Zakręty losu. Braterstwo krwiTekst

Z serii: Zakręty losu #2
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Text copyright © by Agnieszka Lingas-Łoniewska, 2019

Copyright © by Burda Media Polska Sp. z o.o., 2019

02-674 Warszawa, ul. Marynarska 15

Dział handlowy: tel. 22 360 38 42

Sprzedaż wysyłkowa: tel. 22 360 37 77

Wydanie drugie

Redaktor prowadzący: Marcin Kicki

Redakcja: Paulina Płatkowska / Słowne Babki

Korekta: Agnieszka Zygmunt, Lena Marciniak-Cąkała / Słowne Babki

Skład i łamanie: TYPO

Redakcja techniczna: Mariusz Teler

Projekt okładki: Anita Modry

Zdjęcie na okładce: Amir Kaljikovic / Stocksy

ISBN: 978-83-8053-539-8

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.

www.kultowy.pl

www.burdaksiazki.pl

Skład wersji elektronicznej: Marcin Kapusta

konwersja.virtualo.pl

Spis treści

Prolog

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Epilog

Playlista

Przypisy

Kaśce. Mojej cioci. Za to, że jesteś

Wysoko musi się wznieść, kto upadł nisko.

Henryk Ibsen

Miłość powstaje nagle, nie dając czasu na zastanowienie, przez temperament lub przez słabość. Jeden błysk zniewala nas i zobowiązuje.

Jean de La Bruyère

PROLOG

Spojrzałam w jego niebiesko-brązowe oczy i zobaczyłam w nich miłość.

On zawsze potrafił mnie uspokoić.

Zawsze wpływał na mnie kojąco, nawet w tych trudnych momentach mojego życia, kiedy zostałam sama.

Kiedy nic nie rozumiałam i czułam tylko wszechogarniający ból.

I kompletne zagubienie.

I niezrozumienie tego, co mnie spotkało.

Tego, co zrobił.

Oraz: dlaczego to zrobił. Teraz już wiem wszystko i rozumiem, ale wtedy… to był mój osobisty koniec świata. Kolejny koniec świata, jaki przyszło mi przeżyć.

Ale już wtedy on działał na mnie jak balsam.

Chociaż wówczas jeszcze się nawet nie urodził.

Moja miłość.

Moje szczęście.

Moja ostoja wtedy, teraz i już zawsze.

Mój jedyny syn.

Kamil Krzysztof Borowski.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Rozdział 1

Mecenas Krzysztof Borowski siedział w swojej kancelarii, starał się zachować spokój, pełną profesjonalizmu uprzejmość i miły uśmiech. Było to bardzo trudne, bo klientka go, delikatnie mówiąc, irytowała.

– Pani Tatiano, to znaczy, że pani świadomie wjechała w samochód żony pana Bartczaka?

– Panie mecenasie! To nie było świadome. Zupełnie niechcący. – Platynowa blondynka uśmiechnęła się i pomachała ręką uzbrojoną w brokatowe tipsy. – To ona stanęła na mojej drodze.

– Ach, tak. Rozumiem… – Borowski pokiwał głową, chociaż miał ochotę powiedzieć tej szczerzącej się do niego blondynie, że jego kancelaria nie bierze gównianych spraw napalonych panienek, które rozwalają samochody żon swoich kochanków, a następnie szukają pomocy, tłumacząc się, że to była „chwilowa słabość”. Ale Tatiana Meller, siostra potentata finansowego, uparła się, żeby tę sprawę prowadziła kancelaria Krzyśka, a najlepiej on sam. Cały czas wpatrywała się w niego natrętnie. Wysyłała ewidentne sygnały, że z chęcią omówiłaby z nim szczegóły na przykład przy wieczornym drinku. A może zamiast rozmawianiem zajęliby się czymś innym…?

– Panie mecenasie… Ta Bartczak to nadpobudliwa, niezaspokojona baba, która specjalnie mi się podstawiła, gdy wyjeżdżałam z parkingu przed centrum handlowym. Nie moja wina, że uderzyła głową w kierownicę i rozwaliła sobie nos. A teraz żąda ode mnie odszkodowania i zafundowania jej operacji plastycznej… – Blondynka wybuchła perlistym śmiechem. – Jakby to mogło jej w czymś pomóc…

Taaa, żona Bartczaka jest niezaspokojona, zapewne z jednego podstawowego powodu: jej mąż zaspokaja się gdzie indziej…

– Dobrze, pani Meller. Zapoznam się dokładnie z dokumentami i możemy się umówić na przyszły tydzień. Przekażę sprawę jednemu z moich prawników. – Krzysiek najchętniej w ogóle by jej nie brał, ale klient to klient, poza tym jego kancelaria współpracowała z holdingiem Meller Finance i Borowski nie chciał tracić priorytetowego partnera przez to, że ten miał siostrę idiotkę.

– Wolałabym, żeby pan mecenas osobiście zajął się moim problemem… – Tatiana Meller zrobiła naburmuszoną minę obrażonej dziewczynki.

– Zapewniam panią, że współpracuję wyłącznie z profesjonalistami. Trafi pani do jednego z najbardziej doświadczonych prawników w mojej kancelarii. – Krzysiek uśmiechnął się szeroko i wstał, sygnalizując, że to już wszystko.

– No dobrze… – Blondynka sięgnęła po krótkie futerko, które wcześniej rzuciła na stojącą z boku sofę.

Krzysiek wyszedł zza biurka, a następnie podszedł do drzwi, żeby otworzyć je przed klientką. Gdy już wychodziła, pochyliła się ku niemu i powiedziała, wcale nie ściszając głosu:

– Mam nadzieję, że ten mój prawnik jest tak samo przystojny jak pan, mecenasie… – zachichotała i pomachała Krzyśkowi palcami. Odwróciwszy się, skinęła głową wysokiej czarnowłosej kobiecie, która opierała się o biurko w recepcji i patrzyła na stojącego w drzwiach kancelarii mężczyznę. Krzysiek spojrzał w jej stronę, wziął teczkę z aktami panny Meller i położył na biurku Darka, jednego ze swoich prawników.

– Nie, szefie… – jęknął tamten, ale mecenas Borowski tylko mrugnął porozumiewawczo i powiedział:

– Wiesz, to powinien być dla ciebie komplement.

Wracając do gabinetu, przepuścił w drzwiach wysoką szatynkę. Idąc za nią, mierzył wzrokiem jej długie nogi i piękne, gęste włosy.

Gdy weszli do środka, podszedł do niskiego barku i nalał sobie wody, a ona usiadła na sofie.

– Och, panie mecenasie, jest pan taki przystojny… Czy mogę rozjechać pańską żonę samochodem? – odezwała się wysokim, modulowanym głosem, nie spuszczając oczu z Krzyśka, który teraz uniósł ze zdziwieniem brew i usiadł koło niej.

– Czyżbyś była zazdrosna o pannę Meller?

– Cóż, moi klienci nie ślinią się na mój widok i nie pożerają mnie spojrzeniem mówiącym: „Jestem łatwiejszy, niż myślisz” – parsknęła kpiąco, zrzuciła buty na wysokich obcasach i położyła stopy na kolanach Krzyśka. Zrzucił marynarkę i pogłaskał jej łydkę.

 

– Kochanie, klienci, którymi się zajmujesz, wiedzą że masz wściekle zazdrosnego męża, zdolnego do najgorszych czynów, więc wolą ograniczyć do minimum liczbę rzucanych ci zakochanych spojrzeń. – Krzysiek mówił to poważnym tonem, chociaż oczy mu się śmiały.

– To dlaczego twoje klientki nie wiedzą, że masz żonę, która robi poważną krzywdę napalonym lalkom Barbie?

– Hmm, lalki Barbie, trafne… Ta sprawa to jakaś porażka, ale rozumiesz chyba, jak jest z Mellerem. – Krzysiek przysunął się bliżej. Położył dłoń na karku żony i zaczął go lekko gładzić.

– Wiem… Mam tylko nadzieję, że ta piratka drogowa nie będzie chciała z tobą osobiście konsultować każdej kwestii. – Katarzyna Borowska westchnęła, kładąc głowę na ramieniu męża.

– Nie przejmuj się, moja śliczna. Swoją drogą, bardzo mi się podoba, gdy się zmieniasz w zazdrosną wojowniczkę!

Krzysiek uśmiechnął się i przywarł do miękkich ust żony, które kochał od szesnastu lat, chociaż przez trzynaście pozbawiony był ich smaku. Te trzynaście lat, kiedy zostawiła go i wyjechała, pamiętał jak niewyraźny sen, o którym czasami myślał, że tak naprawdę nigdy mu się nie przyśnił. Dla niego istniał tylko ten krótki okres przed nim, feralne rozstanie tuż po jej osiemnastce i teraźniejszość, gdy wróciła. Połączyła ich pogmatwana sprawa przeciwko mafii narkotykowej, której szefem okazał się jego brat Łukasz Borowski. On, Krzysiek, został zmuszony do obrony jego ludzi. A ona… ona ich oskarżała. To były straszne chwile. Nie mogąc walczyć z uczuciem, które coraz mocnej nad nimi panowało, dali mu się porwać i stan ten utrzymywał się aż dotąd. Potem ona została zaatakowana i pobita na zlecenie mafijnych bossów, o czym jego brat nie wiedział. Straciła dziecko. Zajście w kolejną ciążę stało się obecnie jej głównym celem. Krzysiek podchodził do tego trochę inaczej: cieszył się tym, co miał, żoną, tym, że byli razem, że prowadzili kancelarię. Katka pragnęła tylko dziecka – lecz chociaż od napadu i poronienia upłynęły ponad dwa lata, na razie nie udawało się jej osiągnąć celu. Krzysiek wiedział, że to dlatego, iż przeszłość ciągnęła się za nimi, nie dając chwili wytchnienia i wyciszenia.

Łukasz Borowski żył gdzieś w Polsce ze statusem świadka koronnego. Dostał go po tym, jak poszedł na układ z prokuraturą i przyczynił się do wielu aresztowań osób powiązanych z bułgarską mafią, odpowiedzialnych za rozprowadzanie na polskim rynku bardzo toksycznego i uzależniającego narkotyku. Gdy Katka z Krzyśkiem myśleli, że tamta sprawa jest już zakończona, a winni – ukarani… Dostali list.

Właściwie… informację.

Nie, to było ostrzeżenie.

„MY NIE ZAPOMINAMY”.

Krzysiek często budził się w nocy, sprawdzając po raz kolejny, czy wszystkie drzwi i okna są zamknięte. Siadał w salonie, w swoim ulubionym fotelu, i wyciągał kartkę z wiadomością. Z pieprzonym przesłaniem od ludzi, dla których zniszczenie dwojga prawników byłoby mniej kłopotliwe niż kupienie paczki papierosów w kiosku. Nadal żyli. A to znaczyło – i on doskonale o tym wiedział – że przeszłość zatoczy koło i uderzy wtedy, kiedy będą się tego najmniej spodziewać.

Kaśka też wciąż miała w głowie to, co się im przydarzyło, zwłaszcza że wskutek tych zajść została pobita i straciła dziecko – a wtedy nawet nie wiedziała, że jest w ciąży. Czasami próbowała rozmawiać z mężem o liście, który otrzymali. Marzyła, aby to, co złe, było daleko za nimi, pragnęła jedynie wspólnego życia z Krzysztofem i prowadzenia kancelarii. Ale Krzysiek nie chciał o tym gadać i tylko powtarzał za każdym razem, że nigdy nie pozwoli jej skrzywdzić i żeby już więcej nie wracali do tego tematu.

I tak żyli. Pracowali, odwiedzali matkę Krzyśka, spotykali się od czasu do czasu z przyjaciółmi, Sylwią i Tomkiem, oraz ich dziećmi, które uwielbiały ciocię i wujka. Nocami kochali się namiętnie, obdarzając się gorącymi pieszczotami, a potem leżeli w objęciach tak ciasnych, jakby nigdy nie chcieli się nawzajem z nich wypuścić. Tak wiele okrutnych chwil przeżyli, gdy byli siebie pozbawieni. Oboje wiedzieli, że więcej na to nie pozwolą. Już by nie wytrzymali bez siebie długich trzynastu lat.

Czasami rozmawiali o tym, którego imienia nie chcieli wymieniać, aby nie budzić bolesnych wspomnień, nie przywoływać okropnych wydarzeń, które zaważyły na całym ich życiu.

Łukasz Borowski. Brat Krzyśka, o dziesięć lat od niego starszy. Człowiek, który wszedł na drogę przestępstwa już we wczesnej młodości. Syn adwokata i brat adwokata, sam zajmował się dilerką i innymi mniej lub bardziej szemranymi interesami, tak że piął się coraz wyżej w mafijnej hierarchii i osiągał tam coraz lepszy status. Przyczynił się do śmierci kochającej go szczerą miłością dziewczyny, którą sam także kochał, chociaż uświadomił sobie to zbyt późno. Dziewczyna ta była przyrodnią siostrą Kaśki. Córką kobiety, zepchniętej przez to wszystko w otchłań zmagania się z własnym schorowanym i znerwicowanym umysłem. Ta historia zaczęła się przed szesnastoma laty, ale wciąż tkwiła w Kaśce i Krzyśku jak zadra. Czasami zastanawiali się, jak żyje Łukasz, który pod zmienionym nazwiskiem, a także ze zmienionym wyglądem prowadził gdzieś zapewne w miarę normalne życie. Albo próbował prowadzić. Przynajmniej taką nadzieję miał Krzysiek, który mimo tego, co się między nimi wydarzyło i do czego przyczynił się Łukasz, kochał go i wierzył, że ten odzyskał swoje człowieczeństwo i zdołał dojść ze sobą do ładu.

Teraz Kaśka i Krzysiek siedzieli w salonie domu, który wybudowali po tamtych zdarzeniach. Traktowali go zawsze jak swój azyl, bezpieczną przystań i miejsce, w którym mogli być sobą. Kaśka zwinęła się na sofie z podkulonymi nogami i czytała książkę. Krzysiek tkwił w rogu salonu przy komputerze i zgrywał zdjęcia z ich wrześniowego wyjazdu w Bieszczady. Zwiedzali Sanok, przepiękne miasto ze wspaniałą galerią obrazów Beksińskiego i jeszcze wspanialszym zbiorem ikon. Z olbrzymiej liczby fotografii, które z lubością robił podczas różnych wycieczek, wybierał zawsze dwie lub trzy, drukował je w wysokiej rozdzielczości i dużym rozmiarze, potem oprawiał w antyramę i wieszał na ścianie koło kominka. Kaśka spoglądała na obwieszoną zdjęciami ścianę. Tylko raz zapytała, dlaczego na każdej fotografii jest wyłącznie ona. Otrzymała krótką odpowiedź:

– Bo jesteś śliczna.

I wobec takiego dictum o nic więcej już nie pytała.

Teraz także wybrał jedną fotografię, zrobioną z małej odległości, przedstawiającą Kaśkę zapatrzoną gdzieś w przestrzeń. Na jej ustach błąkał się delikatny uśmiech, Musiał wiać lekki wiatr, bo pasemko włosów zakryło część policzka. Mrużyła niebieskie oczy przed wrześniowym słońcem. Krzysiek nie mógł oderwać wzroku od tej fotografii. Boże… Była taka piękna i tak mocno ją kochał. Stanowiła treść jego życia, zrobiłby dla niej wszystko. Wybrał to zdjęcie, wrzucił do obróbki i już wkrótce schło na drukarce.

– Nie mów, że to mój kolejny portret – usłyszał jej ciepły głos z drugiego końca salonu.

– Nie mówię. Bo i po co? – Wzruszył ramionami i odwrócił się na obrotowym krześle w jej stronę.

– Jesteś niemożliwy. Ktoś, kto do nas przyjdzie, pomyśli sobie, że jestem zakochaną w sobie egocentryczką. – Pokręciła głową i odłożyła książkę.

– Nie obchodzi mnie ten ktoś. A poza tym to ja jestem zakochanym w tobie Kasiocentrykiem. – Krzysiek uśmiechnął się, wstał z krzesła i ruszył do niej.

– Oho. Znam to spojrzenie. – Patrzyła na niego roziskrzonym wzrokiem.

– Powinnaś. Moja śliczna. – Już był przy niej, już pochylał się nad jej uśmiechniętymi ustami. – Co czytasz? – Zerknął na książkę i spojrzał na nią niebiesko-brązowymi oczami, w których dostrzegła jak zawsze nieposkromione pragnienie.

– Czarownicę.

– Brzmi… groźnie.

– To książka o miłości. – Uśmiechnęła się.

– No właśnie. À propos miłości... – Przechylił głowę i uniósł znacząco brwi. – Zatem już nie czytasz?

– Już dawno nie. Wzrok mi musi odpocząć – odparła, otaczając jego szyję ramionami i przyciągając go do siebie.

– No tak. Niech odpoczywa. Ale ty na to nie licz, moja Katko… – Położył ją na sofie i przykrył jej ciało swoim, całując ją tak, jak lubił – mocno, namiętnie i głęboko.

Nazajutrz Kaśka pojechała na sprawę do sądu w sąsiednim mieście, a Krzysiek pracował na miejscu w kancelarii. Akurat siedział w swoim gabinecie, gdy zadzwoniła jego asystentka Patrycja i poinformowała go o rozmowie telefonicznej z kimś, kto dzwonił z polecenia Tomasza Mellera. Krzysiek westchnął, bo nie lubił, kiedy ktoś przerywał mu pracę, ale poprosił o przełączenie rozmówcy.

– Borowski, słucham? – powiedział, przeglądając dokumentację, którą miał na biurku.

– Witam, panie mecenasie. Moje nazwisko Kowalczyszyn. Dostałem numer pańskiej kancelarii od prezesa Mellera.

– Słucham pana. – Krzysiek oparł się wygodnie w fotelu.

– Szukamy wysoko wyspecjalizowanej kancelarii prawnej dla naszego klienta. Jestem dyrektorem finansowym w dużej firmie z kapitałem zagranicznym, która otwiera swoje oddziały w Polsce. Siedziba firmy mieści się w Krakowie. Prezes Meller polecił mi pana, mecenasie, jako najlepszego. A nam zależy na profesjonaliście.

– Rozumiem. To ma być standardowa obsługa prawna firmy? – Krzysiek notował wszystko w grubym notesie.

– Obsługa na pewno. Nie zawsze standardowa. Jeśli byłoby to możliwe, chciałbym umówić pana z właścicielem.

– Chce pan, abym przyjechał do Krakowa? – Krzyśkowi od razu zapaliła się w głowie lampka ostrzegawcza.

– Jeśli nie sprawiłoby to panu kłopotu? Chyba że jest pan zajęty, to możemy zwrócić się do pani mecenas. – W słuchawce zapadła głucha cisza.

Krzysiek przełknął ślinę.

– Nie, nie. Myślę, że poradzę sobie z bieżącymi sprawami i dam radę przyjechać na spotkanie z pańskim szefem – odparł swobodnym tonem, jednocześnie zaciskając dłoń w pięść tak mocno, że aż pobielały mu kostki.

– Wiedziałem, że można na pana liczyć, mecenasie. Prezes Meller powiedział, że ma do pana zaufanie jak do nikogo innego.

– Cieszy mnie to. Kiedy państwo chcieliby się spotkać?

– Jak najszybciej. Kiedy mógłby pan przyjechać do Krakowa?

– Pojutrze – odparł Krzysiek krótko.

– Świetnie. Prześlę wszystkie namiary mailem. Może mi pan podać adres, mecenasie?

Krzysiek przedyktował swój adres mailowy, zapisał sobie imię i nazwisko mężczyzny, z którym rozmawiał, i pożegnał się, obiecując, że potwierdzi swój przyjazd drogą mailową, gdy tylko otrzyma od niego wiadomość. Odłożył słuchawkę i natychmiast zadzwonił do Patrycji z prośbą, aby teraz nikt mu nie przeszkadzał. Wziął komórkę i wybrał numer do Kaśki.

– Właśnie wyszłam z sądu… – Usłyszawszy jej zdyszany głos, zorientował się, że przez ten cały czas niemal wstrzymywał oddech.

– Jak poszło? – starał się brzmieć swobodnie.

– Dobrze. Będą musieli zapłacić odszkodowanie.

– Gratuluję, maleńka – odparł ciepło.

– Dziękuję. A co w firmie?

– Aaa… nic. Dostałem nowego klienta, jakiegoś znajomego Mellera – powiedział szybko.

– No to chyba dobrze? Co to za klient? – Słyszał, jak trzaska drzwiami auta, a po chwili – dźwięk uruchamianego silnika.

– Jakaś nowa firma z kapitałem zagranicznym. Ale muszę jechać na spotkanie z właścicielem. Do Krakowa.

– Kiedy? Mogę pojechać z tobą…

– Pojutrze.

– Cholera. Mam rozwód…

– Serio? Nie przypominam sobie… – Uśmiechnął się.

– Och, wiesz, o czym mówię.

– Wiem, wiem… – Wiedział także, że wybrał ten termin dlatego, aby ona nie mogła z nim pojechać.

– Na długo wyjeżdżasz?

– Góra dwa dni. Jeszcze nie wiem, czy wezmę tego klienta. – Krzysiek czuł, że okłamuje i ją, i siebie.

– Jeśli to taka gruba ryba, to chyba dobrze, że Meller o nas pamiętał?

– On zawsze o nas pamięta…

– Taaa. Jego siostra również. – Nie mógł nie słyszeć kpiny w jej głosie.

– Jesteś okrutna.

– Ale mnie kochasz.

– Szalenie. Uważaj na drodze i wracaj szybko, moja śliczna. – Uśmiechnął się.

– Uważam i wracam. Pa, Krzysiu.

– Pa, Katka.

Gdy się rozłączył, podszedł do chromowanego barku, nalał do szklanki z grubego, ciętego szkła alkohol i przechylił, wlewając palący płyn wprost do gardła. Usiadł na niskiej sofie, oparł łokcie na kolanach i wpatrzył się we wzorek na wykładzinie dywanowej, którą był wyłożony gabinet.

 

– Kurwa, bracie… gdzie jesteś? – szepnął, pochylił głowę jeszcze niżej i siedział tak, wiedząc, że właściwa rozgrywka właśnie się rozpoczęła. I że zrobi wszystko, aby wyjść z tego cało. Nie dopuści do tego, żeby ona cokolwiek o tym wiedziała. I znowu się zamartwiała, przeżywała. Nawet kosztem własnego honoru i bezpieczeństwa. Wiedział jedno. Musi odnaleźć tego, od którego to wszystko się zaczęło.

Rozdział 2

I cannot take this anymore

I’m saying everything I’ve said before

All these words they make no sense

I find bliss in ignorance

Less I hear the less you’ll say

But you’ll find that out anyway

Just like before…1

Wysoki, potężnie zbudowany mężczyzna o dłuższych, nieco rozczochranych ciemnych włosach, lekko przyprószonych na skroniach siwizną, kończył zmianę na zapleczu dużego marketu, w którym pracował od niemal dwóch lat. Pożegnał się z kolegami, przebrał z firmowego uniformu w prywatne ubranie, włożył skórzaną kurtkę i wyszedł na parking przed sklepem. Wsiadł do wiekowego samochodu i pojechał do kawalerki, w której mieszkał, odkąd został przywieziony do tego miasta na północnym wschodzie Polski.

Gdy wszedł do mieszkania, uderzyła go panująca w nim cisza. Idiota. Czy w ciągu tych kilkunastu miesięcy zesłania, jak nazywał w myślach swą obecną sytuację, nie powinien się do tego przyzwyczaić? Poszedł do łazienki i spojrzał w lustro. Ujrzał zmęczonego mężczyznę po czterdziestce, z brązowymi oczami, które dawno utraciły swój blask. Człowieka, który zakończył mnóstwo istnień ludzkich, w tym jedynej kobiety, którą kiedykolwiek kochał. Który wpędził ojca do grobu. Który prawie zniszczył życie swemu młodszemu bratu, a przecież kochał go szczerą miłością. Jak w ogóle mógł patrzeć sobie w oczy? Tego nie wiedział. Ale robił to niemal codziennie, katując się widokiem człowieka, który przegrał życie. I któremu teraz pozostała wegetacja z dala od tych, którzy – wbrew wszystkiemu – ciągle byli dla niego ważni.

Czy teraz mógł tak po prostu o tym zapomnieć? Wyrzucić z pamięci? Usprawiedliwiać się tym, że próbował odkupić swoje winy? Przecież doskonale wiedział, że to całe zło nadal gdzieś tam jest i czeka, żeby uderzyć, jeśli nie w niego, to w jego najbliższą rodzinę. W brata, którego wciągnął w to bagno, wykorzystując jego miłość. Tego się nie da wybaczyć. Dlatego żył jak samotnik, pracował w magazynie dużego marketu, uprawiał sport, dużo czytał i czekał. Czekał, aż po niego przyjdą. Wiedział, że prędzej czy później to nastąpi.

Zjadł mrożoną pizzę, którą podgrzał w mikrofalówce, wziął prysznic, przebrał się w dżinsy i biały podkoszulek, po czym usiadł w fotelu, próbując skupić się na filmie. Nagle usłyszał delikatne pukanie do drzwi. Podszedł do nich, spojrzał przez wizjer i uśmiechając się pod nosem, otworzył. Na korytarzu stała niewysoka kobieta z burzą jasnych włosów i sporym biustem, świetnie uwydatnionym przez wydekoltowaną bluzeczkę. Miała gołe nogi, krótką dżinsową spódniczkę i klapki.

Tak. Sąsiadka z górnego piętra. Grubo po trzydziestce, ciągle sama, bo jej mąż pracował w Wielkiej Brytanii i rzadko przyjeżdżał. Odkąd Łukasz się tutaj wprowadził, a raczej go wprowadzili, nie było tygodnia, żeby gdzieś jej nie spotykał. A to na korytarzu, a to w piwnicy, w suszarni. Często też widywał ją w markecie, w którym pracował. Zawsze uśmiechnięta, patrząca na niego z błyskiem w oku. Zawsze chętna. Jakoś do tej pory udawało mu się nie skorzystać z tych niemych zaproszeń, które mu wysyłała. Teraz patrzył na nią, a ona uśmiechnęła się jak zawsze szerokim, przepraszającym uśmiechem i powiedziała:

– Chyba pana zalałam.

– Gdzie? – Zmarszczył brwi.

– W łazience, coś mi się popsuło. Zakręciłam już zawór, ale przyszłam spytać, czy nie wyrządziłam żadnych szkód.

– Zaraz sprawdzimy. Proszę, niech pani wejdzie.

Otworzył szerzej drzwi i wpuścił kobietę do środka. Weszła, rozglądając się ciekawie i od razu zauważając, że temu mieszkaniu brak kobiecej ręki. Tym lepiej dla niej.

Poszli do łazienki. Okazało się, że faktycznie na suficie pojawiła się mokra plama.

– Bardzo pana przepraszam. Zapłacę za malowanie.

Uśmiechnęła się i dotknęła dłonią jego przedramienia. Spojrzał na nią z góry, mając doskonały widok na jej piersi okryte obcisłą bluzeczką. Poczuł, że robi się twardy, co go w sumie nie zaskoczyło, skoro od ponad roku nie był z kobietą.

– Nie ma problemu. Proszę się nie martwić. – Machnął lekceważąco ręką, nadal wpatrując się w jej piersi, jakby chciał, aby ona to zauważyła.

– W takim razie będę musiała załatwić to inaczej. – Roześmiała się, odrzucając głowę do tyłu. Miała białe, trochę krzywe zęby.

Poczuł, że jest całkowicie gotowy.

– A tak w ogóle: Aśka jestem. – Podała mu dłoń.

– Marek. – Niewiele czasu zajęło mu nauczenie się swojej nowej tożsamości.

– Czy masz chwilkę? Mógłbyś zajrzeć do mojej łazienki, sprawdzić, co tam się właściwie stało? – Znowu nieznacznie dotknęła jego ramienia, a on doskonale wiedział, do czego prowadzi ta gra.

– Jasne, chodźmy.

– Rano wezwę hydraulika, ale nie chciałabym mieć powodzi w nocy. – Odgarnęła pasemko włosów za ucho i uśmiechnęła się szeroko. Jej oczy ślizgały się po jego szerokim torsie.

– Ja też nie chciałbym mieć powodzi – odparł, wyciągnął klucze z zamka i otworzył drzwi. Puścił ją przodem i gdy szli po schodach na górę, miał znakomity widok na jej tyłek. Zastanawiał się, czy w ogóle dotrą do jej łazienki? Kiedy tylko znaleźli się w jej mieszkaniu, złapał ją w pasie i oparł o zamknięte drzwi.

– Jezu… – szepnęła. – Dlaczego tak długo to trwało?

– Mogłaś wcześniej popsuć kran – powiedział bez uśmiechu.

Zerwał z niej bluzkę i zajął się jej dużymi, ale jędrnymi piersiami. Wtedy ona ściągnęła z niego T-shirt i aż westchnęła.

– O kurwa! Jakie ty masz ciało… I ten tatuaż… – Przywarła ustami do jego piersi i lizała duży krzyż, zdobiący tors. – Co to za litera M? Od twojego imienia? Czy może jakiejś kobiety? – pytała zdyszanym głosem, a wtedy odwrócił ją gwałtownie, oparł o stół i uniósł krótką spódniczkę.

– Za dużo mówisz. Masz gumki? – spytał zachrypniętym głosem, niemal zrywając z niej bieliznę.

– Tak. W szufladzie. – Wskazała głową na prawo, sięgnął tam i już po chwili poczuła go w sobie tak mocno i głęboko, że miała wrażenia, że zaraz zemdleje.

Wiedział, że to długo nie potrwa: ona była mokra i gorąca, a on napalony jak nigdy wcześniej. Ale i tak doszła przed nim, krzycząc głośno, aż musiał zakryć jej usta dłonią. Chwilę później złapał jej piersi i wstrząsany gwałtownym uderzeniem orgazmu, położył się na niej, przyciskając ją do twardego blatu. Zaraz jednak doprowadził się do porządku, zapiął rozporek i patrzył, jak ona poprawia na sobie ubranie. Odwróciła się i spojrzała na niego.

– To było niesamowite… – Uniosła się na palcach i chciała pocałować go w usta.

Zrobił unik, przytulił ją niezgrabnie, klepnął w pośladek i odsunął.

– Jeśli jeszcze kiedyś będziesz potrzebować pomocy, to przyjdź – rzucił, odwrócił się i wyszedł.

Wiedział, że dziewczyna więcej się nie pojawi po takim potraktowaniu, a on nie miał zamiaru zawierać jakichkolwiek bliższych znajomości.

Gdy zszedł do swojego mieszkania, ponownie wziął prysznic i, odprężony, usiadł w fotelu, włączając z powrotem telewizor. Film, który wcześniej zaczął oglądać, jeszcze trwał. Otworzył piwo i próbował odnaleźć sens w fabule, starając się nie myśleć, jak bezsensowne jest jego życie.

Krzysiek jechał autostradą w kierunku Krakowa. Na czternastą umówił się z tym Kowalczyszynem, który miał go przedstawić nowemu klientowi. Cały czas towarzyszyło mu dziwne przeczucie, że ci ludzie reprezentują zupełnie odmienną sferę biznesu. Właściwie był tego pewien. Oczywiście, nie podzielił się swoimi wątpliwościami z Kaśką, gdyż zdawał sobie sprawę, że nigdy by się nie zgodziła, aby tam pojechał i żeby w ogóle rozmawiał z tymi ludźmi. Chociaż właściwie może to było trochę paranoiczne z jego strony? Może to byli normalni klienci, a on między wierszami doszukiwał się tego, czego tak naprawdę wcale nie było? Sam już nie wiedział, co o tym myśleć. Do Krakowa została mu godzina jazdy i czuł, że jest coraz bardziej zdenerwowany. Wczoraj wieczorem, gdy był jeszcze w kancelarii, zadzwonił pod numer, pod który miał dzwonić tylko w wyjątkowych przypadkach. Nie powiedział o swoich przeczuciach, zapytał jedynie, czy jego brat jest bezpieczny i czy byłaby jakakolwiek możliwość, żeby mógł się z nim skontaktować. Otrzymał jednoznaczną odpowiedź. Łukasz Borowski już nie istnieje, a osoba, która wygląda podobnie do niego, jest bezpieczna. I nie ma możliwości jakiegokolwiek z nią kontaktu.

Gdyby chociaż miał jakiś skrawek informacji, gdzie go wywieźli. Wciąż miał odrobinę nadziei, że Łukasz w jakiś sposób będzie próbował do niego dotrzeć. Ale on wyraźnie nie chciał narażać ani siebie, ani jego.

Ze swoimi potencjalnymi klientami miał się spotkać w hotelu na Kazimierzu. Zaparkował auto na hotelowym parkingu i udał się w stronę recepcji. Tam podał swoje nazwisko i po chwili oczekiwania zobaczył krępego, łysawego mężczyznę po pięćdziesiątce w drogim, doskonale skrojonym garniturze. Szedł w jego stronę z uśmiechem przylepionym do twarzy.

– Jan Kowalczyszyn. – Mężczyzna wyciągnął rękę, którą Krzysiek uścisnął, mówiąc:

– Krzysztof Borowski.

– Dziękuję, że pofatygował się pan do nas. Pan prezes już czeka. Właściciel firmy także. Oczywiście, najpierw zapraszamy na obiad. – Mężczyzna wskazał hotelową restaurację.

Tam, przy zastawionym stole, siedziało trzech mężczyzn: dwóch starszych i jeden młodszy, potężnie zbudowany, ze słuchawką w uchu. Krzysiek od razu się zorientował, że to pewnie ochroniarz któregoś z pozostałych dwóch.

– Pozwoli pan, że przedstawię. – Kowalczyszyn wskazał na szczupłego, szpakowatego mężczyznę po czterdziestce. – To prezes IS Investment, pan Aleksander Słonko. Mecenas Krzysztof Borowski.

Krzysiek potrząsnął wysuniętą w jego stronę ręką i spojrzał na drugiego mężczyznę, dobrze zbudowanego szatyna tuż przed pięćdziesiątką, który musiał być właścicielem firmy.

– A to właściciel całego koncernu, który, gdy usłyszał, że to pan ma zająć się prawną obsługą firmy, nie mógł się doczekać, aż pana pozna. – Kowalczyszyn uśmiechał się szeroko. – To pan Igor Siergiejewicz.

Krzysiek uścisnął wyciągniętą dłoń, starając się powstrzymać drżenie ręki. Już wiedział. A wtedy siedzący obok niego mężczyzna powiedział ze wschodnim akcentem: