Zakręty losu. Historia LukasaTekst

Z serii: Zakręty losu #3
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Młody, chodź na chwilę. – Kiwnął na mnie głową.

– O co chodzi?

– Ty jesteś Lukas? – spytał, strzelając oczami na boki.

– Ja. – Uznałem, że im mniej powiem, tym lepiej.

– Uważaj na Lizusa. Wczoraj go przywieźli – mruknął i odszedł, jakby w ogóle ze mną nie rozmawiał.

Lizus był człowiekiem Myszaka, a Myszak to była nasza główna konkurencja. To znaczy, to było gówno, a nie konkurencja, ale ludzie tego wieśniaka niejednokrotnie stawali nam na drodze, o ile sobie dobrze przypominam, to po jednej z dyskusji z nami Lizus został ze złamanym nosem. Siła moich argumentów była nie do podważenia. Choć trzeba przyznać, że od tamtej pory nie darzył mnie zbytnią sympatią, co w sumie wcale mnie nie dziwiło.

Wkrótce też o mojej rozmowie z Szyną słyszeli już prawie wszyscy. Wiedzieli też, kim jestem. Nie powiem, ułatwiło mi to życie. I już nie musiałem się tak pilnować, choć ciągle to robiłem, bo nie ufałem tu nikomu i rozumiałem, że ostrożność to jedyna metoda, aby jakoś przetrwać. Cały czas myślałem także o tym, jak się tutaj znalazłem. Mój adwokat niewiele miał na ten temat do powiedzenia, ale myślę, że wiedział więcej, niż mówił. Ja wiedziałem swoje: pierwsze, co zrobię po wyjściu, to odwiedzę pewien klub w Rynku i porozmawiam sobie z jego właścicielem. Który, nawiasem mówiąc, ani razu jeszcze nie odwiedził mnie w pierdlu. Odwiedziła mnie za to Justyna. Właściwie było to pożegnanie, bo tak jak planowała, dostała stypendium i wkrótce wyjeżdżała do Paryża. Załatwiła osobiste widzenie i kochaliśmy się pośpiesznie w „mokrym pokoju”. Gdy się ubrała, stanęła przede mną i westchnęła.

– Oj, Lukas. Dobrze, że wyjeżdżam.

– Dlaczego? – Objąłem ją w pasie i przyciągnąłem do siebie.

– Bo mogłabym się w tobie zakochać, a tego nie chcę. – Przytuliła moją głowę do swojego brzucha.

– Nie mogłabyś. Mnie nie warto kochać. Jedź i pokaż im, co potrafisz, piękna – wymruczałem, napawając się jej zapachem. Wiedziałem, że dotykam jej ostatni raz.

Bo tak właśnie było. Już nigdy się nie zobaczyliśmy. I dobrze. Dla niej na pewno. A ja radziłem sobie zawsze, więc i tym razem jakoś to przeżyłem.

Wiedziałem, że w moim bloku został umieszczony Pan Złamany Nos, czyli Lizus. Nie miałem jeszcze okazji się z nim spotkać, ale któregoś pięknego dnia, gdy ćwiczyłem na ubogiej więziennej siłowni, ten dupek też się tam pojawił. I tak jak przypuszczałem, od razu się do mnie przyczepił.

– Patrzcie, patrzcie, pan piękniś. – Oparł się o parapet i patrzył, jak ćwiczę na atlasie.

– Wróciłeś tam, gdzie twoje miejsce, Lizus? Komu teraz liżesz dupę? – spytałem cicho, wkurwiony tym, że ta menda przeszkadza mi w ćwiczeniach, że w ogóle się do mnie odzywa.

– A twojej dupy jeszcze nikt nie obrabia? Z taką buźką nie powinieneś mieć problemu ze znalezieniem chętnego.

Ewidentnie mnie prowokował, ale nie miałem zamiaru narobić sobie problemów, obijając ryj temu idiocie. Na dobrą sprawę mogłem go uszkodzić jednym ciosem i dziwiło mnie, że świadomie bierze na siebie takie ryzyko.

– A co? Jesteś chętny? – Zerwałem się z ławki tak szybko, że Lizus odskoczył w bok, patrząc na mnie przestraszony. – Uspokój się. Nie jesteś w moim guście. Nie lubię takich miękkich kutasów jak ty.

– Jeszcze zobaczymy, Lukas – mruknął, ale postąpiłem w jego stronę i niepostrzeżenie ścisnąłem mu jądra tak, że pobladł i wydał z siebie słaby pisk.

– Pozwolił ci ktoś się w ogóle do mnie odzywać? Jak dla ciebie, to pan Lukas, mendo. Nigdy więcej nie przerywaj mi ćwiczeń, bo następnym razem poćwiczę sobie na tobie! – Powiedziałem to spokojnie i cicho, puściłem jego marne klejnoty, powstrzymując chęć natychmiastowego wytarcia rąk, i wyszedłem odprowadzany uważnym spojrzeniem strażnika.

Żaden z trenujących w siłowni więźniów nic nie widział i nic nie słyszał. Co było normą i każdy o tym wiedział. Miałem nadzieję, że ten incydent sprawi, że, jeśli nawet Lizus miał coś bezpośrednio do mnie, to odpuści i już nigdy nie będzie próbował się do mnie zbliżyć. Bo nie byłem pewien, czy zdołałbym się pohamować. Ale to nie było aż tak proste. Nie chodziło tylko i wyłącznie o jakieś jego osobiste anse względem mnie. On po prostu działał na zlecenie kogoś z zewnątrz. Na początku jeszcze nie zdawałem sobie z tego sprawy, ale gdy zaczepił mnie po raz kolejny, tym razem na stołówce, prowokując do jakiejś ostrzejszej reakcji, przypomniałem sobie ostrzeżenie Szyny i poczułem, że to nie będzie takie proste. Ale i tym razem się powstrzymałem, choć rozumiałem, że teraz będę musiał mieć oczy dookoła głowy.

Niestety, prawda jest taka, że gdy ktoś się uprze, by doprowadzić do końca swoje zadanie, a do tego jest cholernie zdesperowany, to nie ma siły, żeby się od czegoś takiego uchronić. I któregoś dnia tej mendzie udało się mnie dopaść. Musiał mieć dobrą motywację i w dodatku kogoś z zewnątrz, bo więźniowie raczej nie dysponowali czymś takim jak ostrze noża owinięte bandażem elastycznym. To, co pamiętam, to zamieszanie na stołówce, bójka między dwoma więźniami, z których jeden wylał na drugiego talerz gorącej zupy. Znałem poszkodowanego, był kumplem mojego kumpla spod celi. Podbiegłem do niego, żeby mu pomóc. Wtedy ktoś mnie popchnął, ktoś inny na mnie wpadł i poczułem w lewym boku coś zimnego, a za chwilę gorącego. Zrobiło mi się dziwnie słabo, miałem wrażenie, jakbym widział wszystko z pewnej odległości, zauważyłem odsuwających się ode mnie więźniów, strażników wbiegających na stołówkę, słyszałem, jak ktoś krzyczał. I całym ciałem opadłem w mglistą ciemność.

***

– Jezu, Łukasz… Pierwszy raz o tym słyszę! – Krzysiek patrzył zszokowany na brata.

– Wiem. Mama wiedziała. Ojciec też. Ale tylko mama odwiedziła mnie w szpitalu. Prosiłem ją, żeby nic ci nie mówiła, bo i po co? To nie było ci do niczego potrzebne. Wystarczy, że wiedziałeś, że twój brat siedzi w więzieniu, to już było wystarczająco okropne.

– Nie mogę uwierzyć, że nic mi nie powiedzieli. – Krzysiek kręcił głową z niedowierzaniem.

– Stary, oni cię chronili przed tym całym bagnem.

– Aha, sam wiesz, jak się ta ochrona skończyła… – odparł z przekąsem Krzysiek.

– No wiem… Ale wtedy nikt z nas nie mógł tego przewidzieć. A ze mną było w sumie wszystko dobrze. Ostrze ominęło ważne narządy, więc najadłem się tylko strachu i bólu.

– A złapali tego całego Lizusa?

– Taak. Oczywiście. – Łukasz uśmiechnął się szeroko. – Ale nie ci, co powinni.

***

Gdy wyszedłem ze szpitala i wróciłem pod celę, wszyscy powitali mnie jak dawno niewidzianego członka rodziny. Na stołówce Szyna podszedł do mojego stolika i uścisnął mi dłoń. Potem usiadł koło mnie i zrobił nieznaczny ruch głową, który oznaczał „wypad”. Zostaliśmy sami.

– Jak tam, Lukas?

– W porządku – odparłem, uznając, że chyba mam w nim sprzymierzeńca.

– Mówiłem ci, żebyś uważał. Jednak cię menda dopadła.

– Teraz ja go dopadnę – mruknąłem, a Szyna uśmiechnął się i pokręcił głową.

– Lukas, chłopaku, nawet nie wiesz, jak jesteś kryty. Już się o nic nie musisz martwić. Lizus już nikogo nie będzie lizał. Już go nie ma… – powiedział cicho, pochylając się ku mnie. Spojrzałem na niego i zmrużyłem oczy.

– To znaczy?

– A co ja tam wiem. – Szyna wyprostował się i skrzyżował ramiona. – Słyszałem, że coś na siłowni na niego spadło, przycisnęło, wiesz… nieszczęśliwy wypadek. Przetrąciło mu kręgosłup czy coś… wypadki chodzą po ludziach.

– No tak… chodzą…

Potarłem dłonią skroń i uśmiechnąłem się.

Jasne. Wypadki się zdarzają. Wszędzie. Zdałem sobie sprawę, w jakiej sytuacji jestem. Byłem nietykalny. Stali za mną ważni w mieście ludzie. I to ważni nie tylko w tym mieście. Byłem ciekaw jednego: jak ten cały Siergiej zareaguje, gdy powiem mu, co mam zamiar zrobić z pieprzonym Wasylem, który musiał zapłacić za to, co zrobił. Bo byłem więcej niż pewien, że to on mnie wrobił, a nikogo tak nienawidziłem, jak zdrajców i kapusiów.

***

Gdy nadszedł ten cudowny dzień, kiedy w końcu wyszedłem, czułem się trochę dziwnie. Zastanawiałem się, czy będę w stanie normalnie funkcjonować. I czy w ogóle będę miał do czego wracać. Ale gdy tylko wyszedłem na ulicę z papierową torbą, w której miałem rzeczy osobiste, moje wątpliwości ulotniły się jak poranna rosa. Bo oto przed wyjściem stał zaparkowany wielki czarny mercedes z przyciemnionymi szybami. Po chwili drzwi się otworzyły i na zewnątrz wyszedł Aleksander Słonko. Podszedł do mnie z szerokim uśmiechem i mocno mnie uściskał. Stałem nieruchomo i uważnie się mu przypatrywałem.

– Lukas, pełen rezerwy, jak zawsze. Ja twój przyjaciel. Zaufaj mi wreszcie. – Objął mnie i poprowadził w stronę samochodu.

– Dokąd jedziemy?

– Na pewno chcesz się odświeżyć, mamy dla ciebie pokój w hotelu, zanim pojedziesz do siebie. A także kilka rozrywek. Wiem, jak się człowiek czuje, gdy wychodzi z pierdla. Uwierz mi. Doskonale to rozumiem. A poza tym… – Słonko kiwnięciem głowy wskazał na samochód. – Jest ktoś, kto przyjechał tutaj specjalnie, aby cię w końcu poznać.

Wziąłem głęboki wdech i otworzyłem tylne drzwi. Usiadłem i spojrzałem na siedzącego obok mnie mężczyznę. Był gdzieś przed trzydziestką, szatyn, nieźle zbudowany. Ubrany w eleganckie spodnie i czarną jedwabną koszulę. Widać było, że facet ceni sobie luksus i wygodę. Na małym palcu lewej ręki miał złoty sygnet. Spojrzał na mnie i uśmiechnął się, ukazując nawet niezłe uzębienie. Zobaczyłem wyciągniętą w moim kierunku dłoń. Podałem mu swoją, a on mocno ją uścisnął. Był silny.

– Lukas – mówił z bardzo ciężkim bułgarskim akcentem. – Czekałem na tę chwilę. Nazywam się Igor Siergiejewicz i mam dla ciebie propozycję nie do odrzucenia.

Rozdział 6

Od tamtej nocy w hotelu, kiedy najpierw doprowadziłem się do porządku, potem dobrze zjadłem, a następnie zabawiłem się z dwiema entuzjastkami płatnej miłości, niemal codziennie spotykałem się z Siergiejem. Przygotowywał duży projekt i postanowił zatrzymać się na dłużej w Polsce. Igor Siergiejewicz był synem bułgarskiego prominenta i znudziła mu się działalność w ojczyźnie. Od dawna kontrolował rynek narkotykowy w zachodniej Europie, a teraz zobaczył szansę na rozwój w Polsce, która wchodziła w nowy ustrój i tym samym stwarzała nowe możliwości. Dla każdego. A Siergiej, oprócz tego, że był pozbawionym skrupułów gangsterem, miał łeb na karku i prawdziwego nosa do interesów. I w tym wszystkim widział dla mnie ważną rolę. Bo, jak mówił, potrzebował zaufanego człowieka w tej części Polski i dostrzegał we mnie brata. Po dwóch tygodniach wrócił do Rzeszowa, dokąd z nim pojechałem. Ugościł mnie w swoim domu, który przypominał pałac. Podczas jednej z suto zakrapianych imprez dowiedziałem się, jakie plany ma Siergiej. I wobec mnie, i wobec pozostałych ludzi z naszej grupy.

 

– Lukas, w moim laboratorium pracujemy nad mieszanką heroiny i amfetaminy. Gdyby się udało wprowadzić ją na rynek, to byłaby rewolucja.

– Dla ćpunów na pewno – mruknąłem.

– Oj, Lukas. Taki jest ten świat. Jest popyt i jest podaż. Są słabi i mocni. Są mali i duzi. Doskonale wiem, do której grupy się zaliczasz. I szanuję twoje zdanie na ten temat. Słyszałem, że goniłeś swoich ludzi, by nie handlowali pod szkołami. Naprawdę zrobiło to na mnie wrażenie. Lubię ludzi z zasadami. Dlatego wiedziałem, że będziesz idealny do realizacji mojego planu. Bo jesteś urodzonym liderem. Takim, jakiego potrzebuję. Moja sfera wpływów rozszerza się coraz bardziej i nie jestem w stanie wszystkiego nadzorować sam. A ty wiesz, jak trudno znaleźć zaufanego człowieka?

– Domyślam się. – Kiwnąłem głową.

– No właśnie. Sam wiesz, że większości tych gnojków nie można ufać. A tobie ufam, Lukas. Nie wiem czemu, bo zbyt długo cię nie znam, ale… Kilka razy dałeś przykład swojej lojalności, dlatego ci ufam.

– Dzięki. – Wzruszyłem ramionami.

Siergiej roześmiał się głośno.

– Skurczybyku! Lubię nawet tę twoją rezerwę! Będę miał dla ciebie niespodziankę, ale najpierw omówmy plan działania. Zgadzasz się? – Patrzył na mnie czarnymi oczami i uśmiechał się szeroko.

Cholera. Czy mogłem odmówić? Pewnie tak. Tu i teraz mogłem powiedzieć „nie”. Nawet może wróciłbym do domu. Ale co dalej? Nie mogłem wrócić na studia, nie miałem pomysłu, jak i co zacząć od nowa. A poza tym… Czułem coś na kształt zobowiązania wobec tego człowieka, a także coś w rodzaju sympatii czy nawet przyjaźni. Poza tym wciąż podobało mi się takie życie. Łatwa kasa, szybkie samochody, piękne dziewczyny na wyciągnięcie ręki, podane na tacy. No i władza, którą niezaprzeczalnie miałem. Wiele ode mnie zależało, a miało zależeć jeszcze więcej. To też było cholernie pociągające. Czułem się ważny. Czułem się doceniany. Czułem się potrzebny. Znowu gdzieś przynależałem. Byłem szanowany. To było zajebiste uczucie. A do tego dochodziło milion innych rzeczy, bardziej materialnych, ale równie przyjemnych. Jaka więc mogła być moja odpowiedź? No jaka?

– Jasne, że się zgadzam. – Uśmiechnąłem się.

Siergiej uścisnął mnie jak brata i nalał do dwóch kieliszków mocnej ukraińskiej wódki. Wypiliśmy i przypieczętowaliśmy nasz wspólny biznes. Potem Siergiej przystąpił do omawiania planu, który w sumie był bardzo prosty i niewiele się różnił od tego, co robiłem do tej pory.

– Potrzebujemy większych wpływów na Zachodzie, Lukas. Umówię cię z moim człowiekiem, który działa we wschodnich Niemczech, razem możecie wiele zdziałać. Sławek to Polak, pracuje dla mnie od trzech lat. Dogadacie się. Musicie przejąć wszystkie większe kluby we Wrocławiu i wszystkie znaczące w południowo-zachodniej części kraju.

– Dobrze. Ale ja też mam swoich ludzi.

– Jasne, zbierz swoją grupę. A skoro o ludziach mowa, to musimy wszystko uporządkować. – Przez twarz Siergieja przebiegł jakiś grymas i pomyślałem sobie, że nie chciałbym mieć w nim wroga.

– To znaczy?

– Lukas, powiedz. Czy wiesz dlaczego znalazłeś się w więzieniu? – Siergiej oparł się o bar i nie spuszczał ze mnie wzroku.

Zacisnąłem zeby, po czym wziąłem głęboki wdech i powiedziałem:

– Wiem. Zostałem wystawiony.

– Przez kogo?

– Przecież na pewno wiesz – powiedziałem cicho.

– Ale ja pytam, czy ty wiesz?

– Wasyl – odparłem krótko.

– Masz zamiar coś z tym zrobić? – Siergiej bawił się pustym kieliszkiem.

– Oczywiście, że mam. Wiem, że to twój człowiek, ale… Nie zostawię tak tego. Teraz nie miałem czasu, ale gdy wrócę do Wrocka, odbędę z Wasylem pogadankę pedagogiczną.

– Pogadankę pedagogiczną! Lukas, ty i twoje teksty. Bawisz mnie.

– No, zajebiście się cieszę – mruknąłem. – Ale gdy dorwę tego kutasa Wasyla, wszyscy w mieście usłyszą jego cienki śpiew.

Siergiej przypatrywał mi się przez chwilę, po czym kiwnął głową do jednego ze swoich goryli. Zerknąłem w tamtym kierunku, a potem znów utkwiłem wzrok w siedzącym obok mnie mężczyźnie.

– Spokojnie. Teraz doszliśmy właśnie do tej obiecanej niespodzianki. – Siergiej się ucieszył, a ja nic nie rozumiałem.

Gdy po chwili otworzyły się drzwi i do środka wszedł goryl Siergieja, prowadzący przed sobą jakąś skuloną postać, wszystko stało się jasne. Przede mną stał trochę poobijany Wasyl, patrząc na wszystkich przestraszonym wzrokiem. Gdy spojrzał na mnie, w jego oczach dostrzegłem autentyczne przerażenie.

– Lukas – szepnął.

– Wasyl. – Kiwnąłem głową, jakbym się z nim witał.

– Lukas, pomyślałem, że będziesz chciał sobie co nieco wyjaśnić z naszym kolegą, dlatego zaprosiłem go do mojej rezydencji –powiedział Siergiej z lekkim uśmiechem na ustach.

– Dzięki – Nie spuszczałem wzroku z kulącego się Wasyla.

– Lukas, ja naprawdę… – próbował się tłumaczyć mężczyzna, ale zarówno on, jak i ja wiedzieliśmy, że już jest na to za późno.

– Powiedz mi tylko jedną rzecz, Wasyl. To ty zleciłeś Lizusowi sprzątnięcie mnie w pierdlu?

Stanąłem naprzeciwko niego i patrzyłem mu prosto w oczy.

Wasyl cofnął się nieznacznie, ale z tyłu byli ludzie Siergieja, więc nie miał za dużego pola manewru.

– Lukas… to nie tak – jęknął.

– A jak? Jestem ciekawy, jak to miało być. Usunąłeś mnie, donosząc na mnie gliniarzom. Dostałem dwa lata. To za mało, żebyś mógł całkowicie wymazać mnie z pamięci. A do tego okazało się, że szefostwo nie wypięło się na mnie, tylko opłaciło jednego z najlepszych adwokatów, dzięki czemu nie udupili mnie na dłużej. To już kompletnie było nie po twojej myśli. – Skrzyżowałem ramiona i patrzyłem na mojego byłego kumpla zimnym wzrokiem.

Wasyl zaczął się pocić. Ręce mu drżały, a oczy rozszerzały coraz bardziej.

– Lukas, on miał cię tylko postraszyć. To miało wyglądać na zemstę konkurencji. Wiedziałem, że jesteś inny, myślałem, że spękasz, że odpuścisz i się wycofasz. Ten debil, Lizus, miał do ciebie coś osobistego i od razu wyskoczył z kosą. No co ty, Lukas, przecież byliśmy kumplami, nie mógłbym cię sprzątnąć, coś ty… Lukas…

Wasyl uśmiechnął się i podszedł do mnie. Stałem nieruchomo i nie spuszczałem z niego wzroku.

– Głupi jesteś, Wasyl. Dlaczego myślałeś, że po czymś takim się wycofam? Nie mogłeś znaleźć do postraszenia mnie kogoś lepszego, tylko tego miękkiego chujka?

– Lukas, ty nie pasujesz do tego świata. Dobrze o tym wiesz. Powinieneś skończyć te swoje prawnicze studia i pracować w kancelarii tatusia. Ty to wiesz i ja to wiem. – Wasyl uśmiechnął się krzywo.

– Zamknij się – powiedziałem cicho.

– Oni tego jeszcze nie wiedzą, ale ty się kiedyś złamiesz, Lukas. Te twoje akcje z usuwaniem dilerów spod szkół. Ta pomoc Jędrasowi – zaśmiał się, widząc moje spojrzenie. – A co, myślałeś, że o tym nie wiedziałem? Wiedziałem. I wiem, że ty kiedyś wsypiesz ich wszystkich. Po prostu to wiem. Bo nie wytrzymasz. Bo to nie jesteś ty i to nie jest twoja droga.

– Gówno o mnie wiesz – odparłem, podchodząc do niego. – Miałem wybór. Dokonałem go świadomie. Nieważne, co przyniesie przyszłość, ale w przeszłości byliśmy kumplami. Lubiłem cię. Nigdy bym cię nie wsypał. Robiłem swoje i byłem lojalny. I wiesz co? – Byłem już bardzo blisko. Pochyliłem głowę, żeby złapać jego uciekający wzrok. – W dupę sobie wsadź swoje diagnozy, panie zasrany psychologu. Po prostu byłem i jestem od ciebie lepszy. Skuteczniejszy. Szybszy. Inteligentniejszy. Zabolało, prawda? Byłeś zbyt miękki i słaby, żeby mnie pokonać, żeby mi się przeciwstawić. Żeby pokazać, że jesteś szefem, że jesteś górą. Nienawidzę takich robali. Bo ty jesteś robalem. A ja lubię czystość i porządek. Dlatego przykro mi, Wasyl, ale nasza przyjaźń właśnie umarła. – Powiedziawszy to, odchyliłem się do tyłu i uderzyłem go z bańki. Zalał się krwią i upadł jak kłoda na podłogę, zachlapując przy okazji perski dywan w salonie Siergieja.

***

Krzysiek odstawił szklankę z głośnym stukiem na podłogę i popatrzył przerażony na brata.

– Łukasz, czy ty go… czy… – Nie był w stanie dokończyć zdania.

Łukasz zmrużył brwi.

– Nie – odparł krótko. – Ale po tej nocy już nigdy go nie zobaczyłem. Pamiętam, że wyszliśmy do jakiegoś należącego do Siergieja klubu, a Wasylem zajęli się ludzie Igora.

– Kurczę, Łukasz, myślisz, że…

– Zabili go. Dobrze wiedział, co go czeka. Nie miał szans. Dlatego próbował ostrzec Siergieja przede mną. – Łukasz potarł oczy. – I wiesz co? Najlepsze w tym wszystkim jest to, że Wasyl miał rację. Ten cholerny Wasyl miał rację. – Zaczął się głośno śmiać, a Krzysiek drgnął.

– Nie wiem, czy to jest śmieszne. Jak tak to opowiadasz… Jezu, Łukasz. Przecież dla ciebie każdy kolejny dzień to była walka o przetrwanie. Za każdym rogiem czaiło się zagrożenie. Jak mogłeś tak żyć?

– Nie wiem. – Łukasz wzruszył ramionami. – Mogłem. Podobało mi się to. I wiesz, chyba lubiłem ten dreszczyk oczekiwania, niepewność tego, co czeka za kolejnym zakrętem.

***

A kolejne zakręty mojego losu obfitowały w szereg wydarzeń, po których moja władza coraz bardziej rosła i które sprawiały, że czułem się jak młody bóg. Obdarzony pełnym kredytem zaufania ze strony Siergieja, skontaktowałem się ze Sławkiem z Niemiec i zostałem przez niego zaproszony do Berlina, gdzie pokazał mi kilka ciekawych trików, które mogłem wykorzystać na naszym gruncie. Przez trzy dni zwiedzałem jego kluby, a towarzyszył mi, oczywiście, wierny druh Fazi. Cierpliwie czekał na moje wyjście z pierdla, kilka razy mnie odwiedził i regularnie wysyłał paczki. I pierwsze, co powiedział, gdy się z nim spotkałem po wyjściu i po powrocie z Rzeszowa, to: „Zajekurwabiście się cieszę, że wróciłeś, szefie”. To był cały Fazi. Nieskomplikowany, małomówny, czasami wolniej myślący, ale wierny i lojalny. I teraz powoli wdrażałem go w plan, nie tłumacząc wszystkiego, bo kompleksowa wiedza nie była mu na tym etapie do niczego potrzebna. Wróciliśmy do Wrocławia i szykowaliśmy się do przejęcia jednego z większych klubów, dyskoteki Imperial. Nie podobało mi się to, że pod moim nosem klub o tak dużym zasięgu mają w swoich łapskach goście z Północy. Postanowiłem przejąć tam wpływy, bo, po pierwsze, to był świetny punkt, jeśli chodzi o rozprowadzanie towaru, a po drugie… zawsze byłem ambitny. Taki sobie cel postawiłem. Byłem uparty i jeśli ktoś mówił, że coś jest niemożliwe, sam musiałem się o tym przekonać. Bo dla Lukasa nie było rzeczy niemożliwych!

Menadżerem Imperiala był niepozorny facet tuż po czterdziestce, ale stała za nim wciąż rosnąca w siłę grupa z północy kraju, zarządzana przez niejakiego Malinę. Już kiedyś miałem przyjemność spotkać się z rzeczonym Maliną, kiedy on i jego ludzie mieli chrapkę na jeden z klubów przy wrocławskim kąpielisku – skutecznie im te zapędy przyhamowaliśmy. Ale teraz chcieliśmy ich po prostu wykurzyć z miasta, a to już nie było takie proste. Wiedziałem jednak, że gdy uda mi się przejąć ten klub, będę naprawdę na szczycie. Nie liczyło się dla mnie grożące nam ryzyko, nie liczyło się to, że już byłem notowany i na pewno moje działania nie umkną uwadze gliniarzy z sekcji do walki z przestępczością zorganizowaną. Tkwiłem w tym świecie po uszy i jedyne, co mogłem teraz robić, to iść do przodu i pokazać, że jestem najlepszy.

Umówiłem się z moimi ludźmi w klubie kiedyś należącym do Wasyla, a teraz będącym moją własnością. Część jego żołnierzy też przeszła do mnie, nie było wśród nich jedynie Buźki. Ten gnojek dołączył do grupy Myszaka i gdy tylko mógł, unikał starych kumpli. Trochę się dziwiłem, że jeszcze chodzi po tym świecie, ale zapewne Siergiej uznał, że nie warto zajmować się taką płotką.

 

Gdy siedzieliśmy w barze, nagle do środka wszedł jeden z moich chłopaków, stojących na bramce. Spojrzałem na niego uważnie, widząc, że chce mi coś przekazać.

– Lukas, sorry, ale ktoś chce się z tobą widzieć – powiedział chłopak przepraszającym tonem.

– Kto?

– Mówi, że nazywa się Jaro i że będziesz wiedział…

Spojrzałem szybko na Faziego, który zmarszczył brwi. Wiedziałem, co myśli o tej niespodziewanej wizycie. Kiwnąłem głową do chłopaka, żeby wpuścił gościa, i poszedłem do małego gabinetu, w którym teraz ja byłem szefem.

Po chwili do środka wszedł Jaro. Nie widziałem się z nim od dawna, kilka razy dostałem od niego paczkę, gdy siedziałem, ale nie rozmawialiśmy chyba od dwóch lat.

– Dzięki, Lukas – powiedział cicho i podał mi rękę.

Uścisnąłem ją i wskazałem mu sofę, na której obaj usiedliśmy. Nalałem z karafki whisky do niskich szklanek. Bez słowa stuknęliśmy się szkłem i wypiliśmy.

– Gdzie się podziewałeś, Jaro? – spytałem, patrząc uważnie na starego kumpla.

– Matka mi zachorowała. Musiałem się nią zająć. Brat wyjechał do Stanów, została sama. Odpuściłem na trochę.

– Mogłeś dać znać. Potrzebowałeś czegoś?

– Nie, dałem radę. A poza tym… po tym, co Wasyl ci zrobił, nie chciałem dla niego pracować. Nienawidzę takiego kurewstwa.

– No, rozumiem. Ale ty też miałeś do mnie jakiś żal – powiedziałem, zakładając ramię na ramię i nie spuszczając wzroku z mojego rozmówcy.

– Może i miałem – przyznał z trudem. – Ale przemyślałem sobie to i owo. Poza tym największy żal miałem do siebie.

– O co?

– Że cię nie ostrzegłem. Domyślałem się, że Wasyl coś kombinuje, że tak łatwo nie odpuści. Że zrobi jakieś świństwo. Widziałem to w jego oczach, znałem go już trochę. Wiedziałem, że nie trawi konkurencji, a ty byłeś dla niego konkurencją.

– Mogłeś coś powiedzieć. Mogłeś coś zrobić, Jaro.

– Mogłem. Ale nie zrobiłem. A potem ciebie zamknęli, matka zachorowała i wszystko się spieprzyło.

– A teraz? – spytałem cicho.

– Teraz… zostałem sam, Lukas. I chcę wrócić. Nawet nie wiesz, jak się ucieszyłem, kiedy na mieście zaczęli mówić, że teraz rządzi tu Lukas.

– No, jeszcze nie całkiem – mruknąłem, zastanawiając się, czy mogę mu zaufać.

– Ale wkrótce. I nie przychodzę z pustymi rękami. Moja matka miała mieszkanie. Wynajmowała je. Ja też je wynajmuję.

– Co w związku z tym?

– Laska, która w nim mieszka, ma dwadzieścia lat. Studiuje na uniwerku.

– Nie widzę związku.

– Jest siostrą Maliny.

– Tego Maliny? – Pochyliłem się w kierunku Jara, który uśmiechnął się szeroko.

– Na milion procent. Lukas, nie jestem głupi. Wiem, że teraz najważniejsze dla ciebie jest przejęcie Imperiala. To kolejny krok. Jeśli ja o tym wiem, oni też – pewnie czekają na wasz ruch. Chcę pracować dla ciebie, Lukas. Chcę, żebyś mi znowu zaufał. Wystawię ci dziewczynę. Malina ma na jej punkcie świra. Pilnuje jej jak oka w głowie. Pogrzebałem na ich temat. Nie mają rodziców, tylko siebie.

– Co chcesz zrobić? – Zmrużyłem oczy, bo średnio uśmiechało mi się porywanie jakiejś dziewczyny, ale gra była chyba warta świeczki.

– Mam klucze do jej mieszkania. – Jaro błysnął uśmiechem. – A poza tym wiem przecież, gdzie studiuje. I gdzie się stołuje. Możemy ją zgarnąć z ulicy.

– To trochę ryzykowne. Zrobimy tak: zajmiesz się tym. Sam. Możesz sobie zebrać ekipę do pomocy. Nie obchodzi mnie to. Wywieziesz ją do Legnicy, do Rafika. Gdy to zrobisz, to ja może pomyślę, czy ci znowu zaufać.

– Jasne. – Jaro kiwnął głową z zapałem.

– Masz tydzień. Jeśli nie wyjdzie z dziewczyną, będę musiał inaczej rozwiązać ten problem– westchnąłem.

– Dam radę. Znasz mnie, Lukas. Nie takie rzeczy robiłem.

– Wiem, wiem. Pamiętaj. Tydzień. – Kiwnąłem głową, sygnalizując, że nasza rozmowa dobiegła końca.

Po wyjściu Jara opowiedziałem moim ludziom o zadaniu, które mu zleciłem. Zdania na ten temat były podzielone. Niektórzy chcieli od razu odciąć go od wszystkiego, inni uważali, że należy dać mu szansę. Wszyscy uznaliśmy, że jesteśmy w stanie poczekać tydzień i jeśli uda mu się zgarnąć siostrę Maliny, co ułatwi przeprowadzenie naszej operacji, zastanowimy się, co zrobić z Jarem.

Osobiście nie byłem skłonny mu zaufać, ale czekałem na jego kolejny krok, bo widziałem w jego oczach determinację. I skoro faktycznie zależało mu na powrocie… To czemu nie?

***

– Załamujesz mnie – jęknął Krzysiek, pocierając skronie.

– Mówię ci szczerą prawdę. Bez wygładzania czegokolwiek. – Łukasz uśmiechnął się łagodnie.

– Wiem. Ale… to straszne. Jak mogłeś tak żyć? – Krzysiek ciągle przetrawiał to, co usłyszał od brata.

– Mogłem. I czułem się na swoim miejscu. Ale teraz… teraz wiele się zmieniło. Jeśli nie chcesz tego słuchać, możemy przerwać i już nigdy do tego nie wracać.

– Łukasz. To, że jest to dla mnie szokiem, nie oznacza, że nie chcę wysłuchać cię do samego końca. Chcę. I to bardzo. Ale nie dziw się moim reakcjom, bo po takich rewelacjach nie mogą być inne.

– Rozumiem. I doceniam to. Że ze mną rozmawiasz i mnie słuchasz. – Łukasz popatrzył ciepłym wzrokiem na siedzącego obok brata.

– Od tego ma się młodszych braci. Ale wracając do twojej historii, nie chcesz mi chyba powiedzieć, że porwaliście tę dziewczynę? – Krzysiek utkwił spojrzenie w Łukaszu, który jedynie się uśmiechnął, jakby przepraszająco.

– Ja nie. Skąd! Jaro to zrobił. Bo musiał. To była jego przepustka do lepszego świata.

***

Minęło pięć dni od naszego spotkania w klubie, gdy zadzwonił do mnie jeden z moich ludzi, niejaki Mały.

– Szefie, skontaktował się z nami Rafik. Jest u niego Jaro. Przekazał, że mają dla ciebie towar.

Uśmiechnąłem się i pokręciłem głową z uznaniem.

– A więc ten gnojek jednak to zrobił. Dobra, Mały, zbierz chłopaków, jedziemy do Legnicy.

Zadzwoniłem po Faziego i dwoma samochodami ruszyliśmy do naszego legnickiego klubu. Gdy weszliśmy do środka, Jaro już na nas czekał przy barze, gdzie wraz z Rafikiem spokojnie popijał piwo.

– Lukas, jesteś błyskawica. – Uśmiechnął się i podszedł do mnie, wyciągając rękę.

– Co dla mnie masz? – spytałem wprost, nie tracąc czasu.

– Jest tam. – Kiwnął głową w kierunku pięterka, gdzie były pokoje, które Rafik wynajmował na godziny.

Ruszyłem schodami do góry. Zza pierwszych drzwi dochodziły głośne jęki, więc uznałem, że pewnie ktoś się tam właśnie zabawia. Drugi pokój był pusty, a przed trzecim stał jeden z ludzi Rafika. Gdy otworzyłem drzwi moim, oczom ukazała się przestraszona dziewczyna. Miała jasne, krótkie włosy, blade, mokre od łez policzki i patrzyła na mnie przerażona. Wyglądała na piętnastolatkę. Gdy wszedłem, gwałtownie cofnęła się pod okno. Nie spuszczała ze mnie wzroku. Poczułem się nieswojo. Pozwoliłem porwać dziewczynę, której jedyną winą było to, że była siostrą faceta zajmującego się nielegalnym biznesem. Lecz ten akurat facet stanął mi na drodze do realizacji moich planów, dlatego… Niestety, to była wojna, więc musiały być i ofiary.

Podszedłem do dziewczyny, która cofała się coraz bardziej, aż wreszcie dotknęła plecami parapetu zaciemnionego okna.

– Kim jesteś? Czego ode mnie chcecie? – spytała zachrypniętym głosem.

– Jak się nazywasz? – odparłem cicho, dusząc w sobie wszelkie oznaki żalu i współczucia.

– Karolina. Karolina Maliniak – odpowiedziała.

Widziałem, jak drży, i niemal czułem jej strach.

– Jesteś siostrą Andrzeja Maliniaka, zgadza się?

Kiwnęła głową w odpowiedzi.

– Nie bój się mnie. Nic ci nie zrobię. Ani ja, ani ktokolwiek inny. Obiecuję. – Pochyliłem się i patrzyłem jej w oczy, żeby widziała szczerość bijącą z mojego spojrzenia.

Znowu kiwnięcie głową.

– A teraz zadzwonimy do twojego brata, dobrze? – spytałem, uśmiechając się łagodnie.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?