3 książki za 34.99 oszczędź od 50%

Zasypani zakochani

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Zasypani zakochani
Zasypani zakochani
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 71,80  57,44 
Zasypani zakochani
Zasypani zakochani
Audiobook
Czyta Ewa Abart
39,90 
Szczegóły
Zasypani zakochani
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Dzieciom, z miłością

Prolog

To będą moje ostatnie święta! Naprawdę! A dlaczego? Bo kolejnych pewnie już nie dożyję. Siedziałam w drewutni, trzęsłam się z zimna i zastanawiałam się, co zrobić. Zostaliśmy odcięci od świata, zamieć zasypała drogi, zerwała przewody elektryczne, a gaz się skończył. Z powątpiewaniem spojrzałam na starą lampę naftową. Cholera, gdzieś tu musi być nafta! Przecież babcia zawsze robiła zapasy, na wypadek gdyby miało zabraknąć prądu! Zaczęłam grzebać w koszu ze szpargałami, starając się robić to jak najciszej. Wypięłam się w stronę drzwi, a moja głowa zniknęła w głębokim koszu. Nagle wymacałam jakąś butelkę, która zamiast korka miała szmatkę owiniętą sznurkiem. To mogło być to! Powstrzymując radosny okrzyk, pełen triumfu oczywiście, wyprostowałam się gwałtownie. Cholera. Czy ja nie zamknęłam drzwi? Szeroko otwarte na zewnątrz bujały się popychane podmuchami wiatru i wpuszczały śnieg do środka. Podeszłam do drzwi, złapałam metalową klamkę i przyciągnęłam je do siebie, a potem przekręciłam zamek. I wtedy zrozumiałam, że nie jestem sama. Odwróciłam się i spojrzałam w ciemne oczy mężczyzny. Nieznacznie się skrzywił, po czym delikatnie zabrał z moich rąk butelkę z naftą.

– Daj mi to. Bo jeszcze nas spalisz. I dopiero będzie klops!

Było po mnie. Znalazłam się z seryjnym mordercą, sama, w drewutni odciętej od świata.

To naprawdę będą moje ostatnie święta!

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Rozdział 1

Depeche Mode, Enjoy the Silence

Wszystko zaczęło się od tego, że moja babcia się zakochała. Tym samym utarła mi nosa, bo okazała się lepsza w tym temacie niż ja. Była wdową od szesnastu lat i zawsze była po prostu babcią Netką. Miała na imię Aneta, ale od dzieciństwa mówiłyśmy na nią Netka. Prowadziła mały, przytulny pensjonat za Szczawnem-Zdrojem, umiejscowiony w środku lasu, na sporym wzniesieniu. Od zeszłego roku zaczęłam jej pomagać w tym biznesie. Tymczasem babcia postanowiła się odstresować i wykupiła sobie rejs po Morzu Śródziemnym. W sumie od początku to pochwalałam, należało się babci! Lecz nikt z nas nawet w najśmielszych snach nie przypuszczał, że babcia pozna tam pół Włocha, pół Polaka młodszego od niej o siedem lat i wyruszy z nim w nieco dłuższy rejs. A potem wyprowadzi się do Toskanii i zacznie uprawiać winogrona.

Tak więc w pensjonacie Zdrój pod Lasem rozpoczął się kolejny sezon, a ja zostałam całkowicie sama. Po tym, co mi się przydarzyło, odeszłam z policji, zaszyłam się w pensjonacie babci i poczułam, że to będzie miejsce, w którym nie tylko odpocznę, lecz także zacznę życie od nowa. Tutaj czasami odnosiłam wrażenie, że tak właśnie jest. Przez pierwsze tygodnie zjeżdżałam codziennie w dół do Szczawna-Zdroju i spacerowałam, czerpiąc siły z tego dawniej tak bardzo modnego miejsca wypoczynku. Gdy chodziłam po Parku Zdrojowym ze świadomością, że bywali tutaj Wieniawski, Krasiński, Winston Churchill czy nawet car Mikołaj I, odczuwałam dziwny, nieokreślony spokój duszy. Uświadamiałam sobie, że nic nie jest wieczne, że wszystko przemija, więc także moja zła passa, gnębiące mnie osobiste lęki i uczucie porażki kiedyś miną. Lubiłam siadać na ławeczce naprzeciwko Domu Zdrojowego, pić wodę ze źródełka Mieszko i napawać się spokojem tego miasteczka. Ale to nie znaczy, że byłam gotowa na samodzielne prowadzenie pensjonatu!

Oczywiście miałam do pomocy kucharza Allana i uśmiechniętą piegowatą Miśkę, czyli Michalinę, która mieszkała w Szczawnie i pracowała w Zdroju od czterech lat. Miśka była kelnerką, ale pomagała także recepcjonistce Joasi, która z kolei robiła maślane oczy do Allana. Pan Stefan, złota rączka, zajmował się zaopatrzeniem. Moja babcia Netka miała jednak wszystko poukładane, była świetną organizatorką. Tymczasem ja, Anastazja Klops, często działałam chaotycznie i powodowało to najdziwniejsze perturbacje. Mimo to obiecałam babci, że w kolejne święta Bożego Narodzenia i sylwestra przypilnuję pensjonatu i że nie będziemy odwoływać rezerwacji. Zresztą oprócz jednego gościa miał tutaj przyjechać mój dawny kumpel z policji Michał z żoną Lilianą i synkiem Wojtkiem oraz ich przyjaciele z małą córeczką.

Dzisiaj, trzeciego dnia miesiąca, miał pojawić się ten tajemniczy, jedyny gość. Zrobił rezerwację już miesiąc temu, prosił o pokój z widokiem na las, śniadania zamawiał do pokoju, obiadów nie chciał, tylko gorącą kolację, którą także zamierzał jeść u siebie. Zapłacił za cały grudzień z góry. Niejaki Hubert Zapałka. Śmiałam się trochę z tego nazwiska, chociaż moje wcale nie było lepsze. Obawiałam się nieco tego faceta, babcia poinformowała mnie, że on przyjeżdża w każde święta, siedzi równy miesiąc, od początku grudnia do początku stycznia, nie lubi ludzi, ceni samotność i dyskrecję. Okej, okej.

– A więc to dzisiaj przyjeżdża pan Zapalniczka – mruknęłam pod nosem, sprawdzając rezerwacje.

Mieliśmy w sumie pięć pokoi, w te święta zajęte miały być trzy. No cóż, nie było na co narzekać. Cud, że jakoś się utrzymaliśmy po pandemii i kolejnych lockdownach, teraz musiało być tylko lepiej! Ja odeszłam z resortu prawie dwa lata temu, po piętnastu latach służby. Miałam za sobą nieudane małżeństwo, niezbyt sympatyczną pracę w wydziale do walki z narkotykami, a przecież zawsze chciałam mieszkać wśród lasów i malować. Kiedy nie miałam pojęcia, co mam dalej zrobić ze swoim życiem, odezwała się babcia Netka, która spojrzała na mnie krytycznie i powiedziała:

– Wyglądasz jak stary pieróg. Weź się spakuj i przyjeżdżaj. Poprowadzisz ze mną Zdrój.

Potem się zakochała, wyjechała, a ja zostałam sama na mój pierwszy zimowy sezon. W dodatku z jakimś zwariowanym i wymagającym klientem. No tak. Niezły klops!

– Anastazja, przyjechała dostawa. – Z zamyślenia wytrącił mnie głos Miśki. Skończyłam wystawiać faktury, z rozmachem przybijając pieczątki i tym samym rozpraszając własną obawę co do tego, czy przeżyję te święta, podczas których mam sama zarządzać pensjonatem.

– Okej, już lecę. – Machnęłam ręką, związałam gumką moje ciemnobrązowe włosy, potarłam czoło i ruszyłam w kierunku podjazdu.

Tam czekał na mnie Karolek z dostawą pieczywa, masła i serów. Pokręciłam głową i przewróciłam oczami, bo odkąd pojawiłam się w Szczawnie, nieustępliwy Karolek, syn właściciela piekarni i sklepu spożywczego, usiłował zaprosić mnie na randkę.

– Dzień dobry, Ana. – Wyszczerzył się, odsłaniając ułamane przednie zęby. Podobno kiedyś stanął w obronie napadniętej kobiety, ale z tego, co powiedziała mi babcia, po prostu wywalił się na łyżwach i przejechał po tafli lodu nie tylko jedynkami. Trzeba przyznać, że jego wersja historii na pewno była atrakcyjniejsza.

– Cześć, Karol – mruknęłam i wzięłam od niego faktury.

– Jesteś jak Ana z tego filmu, no wiesz. – Mrugnął znacząco.

Tak, Karolek był wielbicielem Pięćdziesięciu twarzy Greya, których bohaterka miała na imię tak jak ja i była nazywana Aną. Nie widziałam tego dzieła kinematografii, ale Lilka wszystko mi opowiedziała. Skoro Karolek tak się pasjonował tym filmem i moim imieniem… o nie, nie idźmy tą drogą! Nie chciałam nawet przez ułamek sekundy wyobrażać sobie, co robił w samotności.

– Wszystko się zgadza, wypakuj tam. – Wskazałam mu małą rampę na tyłach pensjonatu.

– Mogę nawet wnieść.

– Nie, dziękuję. Poradzimy sobie. – Odsunęłam się, bo Karolek notorycznie naruszał moją strefę komfortu.

Kiedy skończył wyładowywać towar, a ja oddałam mu podpisaną fakturę i chciałam odejść, stanął przy mnie i uśmiechnął się lekko.

– A co robisz na sylwka? Ana?

– Karol, co to za pytanie? Co ja mogę robić? Przecież mam gości. – Teraz naprawdę przewróciłam oczami.

– To niesprawiedliwe, żebyś musiała pracować w taką noc. Ale mogę przyjechać ci pomóc.

– Nie ma takiej potrzeby. Dziękuję, ale muszę już…

– Ana, a może jakieś kino? Pojedziemy do Wałbrzycha, zrobię rezerw…

– Dzięki, Karol. Praca na mnie czeka…

– Masz takie zmęczone oczy… – Próbował dotknąć mojego policzka. Uchyliłam się i już chciałam powiedzieć mu coś obcesowego, ale zza domu wyszedł jakiś wysoki mężczyzna z ładnie przystrzyżoną brodą. Wyglądał jak drwal, który właśnie wrócił z wycinki. Dżinsy, koszula w kratę, skórzany kożuszek, wysokie buty w kolorze kawy z mlekiem. Miał przenikliwe niebieskie oczy, w których dostrzegłam irytację. Chciał coś powiedzieć, ale ja nagle odsunęłam się od namolnego Karolka i podbiegłam do niego.

– No, kochanie, wreszcie jesteś! – Prawie go przewróciłam, ale przytrzymał mnie za ramiona. Stanęłam na palcach i pocałowałam go szybko w usta. – A już myślałam, że nie przyjedziesz.

– Ja… – Brodacz chciał coś powiedzieć, ale pociągnęłam go w stronę wejścia do budynku.

– Tak, wiem, tęskniłeś. Ja też! – dodałam radośnie i złapałam mężczyznę za rękę. Była duża, twarda i ciepła. Czułam, że wpatruje się we mnie tymi swoimi niebieskimi oczami. Zerknęłam w nie i dostrzegłam w nich coś innego niż irytację. Nagle poczułam, że mam problem z zaczerpnięciem oddechu. Karolek stał z otwartymi ustami. – Do następnej dostawy, Karol! – krzyknęłam, wciągnęłam wielkoluda na zaplecze pensjonatu i zatrzasnęłam drzwi.

 

Przez okienko w drzwiach obserwowałam, co robi upierdliwy Karolek. Pokręcił głową, westchnął dramatycznie, wsiadł do busa dostawczego, wykręcił i odjechał.

– Ja pierdolę… – mruknęłam pod nosem. Niemal zapomniałam, że jakieś dwa kroki ode mnie stał nieznajomy facet, który skrzyżował ramiona na piersi i gapił się na mnie spod zmarszczonych brwi.

– Gdzie jest pani Aneta? – spytał. Miał niski, chropawy głos, w rodzaju tych, które powodują ciary tu i ówdzie.

Odwróciłam się i spojrzałam na przybysza.

– Babcia jest na wakacjach. Teraz ja prowadzę Zdrój.

– To kiepsko to pani wychodzi – burknął.

– Słucham?

– Przyjeżdżam, nikt na mnie nie czeka, a pani gzi się na zapleczu z jakimś chłopaczkiem. – Jego głos był przyjemny dla ucha, ale słowa sprawiły, że to ja poczułam irytację.

– Z nikim się nie…

– Nieważne. – Wielkolud machnął łapą. Pomyślałam, że nie miałby problemów, aby zacisnąć tę grabę na mojej szyi i… Jasna cholera, powinnam przestać czytać kryminały! Autorzy kryminałów, coście mi uczynili? A szczególnie jeden autor!

– Romanse zacznę czytać, przysięgam! – mruknęłam pod nosem.

– Co pani tam mamrocze? Nieważne, i tak mnie to nie obchodzi. Mam tylko pytanie, czy zawsze rzuca się pani na nieznajomych mężczyzn i ich całuje? – Gbur wbił we mnie swoje niebieskie gały i miałam wrażenie, że wysyła do mnie jakieś mordercze fluidy. No nie! Znowu!

– Proszę pana, nie chciałam pana urazić. Po prostu musiałam… – Zbierałam myśli, nie mając pojęcia, jak powinnam wytłumaczyć się z tego idiotycznego zachowania. Ale gbur odezwał się niskim głosem:

– Tak, tak, rozumiem. Nie obchodzi mnie, że nie potrafi sobie pani poradzić z niechcianymi zalotami. Nie dotyczy mnie to i nie zamierzam brać w tym udziału, proszę więcej się na mnie nie rzucać i, tym bardziej, nie całować.

– Oczywiście. Przepraszam za to zajście. Nigdy więcej do tego nie dojdzie. – Odchrząknęłam, aby ukryć zmieszanie. – W czym mogę panu pomóc? Przepraszam, nie przedstawiłam się. – Wyciągnęłam do niego rękę. – Nazywam się Anastazja Klops i jestem szefową tego pensjonatu.

Mężczyzna wpatrywał się we mnie, a ja w ogóle nie mogłam wywnioskować, co chodzi mu po głowie. Po chwili niewygodnego milczenia spojrzał na moją dłoń i poczułam silne palce ściskające moje.

– Hubert Zapałka. Jestem tutaj stałym gościem, o czym powinna pani wiedzieć. I mam nadzieję, że pani Aneta przekazała moje wymogi co do pobytu. A jeszcze większą nadzieję mam, że zrozumiała pani to, co na pewno zostało przekazane. A wreszcie kolejną, że dostosuje się pani do moich zaleceń. Chyba to potrafi pani zrozumieć? Czy tylko w całowaniu jest pani mistrzynią?


Wpatrywała się we mnie wzrokiem, który powinien mnie powalić. Ale takie rzeczy zdarzają się tylko w marnych hollywoodzkich filmach, na szczęście. To było irytujące. Nie lubiłem, gdy coś nie szło wedle ustalonego przeze mnie planu. Byłem niezwykle poukładany i wybicie mnie ze stałego rytmu sprawiało, że czułem złość i niepewność. Do tego ostatniego oczywiście się nie przyznawałem. Pani Aneta doskonale znała moje dziwactwa i nie robiła z tego żadnego problemu. Miałem wrażenie, że nawet się jej podobają te moje niegroźne przypadłości, jak je nazywała. Tymczasem Anetki nie było, a zamiast niej pojawiła się ta irytująca kobieta o bezczelnym spojrzeniu. Ciekawe, czy te długie, lśniące, brązowe włosy były tak miłe w dotyku, na jakie wyglądały. A jakby tak złapać za ten długi koński ogon, okręcić go wokół szyi i… Uśmiechnąłem się. Może ten wyjazd okaże się jednak całkiem udany?

– Pana pokój jest gotowy, jak pan sobie życzył. – Kobiecy głos przywołał mnie do porządku. Zdążyliśmy wejść do recepcji, ciemnowłosa przesunęła po drewnianym blacie klucz z zawieszonym drewnianym breloczkiem i numerem osiem. – O której pan sobie życzy śniadanie? I obiadokolację?

Spojrzałem na tę całą Anastazję. Była uprzejma, ale dostrzegałem w jej oczach wkurzenie i niechęć. Nie wiedzieć czemu, rozbawiło mnie to.

– Dziewiąta i osiemnasta – odparłem sucho.

– Jeśli w międzyczasie pan zgłodnieje… – Chciała jeszcze coś dodać, ale potrząsnąłem głową.

– Nie będzie takiej sytuacji. Idę po bagaże. Moje miejsce parkingowe jest zajęte i zaparkowałem pod jodłą, prosiłbym, żeby ten ktoś odjechał.

Panna, a może pani Klops zmrużyła oczy.

– Czerwona skoda?

– Właśnie – odpowiedziałem, łapiąc za klamkę od drzwi prowadzących do wiatrołapu.

– To moje auto. Zawsze tam parkuję.

– Być może, ale nie od dzisiaj. To moje miejsce – poinformowałem tonem, którego używałem, gdy nie miałem ochoty z kimś rozmawiać.

Anastazja Klops podrapała się po głowie, minęła recepcję, mnie i podbiegła do dużej szafy stojącej z boku. Otworzyła ją i zaczęła z wielkim zainteresowaniem wpatrywać się w jej wnętrze. Nie wytrzymałem.

– Co pani robi? Zobaczyła tam pani coś ciekawego? – Byłem zarówno zniecierpliwiony, jak i rozbawiony, ale umiejętnie to skrywałem. Ludzie rzadko mnie bawili, raczej irytowali. To nieustające rozbawienie, które czułem przy (oby) pannie Klaps czy tam Klops, było czymś nowym.

– Szukam.

– Raczej stoi pani i się gapi – sarknąłem.

– Szukam odpowiedzi. Na przykład na pytanie, dlaczego uzurpuje sobie pan prawo do MOJEGO miejsca parkingowego. Nie przypominam sobie, żeby którykolwiek z naszych gości wykupował miejsce dla samochodu.

– Ależ jest pani beznadziejną menadżerką. – Pokręciłem głową i wszedłem do wiatrołapu. Nie wiem, czy dobrze usłyszałem, ale byłem pewien, że Anastazja kaszlnęła i dobiegło mnie słowo: „dupek!”.

Wyszedłem na zewnątrz i pozwoliłem, by lekko zadrżał mi kącik ust. Niedoczekanie! Na pewno nie będę się uśmiechał przez niewychowaną, bezczelną i cholernie ładną… O nie!

Zanim zdążyłem się przerazić własnymi myślami, uderzył mnie zimny podmuch wiatru. Grudzień zaczął się śnieżycą i mrozami. Na dzisiaj i najbliższe dni zapowiadano po minus dwadzieścia stopni. Nie miałem zamiaru już wychodzić, chciałem zaszyć się w swoim pokoju, zająć obowiązkami i nie widzieć nikogo. Tymczasem w pensjonacie zmienił się zarząd, jeśli można tak powiedzieć, i trochę mnie to wytrąciło z równowagi. Nie lubiłem zmian. Każda powodowała, że czułem się, jakbym balansował nad brzegiem przepaści. Poza tym takie sytuacje sprawiały, że ogarniały mnie uczucia i emocje. To było groźne. Nie chciałem niczego analizować, nad niczym się zastanawiać. Szczególnie nad własnymi odczuciami. Najlepiej było nie czuć nic. To było bezpieczne. A ja ceniłem bezpieczeństwo i spokój. Ten ostatni był mi teraz bardzo potrzebny.

Miałem nadzieję, że panna Anastazja to zrozumie i uszanuje, bo nie chciałbym pokazać jej swojej mniej przyjemnej strony osobowości. Miałem cieszyć się tutaj ciszą, do jasnej cholery!

Rozdział 2

Mezo feat. Liber, Aniele

Na całe szczęście gburowaty Zapałka siedział w swojej dziupli i nie musiałam oglądać jego facjaty już do końca dnia. Nie wiedziałam, jak wytrzymam z nim tutaj cały miesiąc. Wprawdzie pociechą było to, że przyjeżdżali moi przyjaciele, ale dopiero za prawie dwa tygodnie. Czyli czekały mnie długie zimowe dni z gburem, który w dodatku sprawiał wrażenie, że nie lubi ludzi, i któremu wydawało się, że wszyscy narodzili się po to, aby mu usługiwać. Wiedziałam, że wieczory będą długie, bo moi pracownicy, kiedy nie było pełnego obłożenia, wracali do swoich domów. Zatem ja będę zanosić jaśnie panu kolację do pokoju. Ale potem zamierzałam korzystać z beczkowej sauny na dworze albo z jacuzzi, a później malować. Miałam małą pracownię na piętrze, a w niej dwa rozpoczęte obrazy – martwą naturę i portret przedstawiający mnie i babcię Netkę. Malowałam nas ze zdjęcia. Chciałam dać babci obraz w marcu, na jej urodziny. Obiecała, że wraz ze swoim narzeczonym przyjadą do Polski właśnie w marcu, kiedy śniegi stopnieją.

Allan przygotował gorącą kolację, reszta personelu pojechała do domów, bo zapowiadano mrozy i musieli przygotować się na to, że niedługo będą zmuszeni zostawać u mnie na noc. A ja teraz szłam do ostatniego pokoju na piętrze, mając nadzieję, że pan Hubert nie będzie już rzucał swoich uszczypliwości. Kiedy podeszłam pod drzwi, usłyszałam, że mój gość chyba rozmawia przez telefon. I to przez głośnik, ewentualnie przez Skype’a, bo słyszałam dwa męskie głosy.

– Możesz skorzystać z drewutni – powiedział lekko rozbawiony głos z głośnika.

– Za dużo krwi. Może lepiej sauna?

– Tylko sprawdź, jak z temperaturą. Ile wystarczy, aby udusić delikwenta.

– Delikwentkę w tym przypadku – odpowiedział równie lekko Hubert.

Stałam jak wryta, mocno ściskając tacę z obiadokolacją. Dzisiaj zaserwowaliśmy naszemu wyniosłemu gościowi mięsną roladę z kapustą. Poruszyłam się lekko, ale zdradziecka deska drewnianej podłogi głośno zaskrzypiała. W tym samym momencie w otwartych drzwiach stanął Zapałka. Był boso, a T-shirt z podobizną Stephena Kinga ukazywał jego szerokie, nawet nieźle umięśnione ramiona. Wpatrywał się we mnie z nutką niecierpliwości.

– Żyje pani? Czy mam zjeść zimną kolację? – spytał tym swoim gburowatym tonem.

Zamrugałam, jakby wyrwana z jakiegoś stuporu. Cały czas zastanawiałam się, czy to, co usłyszałam, to była prawda, czy tylko mi się wydawało? A może on najzwyczajniej w świecie oglądał jakiś film? Thriller zapewne? Spojrzałam na niego i wymamrotałam:

– Lubi pan Kinga. Ja też.

Spojrzał na mnie, jakbym urwała się z choinki, zerknął na swoją koszulkę i lekko się skrzywił.

– Owszem. To mój ulubiony pisarz. Czy mogę dostać coś do jedzenia? Umieram z głodu.

– Och, jasne. – Odzyskałam równowagę. Serio, moja wyobraźnia kiedyś mnie zgubi! Ominęłam Huberta i weszłam do pokoju. Położyłam tacę z aromatycznie pachnącą roladą na stoliku. Szybko ogarnęłam wzrokiem pomieszczenie, w którym panował idealny porządek, jakby nikt tu nie mieszkał, jakby był to pokój… psychopaty… Nie, stop, za daleko wybiegasz myślami, Anastazjo!

– Dziękuję – mruknął Zapałka i otworzył szerzej drzwi, dając mi jasny znak do opuszczenia jego pokoju.

– Życzę smacznego – powiedziałam, mijając go. Gapił się na mnie i miałam wrażenie, że nawet nie mruga.

– Dziękuję – mruknął i pośpiesznie zamknął za mną drzwi.

Stanęłam pod nimi, przechylając się lekko w stronę jego pokoju, ale ze środka dobiegł mnie jedynie dźwięk sztućców. Pokręciłam głową, mentalnie się w nią walnęłam i zeszłam na dół.

Naprawdę, powinnam chyba zacząć pisać kryminały!

Nieco później, gdy rozprawiłam się z papierami, sprawdziłam kuchnię i pozamykałam wszystkie drzwi, zobaczyłam, że napadało jeszcze więcej śniegu. Zdawałam sobie sprawę, że będę musiała wstać o piątej rano, aby uporać się z odśnieżaniem. Allan miał przyjechać na siódmą, pan Zapałka śniadanie chciał dostać o dziewiątej.

Postanowiłam skorzystać z jacuzzi na tarasie. Uwielbiałam zimowe jacuzzi. Kąpiel w gorących bąbelkach, w otoczeniu mroźnego krajobrazu zawsze mnie relaksowała i sprawiała, że czułam się jak nowo narodzona. Gdy odeszłam z resortu i gdy opuścił mnie gość, z którym byłam trzy lata i planowałam być jakieś kolejne trzydzieści, postanowiłam więcej myśleć o sobie niż o niewiernych facetach. A przecież snułam tyle planów związanych z naszą przyszłością! On jednak miał inne. Najpierw najważniejszym powodem sprzeczek była moja praca, ale tak naprawdę główną przeszkodą byłam ja. Potem brałam udział w wielkiej obławie na laboratorium wytwarzające metamfetaminę i przez długi czas nie potrafiłam sobie poradzić z tym, co się tam wydarzyło. Mój eks tym bardziej. Zrozumiałam to nieco za późno i gdy mnie zostawił, nie umiałam pogodzić się z tym, że to, co było między nami, nie miało nic wspólnego z prawdziwą miłością. Moja głupia, romantyczna dusza! Wtedy z pomocą przyszła babcia Netka i teraz było już dobrze. W tym cudownym pensjonacie, cichym, oddalonym od ludzkiej cywilizacji, znalazłam spokój i swoje miejsce na ziemi. O to chyba chodziło?

Rozebrałam się, zostawiając tylko figi, otuliłam się grubym szlafrokiem i wyszłam na taras. Wcześniej włączyłam jacuzzi, które teraz bulgotało zachęcająco, wokół unosiła się gęsta biała para, a kolorowe światła dopełniały tego bajkowego wyglądu. Taras był zimowym ogrodem osłoniętym szybami, ale i tak panowała tutaj bardzo niska temperatura. I dobrze, taka kąpiel sprawiała jeszcze więcej radości i przyjemności. Położyłam szlafrok na drewnianym leżaku i weszłam do głębokiej wanny.

 

– O Jezuuuu. – Niemal zawyłam, kiedy gorące bąbelki zaczęły pieścić moją skórę. – Jak dobrze…

Leżałam zanurzona po szyję w tej cudownie gorącej wodzie i zamknęłam oczy. Tego mi było trzeba. Chyba musiałam na chwilę przysnąć, bo ocknęłam się, czując, że ktoś stoi tuż obok mnie. Zaskoczona otworzyłam oczy i zobaczyłam wysoką postać przy drabince po drugiej stronie owalnej wanny.

– Czy pani Netka mówiła, że zawsze po dwudziestej drugiej korzystam z jacuzzi? I że wolę być sam? – Rozebrany do bokserek Hubert taksował mnie wzrokiem. Nie pozostając mu dłużna, ogarnęłam śmiałym spojrzeniem jego wysoką szczupłą sylwetkę, długie zgrabne nogi, wąskie biodra, szerokie ramiona, ładnie wyćwiczony brzuch, ukośne mięśnie bioder, całkiem niezłego… Hm… Potrząsnęłam głową.

– Słucham?

– Czy ma pani problem ze słuchem? Jacuzzi wieczorem jest moje – powiedział bezczelnie. I zanim zdołałam odpowiedzieć, wlazł do środka.

Wyprostowałam się z oburzenia, ale natychmiast się skuliłam, bo przypomniałam sobie, że mam na sobie tylko majtki! Boże, co ja miałam w głowie? Nie wiem, czy mi się wydawało, czy dostrzegłam błysk w jego oczach, kiedy dojrzał, że jestem naga. Czy drgnął mu kącik ust? Czy chciał się uśmiechnąć? W sumie… byłam bardzo ciekawa, jak ten facet wygląda, gdy się uśmiecha. Jezu. Co mnie to w ogóle obchodziło, do diabła?! Mnie tam do śmiechu wcale nie było!

– Czy zdaje sobie pan sprawę, że jest bezczelny? – Objęłam się ramionami, wciąż zanurzona po szyję w wodzie, i zastanawiałam się, jak stąd wyjdę, nie tracąc godności.

– Nie, po prostu lubię samotność. – Zapałka wysunął ramiona, oparł się o rant jacuzzi i położył głowę na specjalnym zagłówku. – Ale, jak widać, pani nie potrafi tego uszanować. – Westchnął.

– Chyba pan nie potrafi.

– Z takim podejściem do gości nie wróżę pani sukcesu. – Dupek nadal gapił się w niebo, w padający śnieg. – W tym tempie to nas zasypie do jutra – dodał nagle.

– I dobrze, zostanie pan tutaj uwięziony ze mną. A zaznaczam, że naprawdę słaba ze mnie kucharka – odpowiedziałam, uśmiechając się złośliwie.

Wyprostował się i spojrzał na mnie zmrużonymi oczami. A ja starałam się nie gapić na jego całkiem apetyczne bicepsy.

– A czy jest pani pewna, że może przy mnie czuć się bezpiecznie? – spytał niebezpiecznie niskim tonem.

W tym samym momencie przypomniałam sobie podsłuchaną niechcący rozmowę. Poczułam dreszcz.

– Nie wiem, czy czytała pani taką książkę Stephena Kinga, w której bohaterka więzi swojego ulubionego autora w zasypanej śniegiem chacie?

– Owszem, znam. Misery. Ale ja nie jestem pisarką, a pan nie jest moim szalonym fanem, który chce, abym przywołała do życia uśmierconą postać – prychnęłam.

Zapałka uśmiechnął się lekko.

No nie…

Ładne, równe białe zęby, delikatne zmarszczki wokół oczu, przystojna twarz. Niech on lepiej się nie uśmiecha!

– Zawsze może być swego rodzaju licentia poetica. Może to autor więzi swoją czytelniczkę, może to on jest tym złym? – Uniósł brew. – A wracając do tematu, pani najzwyczajniej w świecie nie słucha, co się do pani mówi, a ja lubię ustalony porządek. Nie wiadomo, co z tego wyjdzie.

– Nigdy nie napadało aż tyle śniegu, żeby nie można było dostać się do miasta. Poza tym może to ja jestem groźna i to pan znalazł się w niewesołej sytuacji? – Wykrzywiłam się w złośliwym uśmiechu. Nieustannie mi się przypatrywał. Było mi na przemian zimno i gorąco. Sama już w sumie nie wiedziałam dlaczego.

– Nie wygląda pani na niebezpieczną kobietę. – Skrzywił się.

– Skoro czyta pan thrillery i horrory, to powinien pan wiedzieć, że psychopaci nigdy nie wyglądają na świrów. Potrafią się doskonale kamuflować. Jeden z moich ulubionych pisarzy, Max Fire, w swojej ostatniej…

– Nie wygląda pani na zorganizowaną kobietę. – Zapałka przerwał mi bezpardonowo. – Raczej na chaotyczną i nieco zagubioną.

– A pan jest bezczelny i mało empatyczny – prychnęłam.

– Być może. – Westchnął. – Ale lubię porządek, lepiej w nim funkcjonuję.

– Porządek jest nudny. Czy mógłby pan…

– Mówi pani, że jestem nudny. – Wyglądał, jakby się zastanawiał. – Być może. – Wzruszył ramionami. – Właściwie nie analizowałem tego. Sam dla siebie nudny nie jestem, a dlatego właśnie unikam ludzi, żeby nie musieć się martwić, czy jestem dla kogoś wystarczająco interesujący.

– Super, ale czy mógłby pan się odwrócić? – Uniosłam znacząco brew. Chciałam już wyjść z tego cholernego jacuzzi, co mnie podkusiło, żeby włazić tu na golasa. Prawie!

– Ależ nie czuję takiej potrzeby. – Uniósł kącik ust. Pieprzony Chris Hemsworth. Serio, wyglądał jak on!

– Nie jest pan dżentelmenem, prawda?

– A któż kazał pani wchodzić toples? W czasie, który należy do mnie? Jestem pewien, że pani Aneta przekazała pani wszystkie wymogi co do mojego pobytu. Spędzam tutaj już piąty grudzień z kolei. Ale pani, Anastazjo… – Cholera, kiedy wypowiedział moje imię, podkurczyły mi się palce u stóp. Co jest, do diabła? – …zapewne nie słuchała uważnie. Zajęta być może innymi sprawami, na przykład tym, jak uwieść pewnego dostawcę ze spożywczaka. I stąd cały ambaras – skończył, ponownie się uśmiechając.

Miałam ochotę walnąć go w tę uśmiechniętą, cholernie przystojną facjatę! Niestety, do dyspozycji miałam… wodę. I w dodatku świeciłam cyckami. Naprawdę chciałam sobie odpocząć i się odstresować, tymczasem władowałam się w iście patową sytuację. Ale doprowadził mnie do stanu wrzenia. Co za bezczelny typ! Jak babcia mogła gościć kogoś takiego!? Zerwałam się jak oparzona i stanęłam nad facetem, którego oczy zrobiły się okrągłe jak spodki.

– Nikogo nie uwodziłam! Chciałam odpocząć, bo jestem po prostu zmęczona, czasami ludzie czują znużenie, chyba że są pieprzonymi maszynami nieliczącymi się z uczuciami innych. Jednego takiego znałam i wiesz co, panie Zapałka? Kopnęłam go w dupę! Jak chcesz, ciebie też mogę! A teraz pan wybaczy, muszę się ubrać! – Ominęłam zdumionego faceta, który zapomniał języka w gębie i wpatrywał się we mnie z otwartymi ustami. Wyszłam z jacuzzi, na pożegnanie wierzgnęłam nogą i ochlapałam jego zdumioną gębę. Szarpnęłam szlafrok, wsunęłam stopy w klapki i czym prędzej wybiegłam z tarasu. Kiedy zamykałam za sobą drzwi, miałam wrażenie, że słyszę cichy śmiech.


Przysięgam, że przez ostatni rok nie śmiałem się tyle, co w ciągu jednego dnia spędzonego w towarzystwie Anastazji Klops. Dzisiaj nie miałem czasu popracować, zamierzałem zacząć od jutra, a teraz chciałem się porządnie zrelaksować. Niestety, okazało się to niemożliwe. Wszystko było inaczej i nieco mnie wytrącało z równowagi. Przyzwyczajony byłem do rutyny, która dawała mi poczucie bezpieczeństwa, i każde odejście od niej sprawiało, że czułem się jak wyrwany z rzeczywistości. Dlatego lubiłem przyjeżdżać na okres świąt do pensjonatu pani Anety. Wiedziałem, że wszystko jest wedle moich wymogów, właścicielka jest dyskretna, cicha i zawsze spełnia moje prośby. Lecz tym razem sytuacja mnie zaskoczyła. Począwszy od pyskatej, chaotycznej, ciemnowłosej Anastazji, która miała… no właśnie. Jasny gwint! Miała piękne oczy, superciało i takie apetyczne… Serio, wiedziałem, że będzie mi dzisiaj trudno zasnąć i w ogóle skupić się na moich obowiązkach. Widok jej nagich, mokrych piersi, pełnych i idealnych… Kurwa! Hubert, skup się na czymś innym!

W każdym razie ten pobyt zapowiadał się całkiem inaczej. I nie miałem pojęcia, jak pogodzę swoje obowiązki z towarzystwem tej niezwykle absorbującej kobiety. A do tego nadchodziło załamanie pogody. W sumie dobrze, że tu byłem. Poczułem coś na kształt niepokoju na myśl, że ona mogłaby zostać na tej górze, w środku lasu, zupełnie sama.

Uśmiechnąłem się pod nosem. Nie pamiętałem, żebym kiedykolwiek czuł się tak swobodnie, przynajmniej nie w ciągu ostatniego roku... Gdybym zaczął analizować wszystko, co mnie niedawno spotkało, wyszłoby, że na pewno od dwóch lat. Od kiedy on odszedł. Potem istniał już jedynie świat dzielony na sekwencje, momenty, kiedy byłem trzeźwy, i te, gdy tonąłem we własnych łzach i w alkoholu. A później interwencja moich znajomych, przywołanie do porządku, pokazanie drogi, którą miałem już wcześniej iść i którą on chciał, abym szedł. Pozbierałem się, musiałem. Matka wypłakiwała sobie oczy, nie mogłem jej tego zrobić. Ale ostatecznie odzyskałem siebie i życie przede wszystkim dlatego, że taki był nasz plan. Mój i jego. Minęły dwa lata i osiągnąłem to, co było naszym zamierzeniem. Jednak moje życie osobiste… praktycznie nie istniało. Nie odczuwałem żadnej potrzeby, aby je sobie układać. Praca zabierała mi osiemdziesiąt procent mojego czasu. Z dziesięć procent przeznaczałem na bieganie i pływanie. A reszta… to było moje życie. Albo bytowanie, jak kto woli. A moje grudniowe pobyty w tym pensjonacie stały się tradycją, oczyszczeniem i sposobem na przetrwanie kolejnego roku. Lecz teraz… wszystko było inaczej i nie byłem pewien, czy mnie to cieszyło, czy wręcz przeciwnie.