Randka z Hugo BosymTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Randka z Hugo Bosym
Randka z Hugo Bosym
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 70,90  56,72 
Randka z Hugo Bosym
Randka z Hugo Bosym
Audiobook
39,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Jagódko, byłabyś piękną druhną – namawiała.

– Kochanie, nie wbiję się w seledynową suknię, nie ma mowy. Będę wyglądać jak zupa z selera.

– Ależ co ty mówisz?!

– Proszę cię. Poza tym doskonale wiesz, że nie lubię, jak ludzie się na mnie gapią.

– Nie wiem dlaczego. Gapią się, bo jesteś śliczna.

– Yhym, jak lampa elektryczna. Zostawmy to, proszę.

I zostawiła. Cieszyła się, że przyjadę na ślub, wyrwę się z pracy i przestanę rozpamiętywać mój niedawny błąd wiadomo z kim. I chyba miała rację. Bo co najmniej od wczoraj nie myślałam o Janie Andrzeju Kosie. Za to zbyt dużo czasu poświęcałam na przypominanie sobie każdej sekundy spędzonej w pobliżu pewnego przystojniaka z pięknymi oczami. I czułam się z tym dobrze. Właściwie ostatni raz czułam się tak w liceum, kiedy zafascynował mnie Paweł z trzeciej a. Był wysoki, grał na gitarze i wszystkie dziewczyny, zwłaszcza z pierwszej klasy, do niego wzdychały. Gdy przechodziłam korytarzem, a jego wzrok na chwilę padł na mnie, nie spałam po nocach, tylko wspominałam te jego niebieskie oczy. Oczywiście nic z tego nie wyszło. Paweł skończył liceum i więcej go nie spotkałam. Ale teraz czułam właśnie takie dziwne coś, gdzieś w okolicach brzucha. Fajne to było, nie ma co! No i ten od taksówki też ma niebieskie oczy… Dobra, stop, zapędzam się, zupełnie nie wiedzieć czemu.

Teraz, po wszystkich nerwowych telefonach, szalonej jeździe do Sopotu po stroiki, poszukiwaniu pani, która miała je zrobić, a akurat zamknęła pracownię i poszła na obiad, z powrotem wylądowałam w hotelu. Ubrałam się w tunikę, zrobiłam sobie zdjęcie w lustrze i wysłałam przyjaciołom. Otrzymałam trzy zwrotne esemesy o nader wymownych treściach:

„Piękna i drapieżna, seksi!” – Ten był od Aśki.

„Prześlicznie i smakowicie, baw się dobrze!” – To Daria.

„Wrrrrr, mniammmm, bierz ich, zajebista Boróweczko!” – Oczywiście Maciek.

Uśmiechnęłam się, wezwałam taksówkę pod hotel i czekałam. Esemesy od przyjaciół zawsze mnie rozbawiały, a także sprawiały, że świat stawał się piękniejszy. Nawet jeśli pisali tylko dlatego, że się przyjaźniliśmy, było mi miło i zdecydowałam, że to będzie smakowity, zajebisty i, jeśli się uda, także seksowny wieczór!

Dotarłam do kościoła krótko przed siedemnastą, usiadłam w przedostatniej ławce i czekałam na wejście Ilonki. Pan młody denerwował się przy ołtarzu w towarzystwie świadka, swego brata. Ilona zdecydowała się na ślub w stylu amerykańskim – do ołtarza prowadził ją ojciec, a za nią miały iść trzy druhny w identycznych sukienkach. Wiedziałam, jaką suknię ma moja przyjaciółka, wyglądała w niej zjawiskowo. Wiedziałam także, że to będzie piękna uroczystość. I taka była. Kościół pękał w szwach, panna młoda była śliczna, pan młody – przystojny, oboje wyglądali na nieco zdenerwowanych, ale w ten uroczy, ujmujący sposób. Tak świeży i prawdziwy. Ksiądz miał poczucie humoru i kilka razy rozluźnił atmosferę, kiedy młodzi nieco się zestresowali. Po wszystkim, gdy wyszli już na zewnątrz, zostali obrzuceni przez gości drobniakami i ryżem. A potem nastąpiła długa ceremonia składania życzeń i wręczania prezentów, czyli kopert z pieniędzmi. Goście zamiast kwiatów mieli przywieźć karmę dla zwierząt, którą państwo młodzi postanowili przekazać do schroniska. Ja także kupiłam worek, który teraz ciągnęłam po ziemi. Zauważyłam, że większość gości przyniosła małe saszetki, a ja, jak idiotka – ośmiokilowy wór. Wcześniej poprosiłam taksówkarza o wniesienie go do przedsionka świątyni. Ale teraz ciągnęłam go, wypinając się na gości w mało estetycznej pozie. Byłam niezrównana w kompromitacjach. Nagle poczułam, że mój worek z karmą zaczyna lewitować.

– To już zakrawa na stalking. Bo to nie może być przypadek – wybrzmiał mi koło ucha znajomy głos.

Wyprostowałam się i… no oczywiście. Facet z taksówki trzymał pod pachą mój wór z karmą. Za nim stała ładna blondynka i wpatrywała się we mnie z zainteresowaniem.

– Aaa, eee…

Ryba wyciągnięta z wody wyglądałaby zapewne inteligentniej niż ja w tej chwili.

– Zaniosę go do drużby. Przecież pani zaraz dostanie przepukliny.

Facet bez trudu zaniósł karmę do przeznaczonego na ten cel pudła i gdy wracał, spojrzał na mnie tak, że zrobiło mi się jakoś dziwnie tu i tam. Blondynka podążyła za nim. A ja… no cóż… Najchętniej uciekłabym z tego ślubu.

Ilonka wyściskała mnie, podziękowała za prezent i zaprosiła na przyjęcie. Więc zamiast uciec, wsiadłam do autobusu weselnego i pojechałam do hotelu, w którym nocowałam, w nadziei, że może facet z taksówki jest dalszym znajomym i nie będzie gościem weselnym. Ale po wejściu do sali bankietowej od razu go zobaczyłam, jak stał i gapił się na mnie bez skrępowania. Naprawdę nie miał ani krzty godności. Był tu przecież z dziewczyną!

Krótko przed północą, kiedy impreza prawie osiągnęła apogeum, wyrwałam się z rąk wujaszka pana młodego, który wymęczył mnie w dzikich hołubcach, i próbowałam wydostać się z parkietu. Ale nie było mi to dane.

– W końcu udało mi się do pani dostać. – Znajomy głos zatrzymał mnie w miejscu. – Zatańczy pani ze mną?

Spojrzałam na niego. Był troszkę wstawiony, uśmiechał się. Wyglądał świetnie w granatowych spodniach od garnituru, błękitnej koszuli i krawacie we wzorki z domieszką granatowego i czerwonego. Marynarkę już zdjął, rękawy koszuli podwinął, ukazując śniade umięśnione przedramiona, naznaczone grubymi żyłami. Przez chwilę zastanawiałam się, czy gdybym dotknęła ich ustami, poczułabym pulsowanie krwi… Jezu, byłam nienasyconą wampirzycą, która nie uprawiała seksu od jakichś sześciu miesięcy!

Odzyskałam zdolność funkcjonowania, skinęłam głową i przyjęłam zaproszenie.

Zaczęliśmy wolno krążyć w rytm muzyki. Jego umięśnione ramię lekko się napięło pod dotykiem moich palców, a ciepła dłoń mocno przywarła do moich pleców. Znowu poczułam to niesamowite doznanie, wędrujące gdzieś od podbrzusza aż do gardła. Co tu dużo mówić: byłam napalona. A ten facet cholernie mi się podobał.

– A gdzie pana dziewczyna? – zapytałam, żeby ochłonąć.

– Troszeczkę za dużo wina i za mało rosołu. I to nie była moja dziewczyna. Po prostu nie miała pary, ja też nie, więc Ilonka i Adrian poprosili mnie, żebym jej towarzyszył.

– Ach tak.

– Cieszy to panią?

Patrzył na mnie spod przymkniętych powiek. Miałam wrażenie, że mnie obserwuje. Z wielką uwagą. Przełknęłam ślinę.

– Jest mi to zupełnie obojętne – zabrzmiałam beznamiętnie i tylko ja wiedziałam, jak wiele mnie to kosztowało.

Oczywiście, że miało to znaczenie, że gość jest sam. Przede wszystkim dlatego, że nie chciałam, aby jakakolwiek kobieta poczuła się przeze mnie źle. A poza tym facet mi się podobał i sama przed sobą nie zamierzałam tego ukrywać.

– Lubi pani denerwować ludzi.

– Tylko niektórych.

– Mnie na pewno.

– Skoro pana denerwuję, to już dłużej nie zamierzam. Dziękuję.

Puściłam go i czym prędzej zeszłam z parkietu.

Czułam się dziwnie. Może to przez alkohol, może przez taniec, może przez taksujący wzrok tego faceta… Postanowiłam przejść się nad morze. Było ciepło, gwiazdy świeciły, wiał lekki wietrzyk. Gdy doszłam do plaży, byłam już trzeźwa. Usiadłam na murku i patrzyłam w morze, słuchając jego miarowego szumu.

– Czy w końcu powie mi pani, jak ma na imię.

Drgnęłam.

Usiadł obok i wpatrywał się we mnie z uwagą.

– Czy pan czasami słucha, co się do niego mówi? – Pokręciłam głową.

– Ależ pani jest nieznośna.

– To co pan tu robi?

– Lubię wyzwania.

– Proszę mi wierzyć, nie będę pana żadnym wyzwaniem. – Zaśmiałam się sucho.

– To się okaże. A więc? Jak ma pani na imię?

Wiedziałam, że się na mnie gapi. Naprawdę czułam się przy nim… dziwnie.

– Mówiłam.

– Naprawdę? – Zmarszczył brwi, jakby coś sobie przypominał. Spojrzał na mnie ponownie i tym razem w jego oczach dostrzegłam zaskoczenie. – Jagoda?

– Tak, Jagoda. Jagoda Borówko. – Wyciągnęłam rękę, którą on czym prędzej ujął.

– Nie żartuje sobie pani ze mnie?

– Ależ skąd!

– No dobrze… – odparł z ociąganiem. Nie był pierwszą osobą, która w ten sposób reagowała na moje imię i nazwisko. – Bardzo smakowicie się nazywasz.

– A ty?

Skoro już przeszliśmy na mniej oficjalną formę, ja także zamierzałam się czegoś o nim dowiedzieć.

– Ja?

– Tak.

Drgnął mu kącik ust. Mocniej ścisnął moją dłoń, którą wciąż trzymał.

– Hugo Bosy.

– Jasne.

Przewróciłam oczami, wyrwałam rękę i zamierzałam zeskoczyć z murku. Przytrzymał mnie. Czułam jego duże dłonie na mojej talii.

– Dlaczego ja mam ci wierzyć, a ty mi nie?

– Hugo Bosy? Może Hugo Boss?

– Nie, tak jak powiedziałem. – Uśmiechnął się.

W prawym policzku zrobił mu się dołeczek.

Jasna cholera! Czułam, że brakuje mi powietrza.

– A więc tak się nazywasz.

– Tak właśnie – przytaknął.

– To jest… bardzo… – zaczęłam.

– Śmieszne? – przerwał mi. – Dziwne?

– Niespotykane.

Spojrzeliśmy na siebie i wybuchliśmy śmiechem. Wreszcie zdjął ręce z mojej talii, co odnotowałam nie bez żalu. Patrzyliśmy w stronę morza. Chmury odsłoniły księżyc i widzieliśmy łagodne fale w jego poświacie.

– Skąd znasz państwa młodych? – spytałam po chwili.

Nasze milczenie nie było niewygodne. Po prostu siedzieliśmy na murku, machaliśmy nogami i patrzyliśmy w dal. Całkiem romantycznie.

– Znam Adriana, jeszcze z warszawskiego podwórka. Potem on wyjechał do Trójmiasta, ale kontakt się nie urwał. Poza tym nasze matki się znają.

 

– Twojej mamy nie ma na weselu?

– Była zaproszona, ale nie przyjechała. Na szczęście.

– Ach tak…

Nie zamierzałam być wścibska, ale też nie chciałabym bawić się z moją matką na weselu przyjaciółki. Zaraz próbowałaby mnie swatać. Z kimkolwiek. Może oprócz księdza i pana młodego.

– A ty? Domyślam się, że Ilonka to twoja koleżanka? Widziałem, jak rozmawiałyście i pocałowała cię w policzek.

– Strasznie jesteś spostrzegawczy.

– Po prostu… bardzo mnie intrygujesz.

– Yhym… – Poczułam, że robi mi się gorąco.

– Nie lubisz komplementów? – Roześmiał się cicho.

– Czy ja wiem… Chyba nie umiem ich przyjmować. – Wzruszyłam ramionami.

– Żaden facet ci ich nie mówił?

Zastanowiłam się. Jan Andrzej Kos za szczyt komplementu uważał zdanie: „Ale się pięknie pocisz!”, które wypowiedział, kiedy poszłam z nim na jego siłownię (zdarzyło się to dwa razy) i wyciskałam z siebie siódme poty na zasranym rowerku. Cudowny komplement! Miałam ochotę wyrwać kierownicę i walnąć go nią w łeb.

Milczałam, a Hugo Bosy (cholera, nie mogę mówić o nim w ten sposób!) westchnął.

– Jeśli naprawdę nie mówił, to był debilem – szepnął.

– Ano był. – W tym wypadku mogłam się zgodzić.

– Rozumiem, że to czas przeszły dokonany?

– Czy ty mnie przesłuchujesz na okoliczność mojego stanu cywilnego? – Uniosłam brew.

– Lubię wiedzieć, na czym stoję.

– W tej chwili siedzisz.

– Czepiasz się szczegółów. Zawsze tak masz?

Założył ramiona na piersi, zwrócił się w moją stronę i intensywnie się we mnie wpatrywał. Czułam jego uważny wzrok i znowu zrobiło mi się gorąco. Przy nim zachowywałam się, jakbym miała menopauzę. Jezu, co ja mówię!

– Czy nie możesz siedzieć spokojnie i patrzeć na morze? – westchnęłam.

– Mogę. A może sprawdzimy, czy woda jest mokra?

– Co?

Zanim zdążyłam zareagować, zrzucił buty i skarpetki, podwinął nogawki i wziął mnie na ręce.

– Natychmiast mnie postaw! – krzyknęłam.

– Zawsze chciałem to zrobić.

– Co takiego?

– Kąpać się nago przy świetle księżyca.

– To się kąp. Ale mnie zanieś z powrotem.

– Tchórzysz.

Patrzył na mnie z bliska. Światło księżyca odbijało się w jego oczach i było tak obrzydliwie romantycznie, że nie wiedzieć czemu, odparłam:

– Pływam bardzo dobrze.

– To świetnie. Uwaga, stawiam cię!

Delikatnie postawił mnie na mokrym piasku. Zzułam buty i zaczęłam rozpinać sukienkę. Uśmiechnął się kącikiem ust i rozpiął koszulę. Zrzucił ją i… oczywiście. Musiał mieć te cholerne mięśnie brzucha i bioder układające się w literkę V. Jakżeby inaczej. Udawałam, że nic nie zauważam. W sumie nie wiem, po co się tak krygowałam. Stałam przed obcym facetem w koronkowej bieliźnie i samonośnych pończochach, a on bezczelnie się na mnie gapił.

– Jezu… – wyjąkał.

Nie powiem, było mi miło. Poczułam… żar. Podniecenie. Pomyślałam, że co mi tam! On jest przystojny, apetyczny, a ja dawno nie miałam faceta. Zrolowałam pończochy, starając się robić to z wdziękiem, ale w miarę szybko. Cały czas patrzył na mnie, ale po chwili był już w bokserkach, które… zrzucił i pomknął do wody. Wysoki, z szerokimi ramionami, świetnie zbudowany, z kształtnym tyłkiem. Kurwa! Dzieło sztuki! Zaczerpnęłam głęboko powietrza, pozbyłam się bielizny i pobiegłam za nim, przytrzymując piersi. Woda była zimna, ale zanurzyłam się po szyję. Podpłynął do mnie. Uśmiechał się, jego oczy błyszczały.

– Gdy cię dzisiaj ujrzałem… tam… przy dworcu…

– Przestań. Nie wierzę w romantyczne bajki. Kto ostatni przy boi, ten głupek!

Ruszyłam pięknym kraulem. Pływałam od piątego roku życia, w liceum wygrałam kilka ogólnopolskich zawodów. Potem na wiele lat rozstałam się z wodą – pochłonęła mnie praca, zwykła proza życia, zapomniałam, że to może być doskonała metoda na stres. Dopiero dwa lata temu znowu zaczęłam pływać. Teraz… to była dla mnie ucieczka od świata. Gdy się zanurzałam, gdy byłam pod wodą, świat przestawał istnieć. A ja przez chwilę wracałam do przeszłości.

Hugo mnie wyprzedził i pierwszy znalazł się przy boi. Roześmiał się i nagle zanurzył. Zniknął z powierzchni. Zaczęłam go wołać. Strach ścisnął mi gardło. Wspomnienie z przeszłości niemal mnie sparaliżowało. Złapałam się bojki i krzyknęłam głośno:

– Hugoooo!

Nagle wynurzył się tuż obok i opryskał mnie wodą. Śmiał się. Ale gdy ujrzał przerażenie w moich oczach, natychmiast spoważniał.

– Hej, spokojnie, ja też świetnie pływam.

– Jesteś… idiotą! – warknęłam.

Przerażenie zaczęło ustępować miejsca złości.

– A to słyszałem kilka razy w życiu.

– Chyba za mało!

Wściekła, chciałam odpłynąć, ale złapał mnie w pasie i przyciągnął do siebie.

– Przepraszam – powiedział cicho.

Wpatrywał się we mnie. Czułam jego dłonie na ciele, widziałam oczy, które wpatrywały się we mnie tak, jakbym była jedyną kobietą na ziemi. Wróć. Byłam. Przynajmniej tu i teraz, w zimnym morzu. Niewiele myśląc, pocałowałam go w usta. Były chłodne i miękkie. Zanim zdążył zareagować, odepchnęłam się od niego i ruszyłam w stronę brzegu. Byłam zła i podniecona. To nie była dobra mieszanka, zwłaszcza przy takim facecie. Ale gdy znalazłam się na brzegu, on także już tam był. Bez słowa podał mi sukienkę. Sam też się ubrał, a potem mnie przytulił. Drżałam z zimna, a jego ciało otuliło mnie niczym ciepły koc, jego szerokie ramiona sprawiły, że poczułam się bezpiecznie. Dopadło mnie zmęczenie. I ogromne pragnienie. Niewiele myśląc, powiedziałam cicho:

– Chodźmy na górę.

Odsunął się i patrzył na mnie w milczeniu. Jego oczy zdawały się przewiercać mnie na wylot. Widziałam, że chciał coś powiedzieć, bo jego klatka piersiowa się uniosła. Spojrzał na moje usta i jego szczęki zapulsowały miarowo.

– Szybko – wyszeptał.

Pobiegliśmy w stronę hotelu. Było mi obojętne, czy kogoś spotkam, czy ktoś nas zobaczy. Chciałam tylko znaleźć się z nim w moim pokoju. Ale to on zabrał mnie do siebie. Okazało się, że ma pokój na tym samym piętrze co i ja, tylko na drugim końcu korytarza. Gdy wpadliśmy do środka, jego usta zmiażdżyły moje w dzikim, namiętnym pocałunku. Jego twarde ciało przygwoździło mnie do drzwi, a dłonie zacisnęły się na pośladkach. Miałam wrażenie, że zaraz oszaleję. Całowałam go równie intensywnie, a moje dłonie zawędrowały pod jego koszulę i błądziły po jego umięśnionym ciele. I nagle poczułam, że to wszystko jest jakieś irracjonalne. Nie znam go, nie wiem nawet, kim jest… Jezu, ja nie robię takich rzeczy! Zesztywniałam i go odepchnęłam. Spojrzał na mnie, zaskoczony, a podniecenie i żar w jego oczach sprawiły, że prawie ugięły się pode mną nogi.

– Zrobiłem coś nie tak? – zapytał.

– Nie, nie… ja… przepraszam.

– Co się stało, Jagoda?

– Ja… – Nie chciałam wyjść na idiotkę, która sama nie wie, czego chce. – Ja…

– Przepraszam, jeśli byłem gwałtowny, ale ty… Naprawdę nie wiem, co się…

– Ja… mam kogoś. Przepraszam! – Niemal załkałam.

Odsunął się i patrzył na mnie szeroko otwartymi oczami. Był zaskoczony. Otworzyłam drzwi i gdy wybiegałam, spojrzałam na niego po raz ostatni. W jego oczach było coś, co cholernie mnie zabolało… Rozczarowanie.

Wpadłam do pokoju i rzuciłam się na łóżko. Byłam idiotką. To pewne. Tak samo jak to, że nikogo nie miałam. Ale się bałam. Znałam go pięć minut, a już sprawił, że zaczynałam czuć coś, czego nie czułam nigdy wcześniej. Przenigdy. To była tylko chwila. Ale ja nie byłam na nią gotowa. Nie chciałam cierpieć. I wiedziałam, że rano muszę zniknąć. Nie mogłam go spotkać. Nie chciałam znowu widzieć bólu i rozczarowania w jego oczach. Choć nie wiem dlaczego, zależało mi, aby nie myślał o mnie źle.

Ale spieprzyłam to. Więc musiałam zniknąć.

Rozdział 2 To już lekka przesada!

happysad, Wpuść mnie!

We Wrocławiu czekał na mnie Maciek. Napisałam mu wiadomość, że wracam. Wiedział, że coś się stało. Czekał na mnie na peronie. Poczułam ulgę, gdy zobaczyłam jego wysoką postać.

– Co się stało? Nie chciałaś nic powiedzieć przez telefon – spytał z troską.

– Jestem taka głupia.

– Oho. Jedziemy do ciebie. Widzę, że musimy pogadać.

– Dobrze – zgodziłam się potulnie, a on tym bardziej utwierdził się w przekonaniu, że coś jest nie tak.

W domu zamówiliśmy obiad z dowozem, mój przyjaciel zrobił mi herbatę z malinami i usiedliśmy w fotelach w moim małym salonie. Opowiedziałam mu, co się wydarzyło w Gdyni, począwszy od pierwszej scysji koło taksówki, a skończywszy na mojej kompromitującej ucieczce z hotelu. I tłumaczeniu się Ilonce, że muszę wracać do pracy.

– Hmm… – Maciek patrzył na mnie jak na ciekawe zjawisko.

– Co „hmm”?

– W sumie nie wiem, czemu nie poszłaś na całość. Z tego, co mówisz, niezłe ciacho było z tego faceta. Co ci szkodziło? Jeden strzał i nara! I tak nigdy się z nim nie spotkasz.

– A może właśnie dlatego nie chciałam? Czułam się przy nim… dobrze. Bardzo dobrze.

– Kochanie – pochylił się, oparł łokcie na kolanach i utkwił we mnie wzrok – znałaś go jakieś pięć minut. On był napalony, ty także, nie dorabiaj do tego żadnej historii. Jesteś niepoprawną romantyczką. Ten kutas dwojga imion chyba naprawdę cię wymęczył.

– Tam, przy Hugo… czułam się tak, jakbym unosiła się nad ziemią.

– Jagódko, czy ty się zabujałaś w tym facecie? – Maciek zmarszczył brwi.

Wyglądał na zaniepokojonego.

– No coś ty! Przecież go nie znam.

– Ale jedno z drugim ma niewiele wspólnego. No, może nie zakochałaś, ale wyraźnie cię zafascynował. Swoją drogą chciałbym go poznać. To musi być ciekawy gość, skoro tak namieszał ci w głowie.

– Wcale nie namieszał – próbowałam zaprzeczać.

– Tia – prychnął Maciek.

– No może trochę – przyznałam. – Było tak… inaczej.

– Namiętnie? – Maciek uniósł brew.

– Bardzo… – powiedziałam cicho.

– Czy ty się czerwienisz?

– Ja? Przestań! – obruszyłam się, potrząsnęłam głową jak na koncercie rockowym i włosy spadły mi na zaróżowione policzki.

– Oj, Jagoda, Jagoda… – Mój przyjaciel uśmiechnął się i pokręcił głową. – Pragniesz miłości, uwagi, zaangażowania, szaleństwa!

– Poradnik miłosny, część pierwsza – wymamrotałam, doskonale wiedząc, że ma rację.

– A wiesz, że kiedyś napiszę! Teraz wszyscy piszą książki, celebryci, blogerzy, kucharze… Niedługo prawdziwi pisarze zamilkną, bo czytelnicy sami zaczną pisać, role się odwrócą.

– Nie jesteś celebrytą. Ani blogerem.

– Ale zdolnym krawcem i znam się na uczuciach.

Pokazał mi język. Uśmiechnęłam się. Kocham tego faceta!

– Wiem, wiem, porywy serca to twoja specjalność.

– Naprawdę, Jagódko. Do tej pory nie spotkałaś na swojej drodze faceta z krwi i kości. Który by na ciebie patrzył, jakby nie było nikogo innego. Jakbyś była mu niezbędna do oddychania. Ty masz być jego tlenem, mała. Nigdy o tym nie zapominaj.

– Może jeszcze kiedyś spotkam. – Wzruszyłam ramionami.

Wzdychać już nie miałam siły.

– A z tym kolesiem… – Maciek gapił się na mnie z uwagą.

– Uciekłam. Pewnie myśli, że jestem nienormalna. Poza tym… przecież nie będę go teraz szukać.

– Nie martw się. Może gdzieś tam jest twój facet i kiedyś pojawi się obok. Czasami szczęście dopada nas w najmniej spodziewanych okolicznościach, Jagódko Borówko. Powiedz mi jedno: jak to się stało, że związałaś się z Kosem? Wiele razy zastanawialiśmy się nad tym z dziewczynami, ale dopóki z nim byłaś, nie chcieliśmy poruszać tego tematu. Przecież on jest zupełnie z innej bajki. A właściwie ty z bajki, a on z programu publicystycznego.

Pokręciłam głową.

– Serio o tym rozmawialiście? Ty, Aśka i Daria? – zapytałam.

– Patryk też.

– Źli przyjaciele!

– Właśnie bardzo opiekuńczy i martwiący się o ciebie.

– Wiem, wiem… A co do Janka…

– Nie mogę tak o nim mówić. Jan Andrzej Kos.

– Cicho, ja też, ale się staram. Więc to było takie… pragmatyczne. – Skrzywiłam się.

 

– Przecież mówię, że program publicystyczny…

– Po prostu zaprosił mnie na kawę, kolację, był miły, wyglądał dobrze… Pomyślałam…

– …że nic lepszego ci się nie trafi?

– Chyba tak. Sama nie wiem. Po prostu… – spojrzałam na Maćka – nie chciałam już być sama. Moja mama wpadła w euforię.

– Yhym, dopóki nie poznała Kosa.

– No tak. Potem już nie była taka w skowronkach i nawet powiedziała, żebym się jeszcze zastanowiła. A ja, wiesz co, zastanawiałam się w sumie od pierwszej chwili. Tylko jakoś się przyzwyczaiłam, że zawsze robimy coś razem w weekend, że do kina nie muszę chodzić sama albo z przyjaciółmi…

– Dzięki!

– Oj, wiesz, o co mi chodzi. Takie zwykłe rzeczy. Ale w tym wszystkim nie było nic… niezwykłego.

– Rozumiem. Ty potrzebujesz niezwykłości, Jagódko. Potrzebujesz fajerwerków. A nie zdechłej ryby.

– Ech, fajerwerki to tylko w książkach lub filmach.

– Zobaczymy. A tymczasem czas na seans. Wprawdzie tylko z przyjacielem, ale postaram się być dobrym partnerem w oglądaniu.

– Okej – zgodziłam się niemrawo.

Maciek włączył To właśnie miłość, otulił mnie kocem i oglądaliśmy nasz ulubiony film, głośno komentując widziane po raz enty sceny i wypowiadając kwestie aktorów, które znaliśmy na pamięć.

Nazajutrz niemal zaspałam, ale skutecznie otrzeźwił mnie mail od szefa: „O 9:30 zebranie, postaraj się nie spóźnić”.

Ostatnio dwa razy się spóźniłam, a Romek tego nie trawił, dlatego musiałam się pospieszyć. Ale gdybym miała jakąś cholerną szklaną kulę i wiedziała, jak się skończy ten dzień, może zakopałabym się pod pierzyną i nie wychodziła z domu przez najbliższe… osiemdziesiąt lat. Niestety, nie miałam zdolności zaglądania w przyszłość, ale za to zepsuty samochód, który właśnie dzisiaj postanowił zrobić mi na złość i nie odpalić.

– Pieprzony złom! – warczałam, trzymając ramieniem komórkę i próbując dodzwonić się po taksówkę.

Jednocześnie walczyłam z wiatrem, który majtał moją nową bawełnianą sukienką, a ja przeklinałam się w myślach, że nie wybrałam spodni, bo teraz przejeżdżający kierowcy mogli zobaczyć moje jedwabne gacie w kolorze dojrzałej wiśni, niedługo pewnie przejrzałej, po którą nie sięgnie żaden sadownik. Parsknęłam śmiechem. Gdy wreszcie się dodzwoniłam, pomyślałam, że nie miałam ostatnio szczęścia do taksówek, ale liczyłam, że dzisiaj uda się dotrzeć do firmy bez przygód.

Gdy przyjechała taksówka, przez chwilę zastanawiałam się, czy nie lepiej jednak się spóźnić. Stary opel lekko rzęził, a kierowca wyglądał nie lepiej. Jestem pewna, że jeździł już wówczas, gdy pierwsze fiaty 125p opuszczały taśmę montażową. Ale wspomnienie Romka sprawiło, że wsiadłam, przywitałam się i powiedziałam:

– Arkady Wrocławskie. Może mnie pan wysadzić na przystanku na Komandorskiej.

– Się robi!

Kierowca błysnął sztucznymi zębami (chyba że reprezentował idealny wytwór współczesnej ortodoncji) i ruszył z kopyta. Mnie wbiło w siedzenie. W radiu leciał Fogg i jego To ostatnia niedziela, a ja miałam nadzieję, że to nie będzie mój ostatni poniedziałek. Kierowca miał dziwny zwyczaj dodawania gazu mimo świadomości, że tuż przed nim jest skrzyżowanie, korek i z daleka widać, że świeci się czerwone. Dobrze, że nic rano nie jadłam, bo zapewne ubarwiłabym wyblakłą tapicerkę srebrnej strzały z rudą małpą, która pięknie podżerała blacharkę, począwszy od bagażnika, skończywszy na masce, co było doskonale widoczne.

– Czy mógłby pan nieco zwolnić? – wybełkotałam, czując zawroty głowy.

– Się robi!

Kubica sprzed wieku nacisnął z całą mocą na hamulec, a ja niemal zaryłam w zagłówek przedniego siedzenia. Na szczęście po prawej stronie dojrzałam Arenę i zorientowałam się, że zaraz wysiadam.

– Dwadzieścia pięć złotych się należy. – Kierowca zerknął na mnie, wyciągając rękę. – Bladzieńka pani jakaś taka.

– Reszty nie trzeba.

Dałam mu trzy dychy i zapragnęłam jak najszybciej wysiąść z tego zabytku motoryzacji z piratem wszech czasów za kierownicą. Wysiadłam, zatrzasnęłam drzwi, a szybki i wściekły wcisnął gaz do dechy i ruszył niczym rajdowiec… Wówczas to poczułam. Szarpnięcie, odgłos rozrywania materiału i chłód na udach. Zerknęłam na dół. Nie miałam połowy sukienki. Znaczy miałam. Zajebisty seksowny rozporek do prawego biodra. Prawie do gardła. Teraz już wszyscy widzieli moje wiśniowe gacie. Ludzie się gapili, faceci uśmiechali radośnie, a mnie trafiał powoli szlag. Zarzuciłam na ramię nową torbę z Kazara i ruszyłam w stronę Arkad, trzymając powiewający połeć rozerwanej sukienki.

– Fiu, fiu! Ale nóżka! – Żul, który często sterczał przy wejściu do Arkad od strony Komandorskiej, gwizdnął przeciągle i uśmiechnął się, ukazując uroczą samotną jedynkę.

Burknęłam coś niezrozumiałego nawet dla mnie, żul dostrzegł chyba mord w moich oczach, bo zainteresował się srebrzystą krainą szczęśliwości, czyli koszem na śmieci umiejscowionym tuż przed rozsuwanymi drzwiami. Ja energicznie ruszyłam Swobodną ku wejściu głównemu do biurowca. Tam, nie zważając na pełne zainteresowania spojrzenia ochroniarzy, dotarłam do wind i na szczęście udało mi się wjechać na dziewiąte piętro bez towarzystwa. Jak wiatr przemknęłam przez recepcję, krzycząc w stronę Martyniki, że już jestem, i zamknęłam się w swoim pokoju.

– O, Jezuuuu! – wysapałam, usiadłam na krześle i spojrzałam z rozpaczą na zniszczoną sukienkę.

Anka, Łukasz i Antek zerknęli na mnie zza przepierzenia, bo byłam ich kierowniczką i miałam odrobinę prywatności. Odrobinę. Której teraz bardzo mi brakowało.

– Zaraz narada u starego. – Łukasz spojrzał na mnie i utkwił wzrok w mojej nodze. – Ojej, a to tak specjalnie?

– Oszalałeś? – burknęłam. – Lepiej mi pomóżcie, bo zaraz lecę na zebranie.

– Anka, nie masz nitki i igły? Jagoda ma rozdarcie! – ryknął Łukasz, aż zadrżały szyby w naszych oknach od podłogi do sufitu.

– Chyba wewnętrzne… – Pokręciłam głową.

– Uuuu, ciekawa kreacja. – Antoś pokiwał głową z poważną miną.

– Jakiej nitki, po co… aaaaaa… – Anka gapiła się na mój rozpór. – Co robiłaś? – Zmarszczyła brwi.

– Jechałam taksówką. – Nabrałam powietrza i powoli je wypuściłam.

– Biegłaś za nią? – Łukasz przyjrzał mi się z zainteresowaniem.

– Skakałaś? – Antoni chyba próbował to sobie wyobrazić.

– Taksówka odjechała z częścią sukienki, wystarczy wam? Co mam z tym zrobić?

– Może zawiązać? – rzucił Łukasz.

– Chyba na szyi – odparował Antek. – Lepiej spinaczem…

– O! Zszywki! Dawaj, Anka, zszywamy.

– Ha, ha, ha, Jagoda, będziesz miała wszywkę.

– Zszywkę.

– Ale lepiej dzisiaj nic nie pij!

Przy akompaniamencie wybuchów śmiechu moi kumple pięknie zszyli rozerwane poły sukienki, która po tym zabiegu wyglądała jak twarz starej kobiety z głęboką szramą biegnącą przez pół policzka. Cudo!

– Lepiej nie będzie. – Łukasz skrzywił się i odłożył zszywacz.

– Idź bokiem.

– Dobra, przemknę pod sufitem. Wiecie w ogóle, o co kaman? Nowy klient?

– Cholera wie. Leć i dawaj nam znać. Czekamy!

Poszłam w kierunku sali konferencyjnej. W środku byli już Natasza, dyrektor kreatywna, dwóch menedżerów ze sprzedażówki oraz Iwonka, asystentka Romka. Natasza obrzuciła mnie uważnym spojrzeniem i uśmiechnęła się kącikiem ust.

– Kiepski poranek?

– Coś w tym rodzaju. Wiadomo, o co chodzi?

– Podobno złapaliśmy byka za rogi.

– Jakaś gruba ryba?

– Bardzo. O, idzie Romek!

– To do… – nie dokończyłam, bo za szefem wchodził jakiś facet.

Facet, który nie miał prawa być tutaj, w moim mieście, na mojej ulicy, w biurowcu, w którym pracuję, w mojej ukochanej firmie. Facet, który stawał na mojej drodze w ciągu ostatnich czterdziestu ośmiu godzin tak często, że przestawałam wierzyć w przeznaczenie, zbieg okoliczności, a najnormalniej w świecie zaczynałam się bać. Bo to było…

– To już lekka przesada!

Czy ja to powiedziałam na głos?! Bo wszyscy utkwili we mnie wzrok. Mój szef także. I stojący za nim Hugo Bosy też. Nawet jeśli był zaskoczony, to nie dał nic po sobie poznać.

– Co takiego, Jagoda? – Romek wpatrywał się we mnie z zainteresowaniem.

– Yyyy, te… – Zerknęłam na prasówkę leżącą na stole. Nagłówki krzyczały coś o podwyżkach cen masła. – Te ceny masła! No żeby masło kosztowało… dwanaście złotych?! To już lekka przesada!

– Aha. Okej.

Mój szef niejeden raz musiał sobie radzić z moimi dziwnymi zachowaniami, więc nie był zdziwiony. Stojący za nim Hugo zagryzł wargę. Jego oczy się śmiały. I wgapiały we mnie.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?