Rozmerdane świętaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Sara


Wygrzebałam się z pościeli dopiero po dziesiątej. Zrzuciłam koszulkę i nago stanęłam na wadze – na wyświetlaczu pojawiła się liczba pięćdziesiąt pięć, o pół kilo więcej niż w piątek. Takie wahania były normalne, co oczywiście nie znaczyło, że nie chciałam ich zrozumieć. Bardzo chciałam. Nie miałam pojęcia, dlaczego jednego dnia ważę o kilogram albo pół więcej, a innego – mniej. Cała moja wiedza dietetyczna była w tym wypadku bezużyteczna. Wiedziałam, że Henryk lubi bardzo szczupłe kobiety, dlatego kontrolowałam wagę i za wszelką cenę pragnęłam ją utrzymać.

Zaparzyłam sobie cudownie aromatyczną kawę i z żalem dodałam do niej łyżeczkę oleju kokosowego. Kochałam kawę, ale nie znosiłam tego cholernego tłuszczu unoszącego się na powierzchni – jednak takie było zalecenie znajomego dietetyka: według niego tłuszcz dodawany do napojów sprawiał, że nie tyłam mimo wieczornych uczt w towarzystwie Henryka.

Nie tak miało wyglądać moje życie uczuciowe, pomyślałam, siadając z kawą przy komputerze i otwierając skrzynkę pocztową, aby sprawdzić, czy przyszedł e-mail od mojego faceta. Zwykle pisał przed weekendem, aby powiadomić mnie, gdzie i kiedy się spotkamy. Na ogół były to wyjazdowe randki, raz nad morze, innym razem w góry – musiałam to wiedzieć z wyprzedzeniem, aby się przygotować. Raz tylko sprawił mi niespodziankę: umówiliśmy się w kawiarni, a przy deserze wyciągnął z kieszeni marynarki bilety do Paryża.

– Zabieram cię na zakupy – powiedział wtedy.

Starałam się okazać radość, bo przecież tego właśnie oczekiwał, ale wcale nie poczułam się dobrze. Nie chciałam, aby kupował mi prezenty. Wolałam, gdy zabierał mnie do cichych pensjonatów i kochał się ze mną, gładził moją skórę i szeptał, że nigdy przedtem nie był taki spokojny i szczęśliwy.

Ja też nigdy przedtem się tak nie czułam. Moja koleżanka, psycholożka Beata, której kiedyś – po całej butelce wina – opowiedziałam o związku z dojrzałym biznesmenem, wyjaśniła mi, że to bardzo typowy mechanizm: wzorem osobowym każdej dziewczyny jest ukochany tatuś, więc jako dorosłe kobiety szukamy go w partnerze. Cóż, nie byłam pewna, czy o to chodzi. Przed Henrykiem był przecież Krystian, także sporo ode mnie starszy. Ale w jego ramionach nie czułam się tak bezpieczna, nie znalazłam u jego boku błogiego spokoju, tej cudownej pewności, że jestem z właściwym człowiekiem.

Jeśli czegoś mi w związku z Henrykiem brakowało, to rozmów. Takich wielogodzinnych, jakie powinno się prowadzić z kimś najbliższym na świecie. Właściwie jedyną osobą, z którą potrafiłam tak rozmawiać, był Oluś. Mój jedyny przyjaciel. Gdyby można jakąś część mózgu Olusia przeszczepić Henrykowi, powstałby mężczyzna idealny. Kiedy powiedziałam o tym Beacie, roześmiała się.

– Tylko geje potrafią tak słuchać kobiet – odpowiedziała. – A przecież nie chciałabyś, żeby twój biznesmen zaczął rozglądać się za chłopakami.

– Olgierd jest gejem? – upewniłam się. – No popatrz, a ja nic nie zauważyłam.

– Jeszcze nie wyszedł z szafy – odparła bardzo przemądrzałym tonem. – Ale to tylko kwestia czasu. Zwróć uwagę, jaki jest wrażliwy, jakie książki czyta, jakiej słucha muzyki. Delikatny jak kobieta.

– W pewnym sensie idealny facet – zauważyłam. – Pierwszorzędny kandydat na męża.

– Toteż kilka dziewczyn ostrzyło sobie na niego pazurki. Patrycja i Ela na przykład… No i Joaśka miała nadzieję, że ją pocieszy po rozwodzie.

– I co?

– Nic. Nawet nie to, że odrzucał ich awanse, gorzej: on ich nawet nie zauważał.

– Może jest nieśmiały i brak mu wiary w siebie? – podsunęłam, ale Beata spojrzała na mnie jak na pierwszą naiwną.

W zasadzie nie miałam nic przeciwko gejom, toteż wiadomość o tym, że Olgierd jest homoseksualistą, niespecjalnie mnie obeszła. Może jedynie ukłuła nieco moją kobiecą ambicję, bo czasem wydawało mi się, że on patrzy na mnie w jakiś szczególny sposób. Uznałam jednak, że musiało mi się wydawać, a Beata jako psycholog z pewnością wie, co mówi.

*

E-maila od Henryka wciąż nie było. Stęskniłam się za nim. Nie widzieliśmy się od czterech tygodni – jego żona wymyśliła sobie urlop na Dominikanie, bo – jak twierdziła – nienawidzi polskiej zimy. To była pierwsza tak długa rozłąka od początku tego romansu, rodzaj sprawdzianu dla naszej miłości. Moje serce zdało śpiewająco. Nie byłam tylko pewna uczuć Henryka.

Usunęłam kilka ofert handlowych, jednej dałam się skusić – kliknęłam w reklamę sklepu z sukienkami i przez kilkanaście minut przeglądałam przecenione modele. Ostatecznie włożyłam do koszyka trzy kiecki i dwie bluzki, w tym jedną prześliczną, granatową z białą lamówką – po czym z żalem zamknęłam stronę. Przyjdzie taki czas – obiecałam sobie – kiedy moja pensja wystarczy na każdą modową zachciankę. Miałam jasno sprecyzowany plan: ukończę internetowy kurs dietetyki i suplementacji w sporcie. Byłam magistrem wychowania fizycznego – tym, czego teraz potrzebowałam, aby otworzyć swoje wymarzone studio „Metamorfozy”, były pieniądze na start. Dużo pieniędzy. Potrzebny był mi także lokal z dobrym adresem, gdzieś blisko centrum, ale z dogodnym parkingiem w pobliżu. Co najmniej dwa pomieszczenia: jedno niewielkie na gabinet dietetyka, a drugie większe – sala do treningów, z lustrem na całą ścianę i paroma podstawowymi przyrządami do ćwiczeń.

Marzyło mi się, że będę miała stałe klientki. Porad dietetycznych udzielałabym oczywiście indywidualnie, ale oprócz tego podobałoby mi się prowadzenie dwóch lub trzech niewielkich grup ćwiczeniowych. Opracowałam specjalne zestawy ćwiczeń przy muzyce, niezbyt forsowne. Przetestowałam je na uczennicach starszych klas w mojej szkole. Dziewczyny to uwielbiały, często prosiły, abyśmy zamiast rozgrzewki robiły moje układy. Wierzyłam, że klientki także by je polubiły. I byłam przekonana, że odniosłabym sukces jako dietetyk. W końcu od liceum nieustannie walczyłam z własną skłonnością do tycia. I wygrywałam tę walkę.

Henryk – zwłaszcza w takie wieczory, kiedy podlewaliśmy naszą miłość szampanem – proponował mi pomoc.

– Wynajmę ci taki lokal – mówił, gładząc moje pośladki. – Albo kupię. Chcesz? Ty go sobie wyremontujesz, jak ci się zamarzy. Tylko znajdź miejsce, które ci odpowiada.

– Daj spokój! – odpowiadałam, choć w głębi duszy, ale tak naprawdę na samiutkim dnie, marzyłam, że któregoś dnia on spełni te swoje obietnice, że na urodziny wręczy mi czek na potężną sumę albo klucz do gotowego już lokalu.

Jednak przede wszystkim marzyłam, że pewnego dnia Henryk zdecyduje się odejść od żony. Że powie „dość tego udawania” i wystąpi o rozwód, a potem przyjdzie do mnie do szkoły z wielkim bukietem białych róż. Kiedy skończę lekcje, wejdzie do kantorka, padnie na kolana i powie: „Odszedłem od żony. Wyjdź za mnie, Saro”.

Krystyna


Właśnie miałam zamiar zatelefonować do Olusia i zaprosić go na bigos z łazankami, kiedy mój syn zrobił mi niespodziankę i wszedł do sklepu. Jak zwykle pociągnął nosem, marszcząc go jak wtedy, kiedy był małym chłopcem. Upomniałam go, że znów nie założył szalika.

Podszedł do półki z plecakami i przez chwilę oglądał jeden z nich, czerwony z brązowymi naszywkami z zamszu.

– Podoba ci się? – zapytałam.

Należało rozejrzeć się za prezentami na Gwiazdkę. Od dawna miałam upatrzony niebieski sweter, będzie mu pasował do błękitnych tęczówek. Ale sam sweter to za mało.

– Niespecjalnie – odpowiedział, sprawiając mi tym taką przykrość, jakbym to ja sama wyprodukowała ten plecak.

– Wybierasz się na zakupy i zajrzałeś do mnie po drodze? – zapytałam, ponieważ w jego głosie zabrzmiało coś w rodzaju zniecierpliwienia albo znudzenia. – Bo może byś został. Zamykam za czterdzieści minut, wpadłbyś do mnie na obiad. Rozmroziłam bigos… – Urwałam kusząco. – …i ugotuję łazanki.

– Nie… To znaczy tak. Tak, że chętnie wpadnę na obiad. Nie, że nie zajrzałem po drodze. Pomyślałem, że pomogę ci z jakimiś zakupami, dawno u ciebie nie byłem. Zrób listę, szybko skoczę do supermarketu i kupię, co ci potrzebne. Zanim zamkniesz sklep, już będę z powrotem.

Łzy napłynęły mi do oczu, zaczęłam więc szybko mrugać, aby zwalczyć wzruszenie. A więc mój syn czuł się samotny, tak jak myślałam! Nie umiał się przyznać do tego, że tęskni za domowym ciepłem, więc taką okrężną drogą prosił o pomoc!

– Skończę pracę i pojedziemy razem do marketu.

– Ale ja przyszedłem pieszo, mamo. Pamiętasz? Ograniczam jazdę samochodem. Na większe zakupy to może w tygodniu…

– A, no dobrze, no dobrze.

Przypomniało mi się, wspominał coś o swoim postanowieniu, aby więcej chodzić. Nawet mi się to podobało.

– W takim razie już ci robię listę zakupów – odpowiedziałam. – Jeśli masz ochotę na sernik, to tak: kilo sera…

*

Wiedziałam, że sernikiem kupię go w stu procentach. Nie wyjdzie z mojego mieszkania, dopóki nie zje połowy blaszki. Od dziecka uwielbiał to ciasto, a już z przepisu babci Stefy to szczególnie. Sernik babci był puszysty, z dwunastu jaj, obowiązkowo z mąką kartoflaną, na spodzie miał pokruszone herbatniki, a na wierzchu polewę czekoladową i wiórki kokosowe…

Kiedy Oluś wychodził do pobliskiego dyskontu spożywczego, w drzwiach minął się z chudziutką Małgosią z obuwniczego. Byłam zaskoczona, że zdołała wyrwać się w godzinach pracy – ta jej szefowa była strasznie zasadnicza.

– Dzień dobry! – Zdziwiła się na widok mojego syna.

Musieli się znać. Nie miałam o tym pojęcia.

 

– Dzień dobry – odpowiedział jej Olgierd po chwili wahania. – A, to pani! Przepraszam, przez chwilę nie mogłem dopasować twarzy do sytuacji.

– No tak, dotąd zawsze widywaliśmy się w szkole. Pracuję tu obok.

– Rozumiem. A ja właśnie wychodzę. To do widzenia.

Z tego, co wywnioskowałam, musiał być nauczycielem jej dziecka. Ale czy to możliwe? Małgosia wydawała się bardzo młoda, a mój syn nie uczył maluchów, raczej starsze dzieci. Postanowiłam wybadać sprawę.

– Pani zna Olgierda? – zapytałam, podczas gdy ona w nerwowym pośpiechu przeglądała małe dziecięce torebki.

– A pani? – odbiła pytanie, najwyraźniej bardzo zdziwiona. – Pan Zawada jest polonistą mojego synka.

– A to zbieg okoliczności – roześmiałam się. – Bo jest też moim synem.

Chciałam ją podpytać, jak się mój Oluś sprawuje jako nauczyciel. To tak przyjemnie słuchać pochwał na temat własnego dziecka. Jednak nie dała mi dojść do słowa, pytając o niedużą, w miarę tanią torebkę dla dziewczynki.

– Ma pani także córeczkę? – zapytałam domyślnie, wykładając towar. – O, ta jest naprawdę śliczna.

– Rzeczywiście ładna. A coś tańszego?

Nie odpowiedziała na moje pytanie. Była wyraźnie zdenerwowana.

Podsunęłam jej tandetną torebkę dziecięcą z czegoś udającego nubuk.

– Jednak wezmę tamtą czerwoną ze skórki – zadecydowała po chwili i wyciągnęła pieniądze z portmonetki. – Nie, nie mam córki. To ma być prezent dla bratanicy.

Czym prędzej zapłaciła i wyszła. Domyśliłam się, że próbuje zdążyć przed powrotem szefowej. Było to jedyne wytłumaczenie jej nerwowości i pośpiechu.

Poukładałam na półkach wyciągnięty wcześniej towar i zabrałam się za sprzątanie. Dochodziła druga, zaraz pojawi się pan Stanisław i odbierze utarg. Potem tylko umyję podłogę i już będę mogła wrócić do domu, odgrzać Olusiowi bigos i upiec sernik. Przez to jedno popołudnie będzie jak dawniej, kiedy mieszkał ze mną: posiedzimy razem w dużym pokoju, obejrzymy jakiś program publicystyczny, napijemy się herbaty, zjemy ciasto, potem on zacznie ziewać i wreszcie zdrzemnie się chwilę na kanapie, a ja posprzątam, żeby na niedzielę było czysto. Tak nam się żyło, zanim się uparł, aby zamieszkać w mieszkaniu Judytki. I po co to? Przecież dbałam o niego, niczego mu nie brakowało. Tamto mieszkanie można było sprzedać, Olgierd nie zarabia dużo, mógłby sobie kupić lepsze auto. Albo nawet niechby zostawił na koncie, zainwestował w coś, nie znam się na tym, zapewne można znaleźć jakieś korzystne lokaty.

Westchnęłam i zerknęłam w lustro. Poprawiłam włosy oraz kołnierzyk bluzki. Żona pana Stanisława zawsze zwracała uwagę na schludny wygląd sprzedawcy. I choć pan Stanisław nigdy tego nie robił, pozostał mi nawyk: sprawdziłam, czy z ciasno upiętego koka nie wymknęły mi się niesforne kosmyki. Miałam okropne loki, które – gdy im na to pozwolić – tworzyły wokół mojej głowy zupełnie zwariowaną koronę, niestosowną do wieku. Włosy powinny się starzeć razem z całą resztą, pomyślałam. A przynajmniej poważnieć. Kiedy byłam młoda, cieszyłam się z gęstych, puszystych pukli. Teraz chętnie bym je zamieniła na gładkie, proste włosy, nad którymi łatwo byłoby zapanować.

Dzwoneczek u drzwi oznajmił mi, że do sklepu ktoś wszedł. Tak jak się spodziewałam, był to właściciel.

– Dzień dobry – powiedział. – Ależ zimno dzisiaj. Jak tam? Klienci dopisali?

Otworzyłam usta, aby odpowiedzieć, ale nie zdążyłam, bo mówił dalej.

– To jeszcze pewnie nie czas na prezenty gwiazdkowe. Ale widzę, że już pani pięknie przygotowała witrynę. Lada dzień się zacznie. We wtorek przywiozę trochę portfeli i pasków, żona twierdziła, że to zawsze dobrze schodzi na święta.

– Tak – potwierdziłam. – Żona ma rację. Ludzie często szukają drobiazgów, rozumie pan, jako dodatku do głównego prezentu.

– Tak, tak. – Potarł dłonią czoło, pewnie swędziało go pod czapką. – Pani ma liczną rodzinę, pani Krystyno?

– Nie, tylko dwoje dorosłych dzieci, ale córka mieszka za granicą. Nigdy nie przyjeżdża na święta.

– A mąż?

Zdziwiło mnie, że o to pyta. Jego żona doskonale wiedziała, że jestem wdową. Widocznie nie rozmawiali o mnie w domu. Zresztą cóż w tym dziwnego, zapewne mieli ciekawsze tematy niż moje życie osobiste. W zasadzie dobrze o nich świadczyło, że nie omawiają takich spraw, nie plotkują o pracownikach…

– Mąż nie żyje – odparłam.

– Przykro mi. Przepraszam.

– Nie szkodzi, od bardzo dawna jestem wdową… – Zamierzałam powiedzieć, że ten temat nie budzi już we mnie smutku, ale urwałam, ponieważ widziałam wyraźnie, że pan Stanisław wcale nie chce rozmawiać o mnie.

– A ode mnie żona odeszła – wypalił nagle. – Wie pani, nigdy bym się nie spodziewał. Wydawało się, że ona żyje tylko interesami, taka była zawzięta na pieniądze… – Ku mojemu przerażeniu szef rozpłakał się nagle jak dziecko. – A tymczasem okazuje się, pani Krystyno, że wcale jej nie znałem.

Zaniemówiłam na chwilę, ale już po kilku sekundach dotarło do mnie, co się dzieje. Ten człowiek rozpaczliwie potrzebował pomocy. Stał tak, oparty łokciami o ladę, chował twarz w dłoniach i płakał bezgłośnie, a ja byłam w tym momencie jedyną osobą, która mogła mu jakoś pomóc.

– Chodźmy na zaplecze – powiedziałam cicho. – Zaparzę herbatę i wszystko mi pan opowie.

Posłusznie wszedł i pozwolił się usadzić na krzesełku, a potem siedział w milczeniu, przysłuchując się szumowi wody w czajniku. Kiedy rozległ się dzwoneczek zwiastujący powrót Olusia, szybko dałam mu klucze od mieszkania i szepnęłam, żeby poszedł do domu i odgrzał sobie bigos, bo ja tu muszę jeszcze przez chwilę zostać. Po czym zamknęłam za nim drzwi na klucz, aby nie wszedł jakiś spóźniony klient, i wróciłam do pana Stanisława.

Stanisław


Sam przed sobą udawałem, że świetnie sobie radzę. Właściwie aż do momentu, kiedy poszedłem do sklepu po raport i utarg, wierzyłem, że jestem dzielny i męski. Bożena odeszła, to prawda, powtarzałem sobie, ale przecież nie świadczy to o mojej wartości, stanowi raczej jej wizytówkę, jej miarę jako kobiety i jako człowieka.

Kto zrywa przysięgę wierności w jesieni życia?! Ma pięćdziesiąt osiem lat! Kobiety w tym wieku myślą o wnukach, nie o kochankach! I w ogóle kim musi być ten jej „przyjaciel”, jak go określiła, żeby zainteresować się kobietą z siateczką zmarszczek i srebrnymi włosami na skroni?!

Ja zapewniałem jej poczucie bezpieczeństwa, dostatek, pewność, święty spokój, a ona wzgardziła tym wszystkim! Wybrała jakiegoś lowelasa, który zapewne szeptał czułe słówka, komplementował ją i brał pod włos, ale któremu chodziło wyłącznie o pieniądze! O cóż innego mogłoby mu chodzić?

*

Pani Krystyna potrafiła słuchać, to pewne. Kiedy wylał się ze mnie ten niemęski płacz, którego okropnie się wstydziłem, po prostu posadziła mnie na krześle i zaparzyła herbatę. Tego mi było trzeba. I jeszcze tej milczącej aprobaty dla moich słów. Nic nie musiała mówić, w wyrazie jej twarzy, sposobie przechylenia głowy i spojrzeniu widziałem wyraźnie: ta kobieta mnie rozumie i jest tak samo zszokowana. Bardzo tego potrzebowałem.

– Ile lat ma pani Bożena? – zapytała, kiedy już wyrzuciłem z siebie wszystkie żale i zamilkłem, popijając aromatyczny napar, do którego dodała chyba jakiejś konfitury, bo był kwaskowaty.

– Pięćdziesiąt osiem.

Wyglądała na wstrząśniętą.

– A on? Ten…? – Urwała.

Widocznie nie wiedziała, jak go nazwać. To też świadczyło o jej delikatności. „Kochanek” brzmiałoby zbyt obcesowo.

– Nie wiem – odparłem. – Wie pani, ja z nią nawet nie rozmawiałem. Nie dała mi szansy… Nam. Nam nie dała szansy, naszemu małżeństwu. Harowałem dzień i noc, Bożena chciała mieć kolejne sklepy, a ja załatwiałem, wynajmowałem, przywoziłem towar… Mamy jeszcze dwa butiki odzieżowe, domyśla się pani, że trzeba trochę pojeździć za tymi szmatkami, aby zawsze było coś nowego na wieszakach… I właśnie pojechałem po towar, a po powrocie zastałem rozbebeszone mieszkanie i list na ławie w salonie. „Odchodzę, kocham kogoś, ten ktoś kocha mnie. Z tobą żyłam tylko dla pracy, dla pieniędzy, a przecież nie na tym polega życie…” Same bzdury, pani Krystyno. Nic konkretnego. Gdyby napisała, co mi zarzuca, co jej nie odpowiadało… Jakoś bym się do tego ustosunkował. Może rzeczywiście ostatnio za bardzo zająłem się interesami, ale przecież sama tego chciała. Mnie już te pieniądze niepotrzebne, co ja z nimi zrobię? Do trumny zabiorę?

Pani Krystyna wyglądała, jakby połknęła coś kwaśnego, więc urwałem. Może to było nietaktowne mówić przy niej o pieniądzach, bo w sumie nie płaciliśmy jej jakoś szczególnie dużo…

– Mamy tylko jednego syna, już dorosłego, na swoim – dodałem jeszcze, a ona pokiwała głową. – Bardzo dobrze zarabia, jest programistą. Pracuje w Holandii i nic nie wskazuje na to, żeby zamierzał wrócić.

– A kiedy żona odeszła? – zapytała. – Bo nie było jej tu w sklepie od dość dawna. Sądziłam, że może jest chora. Pan wydawał się taki smutny…

Rozkleiłem się znowu. Tyle czasu się trzymałem, a teraz beczę jak dziecko. Jak to jednak zwykła dobroć zmiękcza człowieka, pomyślałem.

– Cztery tygodnie temu – wyjaśniłem. – Nie chciałem przedtem nic mówić, bo… W zasadzie wcale nie zamierzałem mówić. Ani dziś, ani nigdy. To przecież nie pani problemy, ja nie powinienem pani obciążać… Tylko jakoś tak… Może przez to, że zbliżają się święta, ta dekoracja na witrynie… Ale ja sobie przecież poradzę.

– Na pewno – uspokoiła mnie. – Boże Narodzenie na każdego tak działa. Robimy się sentymentalni i zaczynamy inaczej patrzeć na życie. To minie.

– Tak, minie. Wszystko wróci do normy.

Widziałem po jej minie, że chciała dodać coś w rodzaju „i żona też wróci”, ale z jakiegoś powodu się powstrzymała. Podziękowałem jej, wziąłem raport i pieniądze, po czym wyszedłem ze sklepu na zimny, wilgotny wiatr, który natychmiast wywiał z mojego serca tę odrobinę ciepła, którą zdołała podzielić się ze mną pani Krystyna.

*

Po powrocie do pustego domu przez kolejne dwie godziny nie mogłem sobie znaleźć miejsca. Czym właściwie zajmowałem się przed odejściem Bożeny? Jak spędzałem sobotnie popołudnia i wieczory? Przyszło mi do głowy, że chyba nigdy nie robiłem nic interesującego ani nawet szczególnie przyjemnego. I właściwie nie spędzałem czasu z żoną. Każde z nas robiło coś osobno.

Co do mnie, na ogół nalewałem sobie szklaneczkę czegoś mocniejszego i siadałem przed telewizorem. Niby zerkałem jednym okiem, trochę też przeglądałem gazetę, ale zwykle kończyło się to tak, że przenosiłem się na sofę i drzemałem spokojnie aż do wieczora.

Bożena najczęściej siedziała przy komputerze, czasem buszowała w drogeriach i innych sklepach internetowych – niemal wszystkie zakupy robiła ostatnio przez internet. Niekiedy oglądała serial, miała wykupiony dostęp do jakichś platform, uwielbiała filmy. Może powinienem był zabierać ją do kina? Ale przecież sama narzekała, że teraz kino to już nie to co dawniej, że wiecznie śmierdzi prażoną kukurydzą, ludzie szeleszczą jakimiś papierami, mlaskają, nie umieją się zachować.

Czasem robiła sobie domowe spa i wtedy łazienka była wyłączona z użytku na kilka godzin, musiałem chodzić na piętro, do tej mniejszej. Ale to mi nie przeszkadzało, niech się kobieta bawi, ona potrzebowała tych wszystkich maseczek i balsamów. Jedyne, czego nie rozumiałem, to po co jej te świeczki wokół wanny i butelka czerwonego wina. Bałem się, że zaśnie, zapalą jej się włosy albo stłucze kieliszek i się pokaleczy… Raz czy dwa zaglądałem do niej, żeby sprawdzić, czy wszystko w porządku. Miała nienaturalne rumieńce, była cała błyszcząca od tych kremów… Nawet ponętnie wyglądała.

Nie uprawialiśmy seksu od dawna. W wieku pięćdziesięciu dwóch lat Bożena przeszła dwie operacje ginekologiczne, powycinali jej wszystko w środku, przestała miesiączkować… Niby nic, ale odniosłem wrażenie, że bardzo się po tych zabiegach zmieniła. Przez jakiś czas była obolała, ja to oczywiście rozumiałem, urządziła sobie sypialnię w dawnym pokoju syna i wolała spać sama. Po kilku miesiącach, kiedy zaproponowałem, aby wróciła do naszego wspólnego łóżka, odparła, że to tak przyjemnie spać samej, że się wreszcie wysypia i że w pewnym wieku zaczyna się już cenić wygodę. Uznałem, że nie chce się ze mną kochać i w ten delikatny sposób daje mi do zrozumienia, że dla niej seks nie jest już atrakcyjny. Sądziłem, że ma to związek z przebytymi operacjami, ze zmianami hormonalnymi w jej ciele. Nie pytałem o nic i nigdy więcej nie rozmawialiśmy na ten temat.

 

Czy mi tego brakowało? Oczywiście, jak każdemu zdrowemu mężczyźnie. Ale w pewnym momencie życia – jak to kiedyś rubasznie określił mój ojciec – pociąg wciąż jest, tylko lokomotywa coraz częściej się psuje. Pogodziłem się z tym, że w moim małżeństwie nie będzie odtąd doznań erotycznych. Cóż, życie ma do zaproponowania znacznie więcej, myślałem. Jest wiele przyjemności innych niż seksualne. A jeśli żona nie ma takich pragnień, to jakże mógłbym oczekiwać, że będzie uprawiać ze mną seks ze względu na moje potrzeby? Miałaby się zmuszać? Zaciskać powieki i czekać, aż skończę?

Tymczasem ona, mając pięćdziesiąt osiem lat, na nowo odkryła miłość! Skoro odeszła z kochankiem, to nie tylko platoniczną, lecz także cielesną! Czyżby zmieniła zdanie co do tego, że „w pewnym wieku ceni się wygodę”? Nie chciała już sypiać sama?

Kiedy o tym myślałem, krew się we mnie gotowała.