Piętno Midasa

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ 5

Soundgarden „Live to Rise”

Can I still count on you as a friend?

We’re insane but not alone [1]

Jakub usiadł ciężko w fotelu. Czuł się, jakby miał osiemdziesiąt lat. Z westchnieniem otworzył czarną sportową torbę i zaczął wyciągać rzeczy i sprzęt, które były mu potrzebne do pracy. Ciemny golf, czarne dżinsy, wełniana czapka, skórzane rękawiczki z cielęcej skóry. Trzy komórki, cztery paszporty, matowy smith&wesson, srebrny nóż z rękojeścią z perłowej masy, prezent urodzinowy, karabinek szturmowy Heckler&Koch, którego nigdy nie używał, ale miał, na wszelki wypadek, kajdanki, gaz, kilka tysięcy euro w gotówce, peruka i wąsy, które mógł doczepić i wyglądać tak jak na zdjęciu w jednym z paszportów. Większość nosi do pracy dokumenty i kanapki, on miał taki zestaw.

Spojrzał jeszcze raz na nóż z perłową rękojeścią. Odkąd go poznał, właśnie takie prezenty dostawał na urodziny. Ale przynajmniej ktoś o nich pamiętał. O urodzinach, rzecz jasna.

Położył głowę na skórzanym oparciu i zamknął oczy. Minęło tyle czasu, a jednak doskonale pamiętał ich pierwsze spotkanie…

Gdy po raz kolejny szedł do matki, do pracy, jak nazywał to nie bez ironii w myślach, czarny merol znowu jechał za nim. Miał tego dość. Z wściekłością otworzył drzwi i niezatrzymywany przez nikogo wszedł do środka. Matka była zajęta, ale jedna z jej koleżanek posadziła go w odosobnionej loży i dała mu colę z wódką. Zawsze poiły go alkoholem. Nie oponował, przynajmniej gdy wracał do domu, nie miał ochoty rozwalić ojcu jego zalanej mordy, bo stawał się obojętny i nawet bawiło go to, co widział. Nie zdarzało się to często, ponieważ starał się jak najrzadziej zaglądać do matki, ale gdy już przyszedł… Było mu wszystko jedno.

– Co taki smutny jesteś? – Platynowa blondynka po trzydziestce usiadła obok i położyła rękę na jego kolanie. Już od pół roku proponowała, że rozwiąże jego problemy. Wówczas nie chciał, ale dzisiaj… Zresztą, jak ona mogła rozwiązać cokolwiek? Ale zdecydował się. Jeszcze nigdy tego nie robił. Nie przypuszczał, że jego pierwszy raz będzie z prostytutką z burdelu, w którym pracowała jego matka. No, ale w końcu rodzina to rodzina. Człowiek jest jakoś związany, naznaczony, dostrzegał w tym nawet pewną ironię losu, był ciekawy, jak zareaguje jego matka, gdy wyjdzie z kolejnym klientem i zobaczy tu swoje jedyne dziecko.

– Może mnie rozweselisz? – spytał cicho, patrząc na kobietę błyszczącymi oczami. Wiedział, że podoba się dziewczynom, był wysoki, szczupły, miał ładną twarz, z lekkim już zarostem, ciemne, gęste włosy, ładny uśmiech i tak białe zęby, jakby wyszły spod ręki drogiego dentysty. Był łabędziem wśród stada brzydkich kaczek. Czasami takie idiotyczne porównania przychodziły mu do głowy, kiedy siedział i czytał, bądź pisał referat, a z sąsiedniego pokoju dochodziły go piski pijanych kobiet, wulgarne wyzwiska i krzyk matki, która wracała do domu i chciała trochę spokoju, a nie kolejnej imprezy.

– Jesteś pewien? – Nachyliła się i do jego nozdrzy dobiegła woń taniego alkoholu.

Każda z kobiet i dziewczyn tu pracujących musiała się jakoś wspomagać. Jego matka też popijała, nie brała dragów, ale znieczulała się alkoholem i mogła jakoś przeżyć kolejny dzień. Czy jednak miała świadomość, że w ogóle żyje?

Nie odpowiedział, tylko pochylił się i pocałował siedzącą obok kobietę. Smakowała wódką i gumą do żucia. Nie było źle.

– Okej. Zatem chodź. – Poprowadziła go na górę.

W pokoju zajęła się nim od początku do końca. Pilnowała, aby się zabezpieczył, a gdy skończył w niej szybko, umyła go i wzięła ponownie twardego członka do ust, po czym jeszcze raz doprowadziła go do szybkiego orgazmu. Na koniec uśmiechnęła się.

– To było dla mnie oczyszczające. Dziękuję.

– Nie mam kasy – odparł, leżąc na łóżku odprężony.

– To będzie mój prezent na twoje urodziny.

– Nie mam teraz urodzin.

– Kiedyś tam masz.

– Dzięki.

– Jakub? – Spojrzała na niego poważnie.

– Tak?

– Ucieknij stąd.

– Stąd? – Podniósł się i oparł na przedramionach.

– Z tego życia. Zrób to.

Opadł na poduszki. Nic jej nie odpowiedział. W głowie huczało tylko: „Zrobię to, zrobię…”.

Potem spotkał się z matką, wziął od niej parę groszy na jedzenie i słowem nie wspomniał o przygodzie za ścianą. Gdy wychodził, uświadomił sobie, że nie wie, jak jego pierwsza seksualna partnerka miała na imię. Bo raczej nie Dżastina, choć tak przedstawiała się klientom. Nie przypuszczał, że ten pierwszy raz naznaczy go na dalsze życie. Że tak samo łatwo, jak posiadł swoją pierwszą „dziewczynę”, będzie zdobywał kolejne, które wkrótce zleją się w masę bezimiennych twarzy, wijących się pod nim ciał, a dla niego staną się swego rodzaju zapomnieniem i ucieczką od życia i świata, którego serdecznie nienawidził. Ale to nie potrwa długo.

Gdy wyszedł na ulicę, rozejrzał się uważnie wokół. Czarnego mercedesa już nie było. Spokojny, ruszył w stronę domu, jednak gdy wyszedł za róg, minąwszy ziejącą ciemną i nieprzyjazną czeluścią bramę, niemal wpadł na maskę czarnego samochodu. Zdenerwował się. On, spokojny Jakub Król, bardzo się zdenerwował.

– Czego chcesz? – Uderzył pięścią w maskę, wpatrując się w kierowcę.

Gdy drzwi powoli się otworzyły, cofnął się. Wysiadł facet, niski, ale napakowany. Ubrany w ciemne dżinsy, białą koszulę i marynarkę, wszystko dobre gatunkowo. Na lewym nadgarstku błysnął złoty zegarek.

– Wsiadaj.

– Jasne! – Kuba prychnął.

– Nic ci nie będzie. Słyszałeś o panu Grabarzu?

– Nie znam człowieka.

– Ale on zna ciebie. I ma propozycję.

– Nie jestem dupodajem, jeśli ten twój Grabarz to jakiś pedzio…

– Jesteś Jakub Król, syn Władysława i Hanny Królów, urodzony…

– Dobra, dobra, wiecie o mnie wszystko. Czego chcecie?

– Porozmawiać. Tylko to. Pan Grabarz ma dla ciebie propozycję.

Jakub zastanawiał się przez chwilę. Co złego mogło go spotkać? Skoro tyle za nim jeździli… Jakby chcieli go zabić, chyba nie ryzykowaliby ciągłego pokazywania się na dzielni? Zresztą… co miał do stracenia? Nic. Tak naprawdę nie miał NIC do stracenia. Gdy usiadł z tyłu, gdzie kazał mu ten goryl, poczuł się jak u siebie. Jasna skóra pachniała przyjemnie, na środku był mały barek z minilodówką, cicho grała muzyka, od świata zewnętrznego oddzielały go przyciemnione szyby, przez które nikt nie mógł go dojrzeć.

– Poczęstuj się. – Kierowca popatrzył na niego we wstecznym lusterku.

Jakub zerknął na faceta, który siedział obok i się nie odzywał. Wzruszył ramionami i otworzył colę. Spojrzał na pasażera.

– To pan jest ten Grabarz?

Ponurak uśmiechnął się i pokręcił głową.

– Z panem Grabarzem nieprędko się spotkasz, ale w tej chwili mogę ci obiecać, że właśnie zacząłeś zmieniać swoje życie. A ja jestem Wolny i od tej pory będziemy się często spotykać.

Kuba oparł się o skórzane siedzenie i zapatrzył w mijany krajobraz. Wyjeżdżali z Wrocławia. I dobrze. Niech go wywiozą, niech zrobią to szybko, żeby nie bolało. Może w końcu… osiągnie spokój. Bo tego brakowało mu od chwili narodzin.

Karolina wyszła od szefa ze skwaszoną miną. Śledztwo w sprawie Midasa nie posunęło się ani o cal, portret pamięciowy uzyskany w Olsztynie nie naprowadził na żaden nowy trop, a tymczasem pojawiła się nowa ofiara.

– Arkadiusz Szwajka, wrocławski biznesmen. Cholera jasna, morduje nam faceta pod nosem i co? Nie ma żadnych śladów?

– Ofiara mieszkała na Jagodnie, odwiozła dziecko do przedszkola i jechała do swojej firmy w centrum. Nie wiedzieć czemu znalazła się w okolicach parku Brochowskiego, tuż przed przejazdem kolejowym, na parkingu koło działek. Tam znalazł ją starszy pan, który zmierzał na swoją działkę. Zero świadków, nikt nic nie widział, nie słyszał huku. Zresztą Midas ma zawsze tłumik. Trzy strzały, jak zwykle.

– No to sprawdźcie jego komórkę, billingi, ktoś go musiał wywabić na ten parking. Facet tak bez powodu się tam nie pojawił – odparł zniecierpliwiony inspektor Jędrzejczyk, mając oczywiście na myśli ofiarę zabójstwa.

– Wiem, szefie, wiem.

– A u ciebie wszystko w porządku?

– Tak, jasne.

– Dobrze ci się współpracuje z Czarnowskim?

– Z którym?

– Z jednym i z drugim.

Inspektor Linde przełknęła ślinę.

– Tak.

– To dobrze. Działajcie dalej.

Gdy wyszła, oparła się o ścianę pokrytą burą farbą olejną i wzięła kilka głębszych oddechów. Miała wrażenie, że stary chciał coś więcej powiedzieć, ale w sumie nie było takiej potrzeby. Dobrze wiedziała, co miał na myśli.

Odkąd trafiła do tego wydziału, traktował ją jak córkę. Bo przecież była córką jego kumpla z lat młodzieńczych. Jej ojciec nie miał nic wspólnego z resortem, ale z Ernestem Jędrzejczykiem, obecnie szefem specjalnej grupy śledczej, przyjaźnił się niezmiennie od lat. Gdy jego córka postanowiła wstąpić w szeregi policji i po wielu latach ciężkiej pracy w terenie trafiła do tego zespołu, przykazał kumplowi mieć oko na swoją jedyną latorośl.

Karolina do wszystkiego doszła sama. Studia prawnicze, potem drugi fakultet z psychologii, szkoła policyjna najpierw w Pile, potem w Szczytnie, wyjazd do Stanów, tam pół roku pracy i szkoleń w Quantico. Miała trzydzieści pięć lat, zero życia osobistego, oprócz romansu z kolegą z pracy. Bo to praca była dla niej wszystkim. I czasami czuła się tak… zmęczona. Samotna. Rafał wchodził i wychodził, czasami w dosłownym tego słowa znaczeniu.

 

Wiedziała, że musi to jak najszybciej skończyć. Czasami nie miała siły przeciwstawiać się mu, ale przecież to kariera była jej priorytetem. Dlatego musiała zerwać z nim jakiekolwiek osobiste stosunki. Wszelkie stosunki. Nie była głupia, jeśli to jeszcze nie wyciekło, stanie się to lada dzień, a wówczas jak będzie dalej dowodzić tą sekcją? Kilka uniesień i udanych orgazmów nie jest odpowiednią ceną, jaką zapłaci, gdy straci twarz. Dlatego już wtedy do Olsztyna pojechała z Andrzejem. I zamierzała powiedzieć Rafałowi, że to koniec.

W weekend szła na ślub koleżanki, była druhną, nawet przez moment zastanawiała się nad tym, czy nie zaprosić kochanka jako osoby towarzyszącej, ale na szczęście w porę się powstrzymała. Powiedziała, że na pewno będzie sama, zresztą, jako druhna na tak dużym weselu będzie miała co robić, a potańczy z drużbą, aby tradycji stało się zadość.

Doprowadziła się do porządku, schowała prywatne sprawy gdzieś głęboko w zakamarki umysłu i poszła do swojej sekcji, pewna tego, że w tej chwili musi skupić się na sprawie Midasa, bo zaczynało ją wkurzać, że nic na niego nie mają.

Anna wciąż była obolała, ale powoli dochodziła do siebie. Tamtej pamiętnej nocy, nad ranem, wyszła od Jakuba i, o dziwo, udało się jej wejść do domu. Mariusz uspokoił się, szukał jej po klatce schodowej, zostawił drzwi otwarte. Powiedziała mu, że schowała się u sąsiadki z parteru. Było mu głupio, przepraszał, obiecywał, że to się nigdy nie powtórzy. Tłumaczył, że stracił grubą kasę na nieudanym interesie i w związku z tym nerwy mu puściły.

Wiedziała, że powtarza się pewien schemat, ale przyjęła przeprosiny, bo chciała wszystko przemyśleć i poukładać sobie w głowie. A do tego potrzebowała spokoju.

Minęło kilka dni, nie widziała Jakuba. Dużo myślała także i o nim. Czasami błysk w jego oczach, zaciśnięcie pięści, pulsujące kości policzkowe wskazywały na to, że wcale nie jest takim spokojnym i wyważonym fotografem, za jakiego mieli go mieszkańcy bloku. Coś w nim tkwiło, coś dzikiego i nieprzewidywalnego. Anna była przekonana o tym, że sąsiad coś ukrywa. Z jednej strony bardzo chciałaby się dowiedzieć, co to takiego, z drugiej czuła, że niewiedza w pewnym przypadkach bywa błogosławieństwem.

Ale podświadomie wiedziała, że może liczyć na jego pomoc. To wzmocniło w niej poczucie bezpieczeństwa. Lecz zdawała sobie sprawę, że w czterech ścianach własnego mieszkania nie może czuć się na sto procent bezpieczna i dlatego podjęła decyzję, by coś z tym zrobić. Nienawiść do własnego męża powoli ją zabijała, dlatego musiała się go pozbyć. Źródła swojej nienawiści. Za wszelką cenę. Już nigdy nie będzie przez niego płakać. Nigdy.

Jakub wpatrywał się w komórkę, jedną z wielu. Ta akurat służyła mu do kontaktów z zaufanym człowiekiem działającym w podobnej branży, ale na pewno na mniejszą skalę. Okazało się, że ten znajomy, jeśli można tak powiedzieć, otrzymał zlecenie od pewnej młodej kobiety, która chciała pozbyć się męża. Celem był niejaki Mario, jedna z płotek grupy Boogiego, a ten przecież kiedyś był chroniony i Midas odstrzelił jego prześladowcę. Dlatego „znajomy” czuł się zobowiązany powiadomić o tym zleceniu. Jakub kazał wstrzymać się z działaniami i obiecał oddzwonić w tej sprawie.

Teraz zamyślił się, zastanawiając się przez chwilę, czy facet, z którym skończył właśnie rozmawiać, też prowadzi podwójne życie, jak on. Może nawet mieszka gdzieś obok i Jakub mija go, gdy wychodzi z dzieckiem na spacer. Może tamten chodzi na wywiadówki, w grudniu ubiera choinkę, a w lecie wyjeżdża z rodziną na wczasy do ciepłych krajów. W tej branży wszyscy byli anonimowi, nikt nikogo nie widział na własne oczy, każdy żył we własnym świecie. Sam lub z rodziną. Jakub był sam. Teraz. I nie zamierzał tego zmieniać. W jego przypadku związanie się z kimkolwiek było wielkim zagrożeniem. Dla tej drugiej osoby. Wiedział o tym doskonale.

Potrząsnął głową, nie pozwalając wspomnieniom zbytnio się zagalopować. W tej chwili musiał pomyśleć. W co ta dziewczyna się pakowała? Nie mógł pozwolić, żeby dźwigała na sobie takie piętno. Dobrze wiedział, jak to jest. On doskonale sobie z tym radził, ale Anna… Zdawał sobie sprawę, czym się kieruje, najchętniej sam załatwiłby ten problem szybko i w miarę bezboleśnie, ale miał zasadę, że nie brał detalu, a przede wszystkim nie wtrącał się w nie swoje sprawy.

Z drugiej strony wiedział, że to oszukiwanie samego siebie. Problemy Anny gnębiły go coraz bardziej. Czuł się tak, jakby miał do spełnienia misję, którą było uratowanie dziewczyny od wejścia w jeszcze większe bagno i pogrążenia się w brudzie niesionym przez świat, w jakim poruszał się jej mąż. Jakub znał ten świat dobrze. Za dobrze.

[1] Czy wciąż będę mógł liczyć na ciebie jak na przyjaciela?

Jesteśmy szaleni, ale nie samotni.

Soundgarden, album „Echo of Miles: The Originals”, 2014 r.

ROZDZIAŁ 6

Paramore „Decode”

I think I know

I think I know

There is something I see in you

It might kill me

I want it to be true [1]

Kończył liceum, uczył się nieźle, najlepszy był z przedmiotów ścisłych. Dlatego w trzeciej klasie zaczął dawać korepetycje młodszym uczniom. I tak spotkał ją.

Dagmara była w pierwszej klasie, dobrze radziła sobie z humanistycznymi przedmiotami, ale matematyka i fizyka stanowiły dla niej nieodkryty ląd. Jakub udzielał się w świetlicy środowiskowej, która działała w jego dzielnicy. I tam ją spotkał. Chodziła do innego liceum, ale mieszkała niedaleko, w jednym z bloków z lat sześćdziesiątych. Ojciec pracował w Miejskim Przedsiębiorstwie Komunikacyjnym, matka w Urzędzie Miasta. Dagmara była jedynaczką, rodzice bardzo o nią dbali.

Dom Sokólskich stanowił całkowite przeciwieństwo tego, co Jakub spotykał na każdym kroku. Pamiętał te ich pierwsze spotkania, lekcje. Daga od początku uważnie się mu przypatrywała, czuł się trochę niezręcznie pod obstrzałem jej spojrzeń. Łapał się na tym, że wieczorem, gdy zasypiał w swoim małym pokoiku, ze słuchawkami na uszach, aby nie słyszeć wrzasków zza ściany, towarzyszyło mu jej niebieskookie spojrzenie. Ganił się za myśli skierowane na tę szesnastolatkę, tłumacząc sobie, że jest za młoda i nie dla niego. Jednak nadal się z nią spotykał i uczył z zapamiętaniem. Dziewczyna w znaczący sposób poprawiła oceny z przedmiotów, które do tej pory sprawiały jej ogromne problemy. Dlatego, po pewnym czasie, zaskoczyła go propozycją.

– Słuchaj, moja mama chciałaby, abyś mnie uczył na stałe. Z ostatnich sprawdzianów dostałam czwórki, a to nie zdarzyło się od podstawówki! – Zaśmiała się.

– Mogę cię uczyć, nie ma sprawy… – Wzruszył ramionami, jednocześnie myśląc, że ona naprawdę ma śliczny uśmiech.

– Rodzice zapraszają cię na obiad. Omówią wówczas szczegóły tych korepetycji. Powiedziałam, że świetnie uczysz, ja skorzystam, a ty sobie zarobisz.

– Nie chcę pieniędzy.

– Daj spokój. I tak wzięliby kogoś z ogłoszenia, a ja chcę, żebyś to ty mnie uczył. – Podeszła bliżej i popatrzyła mu w oczy. – Poza tym będziesz miał za co zaprosić mnie do kina. – Uśmiechnęła się.

– I tak mam – odparł poważnie, zaciskając dłonie w kieszeniach kurtki, aby zapanować nad chęcią objęcia tej zawziętej ciemnowłosej dziewczyny.

– Tym lepiej. To co? Sobota?

– Jesteś bardzo uparta.

– Owszem. Przyjdź do mnie na czternastą. Zjemy obiad, pogadasz z rodzicami, a potem dam ci się porwać do kina.

– Skąd wiesz, że chcę iść z tobą do kina? – Wyciągnął ręce z kieszeni i objął się ramionami, patrząc na Dagmarę z góry. Wyglądała jak mały skrzat, z tymi ciemnymi włosami, wystającymi spod czerwonej czapki z dużym pomponem.

– Wiem. To do soboty!

Kilka dni, które pozostały do weekendu, spędził na zastanawianiu się, co ma zrobić. Piątek minął jeszcze szybciej, gdyż po szkole przyjechał po niego człowiek Grabarza i zabrał na cotygodniowe tak zwane szkolenie. Uczył się tam składać i rozkładać broń, rzucał nożem, potem wracał do domu obolały, ale coraz bardziej szczęśliwy i pewny siebie. Miał też wiele treningów ze sztuk walki, uczył się blokowania, uników i wreszcie bicia. To wychodziło mu całkiem nieźle, zastanawiał się, czy kiedykolwiek będzie miał okazję, aby zastosować swoje umiejętności na jakimś mało lubianym oponencie. Miał kilku kandydatów, nie myślał o ojcu, mimo że go nienawidził i nim gardził, nie podniósłby na niego ręki. To był ojciec, chociaż wcale nie zasługiwał na to miano. Ale Kuba miał swoje zasady i honor. Za to na dzielni…

Widział wrogie spojrzenia ludzi Górala i samego szefa dzielnicy. Niejednokrotnie widzieli go wysiadającego z czarnego mercedesa, ale jak na razie nie zaczepiali i nie zadawali niewygodnych pytań.

Teraz miał cel – to, co przedstawili mu podczas tych szkoleń, rozmów, wykładów… Czuł się jak na studiach, jednak wiedział, w jakim kierunku zmierza jego edukacja. Mimo wszystko w tej chwili nie przejmował się tym. Ważne, że coś się zmieniało, a najważniejsze, że zmieniał się on sam.

I miał kasę. Coraz więcej kasy. Arsen, kolejny człowiek Grabarza, wypłacał mu tygodniówkę. Pierwszy raz miał tyle pieniędzy. Ale głupi nie był, o nie. Dalej chodził w tych ciuchach, co zwykle, kupił sobie tylko adidasy. Ojciec wiedział, że zarobił, ucząc innych i pomagając starszej sąsiadce. Nadal chodził do matki, brał od niej pieniądze na zakupy i wydatki związane ze szkołą. Wolał nie wzbudzać podejrzeń starego, bo natychmiast zostałby pozbawiony wszelkich środków, które do tej pory zebrały się już w całkiem pokaźną sumkę.

Trzymał ją w skrytce, o której nikt z domowników nie wiedział. Czekał tylko na zdanie matury. Wówczas miał zamiar ulotnić się z domu i zostawić ten syf, od którego się odciął, ale który ciągle gdzieś głęboko w nim siedział. A teraz… poznał Dagmarę, był z nią coraz bliżej i w związku z tym… coś optymistycznego pojawiło się w jego głowie. Że może nie będzie tak do końca beznadziejnie w tym jego życiu.

– Raz się żyje. Chyba – mruknął do siebie, gdy poszedł na plac Solny i kupił mały bukiet kwiatów dla matki Dagmary.

Pani Sokólska była zaskoczona i pod wrażeniem, ojciec Dagmary patrzył uważnie na przybysza, co było zupełnie naturalne, za to Daga wydawała się całkowicie wyluzowana i po krótkiej rozmowie Jakuba z jej matką na temat dalszych korepetycji, zabrała chłopaka do swojego pokoju.

– Kwiatki? Serio? – Śmiała się, siadając na szerokim łóżku.

Kuba stał i rozglądał się po ładnym, kwadratowym, przestronnym pokoju.

– Chyba wypadało… – Wzruszył ramionami.

– Z którego wieku jesteś?

– Wiesz, nie było nikogo, kto nauczyłby mnie zachowania w takich sytuacjach – odparł, patrząc jej w oczy. Pierwszy raz powiedział coś więcej o sobie, ale z urywków zdarzeń, zdań, rzucanych od niechcenia, a także z plotek, dziewczyna wiedziała, że ten chłopak ma niewesołą sytuację rodzinną. A on poczuł ogromną chęć, aby zabrać ją do siebie, żeby na własne oczy zobaczyła, że jego ładna twarz i mądra głowa to nie wszystko, że ciągnie się za nim coś jeszcze, coś, co w jakiś sposób na pewno naznaczyło go na lata.

Dagmara wstała i podeszła bliżej.

– Uważam, że to bardzo miłe. A moja mama była zachwycona. Nie potrzebujesz nikogo, kto by cię uczył czegokolwiek. Jesteś mądrzejszy od wszystkich. – Uśmiechnęła się, stanęła na palcach i pocałowała zaskoczonego chłopaka w policzek.

Tym razem nie zapanował nad rękami, przytulił dziewczynę, pochylił głowę i musnął jej usta swoimi.

– A ty jesteś śliczna. I mącisz mi w głowie.

– Wiem. – Znów się uśmiechnęła i oddała pocałunek. Zanim zdążył się w nim zatracić, Daga odsunęła się i pociągnęła go do wyjścia.

– Zjemy obiad i spadamy do kina, chodź.

Poszedł za nią posłusznie. Wtedy… poszedłby za nią wszędzie. To dlaczego później nie zabrał jej stąd, tylko został tu, gdzie nie mógł znaleźć nic innego, jak tylko ból? I śmierć.

W kinie za bardzo nie mógł skupić się na oglądanym filmie. Myślał tylko o tym, żeby dotknąć siedzącą obok dziewczynę. Gdy oparła swoją dłoń o bok fotela, od razu zacisnął na niej palce. Splecione dłonie, jej drobna i miękka, jego duża i twarda, to jedyne, co zapamiętał z tego seansu.

Gdy wyszli, na piechotę podążyli w stronę ich dzielnicy, zwanej „trójkątem bermudzkim”. Obejmował Dagmarę, ona szła wtulona w niego, rozmawiali o szkole, planach, nie poruszając niczego, co byłoby dla nich, a zwłaszcza dla niego, niewygodne. Gdy doszli do jej domu, weszli do bramy i tam Jakub zatrzymał się.

 

– Daga…

– Tak? – Uniosła głowę i spojrzała mu w oczy.

– Będziesz moją dziewczyną?

– Proponujesz mi… chodzenie?

– Tak.

– Dlaczego?

Pokręcił głową. Uśmiechnął się.

– Bo mącisz mi w życiu. Powiedziałem ci.

– Aha.

– Właśnie tak. I jeszcze dlatego… – Złapał jej chłodne policzki w swoje ciepłe dłonie i pocałował ją w usta. Mocno, zdecydowanie i wcale nie niewinnie. Po chwili, którą chciał przedłużyć w nieskończoność, z trudem oderwał się od jej zachęcających i słodkich warg, objął ją mocniej i oparł brodę o czubek jej głowy. Była taka niewinna i pociągająca. Wiedział, że powoli zaczyna wariować na jej punkcie. Usłyszeli trzask drzwi gdzieś na górze, Daga z oporem się odsunęła.

– Zobaczymy się jutro?

– Jasne. Przyjdę po ciebie do szkoły. Kończysz o drugiej? – spytał, patrząc na nią z uśmiechem.

– Tak.

– Będę na pewno.

– Bardzo się cieszę. – Stanęła na palcach, pocałowała go szybko i uciekła na górę. A on podążył do swojego domu, czując nieopisaną radość w sercu. I wiarę w to, że wszystko przed nim, nieważne co, byleby tylko miał obok siebie kochającą dziewczynę.

Jednak nazajutrz nie przyszedł po nią do szkoły.

Musiał zobaczyć się z Anną. Wyczekiwał, kiedy nie będzie jej męża. Wprawdzie był bardzo opanowany, ale jednak obawiał się, że tym razem mógłby nie wytrzymać. Obserwował bacznie otoczenie, nie miał z tym problemu, gdyż od lat nauczony był skanować otaczający go świat w poszukiwaniu potencjalnego zagrożenia i robił to niejako automatycznie. Dlatego doskonale wiedział, że Mariusza nie ma od kilku dni, a Anna pracuje na drugą zmianę.

Któregoś wieczoru, gdy koło dwudziestej pierwszej wchodziła po schodach na piętro, koło swoich drzwi zobaczyła Jakuba.

– Ojej. Przestraszyłeś mnie.

– Muszę z tobą porozmawiać. – Patrzył na nią wzrokiem, od którego poczuła zimny dreszcz. Miała wrażenie, że mężczyzna, którego wcześniej poznała, zniknął, a teraz ma do czynienia z kimś innym. Obcym. Groźnym.

– Co się stało?

– Dopiero może się stać. Chodź do mnie. – Otworzył drzwi do swojego mieszkania i wykonał zapraszający gest.

Po raz pierwszy w towarzystwie Jakuba poczuła niepewność. Ale jednak weszła. Rozebrała się, on zrobił herbatę, wszystko było takie normalne, a jednak podświadomie czuła, że coś się zmieniło.

– Usiądź – powiedział i odsunął krzesło w części jadalnej salonu. Nie spuszczał z niej wzroku, czuła się jak ofiara obserwowana przez drapieżnika. Nie miała czasu zastanawiać się nad tą przemianą, bo Jakub usiadł naprzeciwko, spojrzał jej w oczy i zapytał: – Jesteś pewna, że chcesz się pozbyć swojego męża?

Po tym pytaniu w pokoju zaległa idealna cisza. Dochodziły ich odgłosy z sąsiednich mieszkań, jakieś dziecko głośno domagało się bajki, pies szczekał, sąsiadka z dołu kaszlała. A Anna zdała sobie sprawę, że od tej chwili zależy wszystko.

– Skąd…

– Nie pytaj. O nic nie pytaj. Jesteś pewna?

– Tak – odparła, patrząc mu prosto w oczy.

– Będziesz potrafiła z tym żyć? Patrzeć w swoje odbicie w lustrze bez grama nienawiści do samej siebie?

– Tak.

– Wiesz, że potem nie będzie odwrotu? Zawsze możesz spakować się i wyjechać. Pomogę ci. W każdy możliwy sposób. Zabezpieczę cię finansowo, umożliwię ci rozpoczęcie wszystkiego od nowa.

– Nie. Chcę to zakończyć. Tutaj. Nie będę uciekać, wyjeżdżać. Mam tu brata, będę mu potrzebna, gdy wyjdzie. Nie będę się ukrywać, poza tym on znalazłby się w niebezpieczeństwie. Zresztą już nie jest wesoło. Mariusz niby miał tam kogoś opłacać, ale ostatnio Wojtek został znowu pobity. Mam sporo pieniędzy, odłożyłam. Chcę wynająć dobrego adwokata, może załatwimy przeniesienie. Myślę o tym przez ostatnich dwanaście miesięcy, nie chcę tak żyć. To koniec. – Wpatrywała się w jego oczy i ani na chwilę nie odwróciła wzroku.

– Jeśli zrobisz ten jeden krok, nie będziesz mogła zawrócić.

– Wiem.

– Dobrze… – Oparł się o krzesło i objął ramionami.

– Skąd wiesz?

– Mam kolegów.

– W mieście?

– Wszędzie.

– Nie jesteś tylko fotografem? – Uśmiechnęła się, wolno mieszając chłodną już herbatę.

– Ależ jestem. Pamiętaj o tym. – Uniósł brew.

– Zawsze. Posłuchaj. – Pochyliła się i wyciągnęła ku niemu dłoń, a on z ociąganiem zacisnął na niej palce. – Jesteś moim jedynym przyjacielem. Uwierz we mnie. Chcę być twoją przyjaciółką. Mam wrażenie, że potrzebujemy siebie nawzajem.

Milczał przez chwilę. Potem mocniej ścisnął jej dłoń.

– Dobrze, Anno, moja przyjaciółko. Napijesz się wódki?

Uśmiechnęła się.

– Z sokiem i lodem.

Opróżnili całą butelkę, Kuba pokazywał jej swoje fotografie, ona opowiadała o książce, którą pisze. Powiedziała, że może nawet podeśle mu, aby sobie poczytał. Siedzieli blisko siebie, ale wiedzieli, że muszą pozostać w takim właśnie kumpelsko-bratersko-siostrzanym układzie. Jasne, że w jakiś sposób wzajemnie się przyciągali, od pierwszego momentu właściwie, ale nie mogli pozwolić sobie na nic więcej. Nie, jeśli on wiedział o tym, co ona chciała zrobić. Nie, jeśli on miał wobec niej pewien plan.

Późną nocą Jakub włączył swoją ulubioną płytę Linkin Park, dał czystą pościel półleżącej, zrelaksowanej Ance i popatrzył na nią z góry.

– Chciałabyś poczuć siłę?

– To znaczy?

– Chciałabyś poczuć, że masz kontrolę?

– Tak.

– Nie wiesz, o czym mówię, ale się zgadzasz? – Uniósł brew.

– Ufam ci. Tylko tobie.

– To dobrze. Zrób wszystko, żebym ja nie stracił zaufania do ciebie.

– To się nie stanie. Nigdy.

– Okej. Teraz śpij. Jutro cię gdzieś zabiorę.

– Okej.

– Dobranoc. – Chciał iść do sypialni, ale Anka zerwała się, podeszła bliżej i położyła mu głowę na ramieniu.

– Dziękuję.

– Dobranoc – powtórzył, pocałował ją w czubek głowy i zniknął za ciemnymi drzwiami. Nie zastanawiał się, czy ryzykuje, czuł, że to jest właśnie to. Grabarz mówił mu, że nadejdzie taki dzień, kiedy znajdzie kogoś, kto stanie się częścią jego życia, tak jak on, Jakub, stał się częścią życia Grabarza. Przez tyle lat nie spotkał nikogo takiego, a teraz… Nie przypuszczał, że będzie to kobieta. Ale tak właśnie było. I Kuba, a właściwie Midas, poczuł powiew czegoś nowego. Nadchodziło, było blisko. Pozostawało się tylko cieszyć i dać temu porwać.

Nie zdawał sobie sprawy, że zbliża się coś jeszcze. Coś, co przewróci jego życie i naruszy fundamenty, które budował od lat.

Wszystko zaczęło się od telefonu kolegi z branży fotograficznej.

– Cześć, Kuba, tu Mirek, poznaliśmy się na wystawie w Krakowie.

– A, witaj, pamiętam, miło, że dzwonisz.

– Słuchaj, mam sytuację awaryjną. W weekend miałem obsługiwać dużą imprezę weselną. Ekskluzywną. Córka wiesz kogo… – Rozmówca Króla wymienił nazwisko. No tak, właściciel wielkiego holdingu, który budował biurowce, osiedla, pawilony i galerie handlowe w całej Polsce. A mieszkał we Wrocławiu.

– No nieźle. I co w związku z tym?

– Nie mogę tam iść. Moja matka ma operację, muszę jechać do Warszawy, nie dam rady. Już z nimi rozmawiałem, pokazałem twoje portfolio, bo obiecywałem, że znajdę geniusza na zastępstwo. Tylko ty przychodzisz mi do głowy.

– Kurczę, nie wiem… – Jakub unikał takich zleceń, chociaż czasami przyjmował, nie z potrzeby zarobienia oczywiście, raczej po to, żeby uwiarygodnić własny kamuflaż.

– Bardzo cię proszę. To świetny klient i jeszcze lepsze pieniądze. Ale również bardzo wymagający. Nie chciałbym ich zawieść, a wiem, że tobie mogę to przekazać.

– Okej. Pamiętaj, że będziesz miał u mnie dług wdzięczności.

– Nie da się zapomnieć. Na mejla wyślę ci wszystko, a także kontakt do młodych i drużby, który się zajmuje tymi kwestiami. Jestem ci bardzo wdzięczny.

– Weekend miałem akurat wolny, więc jakiś grosz się przyda – odparł spokojnie Kuba.

– I to całkiem niezły grosz. Poza tym zarąbista impreza w Sky Tower, pojesz dobrego żarcia.

– No… to warte wszystkiego! – zawołał Kuba, uznając, że taka odpowiedź będzie naturalna.

– Dziękuję ci. Jesteśmy w kontakcie.

– Jasne, życzę zdrowia twojej mamie.

– Dziękuję!

Gdy rozmowa się skończyła, Jakub oparł głowę o chłodną szybę i zadrżał. Matka. Chciałby mieć matkę, dbać o nią, troszczyć się. Jednak nie miał już nikogo. Nikogo. Był sam. Pozbawiony resztek człowieczeństwa, żyjący w świecie, w którym tylko jedna osoba znała jego prawdziwą twarz. Dlatego w pewien pokrętny sposób cieszył się na spotkanie z Anną i wierzył, że jest ona tą, na którą czekał.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?