Rozmerdane świętaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Dla mojej wspaniałej Mamy,

która pewnego dnia

przygarnęła szczeniaka o imieniu Ziyo

i chociaż był nieuleczalnie chory

(a może właśnie dlatego),

pokochała go całym sercem


Olgierd


Sobotni poranek, druga kawa, krzyżówka w gazecie telewizyjnej – jednym słowem pora na relaks. Na biurku w równych stosikach leżały wypracowania, które zostały mi do sprawdzenia. Klasa ósma, forma: rozprawka, temat: czy w dzisiejszych czasach ludzie potrzebują przyjaźni. Cztery razy po pięć. Moja metoda była bardzo prosta: sprawdzałem jedno wypracowanie, machałem parę razy hantlami, żeby rozładować frustrację, sprawdzałem drugie, robiłem kilka pompek – i tak dalej. Kiedy uporałem się z całą kupką, pozwalałem sobie na przerwę, którą zazwyczaj przeznaczałem na jakieś drobne przyjemności. Na przykład właśnie na krzyżówkę. W ten sposób zapewniałem sobie trening zarówno ciała, jak i umysłu. A przy okazji odwalałem najczarniejszą, najbardziej znienawidzoną robotę: sprawdzanie prac pisemnych.

Z rozmyślań nad hasłem „imię z wigorem” wyrwał mnie dzwonek telefonu. To musiały być mama albo siostra, bo tylko one miały numer stacjonarny. No, jeszcze Adam, mój przyjaciel, ale wiedziałem doskonale, że on w soboty o tej porze śpi. Zwłaszcza że był szary, ponury, deszczowy koniec listopada, a nie spodziewałem się, żeby w Dublinie, gdzie mieszkał od kilku lat, pogoda była dużo lepsza. W takie dni, byłem tego niemal pewien, Adam w ogóle nie wstawał z łóżka.

Dzwoniła moja siostra Judyta. Poszczęściło jej się w życiu, poznała fantastycznego faceta, który przypadkiem był diabelnie bogatym Szwajcarem i miał dom z widokiem na Alpy. Zamieszkała z nim i z każdym dniem odkrywała, jak cudowne staje się życie, kiedy człowiek nie musi myśleć o pieniądzach, ma u boku dobrego towarzysza i generalnie wyznaje zasadę carpe diem.

W pewnym sensie poszczęściło się także mnie. Wprawdzie zarabiałem marnie, nie miałem nikogo u boku, a carpe diem niezupełnie mi wychodziło, ale dzięki zamążpójściu Judyty dostałem w prezencie jej mieszkanie, a to dla nędznie zarabiającego nauczyciela, który chciał się wyrwać spod skrzydeł matki, naprawdę nie lada gratka.

– Hej! Mama mówi, że nie odbierasz – zagaiła Judyta i zawiesiła głos. – Martwi się, że od tej samotności wpadłeś w depresję.

– Ależ odbieram – zaprotestowałem. – Tyle że nie za każdym razem. Mama potrafi zadzwonić trzy razy w ciągu godziny.

– Ma jakieś problemy? Coś jej dolega? – zaniepokoiła się.

Przyszło mi do głowy, że mieszkając tak daleko, łatwo jest być troskliwym dzieckiem. Staje się to trochę trudniejsze, gdy człowiek zdołał uciec tylko do sąsiedniej dzielnicy.

– Nie, nie ma problemów, nie martw się. Dzwoni w różnych sprawach, ale żadnej z nich nie nazwałbym problemem. Na przykład wczoraj chciała się upewnić, czy pamiętam, żeby wyprać niebieską koszulę osobno, bo chyba farbuje. To nowa koszula, mama kupiła ją na ryneczku. Właściwie kupiła dwie jednakowe, ponieważ uznała, że są niedrogie i dobre gatunkowo.

– Nie podobają ci się? – zapytała domyślnie Judyta.

– Nie w tym rzecz. Po prostu dwie takie same… Ale nie, właściwie nie mam nic przeciwko. W każdym razie pamiętałem, żeby wyprać osobno. Potem zadzwoniła jeszcze, żeby mi powiedzieć, że gdyby mi nie szło prasowanie rękawów, to ona może mi wyprasować.

– Nie umiesz prasować koszul?!

– Umiem. Robię to, odkąd wyprowadziłem się od mamy. Mimo to ona przynajmniej raz w tygodniu dzwoni, aby mi powiedzieć, że jakby co, to może mi pomóc z tymi rękawami.

– Chce się czuć potrzebna – rozczuliła się moja siostra. – Dobrze wiesz, że byłeś dla niej całym światem. Została sama i nie może sobie znaleźć celu w życiu. Gdybyś chociaż miał dzieci…

– Sama ich nie masz – zauważyłem – więc odczep się ode mnie. A poza tym nie przesadzajmy, mama ma dopiero pięćdziesiąt pięć lat. Mam w pracy starsze koleżanki. Chodzą na zumbę, jeżdżą w góry, uczą się hiszpańskiego i w ogóle zachowują się, jakby były młodsze ode mnie.

– Bo ty żyjesz jak staruszek. Nigdzie nie wychodzisz, nikogo nie spotykasz…

Poczułem, jak kiełkuje we mnie bunt. Tylko nie to! Nie mogłem pozwolić, żeby moja siostra, która w gruncie rzeczy nic nie wiedziała o moim obecnym życiu, wymądrzała się i pouczała mnie niczym jakiegoś smarkacza.

– Słuchaj, przepraszam cię, ale ktoś właśnie do mnie dzwoni na komórkę. – Kłamstwo gładko przeszło mi przez gardło. – Zadzwonię za parę dni. Pozdrów Christiana. Pa!

Rozłączyłem się, nie czekając na jej „pa”, i z ulgą spojrzałem sobie w oczy w wielkim lustrze wiszącym nad komodą w holu. Mimowolnie wciągnąłem brzuch i wypiąłem klatkę piersiową. „Nigdzie nie wychodzisz, nikogo nie spotykasz”. No i co z tego? Zacząłem ćwiczyć, kupiłem sobie rower stacjonarny, miałem karnet na basen, mniej jeżdżę, a więcej chodzę pieszo. Jeśli to nie był krok w dobrym kierunku, to co miałoby nim być? Obiecałem sobie, że pewnego dnia zrobię także drugi krok: zaproszę Sarę do eleganckiej restauracji na kolację. A wówczas nasza znajomość wreszcie skręci w stronę, w którą powinna zmierzać od początku.

Sara była najpiękniejszą kobietą, jaką znałem. Piękniejszą niż gwiazdy filmowe i modelki, piękniejszą niż moja jedyna młodzieńcza miłość, ba, piękniejszą nawet niż moje wyobrażenia o pięknie! Miała leciutko skośne brązowe oczy, okolone firankami bardzo długich czarnych rzęs… Jej kości policzkowe były odrobinę wystające, usta pełne, włosy złociste, cera aksamitna niczym skórka moreli… A najpiękniejszą miała sylwetkę. Wąska talia, krągła pupa, smukłe uda, piersi niczym mandarynki (nigdy nie lubiłem obfitych biustów), ramiona z lekko zarysowanymi mięśniami… Mógłbym patrzeć na nią godzinami i wyobrażać sobie, że jest moja, że wolno mi tego wszystkiego dotknąć. Nie byłem w niej zakochany, broń Boże! Żadnej miłości, żadnych ckliwych, romantycznych głupot! Zwłaszcza że Sara miała faceta, a ja byłem wtajemniczony we wszystkie szczegóły tego związku. Więc nie, zakochany absolutnie nie. Byłem tylko (albo aż) kompletnie zafiksowany na jej punkcie. W sensie cielesnym. Sprawy erotyczne interesowały mnie ogromnie, jako że byłem zdrowym trzydziestolatkiem, a szczególnego doświadczenia w sprawach seksu dotąd nie nabyłem. Jakoś się nie złożyło.

*

Wyszedłem na balkon, aby zaczerpnąć świeżego powietrza i sprawdzić, czy jest zimno. Trzeba będzie odwiedzić mamę, bo dawno u niej nie byłem, pomyślałem. W soboty pracuje tylko do czternastej, więc wpadnę do niej do sklepu i pomogę jej zrobić zakupy. Przynajmniej do końca weekendu nie będzie dzwonić, aby się upewnić, czy nie mam depresji.

Gdy przekręcałem klucz w drzwiach, doznałem olśnienia. Imię z wigorem: oczywiście, Igor! Co za patałach wymyśla te zagadki?! Nie chciało mi się zdejmować butów, więc wszedłem na palcach, bo przyjemność z wpisania trudnego hasła do krzyżówki przewyższała przykrość związaną z koniecznością późniejszego poodkurzania. Taki już byłem. Nie znosiłem nierozwiązanych spraw, nawet gdy była to jedynie krzyżówka.

Krystyna


Westchnęłam, spoglądając na zegar: Oluś na pewno jeszcze śpi. Sobotnie poranki spędzał w takim rozmemłaniu, że aż serce bolało, gdy człowiek na to patrzył. Dopóki mieszkał ze mną, siłą rzeczy się jakoś organizował. O tej porze miałby już dawno uprzątnięty pokój, skoczyłby na zakupy, a więc zażyłby i świeżego powietrza, i trochę ruchu… A potem przygotowałabym mu śniadanie. Pewnie nic nie je do południa.

Matczyne serce ściskało się z żalu za każdym razem, gdy uświadamiałam sobie, że on spędza wolne dni zupełnie sam… Co mu z takiego weekendu? Weekend człowiek powinien spędzać z rodziną, zabrać żonę do kina, pobawić się z dziećmi, uczyć je jazdy na rowerku albo pływania. Chociaż teraz, na przełomie listopada i grudnia, to ani jedno, ani drugie, jeszcze by się przeziębiły.

Że też Judytka nie ma dzieci… Gdyby miała córeczkę, mogłaby dać jej na imię Zuzia. Takie ładne i uniwersalne: w dzieciństwie można zdrabniać, a z kolei dla dorosłej kobiety Zuzanna brzmi bardzo elegancko i dostojnie. Natomiast na starość – babcia Zuzia, znów miękko i ciepło. Tak samo jak moje: babcia Krysia. Pasowało idealnie, tylko wnuków nie miałam. Ale pojawią się, powtarzałam sobie. Wierzyłam, że wtedy w moim życiu znowu zapanuje radość. Będę im dziergała czapki i szaliki, nauczę się robić na szydełku kolorowe maskotki, może nawet wyciągnę z dna szafy maszynę do szycia i czasem coś uszyję.

I żeby Oluś sobie kogoś znalazł. Samotne życie jest takie jałowe… Człowiek jedynie trwa niczym roślina, odlicza dni, chodzi do pracy i wraca do domu, nie ma żadnego celu. Bo przecież jedyne, co się w życiu liczy, to drugi człowiek, miłość, rodzina. Mój syn tego wszystkiego nie miał. Judytka zamieszkała za granicą, nie mieli już takiego dobrego kontaktu jak dawniej. Tylko ja mu zostałam.

 

Postanowiłam, że zadzwonię do niego z pracy, może zaproszę go na obiad, bo pewnie sam nic sobie nie ugotuje. Od dawna jadał na mieście, ale kiedyś przynajmniej zachodził do pani Janeczki na pierogi. Teraz pierogarnia była zamknięta, bo obok wybudowali McDonald’s i oczywiście, jak znam życie, mój Oluś je te wszystkie fast foody. Na szczęście jest jeszcze matka, która o niego zadba. Mam zamrożony bigos, ugotuję łazanki – on uwielbia to połączenie. Proste, domowe jedzenie jest najlepsze.

Wyciągnęłam porcję bigosu z zamrażarki i spojrzałam na zegar – pora szykować się do pracy. Czekał mnie kolejny nudny dzień wśród torebek, pasków i portfeli. Cztery godziny odpowiadania na pytania o cenę, słuchania narzekań, że tak drogo, a te tańsze to z byle jakiego tworzywa, nie ze skóry.

Kiedy wyszłam z domu, w twarz uderzył mnie podmuch wilgotnego wiatru. Nie sądziłam, że jest tak zimno. Otuliłam szyję kołnierzem płaszcza. Należałoby kupić sobie ciepłą kurtkę, ale w sklepach nie było nic w odpowiednim fasonie – same młodzieżowe, w dodatku w okropnie krzykliwych kolorach. Ja nosiłam stonowane beże, brązy, szarości, no i elegancką czerń. Choć w moim przypadku niezupełnie pasowało słowo „elegancka”, bo od dawna nie dbałam o elegancję, raczej o wygodę. W moim wieku kobieta nie zwraca już uwagi na wygląd.

Gdy otwierałam sklep, przywitałam się z Małgosią, chudziną z obuwniczego, która jak zwykle przed otwarciem myła okno. Biedactwo. Dokładnie przed ich witryną znajdowało się wgłębienie w asfalcie i ilekroć spadł deszcz, przejeżdżające auta chlapały błotem prosto w szybę. Szefowa była wymagająca, by nie rzec: złośliwa, zauważyłaby każdą plamkę, każdy zaciek.

W sklepie przywitał mnie zapach skóry i tworzywa sztucznego. Wiedziałam, że po kilkunastu minutach przestanę go czuć, ale pierwsze chwile zawsze były nieprzyjemne. Przez tyle lat nie zdołałam się przyzwyczaić. Kiedyś sprzedawałam w księgarni i tamten zapach bardzo mi odpowiadał. Jednak właścicielka była nieznośną plotkarą i intrygantką, wszyscy pracownicy uciekali, gdy tylko pojawiła się taka możliwość. Wreszcie i ja zrobiłam to samo. Teraz było mi znacznie lepiej. Moim szefem był pan Stanisław – człowiek spokojny, konkretny i uczciwy. Właściwie niewiele miałam z nim dotąd do czynienia, bo wszystkim zajmowała się jego żona, dopiero od jakiegoś miesiąca on sam pojawiał się w sklepie. Niewiele mówił, nie miewał pretensji, po prostu odbierał raport, przeliczał pieniądze, raz w tygodniu przywoził nowy towar i nawet pomagał przy rozpakowywaniu. Wydawał się jakby zatroskany. Pewnie powinnam go zapytać, co się stało, czy żona zachorowała… Tylko nie byłam pewna, czy wypada, w końcu byłoby to wtrącanie się w jego prywatne sprawy. Zresztą może wyjechała do jakiegoś sanatorium, czasem narzekała na kręgosłup.

Postanowiłam zmienić dekoracje w witrynie. W większości sklepów pojawiły się już ozdoby świąteczne, choć był dopiero ostatni dzień listopada. Zastanawiałam się, czy to nie odbierze Bożemu Narodzeniu odrobiny czaru. Zanim nadejdą świąteczne dni, wszystkie te reniferki i Mikołaje zdążą się już nam wszystkim opatrzyć. Skoro jednak sąsiednie sklepy przystroiły się w złoto, zieleń i czerwień, mój nie mógł się odróżniać, bo to mogłoby zniechęcić klientów.

Wpadłam na pomysł, aby wystawić na witrynie torebki w tradycyjnych kolorach Bożego Narodzenia. Przez chwilę rozglądałam się po półkach i w końcu znalazłam kilka naprawdę pięknych toreb w odcieniu ciemnej czerwieni. Problem był tylko z zielonymi, bo rzadko je ktoś kupował, więc nie miałam zbyt wielu na stanie. W końcu jednak wybrałam dwie skórzane listonoszki i zgrabny plecak z ekoskóry. Teraz pozostało mi to ładnie skomponować i dobrać jakieś skromne ozdoby. Miałam już nawet na oku niby-bombki z kremowej koronki, sprzedawała je na ryneczku sympatyczna staruszka. Pomyślałam, że kupię kilka i ułożę między torebkami.

Olgierd


Do dwunastej zdążyłem sprawdzić wszystkie rozprawki. Szybko ogarnąłem dziennik elektroniczny: wklepałem oceny, napisałem parę wiadomości do rodziców, zaprosiłem ich na wtorkową wywiadówkę, zaplanowałem tematy na nadchodzący tydzień i wreszcie zabrałem się za to, co najgorsze – za układanie pytań z lektury. Dobrze wiedziałem, że ponad połowa klasy nie przeczytała Zemsty i że będą próbowali mnie oszukać, oglądając film. Pytania musiały być więc takie, aby udało mi się wyłuskać tych uczniów, którzy naprawdę przeczytali – i to nie bryk, jakieś opracowanie w internecie albo tak zwaną ściągę, lecz tekst Fredry.

Czasem miałem ochotę się poddać. Najpierw usiłowałem przekonać dzieciaki, że czytanie rozwija, że bez książek nie osiągną tego, co mogą w życiu osiągnąć, nie wykorzystają w pełni swojego potencjału – po czym zamiast podsuwać im teksty, które zawładną ich wyobraźnią, wciągną i nie pozwolą się oderwać od lektury, zmuszałem je do czytania archaicznej komedii, która kompletnie ich nie śmieszyła. Co więcej, mnie samego przestała śmieszyć. Podczas lekcji odczytywałem na głos scenę dyktowania listu przez Cześnika, angażując w to cały mój zapomniany talent aktorski – i nic! To przestało być śmieszne! Papkin też przestał śmieszyć! Dlaczego?! Nie miałem pojęcia. Zresztą jakakolwiek była tego przyczyna, fakt pozostawał faktem: kanon lektur zachęcał do wszystkiego, tylko nie do czytania, a ja musiałem udawać, że jest inaczej.

*

Ubrałem się i wyszedłem w kapuśniaczkowy chłód. Zgodnie z moim niedawnym postanowieniem, że zadbam o kondycję – wybrałem się do mamy pieszo. Zresztą rezygnacja z samochodu to spora oszczędność, a przy tym – wbrew pozorom – nie traciłem wcale tak dużo czasu, bo odpadało szukanie miejsca do parkowania. Poza tym, nie oszukujmy się, chyba chciałem zaimponować Sarze, która uwielbiała aktywność fizyczną.

Moja znajomość z Sarą trwała od dnia, kiedy podjąłem pracę w szkole, czyli od sześciu lat. Było to pod koniec sierpnia. Zapamiętałem dokładnie, że miała na sobie obcisłą różową sukienkę i sandały na niebotycznych szpilkach. Spotkaliśmy się w szkolnym sekretariacie.

– Też nowy? – upewniła się, siadając na krześle i zakładając nogę na nogę w taki sposób, że brzeg sukienki uniósł się, odsłaniając jej opalone uda, a pode mną ugięły się kolana. – Pozwól mi zgadnąć… Germanista.

– Kulą w płot – wtrąciła się sekretarka, gruba pani Benia, której już wtedy odrobinę się bałem. Potem okazało się, że boi się jej calutkie grono pedagogiczne. – Nasz rodzynek jest polonistą.

– Aaa, polonista – powtórzyła Sara ze źle skrywanym rozczarowaniem.

Ja jednak w owej chwili nie zwróciłem na to uwagi. Zmartwiły mnie natomiast słowa pani Beni. Rodzynek? Czy to oznaczało, że miałem być jedynym mężczyzną w gronie?

Nigdy nie miałem śmiałości do kobiet. Nie byłem nieśmiały z natury, zupełnie nie o to chodzi. Łatwo zawierałem znajomości, miałem kilku dobrych kumpli i jednego zaufanego przyjaciela – Adama – z którym od czasów przedszkolnych łączył mnie stosunek niemal braterski. Jednak dziewczyny wprawiały mnie zawsze w lekki popłoch. Były rozchichotane, zwłaszcza w dużej grupie stawały się wręcz nie do zniesienia. Pojedynczo podobały mi się znacznie bardziej. Obawiałem się, że nie dam sobie rady w gronie pedagogicznym składającym się wyłącznie z kobiet.

Jedynym moim doświadczeniem natury miłosnej był dwuletni związek z Mileną. Poznaliśmy się na scenie naszego szkolnego teatru, który porwał się z motyką na słońce – a konkretnie na Serenadę Mrożka. Początkowo miałem grać rolę Lisa, jednak nasza polonistka przekonała się, że czego jak czego, ale umiejętności uwodzenia nie posiadam za grosz i grając lisiego Casanovę, jestem drętwy jak kawałek drewna. Zostałem więc Kogutem – naiwnym, bezradnym, miotanym zazdrością mężem.

Być może właśnie dlatego zwróciła na mnie uwagę Milena, która otrzymała rolę Rudej. Najwyraźniej miała słabość do facetów potrzebujących pomocy i opieki. Zupełnie nie robił na niej wrażenia przystojny Adam, brawurowo grający Lisa. Na wycieczce do Krakowa, na którą po premierze zabrała nas pani Wiesia, polonistka i opiekunka szkolnego teatru, Milena nauczyła mnie prawdziwych pocałunków. Wcześniej zresztą nie znałem nawet tych nieprawdziwych.

Była ode mnie dwa lata starsza, ale dzięki drobnej sylwetce zupełnie nie było tego widać. Nie malowała się, ubierała z jakąś artystyczną niedbałością – nosiła hippisowskie sukienki, rozciągnięte swetry i wielobarwne chusty. Dobrze nam było razem, choć dopiero po jakimś czasie zorientowałem się, że niewiele miałem w tym związku do gadania. Robiłem wszystko, co chciała, doradzałem jej przy zakupach, odpytywałem przed klasówkami, wymieniałem jej książki w bibliotece… Trochę jakbyśmy byli rodziną, tyle że w naszej relacji był całkiem wyraźny akcent erotyczny, bo choć Milena chciała pozostać dziewicą aż do ślubu, miała jednak dość rozbudzone libido. Potrafiliśmy się całować i pieścić godzinami, pilnując jednak tej nieprzekraczalnej granicy, jaką było jej dziewictwo.

Taki był mój jedyny jak dotąd związek. Zakochany po uszy pierwszak, szesnastoletni zaledwie, i pełnoletnia dziewczyna, której marzyło się prawdziwe aktorstwo. Kochałem ją przez całe dwa lata. Ostatecznie poszła na dziennikarstwo, ponieważ tuż przed maturą odkryła, że w gruncie rzeczy teatr ją nudzi. Jeszcze przed jej pierwszą sesją widywaliśmy się od czasu do czasu, jednak wyraźnie wyczuwałem, że Milena jest myślami gdzie indziej. Sądziłem, że przejmuje się nadchodzącymi egzaminami, rychło jednak okazało się, że po prostu byłem elementem świata, który dla niej skończył się bezpowrotnie. Chwila, w której to zrozumiałem, była końcem pewnej epoki w moim życiu. Umarł romantyk, narodził się cynik. Miłość rozczarowała mnie, okazała się czymś ulotnym, nietrwałym, niewartym zachodu. Postanowiłem nie zakochiwać się więcej, nie szukać znajomości, nawet tych przelotnych, na jedną noc. Moi koledzy spędzali czas na domówkach, które miały dostarczyć im „okazji” – mnie to mierziło. Chciałem być sam.

Niejako na pożegnanie Milena dała mi pierwszy (i jak dotąd jedyny) seks, bo czekanie do ślubu także okazało się elementem świata minionego, nieaktualnego.

Czy było spektakularnie? Czy otworzyły się przede mną bramy niebios? Poznałem, co to rozkosz i szczęście? Nie, nie określiłbym tego w ten sposób. Poczułem coś w rodzaju ulgi, a zarazem smutku. Że to tylko tyle. Że jedna z tych wielkich tajemnic, o których odkryciu marzyłem od kilku lat (w końcu byłem zdrowym, prawidłowo rozwijającym się nastolatkiem), okazała się czymś tak trywialnym. I już.

*

Pierwszą rzeczą, której dowiedziałem się o Sarze, było to, że postanowiła jak najszybciej uniezależnić się od rodziców. Już sama ta informacja sprawiła, że zacząłem patrzeć na nią z podziwem. Dla mnie, wtedy jeszcze mieszkającego z nadopiekuńczą matką i niemającego żadnych widoków na odmianę losu, było to coś niesłychanie imponującego. Wyczyn wymagający odwagi i godny najwyższego szacunku.

Bo niby jakie miałem możliwości, by zacząć żyć na własny rachunek? Co właściwie posiadałem? Żenującą pensję początkującego nauczyciela. Głowę pełną przeczytanych lektur, terminów teoretycznoliterackich, łaciny, gramatyki historycznej i dialektologii. A na dokładkę marzenia o tym, jak to zapalę moich uczniów, jak pociągnę ich za sobą, założę teatr szkolny (może ze względu na sentyment do tamtych wspomnień o Mrożku i Milenie), klub czytelniczy, a na dodatek – turystyczny, bo pomyślałem, że można by zwiedzać Polskę śladami naszych wielkich pisarzy.

Czy cokolwiek zostało z tamtych marzeń? Teraz, po ponad pięciu latach pracy w szkole, moja pensja wzrosła jedynie nieznacznie. Nadal miałem głowę nabitą wiedzą, ale już wiedziałem, że nie przekażę jej uczniom, bo aby tak się stało, oni musieliby chcieć ją ode mnie przyjąć. A tymczasem nie chcieli. Teatr szkolny upadł z braku aktorów, klubu turystycznego nie udało się założyć, ponieważ dzieci chciały wyjeżdżać za granicę, a nie do leśniczówki Pranie w poszukiwaniu inspiracji Gałczyńskiego – klub czytelniczy zaś został obśmiany przez Basię z biblioteki szkolnej, zanim jeszcze wyskoczyłem z tym pomysłem na lekcji. Jeśli coś pozostało bez zmian – to moje pragnienie, by uniezależnić się od matki (bo choć od dwóch lat mieszkałem w mieszkaniu Judyty, mama nadal wtrącała się w dosłownie każdą moją sprawę), oraz erotyczne uwielbienie dla Sary.

Sama Sara także się nie zmieniła. Przypominała nieco młodą Kalinę Jędrusik, ale w znacznie szczuplejszym i delikatniejszym wydaniu. Nie było w niej wulgarności, tylko wdzięk i seks. Uwielbiałem nie tylko jej wygląd, ale też usposobienie. Była pogodna, śmiała się niemal ze wszystkiego. Adam, któremu zwierzyłem się z tej fascynacji, twierdził, że owym śmiechem maskuje niedostatki inteligencji, ale niby skąd on miałby o tym wiedzieć, skoro nigdy z nią nie rozmawiał. Znał ją jedynie z moich relacji.

 

Co do mnie, towarzyszyłem jej niemal na każdym kroku, poza lekcjami oczywiście, choć mówiąc szczerze, gdybym mógł, siedziałbym w kącie sali gimnastycznej i podawał piłki, aby tylko móc na nią bezkarnie patrzeć. Wyobrażałem sobie, jak wygląda, kiedy demonstruje swoim uczennicom przerzut bokiem albo mostek. Wiedziałem, że mnie lubi, traktuje jak przyjaciela, ba, niemal jak brata! Cóż z tego, skoro ja nie chciałem być dla niej bratem. Pragnąłem, aby nasza znajomość przerodziła się w coś zupełnie niepodobnego do przyjaźni, a już tym bardziej – braterstwa!

*

Nigdy nie byłem duszą towarzystwa, nie da się ukryć. Oczywiście wśród starych znajomych, kiedy czułem się swobodnie, potrafiłem błysnąć dowcipem, byłem także nie najgorszym rozmówcą. Sara powtarzała zawsze, że potrafię słuchać – ten komplement obracałem potem w myślach na wszystkie strony, bo był to jedyny punkt zaczepienia, dzięki któremu mogłem wierzyć w happy end tej mojej historii erotycznej. Czyż w relacji między kobietą i mężczyzną nie jest istotne, aby lubili ze sobą rozmawiać? Czytałem kiedyś artykuł dowodzący, że pary, które ze sobą szczerze rozmawiają, mają większe szanse na udane życie seksualne. A mnie przecież dokładnie o to chodziło.

*

– Dzień dobry, synku. Prosiłam, żebyś nie chodził bez szalika! – Z zamyślenia wyrwał mnie głos mamy. Nawet nie zauważyłem, kiedy przebyłem dystans dzielący moje osiedle od sklepu z galanterią skórzaną i bezwiednie wszedłem do środka. – Nie dość, że codziennie nadwerężasz głos, to jeszcze się przeziębisz…

– Mamo, tłumaczyłem ci już, że przeziębienie nie ma tu nic do rzeczy. Bezgłos to kwestia przemęczenia krtani…

– Ja wiem swoje, Olusiu. Wiem swoje. Niby bezgłos, niby że za dużo mówisz, krzyczysz, nadużywasz głosu, ale jak się człowiek przeziębi, to nawet zwyczajne dolegliwości stają się poważne. To przez spadek odporności, synku!

Może miała rację, tak, nawet bardzo prawdopodobne. Ale taka przemowa w wykonaniu mojej mamy, w dodatku wygłoszona zbolałym tonem z nutką nieomylności, po prostu doprowadzała mnie do szaleństwa. Za każdym razem miałem ochotę zrobić coś dokładnie odwrotnego, niż mi radziła – w tym wypadku rozebrać się do bielizny i pomaszerować ulicą, na bosaka wdeptując w kałuże i marznąc straszliwie. Jak to mawiała mama: „na złość babci odmrozić sobie uszy” – tyle że rolę marudnej babci odgrywała właśnie ona.

Uśmiechnąłem się nieszczerze, zaciskając zęby. Dobrze, będę nosił szalik.