Święty Jacek. Życie i cuda. Źródła z tradycji dominikańskiej

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


© Copyright for this edition by Wydawnictwo W drodze, 2019

Redaktor prowadzący – Ewa Kubiak

Redakcja – Lidia Kozłowska

Korekta – Paulina Jeske-Choińska, Lidia Kozłowska

Skład i łamanie – Biobooks

Redakcja techniczna – Krzysztof Lorczyk OP

Projekt okładki i stron tytułowych – Krzysztof Lorczyk OP

ISBN 978-83-7906-305-5

Wydawnictwo Polskiej Prowincji Dominikanów W drodze sp. z o.o.

Wydanie I, 2019

ul. Kościuszki 99, 61-716 Poznań

tel. 61 852 39 62

sprzedaz@wdrodze.pl

www.wdrodze.pl

Wstęp

_____________________________________________

Elżbieta Wiater

Jacek Odrowąż nie jest łatwym świętym. Bynajmniej nie ze względu na ciężki charakter. Po prostu podobnie jak u innych dominikanów, którzy zostali wyniesieni na ołtarze, jego miłosierdzie jest zaprawione dużą dozą konsekwencji. Penitent ma przede wszystkim się nawrócić, spełnienie jego prośby to tylko skutek uboczny.

Co nie zmienia tego, że Jacek ma olbrzymią skuteczność zarówno jako wstawiennik, jak i przewodnik na drodze do świętości. Ci, którzy trafili pod jego opiekę, dobrze wiedzą, że potrafi działać błyskawicznie i długofalowo oraz że nie odpuści, dopóki nie osiągnie celu. Z psich ras (jeśli trzymać się metafory dominikanów jako Domini canes – psów Pańskich) najlepiej pasuje do Jacka sympatyczny, wybitnie inteligentny, nadaktywny i opiekuńczy pasterski border collie. Oczywiście biało-czarny.

Źródła

Mimo że Jacek Odrowąż żył i działał na przełomie XII i XIII wieku, mamy całkiem obfite dossier tego świętego. Jego doskonałą większość zawiera ta książka. Niestety, nie zachowała się oryginalna księga cudów, którą zaczęto spisywać niedługo po śmierci dominikanina. Na szczęście jednak autor jego hagiografii, lektor Stanisław, hojnie z niej czerpał, pisząc swoje dzieło.

O zebranie relacji o życiu i cudach św. Jacka zadbali bracia, którzy – co istotne – żyli z nim pod jednym dachem. Już to świadczy, że opinia o świętości Odrowąża nie była efektem jedynie egzaltowanych zachwytów świeckich, którzy nie znali go z bliska, jako domownika. Ta grupa dominikanów nie była też przypadkowa. Należało do niej trzech ludzi o świetnym wykształceniu i sporej praktyce w prowadzeniu procesów kanoniza-cyjnych.

Na początku trzeba wymienić Wincentego z Kielczy, autora najbardziej znanych żywotów św. Stanisława ze Szczepanowa, który brał udział w trudnym procesie kanonizacyjnym tego krakowskiego biskupa. Ze względu na to, że proces przebiegał ponad sto lat po śmierci kandydata na ołtarze i istniało podejrzenie, że kult może być stymulowany raczej politycznie niż religijnie, po raz pierwszy w dziejach w procesie brał udział advocatus diaboli (łac. adwokat diabła), czyli osoba, która miała za zadanie podważanie wszelkich przesłanek do kanonizacji. To wymogło bardzo wysoki poziom prawny i formalny procesu. Brat Wincenty przeniósł te doświadczenia na prace w biurze cudów św. Jacka, podobnie zresztą jak brat Bogusław, który także miał swój udział w kanonizacji św. Stanisława. Trzecim członkiem tej grupy był brat Szymon. On swoje doświadczenie w prowadzeniu tego typu prac zawdzięczał udziałowi w procesie św. Jadwigi Śląskiej.

Efekt ich prac był tak świetny, że kiedy proces Jacka w XVI wieku wreszcie zmierzał ku zakończeniu, watykańska komisja (a mówimy o czasie po soborze trydenckim, kiedy ponownie zaostrzono wymogi dotyczące kanonizacji) była pod wrażeniem fachowości i wierności wymogom prawnym trzynastowiecznych polskich dominikanów.

Ich działalność do końca lat osiemdziesiątych kontynuował brat Klemens. Niestety, po zakończeniu przez niego prac na pół wieku zapadła cisza. Kolejne cuda, o jakich donosi nam lektor Stanisław, to lata trzydzieste XIV wieku. Około dwadzieścia lat później powstaje zawarty w tym tomie żywot św. Jacka.

Autor tego dzieła był wykładowcą w krakowskim konwencie (to właśnie znaczy tytuł „lektor”), co oznacza, że musiał skończyć jedno z dominikańskich studiów generalnych. Nie wiemy o nim nic ponadto. Stworzone przez niego dzieło jest wysokiej klasy hagiografią, umiejętnie korzystającą z czternastowiecznych wzorców tego gatunku, tropów charakterystycznych dla żywotów świętych zakonu (wyraźne jest, na przykład, dążenie do znalezienia jak największej liczby podobieństw między św. Dominikiem a Jackiem), przy jednoczesnej wierności przekazowi historycznemu zachowanemu w tradycji ustnej oraz zapisach biura cudów. Stanisław ubiera je w piękną szatę literacką, która wymaga od czytelnika znajomości historii zakonu, a przede wszystkim Pisma Świętego. Wiemy też, że nie do końca możemy ufać podawanej przez niego chronologii, jednak sekwencja wydarzeń i one same są prawdziwe.

Impuls dla kultu, jaki stanowiło powstanie tego dzieła, okazał się zbyt słaby, by doprowadzić do kanonizacji. Zresztą ówczesna sytuacja w Kościele krakowskim nie sprzyjała dążeniu do wyniesienia na ołtarze Jacka Odrowąża. Dogodny moment nastał niecałe sto lat później, kiedy biskupem Krakowa został Zbigniew Oleśnicki. W ramach podnoszenia znaczenia swojej stolicy biskupiej postanowił on rozpocząć starania o kanonizację trzech osób, które były z jego diecezją związane: Jadwigi Andegaweńskiej, biskupa Iwona Odrowąża i jego kuzyna w biało-czarnym habicie. Starania te wspierał także kronikarz Jan Długosz, który w swoim dziele na temat historii Królestwa Polskiego odmalował wszystkie trzy wspomniane postacie w bardzo jasnym świetle.

Z okresu tych właśnie starań pochodzą trzy listy umieszczone w tym tomie: jeden królowej Zofii (Sonki) Holszańskiej, żony Jagiełły i matki jego synów, oraz dwa biskupa Oleśnickiego. Do tego dołączone są mowy posłów, którzy oddawali papieżowi tę korespondencję.

Jednak na kanonizację trzeba było poczekać do końcówki XVI wieku. W międzyczasie, w latach dwudziestych tego wieku, papież Klemens VII wyraził zgodę na stworzenie specjalnego oficjum (mowa o tekstach własnych w Liturgii godzin), formularza mszy świętej o Jacku oraz sprawowanie publicznego (choć jeszcze nie powszechnego) kultu. Współcześnie te przywileje przysługują osobom beatyfikowanym, wtedy nie znano jeszcze tego pojęcia, jednak tego typu zabieg sprawił, że dominikanin stał się szerzej znany w Rzeczpospolitej, a na pewno wśród wiernych należących do kręgu oddziaływania braci kazno-dziejów.

Dokumenty dające te przywileje oraz ten, który zezwala królowi Zygmuntowi Staremu na wyznaczenie kościołów, gdzie będzie można obchodzić święto św. Jacka, także znajdują się w tym tomie. Warto zwrócić uwagę, że w każdym z nich powtarza się fraza: „Nie chcemy jednak, żeby ze względu na to, co zostało powiedziane, bł. Jacek był uważany za kanonizowanego”. Wtedy jeszcze nie dokończono procesu na etapie rzymskim i nie można było podjąć decyzji o uznaniu Odrowąża za świętego.

Nastąpiło to dopiero w 1594 roku. W Niedzielę Przewodnią, czyli w oktawie Wielkanocy, która wtedy wypadała 17 kwietnia, odbyła się uroczysta kanonizacja. Na niej odczytano bullę kanonizacyjną papieża Klemensa VIII. Był on jako kardynał nuncjuszem apostolskim w Polsce i wiedział, jak wygląda kult Jacka, zresztą wspomina o tym w swojej bulli, także zamieszczonej w tym zbiorze.

Przy okazji kanonizacji powstały także dwie hagiografie św. Jacka. Jedna autorstwa promotora procesu z ramienia polskiej prowincji, czyli ojca Seweryna Lubomelczyka, a druga ojca Abrahama Bzowskiego, budowniczego pierwszego klasztoru pod wezwaniem nowego świętego (mowa o konwencie przy ul. Freta w Warszawie), który to ojciec później zostanie słynnym historykiem Kościoła. Nie wnoszą one szczególnie dużo do opowieści o życiu Jacka, choć mówią wiele o jego duchowości. Żywoty te przez wieki będą kształtować obraz świętego dominikanina na całym świecie, jednak mają raczej charakter opracowań niż materiału źródłowego, przynajmniej jeśli chodzi o biografię jednego z pierwszych polskich braci kaznodziejów.

Rys biograficzny

Jaki obraz św. Jacka wyłania się z opisanych tu źródeł oraz innych, mówiących o szerszym tle historycznym? Pochodzi z możnego rodu Odrowążów, który właśnie osiąga szczyt swojego znaczenia w kraju i Kościele. Jego kuzyn z małopolskiej linii rodziny, Iwo, jest wybitnym biskupem krakowskim, a inny, Sąd, zostaje kasztelanem krakowskim. O znaczeniu tego ostatniego świadczy chociażby to, że jego syn ożeni się z księżniczką pomorską z rodu Piastów, dzięki czemu ród ten spowinowaci się z władcami.

Jacek urodził się na Śląsku Opolskim, w rodowym gnieździe Odrowążów, około 1180 roku. Został wysłany, zapewne jako mniej więcej ośmioletni chłopiec, na naukę do szkoły katedralnej w Krakowie. Tam opiekował się nim Iwo i być może pod jego wpływem przyszły dominikanin wybrał kościelną ścieżkę kariery. Został kanonikiem i z racji tego urzędu towarzyszył biskupowi w podróży do papieża, przebywającego wtedy w Orvieto, w 1220 roku. Miała ona na celu zrzeczenie się przez Iwona tytułu arcybiskupa gnieźnieńskiego – starszy Odrowąż wolał pozostać w Krakowie, z wielu powodów: od politycznych po rodzinne.

Właśnie tam, albo na dworze kard. Hugolina (wspólnie z Iwonem studiowali w Paryżu i przyjaźnili się ze sobą od tego czasu), albo na papieskim Polacy spotkali Dominika z Caleruegi. Założony przez niego zakon został zatwierdzony trzy lata wcześniej przez papieża i wspomniany kardynał był jego opiekunem i przedstawicielem. Krakowski biskup szybko się zorientował, że jego diecezja i kraj potrzebują zgromadzenia o takim charyzmacie, więc zaprosił kaznodziejów do siebie. Jednak Dominik postawił warunek: niech Iwo da nowicjuszy, i dopiero oni, po uformowaniu, zostaną tam posłani.

 

Zgłosiło się ich trzech: Jacek, Czesław (kustosz kolegiaty sandomierskiej) i Herman Niemiec. Dwaj pierwsi byli ludźmi dojrzałymi, dla obu wybór życia w zakonie żebraczym oznaczał rezygnację z dobrze zapowiadającej się kariery kościelnej i obaj mieli w sobie pragnienie głoszenia słowa oraz potrzebną do tego energię, nie zapominając o determinacji. O Hermanie wiemy najmniej, prawie nic. Został bratem konwersem, co oznacza, że nie przyjął święceń i miał wspierać misję pozostałych wykonywaniem koniecznych prac fizycznych.

Po krótkim nowicjacie, na wiosnę 1221 roku, wszyscy trzej otrzymali habity z rąk samego św. Dominika, po czym wyruszyli z powrotem. Szli pieszo, jak nakazywały konstytucje braci kaznodziejów, więc potrzebowali na dotarcie do kraju około dwóch miesięcy; przyszli jednak dopiero po pół roku. Stało się tak, gdyż zatrzymali się po drodze w klasztorze we Fryzaku (współcześnie: Friesach) w Austrii. Dom ten był w duchowej i dyscyplinarnej rozsypce, więc Jacek z towarzyszami uformowali tamtejszych zakonników zgodnie z wymaganiami dominikańskich konstytucji i kiedy tylko z Włoch przybyli bracia, którzy mogli zastąpić Polaków, ci wyruszyli dalej.

Do Krakowa przyszli 1 listopada 1221 roku, witani żywo przez biskupa i lud. Zimowe miesiące przemieszkali na Wawelu, w pomieszczeniach udzielonych przez Iwona. Wtedy też zaczęli głosić kazania w katedrze i musiały być dobre, skoro do XVI wieku utrzymał się zwyczaj, że kaznodziejami wawelskimi byli dominikanie. W marcu 1222 roku uroczyście przejęli kościół Świętej Trójcy, dotychczasową farę powstającego właśnie Krakowa. Oprócz kościoła otrzymali działkę obok i zaczęli ją zagospodarowywać pod klasztor. Jacek został przeorem tej małej wspólnoty i był nim do roku 1225, kiedy do nowego klasztoru przyjechał Gerard z Wrocławia. Został on wyznaczony przez ówczesnego generała zakonu, Jordana z Saksonii, na przełożonego nowej prowincji, na razie składającej się z jednego klasztoru. Przy okazji jego przyjazdu odbyło się spotkanie, które jest uważane w historiografii za pierwszą kapitułę Polskiej Prowincji Dominikanów.

Jacek, uwolniony od ciężaru urzędu, mógł zająć się tym, w czym okazał się mistrzem: ruszył na misje. Ich skala jest różna w zależności od źródła, na podstawie którego o niej mówimy. Zasadniczo z upływem czasu miała ona tendencję do wzrostu i zgodnie z jego nowożytnymi żywotami Jacek miał dotrzeć pod Mur Chiński, a na północy pod koło podbiegunowe. Lektor Stanisław widzi to jednak o wiele skromniej, choć i tak imponująco. Na pewno dziełem Odrowąża są fundacje w Krakowie, Kijowie i Gdańsku, być może miał swój udział w staraniach o klasztory w Pradze, Wrocławiu (tu podzieliłby się chwałą założyciela z bł. Czesławem), Poznaniu i Elblągu. Jego rodzinne koneksje, a dokładnie wspomniane wyżej małżeństwo jego kuzyna z księżniczką pomorską, mogło mieć też korzystny wpływ na fundację w Kamieniu Pomorskim.

Pierwszy był Gdańsk, który miał się stać dla Jacka i jego braci bazą wypadową dla misji wśród pogan: Prusów, Jaćwięgów i mieszkańców krajów nadbałtyckich. Tam dzięki przychylności księcia Świętopełka i biskupa włocławskiego Michała kaznodzieje otrzymali kościół pw. św. Mikołaja oraz działkę na Kępie. Teren nie był zbyt dobry, gdyż stale zalewany wodami Zatoki Gdańskiej, Wisły lub Motławy. Bracia jednak nie wybrzydzali. To, że z biegiem czasu morze się cofnęło i Kępa przestała być podtapiana, tamtejsi mieszkańcy uznają za cud św. Jacka. W Gdańsku dominikanie zostali duszpasterzami kupców lubeckich, którzy osiedlali się w portowym mieście.

Niedługo po fundacji klasztoru gdańskiego przyszły święty wyruszył do Kijowa, stolicy jednego z książąt ruskich. Dominikanie także tu zostali duchowymi opiekunami kupców z Lubeki. To odsłania pewien detal z życia Jacka: skoro mówił kazania i spowiadał lubeczan, musiał znać język niemiecki, a dokładnie dialekt dolnosaksoński, i posługiwać się nim płynnie.

Obecność dominikanów w prawosławnym środowisku miała też być impulsem do tego, by tamtejszy książę wybrał jednak Kościół katolicki. Ta część misji nie została zrealizowana, choć sam Jacek musiał cieszyć się na dworze książęcym sporą sympatią. Kiedy po śmierci dominikanina rozpoczyna się promocja jego kultu, ruska księżniczka Perejasława, wówczas już żona księcia mazowieckiego, całym sercem zaangażuje się w szerzenie czci zakonnika, którego poznała jeszcze jako dziecko na dworze swojego ojca.

Fundacja kijowska zakończyła się niestety bardzo szybko – już w 1233 roku książę wygnał wszystkich katolików ze stolicy swojego państwa, oczywiście w tym także braci kaznodziejów. Będą próbowali jeszcze tam powrócić tuż przed najazdem tatarskim, ale on położy kres tym próbom.

Jacek był już wtedy w Gdańsku i tu zaangażował się we współpracę z Krzyżakami, którzy właśnie rozpoczęli (w wersji oficjalnej) misję ewangelizacyjną w Prusach i Jadźwieży. Dominikanie współpracowali z nimi jako kaznodzieje i spowiednicy do 1241 roku. Później stosunki między zakonami zdecydowanie się popsuły, na co złożyło się wiele czynników, z których zapewne decydującym była autonomia braci kaznodziejów i to, że mieli obsadzić biskupstwa na tamtym terenie, zakon rycerski zaś widział na tych katedrach swoich ludzi. Śladem współpracy, który na trwałe pozostał w życiu Zakonu Szpitala Najświętszej Maryi Panny Domu Niemieckiego, było oficjum oraz system karny, jaki rycerze przejęli od dominikanów. W następnych wiekach też się zdarzało, że Krzyżacy wstępowali do dominikańskiego trzeciego zakonu.

W czasie pobytu w Gdańsku, w 1236 roku, Jacek udał się też wraz z dwoma braćmi na kapitułę generalną zakonu do Paryża. Zapewne zdawał tam relację z misji, w których właśnie uczestniczył. Na północy kraju pozostał do początku lat czterdziestych, kiedy wrócił do Krakowa. Miał już wtedy około sześćdziesięciu lat, za sobą dwadzieścia lat wyczerpujących wędrówek z misjami i wielkie doświadczenie duszpasterskie. Zwłaszcza to ostatnie musiało okazać się przydatne po tym, jak w 1241 roku ziemie polskie spustoszyli Tatarzy.

Tego momentu w historii dotyczy właśnie opowieść o cudzie, na podstawie której Jacka wyposaża się w monstrancję i figurkę Najświętszej Maryi Panny. Święty miał je wynieść z kościoła w Kijowie, który podpalili atakujący miasto Mongołowie. Historię tę przekazuje dopiero Seweryn Lubomelczyk, jednak jeśli nawet jest to raczej midrasz niż prawda historyczna, to świetnie pokazuje trzy najważniejsze cechy Jackowej duchowości: misyjność, cześć wobec Eucharystii i maryjność.

Na pewno po najeździe przyszły święty działał w Krakowie i jego okolicach. Najwięcej cudów opisanych przez lektora Stanisława wydarzyło się właśnie w tym czasie, w tym słynne podniesienie zboża zbitego gradem. Jacek zasłynął też z licznych wskrzeszeń, tu wykazując niejaką inklinację do wyławiania topielców i przywracania im życia.

Wiemy, że głosił kazania na Wawelu, miał stałych penitentów i zajmował się aktywnością, którą dziś nazwalibyśmy misjami ludowymi. Zmarł w roku, w którym miasto, gdzie założył pierwszy klasztor, otrzymało prawa miejskie, to jest w roku 1257. Umarł w uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, czyli 15 sierpnia. Zgodnie z przekazem żywota odejściu Odrowąża do Pana towarzyszyły liczne cuda, które nie ustały po jego śmierci.

Nie pozostawił po sobie żadnych pism, za to o owocności jego życia świadczyła dynamicznie rozwijająca się prowincja zakonna. Zostawił też braciom świadectwo żywej wiary i niesłychanej wprost wytrwałości, jeśli nie uporu, w głoszeniu słowa. Był również człowiekiem wspólnoty.

Chociaż mówi się o Jacku jako założycielu polskiej prowincji, to w źródłach widać wyraźnie, że nigdy nie był on samotnym superbohaterem. Do zakonu wstępuje z jeszcze dwoma towarzyszami, z nimi reformuje klasztor we Fryzaku, do Krakowa przychodzi z sześcioma kolejnymi (nie licząc Czesława). Ma dar budzenia powołań, dzięki czemu dominikanie są w stanie obsadzać kolejne fundowane domy. W chwili śmierci Jacka jest ich w prowincji już kilkanaście (prowincja obejmowała wówczas także Czechy i Morawy), a to przecież zaledwie czterdzieści lat obecności zakonu na tym terenie. Gdziekolwiek się udaje, zawsze ktoś z braci mu towarzyszy. Jedyny moment, w którym Jacek jest opisany jako sam, to modlitwa przed ołtarzem Najświętszej Maryi Panny, kiedy ma Jej wizję.

Jego cuda ukazują go jako miłosiernego i w swoim miłosierdziu niezwracającego uwagi na urodzenie czy wykształcenie osoby potrzebującej. Wskrzesza szlacheckich synów, ale też nie ma nic przeciwko przywróceniu życia jałówce należącej do ubogiej służącej. Chyba właśnie temu zawdzięcza trwałość swojego kultu pomimo tego, że był on zaniedbywany przez jego współbraci. Na kanonizację, jak opisałam to wyżej, musiał czekać ponad trzysta lat i przez ten czas wierni stale o nim pamiętali, choć ze względu na uczciwość trzeba przyznać, że niektórzy dominikanie także otaczali go czcią. Kiedy wyniesiono go na ołtarze, błyskawicznie zyskał popularność poza granicami Rzeczpospolitej. Co więcej, w wielu miejscach globu ona nadal się utrzymuje.

Rozwój kultu

Nie bez znaczenia dla wzrostu popularności św. Jacka, poza cudami, jakie się działy za jego wstawiennictwem, był moment jego wyniesienia na ołtarze oraz sposób, w jaki został wtedy przedstawiony wiernym.

Druga połowa XVI wieku to czas intensywnej działalności misyjnej Kościoła, głównie w Nowym Świecie, czyli obu Amerykach oraz na Dalekim Wschodzie. Niecałe trzydzieści lat przed kanonizacją Jacka zakończony zostaje sobór trydencki i kwitnie właśnie odnowa Kościoła oraz prowadzone są debaty, a nawet wojny religijne z protestantami. Rzeczpospolita jest imperium w centrum Europy, która w czasie, kiedy jej sąsiedzi zmagają się z wyniszczającymi walkami religijnymi lub dopiero zaczynają się rozwijać, przeżywa właśnie okres prosperity i pokoju. Rozwija się polska kultura, począwszy od literatury po sztuki plastyczne i architekturę, której nieodłączną częścią jest chrześcijaństwo; elity kraju stanowią ludzie świetnie wykształceni, obyci w świecie i umiejący docenić dobro wspólne. Wszystkie te elementy składają się na siłę impulsu, z jakim św. Odrowąż pojawi się w mentalności powszechnej.

Troszczący się o ostatni etap procesu kanonizacyjnego ojciec Seweryn Lubomelczyk doskonale zdawał sobie sprawę, jakie cechy duchowości przyszłego świętego będą docenione. W napisanym przez siebie żywocie, wydanym tuż przed kanonizacją, ukazuje Jacka jako misjonarza, cudotwórcę i gorliwego czciciela Maryi. Cechy te czyniły go szczególnie cennym przykładem zarówno dla zakonu, jak i Kościoła. Był idealną przeciwwagą dla protestantyzmu, a jednocześnie stanowił wspaniały przykład ewangelizatora.

Nic dziwnego, że jako jedyny Polak znajdzie się wśród świętych na kolumnadzie Berniniego w Watykanie. Na jego kanonizacji tłumy będą stały na ulicach Rzymu aż po Zamek Anioła (chociaż nie było wtedy telebimów – zapewne wszyscy mieli nadzieję zobaczyć jakiś cud zdziałany przez świeżo kanonizowanego), a w kościele Dominikanów w Bolonii relikwiarz Odrowąża błyskawicznie obrośnie wotami. Księżna Toskanii, która wystara się o relikwie u polskich kaznodziejów, zamiast przekazać je do docelowego kościoła, umieści je w swojej rodowej kaplicy. We Włoszech do XIX wieku będą się ukazywać dzieła poświęcone Jackowi, a jego postać możemy do dziś odnaleźć w wielu włoskich kościołach. Czcili go szczególnie kupcy i żeglarze, gdyż wielu z nich jego wstawiennictwu zawdzięczało ocalenie podczas sztormów (chyba dała tu znać o sobie Jackowa skłonność do wykazywania się władzą nad żywiołem wody).

Wkrótce też trafił do Francji i to do samej stolicy. Wówczas żoną króla Francji, Ludwika XIII, była Anna Austriaczka, pochodząca z tego samego rodu, co żona Zygmunta III Wazy. Powołując się na pokrewieństwo, wyprosiła u kuzynki relikwie świętego dominikanina i umieściła je w kaplicy św. Honoriusza w Paryżu. Jackowe cuda były tak liczne, że wkrótce zabrakło miejsca na ścianach dla wieszania dziękczynnych wotów. Imieniem Odrowąża, choć w łacińskiej wersji podanej przez lektora Stanisława (St. Hyacinthe), nazwano jedną z paryskich ulic, centrum jego kultu zaś stało się hrabstwo d’Anjou.

To stamtąd w połowie XIX wieku wyruszyła do Kanady grupa osadników, która założoną przez siebie osadę nazwała St. Hyacinth. Obecnie jest to średniej wielkości miasto stanowiące siedzibę diecezji, w której kult świętego z Polski jest wciąż żywy.

W tym samym czasie francuska prowincja zakonu odradzała się po kasacie. Jednym ze świętych, którego wstawiennictwa wzywali odnowiciele dominikanów, był św. Jacek. O tym, jak był ważny dla tego dzieła, świadczy częstotliwość, z jaką tamtejsi bracia przyjmowali imię tego świętego, oraz to, że kiedy do bł. Jacka Cormiera przyszedł kandydat z Polski, ten bez wahania polecił mu przyjąć imię rodaka i tak narodził się dla zakonu sługa Boży Jacek Woroniecki.

 

Równą popularnością, ale raczej ze względu na swoją misjonarską działalność, cieszył się Odrowąż w Portugalii i Hiszpanii. Jego figurę znajdziemy na portalach lub we wnętrzach bardzo wielu dominikańskich kościołów z epoki baroku. Iberyjscy misjonarze zanieśli kult świętego do obu Ameryk, a także na Daleki Wschód. W wielu ewangelizowanych przez nich krajach znajdziemy miejscowości noszące nazwę San Jacinto, choć ta najbardziej znana, z sanktuarium św. Jacka, ma nieco inną historię.

Otóż w XVII wieku jeden z hiszpańskich kupców przez pewien czas mieszkał w Krakowie i tu zaprzyjaźnił się bliżej z dominikańskim świętym. W poszukiwaniu bogactwa postanowił wyruszyć do Ameryki Południowej, ale samemu jechać smutno, więc zabrał ze sobą podobiznę Jacka. I to właśnie ten kupiec zbudował pierwszą kapliczkę temu świętemu w miejscu, w którym obecnie jest miasto Yaguachi w Ekwadorze. W 2007 roku została tam erygowana diecezja San Yacinto, a każdego 17 sierpnia, we wspomnienie świętego, odbywa się tam wielodniowa fiesta ku jego czci.

To tylko najważniejsze przykłady i miejsca, w których na świecie wciąż jest obecny i żywy kult św. Jacka. W polskiej prowincji miał on swoje wzloty i chwile zaniku, zresztą podobnie jak przed kanonizacją.

Tuż przed nią ojciec Lubomelczyk rozbudował celę, która według tradycji miała należeć do świętego, tworząc z niej bogato wyposażoną kaplicę. Powstała przed nią empora, tak by mogło się tam zmieścić więcej ludzi. Pomieszczenie to wielokrotnie przebudowywano, jednak warto zauważyć, że żadne z gnębiących kościół dominikanów pożarów i klęsk nie wyrządziły temu miejscu szczególnych szkód.

W kaplicy zawieszono chorągiew kanonizacyjną św. Jacka, która zachowała się do dziś i jest najstarszym tego typu eksponatem na świecie. Wykonano też relikwiarze, jeden z nich miał być sporządzony przez samego króla, Zygmunta III. Niewiele później święty został ogłoszony patronem Rzeczpospolitej i funkcję tę pełnił do połowy XX wieku, a i do dziś w Litanii do św. Jacka pojawia się wezwanie odnoszące się do tej jego roli.

Jego podobizny znajdziemy na terenie całego kraju, choć największą czcią cieszy się na Śląsku. Na Opolszczyźnie centrum jego kultu stanowi miejsce urodzenia, czyli Kamień Opolski. Warto odwiedzić wspaniale odnowiony pałac i kaplicę, a nawet pobyć dłużej w tamtejszym domu wypoczynkowo-rekolekcyjnym.

Święty Jacek jest także jednym z głównych współpatronów archidiecezji katowickiej. W krakowskiej bazylice Dominikanów często można spotkać grupy pielgrzymów z Górnego Śląska, którzy z mozołem wspinają się do Jackowej kaplicy, żeby się tam pomodlić lub uczestniczyć w mszy świętej. Pomniejsze sanktuaria świętego znajdują się też w Bytomiu (dzielnica Rozbark) oraz w Leszczynach na Kielecczyźnie. W tych ostatnich jest szczególnie ceniony jako opiekun mężczyzn szukających dobrej żony.

Święty jest także patronem dzieł Polskiej Prowincji Dominikanów. Pod jego wezwaniem powstała parafia dominikańska w Rzeszowie, jest opiekunem kościoła przy ul. Freta oraz Wikariatu Rosji i Ukrainy. Ten ostatni jest kolejną próbą realizacji Jackowego marzenia o zaniesieniu Ewangelii na wschód, dziś szczególnie cenną ze względu na ciężką sytuację duchową i społeczną krajów postsowieckich.

* * *

Jan Długosz, pisząc o Jacku Odrowążu, scharakteryzował go jako „rozsądnego i obrotnego”. Trzeba przyznać, że historia kanonizacji i kultu potwierdza te cechy. Jednak kiedy czytałam dzieło lektora Stanisława czy późniejsze listy cudów, widziałam w tych opisach przede wszystkim człowieka niesłychanie żarliwego w głoszeniu Chrystusa, a jednocześnie głęboko miłosiernego wobec ludzi. Polska prowincja nie dała zakonowi zbyt wielu wybitnych intelektualistów (choć to ostatnio się zmienia), jednak nieustannie pozostaje w niej żywy charyzmat duszpasterski, tak wyraźny w życiu jej założyciela. Jest też w niej wciąż obecne, choć może nie tak dynamiczne jak u Jacka, pragnienie, by wyruszać z misją, by głosić Ewangelię wszędzie, wszystkim i na wszystkie sposoby.

Z pewnością św. Jacek temu błogosławi.