Siła przetrwania

Tekst
Z serii: Siła honoru #2
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Siła przetrwania
Siła przetrwania
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 71,80  57,44 
Siła przetrwania
Siła przetrwania
Audiobook
Czyta Ewa Abart
39,90  29,53 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Dla całego świata możesz być nikim, dla kogoś możesz być całym światem.

Antoine de Saint-Exupéry

Prolog

Widziałem jej przerażone oczy. Krzyczała, ale zamknęli jej usta jakąś brudną szmatą. Nie spuszczała ze mnie wzroku. Mnie trzymało czterech drabów. Najpierw dostałem czymś ciężkim w łeb, czułem gorącą krew spływającą mi po skroni. Zakneblowali mi usta, bo krzyczałem, darłem się, wyłem.

Chciałem stracić przytomność, chciałem, aby ona ją straciła. Ale to się nie działo. Cały czas była świadoma. Ja także. Wszystko widziałem, musiałem, kazali mi. Jej niebieskie oczy wbijały się we mnie, dostrzegłem w nich rozpacz, strach, żal. W moich była wściekłość. I bezradność. Nic nie mogłem zrobić, pozostało mi jedynie patrzenie. O to im przecież chodziło. To była ich broń. Doskonała.

Bo zrozumiałem jedno.

Nie mogę nigdy nikogo pokochać, nikt nie może być dla mnie ważny, być mi bliski. Ściągam jedynie ból, okrucieństwo, zło w czystej postaci. Jestem złem, cholernym Diabłem, który zasługuje tylko na to, aby smażyć się w tym piekle na ziemi sam, zawsze sam, bez zobowiązań, bez życia, bez miłości.

Nie zasługujesz na nic, Danielu Rokito!

Teraz… patrząc w jej zrozpaczone oczy, widząc, co robią z nią te bydlaki, zrozumiałeś.

Zostaniesz sam.

Na zawsze.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Rozdział 1

Kochał hajsy,

Grube kochał poranki,

Po wódzie kochał jej pośladki

Duże.

I gdy melanż wczorajszy trwał dużej,

Kochał talie,

Znaczone kochał batalie,

Z alkoholem kochał Marię,

We wtorek kocha Natalię,

Wieczorem kocha mercedesy.

To jasne.

PRO8L3M, Hack3d by GH05T 2.0

Gabriel był niesamowicie wkurwiony. Wszystko spadało na niego w szalonym tempie. Przetasowanie góry, nowy układ z Wołkowem, planowany ślub z Kaliną i spalenie Machiny. Za dużo nawet jak na faceta, który potrafił sobie radzić z najgorszym gównem. Dlatego sprawę klubu wziąłem na siebie. Boss musiał się teraz skupić na ślubie ze swoją małą. A to była niezła przeprawa!

– Kurwa, ona mnie doprowadzi do apopleksji. – Gabriel siedział w Inter Fit.

Właśnie skończył rozmawiać z narzeczoną.

– Co się dzieje? – spytałem spokojnie, chrupiąc orzeszki.

– Nie ma tego tortu, który chciała zamówić – zaczął tłumaczyć. – Organizatorka, której Kalina chyba za bardzo nie lubi, wysłała jej jakiś inny, ale ona go nie zaakceptowała, bo jest, kurwa, za niski i nie ma jakichś pierdolonych kwiatków. – Wyglądał na sfrustrowanego.

– Aha. – Nadal zajadałem swój przysmak.

– Ty się ciesz, że nie masz takich problemów. Nie przypuszczałem, że z mojej Kalinki taka cholerna perfekcjonistka.

– Czy ja wiem. Raczej wie, czego chce.

– No co ty? – Gabriel oparł się o biurko i zapatrzył na mnie. – Słuchaj, pogadaj z tą swoją Ewką.

Drgnąłem tak, jakby mój szef walnął mnie z półobrotu w splot słoneczny.

– Ona nie jest żadna moja – mruknąłem.

– Nieważne. Pracuje w tej cukierni czy coś. Może ma jakieś znajomości. Kurwa, żeby w Poznaniu nie można było zamówić cholernego tortu! Ja pierdolę, może zainwestujemy w ten biznes?

– Lubisz cukiereczki, co, Anioł? – Uśmiechnąłem się.

– Chyba ty – odciął się. – Pogadasz z Ewką?

– Nie wiem, czy ona będzie chciała gadać ze mną – odparłem ponuro.

– A musisz być dla niej taki niemiły?

– Daj spokój, szefie. Jestem miły jak sraczka w Boże Narodzenie.

– Właśnie o tym mówię. – Kiedy zadzwoniła komórka Gabriela, nachmurzony zerknął na wyświetlacz, ale gdy zobaczył, kto dzwoni, szybko odebrał. – Co tam, mała? – W jego głosie pojawiły się ciepłe tony.

Uśmiechnąłem się, pokręciłem głową i dałem znać, że wychodzę. Słyszałem tylko nieco zirytowany głos przyjaciela:

– Ale jakie jedwabne obrusy? Jak to nie ma? Kalina, chcesz, żebym tam przyjechał i zastrzelił szefa tej hurtowni?

Kiedy zszedłem na dół, Gajor warował przy recepcji i świrował z nową dziewczyną, która zmieniała Marzenę. Klub był teraz czynny całą dobę, więc potrzebowaliśmy więcej ludzi. Spojrzałem na chłopaka. Od razu zakończył tokowanie i podszedł do mnie.

– Co jest, szefie? – zapytał.

– Weź dwóch żołnierzy, przejedziemy się.

– Tak jest.

Poszedłem na parking, po chwili pojawił się tam Gajor z dwoma młokosami. Odkąd dwa miesiące wcześniej zjarała się Machina, obiecałem sobie, że przypilnuję odbudowy klubu, i właśnie to robiłem. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, niebawem na nowo otworzymy naszą ulubioną miejscówkę. Ale nie to było najważniejsze. Musiałem znaleźć tych, którzy byli odpowiedzialni za podpalenie. Gabriel oczywiście podejrzewał Lampę, ale musiałem mieć pewność. Nie wrzucę bossa na jakąś jebaną minę.

Gajor usiadł za kierownicą, ja obok, a dwa smrody z tyłu. Spojrzałem na nich, byli podjarani jak drugoklasista w dzień komunii, wiedząc, że zaraz dostanie iPhone’a.

– Tylko ma być spokój – warknąłem.

– Tak jest, szefie – powiedział niski, napakowany rudzielec.

– Jaki masz pees[1]? – zapytałem.

– Rudy, szefie.

Uśmiechnąłem się.

– No, kurwa, oryginalnie. A ty? – Zerknąłem na drugiego.

Był mniej więcej mojego wzrostu i miał fryz jak u tego gościa z serialu Gomorra, który kiedyś katowaliśmy z Aniołem. Włosy wygolone po bokach, a przez środek krótki irokez.

– Fabio.

– Od czego to? – Byłem ciekaw.

– Bo mam na nazwisko Bokserski.

– To czemu Fabio? – Odwróciłem się i patrzyłem na kolesia zdumiony.

– No bo bokser to pies, nie, szefie? No i był taki serial z Dorocińskim, Pitbull, nie, szefie? No i on tam grał psa. Znaczy gliniarza, nie, szefie? No i mówili na niego Fabio. No i właśnie dlatego, szefie. – Wygolony zapalił się do tłumaczenia jak prawiczek do kurwy. A poza tym nie znał polskiej kinematografii.

– Fabio to był w Ogrodzie Luizy, geniuszu. Filmy ci się pojebały – prychnąłem.

– Ale jak to, szefie? – Chłopak był zdezorientowany. – Ale tam grał Dorociński…

– W jednym filmie grał? – Zerknąłem na niego.

– Ale…

– Dobra, starczy! – Uniosłem dłonie i dałem znak, żeby zamknęli ryje.

Spojrzałem na Gajora, który przepychał się przez poznańskie korki i uśmiechał pod nosem.

– Skąd ich wziąłeś? – zapytałem.

– Z Grunwalda. – Wzruszył ramionami.

– A – pokiwałem głową – to wszystko jasne.

– Super, szefie, że jedziemy na Lampę. – Bokser, czy tam Fabio albo inny chuj, miał chyba problem z trzymaniem gęby na kłódkę.

I nie słuchał, co się do niego mówiło. Zerknąłem bokiem na Gajora, ten westchnął i zjechał w zatoczkę na przystanku.

– A czemu stanęliśmy? – zapytał chłopak.

– Żebyś się, kurwa, zamknął… – Gajor pokręcił głową i pogłośnił muzykę.

Rap dudnił na całej ulicy.

Wysiadłem, popatrzyłem na siedzącego z tyłu Boksera i nakazałem mu gestem, żeby wyszedł z samochodu. Widziałem, jak gapią się na nas ludzie stojący na przystanku.

– Co jest, szefie?

Podszedłem do niego bardzo blisko. Rzeczywiście byliśmy równi wzrostem.

– Powiedz mi, Bokser, chciałbyś mieć laskę, która nieprzerwanie miele jęzorem i nie może się zamknąć?

– Eee… co? – Gapił się na mnie, zdezorientowany.

– Chujów sto! Jeśli pokazuję tak – uniosłem dłoń – to znaczy, że masz zamknąć ryj!

– Ja…

– Czego, kurwa, nie pojmujesz? Chcesz jechać w bagażniku? – Zmrużyłem oczy.

– Nie, szefie. – Chłopak opuścił głowę i wyglądał tak, jakby stał przed tablicą i ni chuja nie kumał nic z tego, co się mu tłumaczy.

– Jak zrobię tak, to co? – Uniosłem dłoń.

– Zamykam ryja.

– Albo?

– Ląduję w bagażniku – powiedział karnie.

– No. Do budy! – Kiwnąłem głową w stronę beemki.

Bokser wsiadł i teraz wydawał się mniejszy niż jego rudy koleżka.

Okrążyłem samochód i spojrzałem na gościa i starą babę, którzy gapili się na mnie i coś mruczeli pod nosem. Przewróciłem oczami i rzuciłem głośno:

– Ach, to młodsze rodzeństwo!

Wsiadłem, a Gajor ruszył z kopyta. Wyłączyłem muzykę i powiedziałem powoli:

– Słyszysz, Gajor? – Uniosłem palec.

– Co, szefie? – Jak zawsze był spokojny, żeby nie powiedzieć flegmatyczny.

Co było jebanym oksymoronem. Spokojny Gajor. Niejednokrotnie widziałem go w akcji i za chuja nie było w nim nic spokojnego.

– Ciszę… – wyszeptałem.

– Tak jest, szefie.

– No, a teraz wieź mnie do tego małego kutasa.

Lampa był kurduplem i miał w związku z tym jakiś kompleks. Nosił sportowe najki z prawie dziesięciocentymetrową podeszwą, a i tak mógł się schować pod moim ramieniem. Zawsze lubiłem mu dokuczać. A on się wkurwiał. Koleś, który zarządza chłopakami, nie powinien się wkurwiać za każde przypomnienie, że jest mniejszy od szlabanu. Ale cóż. Pewnie wszystko miał krótkie.

 

Kiedy spłonęła Machina, tego przykurcza nie było w mieście, a straż pożarna jako przyczynę pożaru podała spięcie w instalacji elektrycznej na zapleczu. My jednak wiedzieliśmy swoje. Lampa był jedyną osobą w Poznaniu, która miała problem z tym, że opanowaliśmy centrum, i od zawsze chciał wskoczyć na miejsce Anioła. Pojebało go, jeśli ośmielał się o tym choćby marzyć. To było nie do zrealizowania. Anioł miał rządzenie we krwi, poza tym wywalczył sobie miejsce na górze. A przykurcz mógł co najwyżej kierować budami z kebabem i tym swoim śmiesznym klubikiem ze striptizem. Trochę nas jednak przyhamował i niepotrzebnie ściągnął uwagę gliniarzy. Oczywiście mieliśmy ubezpieczenie i inne takie, ale chodzi o sam fakt. Chujek chciał pokazać, że liczy się na mieście. A dla nas liczył się tak samo jak moje zużyte kondomy. No ale wkurwił mojego kumpla, a ja nie lubiłem, jak Anioł chodził wkurwiony, bo wówczas zawsze gdzieś lała się krew. Nie lubiłem też krwi. Chyba że to ja biłem, wtedy to całkiem co innego.

Dojechaliśmy na Garbary, do tej zasranej Czekolady. Żołnierze Lampy stali przed wejściem niczym warujące psy. Wysiedliśmy z Gajorem. Obejrzałem się na Rudego i Fabio-Boksera.

– Pilnujcie auta. Nieciekawa dzielnica – rzuciłem głośno.

Napuszyli się i stanęli przed beemką, a dwaj żołnierze Lampy także zdawali się puchnąć. Podszedłem do drzwi, a gnojki stały i nie zamierzały się odsunąć.

– Wyjazd, chłopczyku. Nie wiesz, kim jestem? – spytałem zimnym tonem.

– Ale szef kazał…

– Uwierz mi, kiedy twój szef – to słowo prawie wyplułem – dowie się, że nie wpuściłeś pana Diabła, mały fiut będzie najmniejszym z twoich problemów.

– Co? – Patrzył na mnie tak, jakby jego dwie synapsy rozpoczęły samotną wędrówkę, aby w końcu się spotkać.

Kiedy zmarszczył czoło, pokiwałem głową.

– No, brawo, niczym Wielki Wybuch! – pochwaliłem.

– Co? – powtórzył.

– W piździe szkło! Wołaj Lampiona!

Koleś wparował do środka, ale natknął się na szefa, który zapewne widział nas w kamerach. Lampa wyszedł na schody i spojrzał na ochroniarzy.

– No, kurwa, uczycie się czasami czy nic? – Pokręcił głową z niesmakiem i spojrzał na nas. – Zapraszam, pewnie tęsknicie za dobrym klubem.

– Jak za zatwardzeniem – mruknąłem do Gajora, który swoim zwyczajem powoli szedł za mną z rękami splecionymi na piersi.

Weszliśmy do środka, było spokojnie, jakieś dwie dupy kręciły się na rurach, sześciu grubasów siedziało w loży, piło wódkę i rechotało, ocierając spocone ryje. Z niesmakiem pokręciłem głową.

– Widzisz, Gajor, ludzie o siebie nie dbają. I potem trafiają właśnie do takich knajp.

– No, szefie, widzę – przytaknął.

– Diabeł, przyszedłeś mnie obrażać? – Lampa spojrzał na mnie zaczepnie.

– Ależ skąd. Jestem po prostu zwolennikiem zdrowego trybu życia. – Rozparłem się wygodnie w loży.

– Dobra, czego chcecie? – Lampa usiadł naprzeciwko.

Gajor stał przy mnie, a przy tamtym kutasie ustawiło się dwóch karków z wyrazem twarzy wskazującym, że tęsknią za rozumem.

– Wiesz, że centrum jest nasze – zacząłem.

– A kto tak…

– Przestań się puszyć – przerwałem mu – nie jesteś jebanym pawiem. Centrum jest Anioła i wszyscy o tym wiedzą. To dlaczego nasz człowiek spotkał tam waszych trzech biegaczy?

– Nie macie już Machiny. – Lampa uniósł brew.

– Zadzierasz z górą? Serio? Jesteś samobójcą czy debilem?

– Słuchaj, jak przychodzisz do mojego… – zaczął, ale znów nie dałem mu skończyć.

– Jeśli wchodzisz na nasze podwórko, to musisz wiedzieć, że poniesiesz konsekwencje. Trzech twoich chłoptasi zostało skonfiskowanych. Razem z towarem.

Lampa się poderwał, a jego goryle od razu ustawili się w pozycji atakującej.

– Co, kurwa?

– Naucz się w końcu rządzić swoją częścią podwórka, bo inaczej tutaj też wejdziemy. Co prawda nie wiem, czy Anioł chciałby się tu choćby wysrać, ale zawsze można zburzyć tę spelunę.

– Kiedyś przyjdzie na ciebie pora, Diabeł. I nie będziesz już taki mądry – warknął. – To, że zostałeś kapitanem…

– Ale ty jesteś tępy. To nie ma znaczenia. A wiesz, co ma? – Pochyliłem się nad nim, kurdupel patrzył na mnie z dołu, a ja chciałem pociągnąć mu z bani i zgasić na jakiś czas światło. Ale dzisiaj przyszliśmy tylko pogadać. – Jestem Diabeł. I piekło mi niestraszne. Pytanie: czy ty jesteś gotowy, żeby tam zajrzeć?

Potem kiwnąłem na Gajora i wyszliśmy z tego lokalu o wątpliwej liczbie gwiazdek.

Gdy podeszliśmy do samochodu, dwaj młodzieńcy, których tam zostawiliśmy, grzecznie przy nim warowali.

– I ładnie. Elegancko. Wsiadamy, dziewczęta – powiedziałem z uśmiechem.

Gdy ruszyliśmy spod Czekolady, zerknąłem na zegarek i wiedziałem, że muszę załatwić kolejną sprawę.

– Gajor, podjedziemy w jeszcze jedno miejsce. – Westchnąłem, bo wcale się do tego nie rwałem.

I nie chodziło o sam lokal, ale o osobę, którą tam spotkam.

– Dokąd, szefie?

– Karmelkownia na Półwiejskiej. Muszę tam coś załatwić. – Oparłem się łokciem o szybę, wyjąłem orzeszki w czekoladzie i zacząłem je gryźć, czując jednocześnie strach i nieznośne oczekiwanie.

* * *

Miałam dzisiaj sporo na głowie, zamówienia, rozliczenia, faktury. Mój parszywy szef wszystko na mnie zrzucał, a że dawałam sobie doskonale radę, wykorzystywał to na każdym kroku. W dodatku na swoją zmianę nie przyszła Sandra, moja współlokatorka, której synek się rozchorował, musiałam więc obsługiwać klientów i odwalać papierkową robotę. Na szczęście nie było też szefa, czyli pana Jarosława Koszyckiego, jak kazał do siebie mówić. Jakby był jakimś hrabią, a nie jedynie właścicielem kilku cukierni. Miał o sobie wysokie mniemanie i traktował ludzi jak poddanych. Już dawno chciałam się zwolnić, ale płacił całkiem nieźle, ja potrzebowałam forsy, a do tego… Sandra błagała, żebym jej nie zostawiała.

Od sierpnia dzieliłyśmy mieszkanie w kamienicy na Nowowiejskiego i przez ten czas zdążyłam się zaprzyjaźnić zarówno z nią, jak i z jej synkiem. Była samotną matką, Marek miał pięć lat i często chorował. Jego ojciec, a właściwie dawca spermy, gdy tylko się dowiedział, że Sandra jest w ciąży, zawinął się do Irlandii i tyle go widzieli. Tak samo jak alimenty. Sandra pochodziła z małej wioski pod Poznaniem, miała sześcioro młodszego rodzeństwa i jak na swoją sytuację całkiem nieźle sobie radziła. Byłam pewna, że szef z nią sypia, bo raz czy dwa razy w tygodniu zostawiała mi Marka pod opieką i późno wracała ze swojej zmiany. Koszycki ją wykorzystywał, o tym także byłam przekonana. Wielokrotnie namawiałam Sandrę, żebyśmy razem rzuciły tę robotę, ale ona bała się, że nie znajdzie nic innego. A poza tym… może kochała tego dupka? Sama nie wiem. Prosiła mnie, żebym jej nie zostawiała. Rozumiałam ją. Wiedziałam, jak to jest, gdy człowiekowi wali się cały świat i nie ma przy nim ani jednej przyjaznej osoby. Chciałam pomóc tej dziewczynie. W jakiś pokrętny sposób liczyłam na to, że jeśli wyciągnę do niej rękę, może uzdrowię także siebie? Idiotyzm, ale jakoś musiałam trzymać się w ryzach.

Siedziałam więc w robocie po godzinach i cieszyłam się, że jestem sama. Bo szef często gapił się na mnie tak, że robiło mi się niedobrze. Miałam ochotę wcisnąć mu w ryj te wszystkie bułki i pączki z przedwojennego przepisu jego babci. Ale wytrzymywałam, bo do mnie nie wystartował z łapami. Miał szczęście, bo nie ręczyłam za siebie. Kiedy uporałam się z fakturami, zadzwonił dzwonek. Siedziałam na zapleczu, ale na kamerach miałam podgląd na część obsługową. Kątem oka dostrzegłam jakichś klientów. Czym prędzej weszłam za ladę i… poczułam, że gorąco ogarnia moje policzki. Daniel Rokita stał po drugiej stronie i patrzył na mnie zielonymi oczami. Blond włosy miał krótko obcięte, przez co wydawały się ciemniejsze niż w rzeczywistości. Miał na sobie czarny obcisły T-shirt, ciemne dżinsy, granatową marynarkę, wysokie skórzane buty i wyglądał jak pieprzona gwiazda rocka szykująca się na luzacki wywiad dla MTV. Przy drzwiach, tyłem do mnie, stał potężny gość, który obserwował okolicę. W oddali, przy samochodzie dostrzegłam jeszcze jakichś dwóch zakapiorów.

– Z kolegami z klasy przyszedłeś? – powiedziałam cicho, patrząc na mężczyznę stojącego po drugiej stronie lady.

– Oni drugoroczni. – Przewrócił oczami. – Ja jestem prymusem.

– W to nie wątpię – mruknęłam. – Czym mogę służyć?

Coś błysnęło w jego oczach. Byłam pewna, że zaraz usłyszę jakiś złośliwy tekst, może nawet dwuznaczny, odpowiem i znów zaczniemy tę grę, która do niczego nas nie zaprowadzi, bo on jak zwykle się wycofa. Zawsze tak robił. A ja potem przeklinałam się w myślach, że ponownie dałam się wmanewrować w coś, co za każdym razem dawało nadzieję i raniło jednocześnie. Pieprzona masochistka. Brawo ja!

– Macie torty? – zapytał.

– Jakie?

– Ślubne.

– Żenisz się?

Daniel parsknął.

– To nigdy nie nastąpi, Ewuniu.

– Nie mów do mnie Ewuniu. – Sięgnęłam po katalog ciast i tortów. – Tutaj są torty ślubne.

– To dla Kalinki – wyjaśnił. – Czy możesz jej przygotować coś, co sprawi, że będzie szczęśliwa? Bo jak ona się uśmiechnie, to Anioł odetchnie i nie będzie się przypierdalał.

– Oczywiście myślisz tylko o sobie. – Zmrużyłam oczy.

– Zawsze, Ewuniu.

– To widać. – Zabrałam katalog.

Dostrzegłam jakiś żal w jego oczach. Nie rozumiałam tego kolesia. Jak zwykle.

– Przygotuję ofertę. Jutro i tak widzę się z Kaliną, więc to załatwię – powiedziałam.

– I świetnie. Nie jestem pieprzonym cukiernikiem.

– Ale lubisz słodkości.

Daniel pochylił się i złapał mnie za łańcuszek, który wisiał na szyi. Przysunął usta do mojego ucha.

– Dlatego lubię ciebie, Ewuniu – szepnął.

Odsunęłam się gwałtownie i łańcuszek z wisiorkiem w kształcie łzy się zerwał.

– Och… – Złapałam się za szyję.

– Sorry, Ewa, naprawię to. – Zanim zdążyłam zabrać swoją własność, schował łańcuszek do kieszeni.

– Tego nie da się naprawić… – odparłam.

Zmarszczył czoło i utkwił we mnie wzrok. Nie chciałam pokazywać przy tych facetach, co czuję. Ale nagle… wszystko wróciło.

– Wyjazd! – warknął Daniel do swojego człowieka.

Ten natychmiast wyszedł, powiedział coś do dwóch pozostałych i wszyscy wsiedli do auta.

Daniel podszedł do drzwi i przekręcił zamek. Obszedł ladę, złapał mnie za ramiona i przyciągnął do siebie.

– Co jest, Ewa? – zapytał z troską.

– Nic.

– Czy kiedyś wyjaśnisz mi, co jest grane?

Odsunęłam się, bo dotyk jego dłoni na moich nagich ramionach wprost palił. Uniosłam głowę i spojrzałam mu w oczy.

– Nie – powiedziałam smutno. – Bo ciebie i tak nie ma, Diabeł. Zawsze znikasz. Uciekasz. A ja nie mam do tego siły.

Cień przebiegł przez jego twarz. Opuścił ręce, zacisnął dłonie w pięści. Oddychał ciężko. Miałam wrażenie, że zaraz albo coś rozwali, albo zacznie mnie całować, albo… sama nie wiedziałam co.

Pochylił się lekko i pokiwał głową.

– Masz rację, Ewuniu. Uciekam. Ale to dlatego, że jesteś dla mnie ważna. Uwierz mi, nie chciałabyś, abym znalazł się zbyt blisko.

Odwrócił się, a po chwili usłyszałam szczęk zamka, dzwonek, trzaśnięcie drzwi.

Daniel Rokita.

Diabeł.

Moje cholerne przekleństwo!

Niech go szlag!

[1] Pseudonim [wszystkie przypisy pochodzą od autorki].