiek przez chwilę patrzył na mnie. W zapachu jego ciała czułem agresję. Z nerwów przykucnąłem w kącie i zostawiłem na podłodze mokrą kałużę. Kobieta syknęła i szybko starła ją czymś białym, co się cudownie rozwijało z rolki. Wyobraziłem sobie, jak wspaniale byłoby się tym pobawić.

– Dobra, jakoś to załatwię – oznajmił wreszcie Człowiek. – Ty się po prostu nie wtrącaj. Mogę wziąć ten ręcznik? I tak jest śmierdzący.

– Bierz.

– Dobra, to jeszcze daj mi jakieś pudełko, trochę papierów i worek na śmieci. A potem nie patrz. Czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal.

Nic z tego nie rozumiałem, nikt nie powiedział „mięsko” ani innego z tych miłych słów, nikt nie chciał mnie przytulić, więc usiłowałem pobawić się pomponem przy kapciu Kobiety, ale znów mnie odtrąciła.

Mężczyzna wyszedł na chwilę, a kiedy wrócił, miał w ręce pudełko, na którym narysowane były buty. Owinął mnie ręcznikiem, który pachniał znajomo, więc poczułem się bezpiecznie. Potem wsadził mnie do pudełka i wtedy przestałem cokolwiek widzieć, ponieważ zrobiło się ciemno. Usłyszałem szelest papieru, podobny do szelestu gazet, które wykładała na podłodze Kobieta, żebyśmy na nie siusiali. Potem pojawił się jeszcze jeden dźwięk – szelest folii, który znałem, bo raz Bratu udało się ściągnąć ze stołu reklamówkę i wspólnie porwaliśmy ją na strzępy. Ten dźwięk towarzyszył mi przez następne kilka minut. Czułem, że zostałem podniesiony z podłogi, ale to nie było tak miłe, jak branie na ręce. Kolebałem się na boki, pudełko pachniało czymś obcym, ktoś mnie gdzieś niósł, a wreszcie zostałem upuszczony z niedużej wysokości – na tyle niedużej, że nic mi się nie stało, bo przecież byłem owinięty ręcznikiem. Przez nieprzyjemny zapach folii i pudełka dotarły do mnie inne aromaty, niezwykle smaczne, a ponieważ byłem bardzo głodny, zacząłem rozpaczliwie drapać łapkami, aby się wydostać. Nie udało mi się tego zrobić, więc przez chwilę leżałem i zbierałem siły, a potem zacząłem piszczeć najgłośniej, jak umiałem. Robiłem to bardzo długo, ale nikt nie przychodził. Było mi duszno. Wreszcie opadłem z sił. Od tej chwili na przemian drzemałem i popiskiwałem.